Dodaj do ulubionych

Real Story

07.03.05, 05:06
Przez 26 lat mieszkalem w Jasle. Okolo 2,5 roku temu wyjechalem do Stanow
Zjednoczonych i mieszkam tam do dnia dzisiejszego. Jako ze po ojcu
odziedziczylem papiery, juz przed przyjazdem bylem w nieco lepszej sytuacji
od tysiecy polonijnych turystow, zwiedzajacych przez dlugie miesiace
chicagowskie budowy. Prace w pewnym zakladzie miesnym zalatwilo mi jedno z
polonijnych stowarzyszen. Przyjeto mnie do prestizowego dzialu Quality
Control, czyli kontrola jakosci.
Z poczatku bardzo sobie chwalilem zajecie w zakladzie. Firma, do
ktorej sie zalapalem, nie jest typowym zakladem miesnym. Nie zabija sie tu
krow, swin czy kurczakow, lecz jedynie przerabia gotowe mieso - z polproduktu
na ladnie zapakowany w eleganckich tackach wyrob, gotowy do wylozenia na
sklepowa polke. Ale po kilkunastu miesiacach kontrolowania jakosci doszedlem
do wniosku, ze cos mi smierdzi.
Nie chce wchodzic tu w szczegoly. Po prostu zarzad firmy zmuszal nas -
inspektorow - od ktorych zalezy jakosc sprzedawanego w sklepach miesa, do
roznego rodzaju sztuczek.
Jakie to sztuczki ? Ano musialem patrzec przez palce na pewne sprawy.
Na przyklad temperatura miesa byla zbyt wysoka, co grozilo jego zepsuciem - a
kazdy wie, iz nieswieze steki czy schab to przyslowiowa obiadowa bomba z
opoznionym zaplonem. Dodakowo, do wyrobow, aby nieco zaoszczedzic na surowcu,
dodawano zdecydowanie zbyt wiele przypraw - jednym slowem - jakosc produktow
byla zla.
Nie chcialem dluzej wlasnym podpisem sankcjonowac tego stanu, tak
wiec osobiscie poprosilem o zdegradowanie mnie do funcji szeregowego,
stojacego przy tasmie pracownika. Wiedzialem dobrze, ze skazuje sie na
znacznie gorsza pozycje, mniejszy prestiz i - co oczywiste - mniejsze
pieniadze. Ale wolalem miec mniej ale za to zyc uczciwie.
Tak wiec zostalem tak zwanym cutter-trimmer. Stalem przy tasmie,
gdzie kroilem i obrabialem steki, ktore pozniej trafialy na styropianowe
tacki. Przydzielono mnie do drugiej zmiany, pracujacej mniej wiecej od
poludnia do godzin wieczornych lub wczesnej nocy. Pierwsze problemy zaczely
sie wkrotce.
Pewnego dnia zwolniono naszego supervisora, czyli przelozonego,
dogladajacego prace zmiany. Za co zostal zwolniony ? A za to, ze staral sie
traktowac nas jak ludzi - nie wyciskal z nas maksimum, nie traktowal jak
dojne krowy.
Funkcje zwolnionego mezczyzny przejela menedzerka drugiej zmiany
(polska Goralka), ktora dobrala sobie asystenta (tez Gorala z Polski). I tego
feralnego dnia zaczela sie gehenna pracownikow firmy. Chcialbym w tym miejscu
dodac, ze pierwsza zmiana byla w tym samym zakladzie traktowana o niebo
lepiej. Dlaczego ? Niebagatelna role odgrywaly tu godziny pracy. Wieczorami
malo kto zwraca uwage na jakiekolwiek regulacje, wiec ewentualni wyzyskiwacze
maja ulatwione zadanie.
W fabryce dzialaja zwiazki zawodowe, ktore powinny bronic interesow
pracownikow. Co miesiac placimy na zwiazek skladki, tak wiec bylo oczywiste,
ze pierwsza skarge na panujace warunki skierowalismy wlasnie tam.
O co chodzilo ? Otoz cykl linii produkcyjnej byl zdecydowanie zbyt
szybki. Stojacy przy niej ludzie po prostu nie nadazali z obrabianiem miesa.
A nie sposob bylo odejsc chocby na moment, gdyz nie pozwalala na to nowa
superwajzerka.
Skarga byla zbiorowa, podpisali sie pracownicy drugiej zmiany, wsrod
ktorych jest sporo Polakow, a takze Latynosi. Liste przygotowalem ja.
Niestety - nasz reprezentant zwiazku sprawe olal. Chcielismy, aby zwiazki
zawodowe wyslaly na nasza zmiane swego czlowieka, ktory by nam pomagal. Tak
jest na pierwszej zmianie, lecz nikt nas nie posluchal.
Po jakims czasie przygotowano druga liste, ktora znow podpisali
pracownicy zmiany. Tak jak wczesniej domagalismy sie zmniejszenia predkosci
linii produkcyjnej, a takze obecnosci przedstwiciela zwiazkow zawodowych. I
tak jak wczesniej zwiazek nie zareagowal.
Zareagowal za to zarzad fabryki. Pewnego jesiennego dnia, po zaledwie
czterech godzinach pracy, pierwsze trzy osoby z listy - w tym ja - zostaly
zaproszone do dzialu personalnego. Bylismy tam przesluchiwani jak jacys
przestepcy - kazdy indywidualnie. Najbardziej czepiano sie mnie, jako
glownego prowodyra. Miedzy innymi postawiono mi totalnie zmyslony, idiotyczny
i bezpodstawny zarzut - ze chce zabic swojego bossa. Dostalem ostrzezenie, iz
zostaje tymczasowo zawieszony.
Na drugi dzien dostalem telefon. Przeproszony mnie za wyssany z palca
zarzut i zaproszono z powrotem do pracy. A w fabryce nie zmienilo sie nic,
wiec postanowilem wyslac osobisty list do prezydenta naszego zwiazku
zawodowego. Tym razem - po raz pierwszy - poskutkowalo.
Trzy tygodnie pozniej pojawila sie w fabryce lista ze zwiazku, na
ktorej nalezalo zglaszac propozycje zalogi na stanowisko stewarda czyli
przedstawiciela zwiazku zawodowego na zmianie. Zgloszono dwie osoby - mnie
oraz pewnego Latynosa, ktory takze aktywnie walczyl o nasze prawa.
W mysl przepisow, steward moze byc tylko jeden, lecz po rozmowie z
przedstawicielami zwiazku uznano, iz obaj przejdziemy odpowiednie szkolenie
tak, aby kazdy reprezentowal swa grupe etniczna. W miedzyczasie pojawil sie
kolejny problem, powazniejszego kalibru. Otoz, zarzad firmy, nie informujac o
tym zalogi, uzyl toksycznego gazu, ozonu, w hali produkcyjnej. Gaz ten,
zmieszany z woda, eliminuje bakterie i w minimalnych dawkach nie jest
szkodliwy. Sek w tym, iz stosowane dawki znacznie przekraczaly dopuszczalne
normy.
Zaczelismy odczuwac bole glowy, nudnosci, mielismy wysuszone oczy,
problemy z drogami oddechowymi. To byly typowe objawy zatrucia i musielismy z
tym fantem cos zrobic. Wystosowalismy wiec grupowa skarge do zarzadu.
W odpowiedzi, szefowie firmy zwolali krotkie, 15-minutowe szkolenie.
Podczas szkolenia, zamiast mowic o zagrozeniach i sposobach ich eliminacji,
dowiedzielismy sie, jak bardzo ozon jest przydatny. Nie dawalem za wygrana.
Wyslalem wiec indywidualna skarge do dyrekcji pytajac, dlaczego aparat
mierzacy stezenie ozonu jest zepsuty. Dwa dni pozniej zaproszono mnie na
dywanik. W biurze zebrala sie cala smietanka firmy - wlasciciel,
menedzerowie, dyrektor.
Przedstawili mi pismo, z ktorego wynikalo, ze poziom gazu jest
odpowiedni, a skoro tak, to zasugerowano, iz pewnie z mna cos jest nie w
porzadku. A skoro narzekam na zdrowie, zarzad pomoze mi wyleczyc sie,
wpisujac mnie na tzw. liste FMLA - oznaczalo to, iz zostalem wyslany na urlop
zdrowotny, o ktory nigdy nie poprosilem. Dano mi jakis dokument, mowiac: Idz
do lekarza, niech cie przebada i nie wracaj tu, dopoki doktor tego nie
wypelni.
Chcac nie chcac, wybralem sie do specjalisty i opowiedzialem mu o
wszystkim. Zostalem zbadany i okazalo sie, iz jestem zdrow jak ryba. Papierek
zostal wypelniony i po dwoch tygodniach spedzonych w domu (taki byl czas
trwania przymusowego urlopu) zglosilem sie do fabryki.
Nie omieszkalem zapytac, kto zaplaci mi za dwa tygodnie spedzone
bezczynnie w domu. Nie uzyskalem jednak odpowiedzi, a pierwszy dzien powrotu
do firmy okazal sie wyjatkowo krotki - ledwo przepracowalem dwie godziny, gdy
podszedl superwajzer zapraszajac na jakze znany przeze mnie dywanik. Tam
dostalem wypowiedzenie z pracy, w ktorym napisano, iz szkodze fabryce.
Obecnie siedze w domu, poskladalem aplikacje w rozmaite miejsca i
czekam na odpowiedz. Ale najbardziej chcialbym wrocic do tej firmy, gdyz
czuje, ze mam tam misje do spelnienia. Dalem tym znekanym, nie znajacym swych
praw ludziom nadzieje, zaloga mnie popiera i chce mego powrotu.
Przyznaje, ze firma miala swoje racje, lecz istnieje dokument
mowiacy, ze jezeli dany pracownik domaga sie zdrowych warunkow pracy, to nie
moze byc zwolniony. Najbardziej jednak nie moge zrozumiec postawy zwiazkow
zawodowych.
Dlaczego co miesiac oddajemy im czesc naszych zarobkow w formie
skladek, a oni w zamian nie robia nic ? Po co wogole taka instytucja
istnieje ? Zeby wyciagac pieniadze
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka