hasz0
16.02.09, 19:57
JAKUB KUMOCH: Miał pan kiedyś przygodę z Lufthansą podobną do tej
Jana Rokity. Która historia jest ciekawsza?
PROF. JĘDRZEJ KRAKOWSKI: Moja jest bardziej absurdalna. W 2007 roku
policja wyprowadziła mnie we Frankfurcie z samolotu Lufthansy, bo
chciałem... przeczytać gazetę.
Gazetę?!
No tak gazetę. Wracałem z Lizbony do Katowic i we Frankfurcie miałem
przesiadkę. Siedziałem w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej i
zobaczyłem, że steward proponuje trzem czy czterem pasażerom klasy
biznes polskie gazety. Nikt ich jednak nie brał, bo w klasie biznes
siedzieli sami Niemcy.
Poszedł pan do klasy biznes i wziął sobie gazetę?
Skądże. Poprosiłem stewarda i zapytałem, czy mógłby mi podać gazetę,
ale usłyszałem, że są "nur für Business". No więc mówię, że przecież
nikt ich nie czyta, jest niedziela wieczór, a jutro te gazety będą
makulaturą. Usłyszałem mniej więcej tyle, że "verboten ist
verboten" - zabronione to zabronione. I ta "makulatura" jakoś
strasznie człowieka zdenerwowała.
I tu sprawa powinna się zakończyć?
Nie. Bo przyszedł kapitan i pyta, o co chodzi. Więc mu opowiadam o
gazecie i o tym, że jego podwładny mógłby być bardziej miły dla
podróżnych. Stanął jednak po stronie stewarda, więc powtórzyłem to o
makulaturze i spytałem, dlaczego w klasie ekonomicznej nie ma
polskich gazet. I tu odezwali się rodacy. Jak powiedziałem to o
polskich gazetach, przednia część klasy ekonomicznej zaczęła mi bić
brawo.
Panie profesorze, wywołuje pan wojny polsko-niemieckie.
Istotnie, Niemiec poczuł się dotknięty. Poczerwieniał, mruknął coś i
poszedł do siebie. Samolot wciąż stał na pasie i wciąż był otwarty
rękaw. Po kilkunastu minutach pojawiło się dwóch policjantów.
Poprosili mnie o opuszczenie pokładu. Po chwili wyglądali na nieco
zagubionych: spodziewali się pewnie pijanego pasażera, a nie
grzecznego, eleganckiego, starszego pana.
Spędził pan noc na komisariacie?
Skąd. Zażądałem spotkania z przedstawicielem Lufthansy. Przyszedł,
więc policjanci zasalutowali i sobie poszli. Trzeba przyznać, że
menedżer był kulturalnym człowiekiem. Przyjął moje wyjaśnienia,
polecił wystawić mi bilet na poranny lot, dał mi voucher na 5-
gwiazdkowy hotel i wyraził ubolewanie. To był jedyny miły moment w
całej tej żenującej historii.
Czyli Lufthansa poza kapitanem była w porządku?
Raczej jeden człowiek był w porządku. Potem, gdy odbierałem w kasie
bilet i voucher, próbowano mnie jeszcze raz ustawiać do pionu.
Powiedziano mi na lotnisku, że tym razem mi się upiekło i że
następnym razem dostanę zakaz latania Lufthansą. Nie przywykłem do
takiego traktowania przez linie lotnicze.
I tak pańska historia skończyła się lepiej niż Rokity.
Tylko dlatego, że trafiłem na przyzwoitych policjantów. Obaj
padliśmy ofiarą niemieckiej mentalności. To takie połączenie
skrupulatności, znanego wszystkim "Ordnung muss sein" i co tu mówić -
sporej dawki niechęci wobec Polaków.
Sprawa Rokity musiała pana nieźle zdenerwować.
Tak, nawet bardzo. Podobnie jak komentarze, że Rokita jest sam sobie
winien. To taki przejaw polskich kompleksów wobec Niemców -
przekonania, że jak Niemcy coś robią, to tak musi być. Tymczasem już
moja historia pokazuje, że oni wciąż mają swoje chore fobie.
Prof. Jędrzej Krakowski, europeista, były ambasador RP w Korei
Południowej (1990-1994), przez dziewięć lat dyrektor Ośrodka Studiów
Europejskich Uniwersytetu Śląskiego, działacz
pierwszej "Solidarności", internowany w czasie stanu wojennego.