Dodaj do ulubionych

własne opowiadania

09.11.07, 10:27
Czy na tym forum jest już miejsce gdzie piszecie swoje własne
opowiadania fantasy? Jeśli nie, to proponuje umieszczać je tutaj. Na
początek fragment (podzielony na 2 części) mojej twórczości (jeszcze
raczkującej) :)
Obserwuj wątek
    • robroq0 Re: własne opowiadania - Vilox Darge 09.11.07, 10:28
      VILOX DARGE (MAGICZNY LÓD)

      Rozdział 1
      Sen Quislany

      Wśród okrzyków walczących, pośród świstu przecinających powietrze
      strzał i włóczni oraz brzęku mieczy, toporów, łańcuchów i innego
      śmiercionośnego oręża, trudno było zebrać myśli. Szczególnie tak
      wrażliwej kobiecie jak Quislana, która stała w szoku w samym środku
      szybko zmieniających się wydarzeń. Jej przerażenie było tak ogromne,
      że świadomość niemal całkowicie wyłączyła się samoistnie, a to, co
      działo się wokół było dla niej jakby obojętne. Wszelkie dźwięki
      wydały się jej stłumione, jakby wszyscy i wszystko wokół przycichło,
      ale to było tylko mylne wrażenie, gdyż bitwa nadal trwała i wcale
      nie było oznak szybkiego jej końca. Jedyne co Quislana słyszała
      całkiem wyraźnie, to coraz głośniejsze i szybsze bicie swojego serca
      oraz przyśpieszony, nierównomierny oddech. W żyłach na skroniach
      czuła puls, który przyprawiał o ból głowy. Jej oczy zamazała lekka
      mgiełka, utrudniając ostre widzenie.
      Nagle przed Quislaną pojawiła się ogromna postać, której zarys był
      dla niej ledwo zauważalny. Za to bardzo dobrze mogła poczuć odór,
      jaki ta kreatura wytwarzała i który przyprawiał o mdłości. Wytężając
      wzrok do granic możliwości, dziewczyna zdołała tylko ujrzeć tuż
      przed sobą wyciągniętą oślizgłą dłoń z długimi ostrymi i
      ociekającymi krwią swych ofiar pazurami, której właściciel
      przeraźliwie wył, warczał i sapał. Ale Quislana nie była w stanie
      zareagować. Stała odrętwiale, jakby sparaliżowana, w znacznej mierze
      z powodu niewyobrażalnego mrozu, który zamieniał krew wojowników
      niemalże w lód, ale także na skutek przeogromnego strachu. Mogła
      tylko czekać na to, co stanie się za chwilę, mając nadzieję, że
      oprawca jakimś cudem odstąpi od ataku lub ktoś ją niezwłocznie
      uratuje. Wtedy poczuła na szyi ostre, bolesne cięcie, które przez
      moment przeszyło ją gorącem, wydającym się nawet przyjemnym w
      porównaniu z temperaturą otoczenia. Przed oczami zrobiło jej się
      teraz całkowicie ciemno, ale za to powróciło wrażenie słuchu.
      Ostatnie, co zapamiętała mdlejąc i upadając na ziemię, to ciepły,
      delikatny, młody męski głos – wyraźnie wybijający się wśród gwaru
      walki – wykrzykujący głośno jej imię.
      ***
      Quislana poderwała się raptownie. Jej drobne delikatne ciało było
      całe zimne i trzęsło się. Długo wpatrywała się przed siebie w
      bezruchu, sprawiała wrażenie nieobecnej. Minęło trochę czasu zanim
      ocknęła się. Dłonią starła z czoła krople zimnego potu, językiem
      zwilżyła suche usta, a szybkimi ruchami rąk potarła ciało, aby się
      rozgrzać. Nerwowo rozejrzała się wokół. Badawczym wzrokiem
      obejmowała każdy szczegół pomieszczenia, w którym się znajdowała.
      Nadal była oszołomiona, ale bez problemu rozpoznawała wszystko.
      Troszkę rozluźniła dotąd napięte mięśnie, gdy stwierdziła, że siedzi
      na łóżku w swej sypialni. W powietrzu unosił się miły zapach
      olejków, które zawsze towarzyszą Quislanie nocą. Zza drzwi nie
      dobywał się żaden odgłos. Za otwartym oknem, przez które wpadały do
      pokoju pierwsze promienie wschodzącego słońca oraz lekki podmuch
      ciepłego wiosennego wiatru, ptaki wesoło śpiewały. Wszystko
      wyglądało bardzo zwyczajnie i zapowiadało raczej przyjemny dzień.
      – A więc to był tylko sen – powiedziała cicho sama do siebie i
      westchnęła, choć niepokój jeszcze jej całkowicie nie opuścił.
      Quislana wciąż nie była przekonana czy to, czego była świadkiem, to
      tylko wymysł jej bardzo bogatej wyobraźni. Nigdy wcześniej nie
      miewała aż takich snów, a ten wydawał się nadzwyczaj realny.
      Przypomniała sobie o ciosie, jaki rzekomo otrzymała, choć teraz
      wcale nie czuła żadnego bólu. Dotknęła ręką szyi, ale nie znalazła
      niczego niepokojącego, nawet fragmentu szramy czy śladu krwi.
      Wiedziała już, że to z pewnością był koszmar. Niestety jego echo
      miało swój dalszy ciąg na jawie. Przebłyski obrazów, których
      doświadczyła wcześniej, pojawiały się teraz przed jej oczami. Już
      nie tak intensywnie, ale za to nagle i niespodziewanie. Intuicja
      nigdy jej nie zawodziła, a teraz mówiła jej stanowczo, że zły sen
      nie był przypadkowy, ani bezcelowy; tym bardziej, że wierzyła w
      proroctwo i szczególne znaczenie sennych mar takich jak ta. Quislana
      była bowiem – wbrew wiedzy i woli swego ojca – uczennicą i
      przyjaciółką pewnej znachorki i czarodziejki o imieniu Xevira. Przez
      większość mieszkańców osady, w której mieszkała Quislana, ową
      czarodziejkę nazywano – bardziej żartobliwie, niż pogardliwie –
      czarownicą, co jednak nie zniechęcało dziewczyny do utrzymywania z
      nią kontaktów, bądź co bądź – potajemnych.
      Ten poranek nie mógł wprawić Quislany w dobry humor i optymizm,
      którymi zazwyczaj zarażała wszystkich. Jej myśli były zmącone, a
      ciało nie tryskało zdrowiem. Była jednak dziewczyną dzielną i silną
      duchem, choć wątłą ciałem. Postanowiła więc zająć się codziennymi
      sprawami, aby zapomnieć o wszelkim mroku, jaki wdarł się w jej
      umysł, mimo iż miała wrażenie, że nie będzie to łatwe. Po
      relaksującej kąpieli zaczęła przygotowywać śniadanie; dla siebie i
      swego ojca, Aarno, który swoim zwyczajem od rana przebywał w stajni.
      Mimo już dość zaawansowanego wieku miał wciąż siły, aby zajmować się
      doglądaniem koni, które bardzo kochał. Przy tym, będąc wodzem osady,
      znajdował na tę przyjemność dość dużo czasu, mimo swych obowiązków.
      Natomiast nie znajdował czasu na takie – jego zdaniem – błahostki
      jak przyrządzanie posiłków. Najzwyczajniej nie przywiązywał do tego
      specjalnie uwagi, było mu wszystko jedno co i jak zje, aby tylko
      brzuch był pełny. Gdy był czymś bardzo zajęty, w ogóle zapominał o
      innych sprawach, a w szczególności o głodzie, który gdzieś umykał.
      Kiedyś prowadził gospodarstwo ze swą żoną Tilivią. Ta jednak zmarła
      dawno temu po ciężkiej, nieuleczalnej chorobie. Natomiast jego syn,
      wojownik o imieniu Hargen, rzadko bywał w rodzinnych stronach, gdyż
      nieustannie podróżował. Głównie były to patrole po sąsiednich
      ziemiach, ale przy okazji po prostu tułał się zwiedzając
      najodleglejsze i najciekawsze zakątki. Ojciec nigdy nie miał mu tego
      za złe wiedząc, że służy swemu ludowi i chroni go, a przy okazji
      realizuje swe podróżnicze pragnienia. Teraz, będąc wdowcem i podczas
      ciągłej nieobecności syna, stary Aarno mógł liczyć na pomoc w
      zajmowaniu się gospodarstwem tylko ze strony Quislany. Córka uczyła
      się wszystkiego pilnie już od młodych lat, przejmując stopniowo od
      ojca obowiązki, i teraz była prawdziwą gospodynią i panią domu. Była
      niezastąpiona w kuchni, a jej specjały kulinarne, zarówno te
      najprostsze, jak i te wymagające kunsztu kucharskiego, były
      znakomite. Pozostałe prace domowe, jak pranie, sprzątane, szycie czy
      jakiekolwiek inne, także przychodziły jej z łatwością. Wykonywała je
      szybko, ale zawsze dokładnie, a patrząc na nią można by rzec, że
      czynności te są lekkie, a nawet przyjemne. Aarno był bardzo dumny ze
      swej córki, nie tylko dlatego, że pomagała mu w pracach fizycznych,
      ale też dlatego, iż miał w niej oparcie duchowe oraz z powodu jej
      wrodzonej mądrości i inteligencji. Z racji skromnej natury Quislana
      nie obnosiła się ze swymi zaletami, ani nie udawała, że nie posiada
      wad. Tych drugich było jednak zdecydowanie mniej i w dodatku były na
      tyle mało istotne, aby o nich nie wspominać.
      Przyrządziwszy poranny posiłek Quislana wyszła przed dom i zawołała
      w kierunku stajni:
      – Ojcze, mój drogi ojcze! – Aarno jednak nie odpowiadał. Pogrążony w
      swej codziennej pasji, zdawał się nie wiedzieć co się wokół niego
      dzieje. Dziewczyna krzyknęła więc:
      – Podano do stołu! – Te słowa bez problemu dotarły do gospodarza,
      jakby go nagle przebudziły z jakiegoś snu. Rzucił wszelkie przybory,
      którymi pielęgnował konie i umył ręce. Szybkim krokiem wyszedł ze
      stajni, zamknął drzwiczki i dziarsko, niczym młodzieniec, podążył w
      stronę Quislany.
      – Dzień dobry, moja miła! R
      • robroq0 Re: własne opowiadania - Vilox Darge (cz2) 09.11.07, 10:32
        – Dzień dobry, moja miła! – zwrócił się do córki. – Czy dobrze
        słyszałem, że mnie wołałaś?
        – Witaj, ojcze! – odpowiedziała dziewczyna, a na jej ustach pojawił
        się promienny uśmiech. – Bardzo dobrze słyszałeś. Zapraszam na
        śniadanie. Mam nadzieję, że będzie Ci smakowało.
        – Oczywiście, jak zawsze. – odparł Aarno. – Dobrze wiesz, że jestem
        wielbicielem twej kuchni, jak zresztą wszyscy, którzy mieli
        niewątpliwą przyjemność ją poznać.
        Quislana nic już jednak nie powiedziała, tylko nagle skrzywiła
        twarz, gdyż właśnie w tej chwili w jej głowie narodził się kolejny
        koszmarny obraz, wspominający sen. Był krótki, ale bolesny dla
        umysłu, jak wcześniejsze. Jej chwilowy humor, który pojawił się na
        widok ojca, teraz gdzieś zniknął, a na jego miejsce wstąpiło
        zamyślenie. Nie umknęło to uwadze Aarno, który jednak nie spytał
        córki o powody jej zasmuconej miny, udając, że nic nie zauważył.
        Dziewczyna ocknęła się i gestem ręki zaprosiła ojca do kuchni.
        Usiedli przy stole na wprost siebie. Na śniadanie przygotowane było
        pieczywo, które Quislana sama piekła poprzedniego dnia. Do tego
        masło, także własnej roboty, różnego rodzaju mięsa, jaja i trochę
        warzyw z przydomowego ogródka oraz owoce z własnego sadu. Nie
        zabrakło także ulubionej herbaty Aarno. Wszystko cieszyło oczy
        widokiem i nęciło zapachami. Aarno i Quislana w milczeniu
        przystąpili do jedzenia. Dziewczyna unikała wzroku ojca, obawiając
        się, że ten rozpozna jej zadumę, a nie chciała go dręczyć swymi
        problemami. Zamierzała przynajmniej spróbować poradzić sobie z nimi
        sama. Stary gospodarz jednak doskonale znał córkę. Zaczął się
        niepokoić, gdyż jej zachowanie ewidentnie zdradzało, że coś nie jest
        w porządku. Uważnie obserwował Quislanę, aż wreszcie przerwał
        nieprzyjemną ciszę i rzekł:
        – Quislano, kochanie, czy coś Cię trapi? Gdzie podziała się twoja
        radość, którą co dzień mnie raczysz przy śniadaniu i którą
        przelewasz na mnie, aby towarzyszyła mi cały dzień?
        – Nic mi nie jest, ojcze. – odparła spokojnym głosem. – Czy posiłek
        smakuje Ci? – zapytała, próbując zmienić temat rozmowy.
        – Doskonale widzę, że nie jesteś dziś sobą. Wiesz, że możesz
        podzielić się ze mną swymi troskami. – Aarno kontynuował nie dając
        się zbić z tropu. – Może umiałbym Ci jakoś pomóc?
        – Nie. Naprawdę dziękuję. Trochę dziś boli mnie głowa. Wypiję zioła
        i zrobię sobie okład. To mi pomoże. – odpowiedziała Quislana i
        trochę zrobiło jej się wstyd, że okłamuje ojca. Nie chciała jednak
        mówić o swym śnie i powracających obrazach. Liczyła, że same odejdą,
        a wtedy powróci jej humor.
        Stary gospodarz jednak zobaczył coś czego nie zauważył wcześniej.
        Dziewczyna miała na szyi zawieszony na rzemyku medalion. Dostała go
        dawno temu od Aarno i odtąd nosiła go zawsze i wszędzie, nawet nocą
        czy podczas kąpieli. Nie rozstawała się z nim gdyż ojciec powiedział
        jej, że jest bardzo cenny i żeby go pilnowała jak oka w głowie.
        Znajdujący się w jego środku kamień miał dotąd barwę blado czerwoną
        i był matowy. Teraz jednak, na co Quislana sama nie zwróciła uwagi,
        jaśniał ostrą czerwienią, lecz nie promieniejącym, a punktowym
        światełkiem. Błyszczał jednak na tyle delikatnie, że trzeba było się
        przyjżeć, aby dobrze zobaczyć jego przyjemny blask. Przez głowę
        Aarno przebiegły tysiące myśli. Wpatrywał się w medalion i
        zastanawiał się nad czymś, ale ani nie powiedział córce o pojawieniu
        się światełka, ani nie zdradził swych tajemniczych myśli. Dopił swą
        herbatę i wstając od stołu podziękował córce za posiłek:
        – Dziękuję Quislano za przepyszne śniadanie i, mimo twego
        nienajlepszego samopoczucia, za miłe towarzystwo.
        Dziewczyna, trochę zaskoczona, że ojciec tak łatwo przyjął jej
        tłumaczenie, skinęła tylko głową. Aarno zazwyczaj był bardzo
        dociekliwy. Teraz jednak, widząc, że córka nie ma ochoty na rozmowę,
        wyszedł przed dom zaczerpnąć trochę świerzego powietrza. Tymczasem
        Quislana poczęła sprzątać ze stołu i zmywać naczynia. Gospodarza
        wyraźnie coś gnębiło. Usiadł na ławce, wokół której rozpościerał się
        pachnący zielony trawnik. Zamknął oczy i zmarszczył czoło; głęboko o
        czymś rozmyślał. Quislana, która widziała ojca przez okno, była
        przekonana, że ten zapadł w drzemkę, jaką zwykł ucinać sobie po
        sutym posiłku.
        Wtem z oddali dobiegło uszu Aarno głośne wołanie, w którego dźwięku
        dało się usłyszeć zaniepokojenie, a nawet przerażenie. Głos zbliżał
        się w jego kierunku, ale gospodarz wciąż miał zamknięte oczy, jakby
        chciał się odciąć od otoczenia.
    • zielzor Re: własne opowiadania 12.11.07, 19:39
      Napisałem to jakiś czas temu więc może nieco trącić amatorszczyzną.Zainspirowała
      mnie to tego gra MMORPG wyprodukowanej przez studio Blizzard.;)
      Proszę was tez o wyrażenia opinii na temat tego opowiadania.;)

      Gdzieś na równinach Mulgore , w ciemnym namiocie pośrodku stęków porodowych
      rozległo się ciche muczenie. Wśród Taurenów na świat przybył nowy osobnik
      czarnoskóry byk o imieniu Zielu.

      Kilka lat wczesniej pewien pechowy skrytobójca wpadł podczas wykonywania
      zlecenia. Miał zlikwidować pewnego alfonsa,zlecenie wydał inny alfons z
      konkurencyjnego przyczółku rozkoszy. Skrytobójca został poddany torturom które
      wykonywał asortyment rzeczonego "klienta". W momencie erekcji jego członek
      został obcięy i ten sie wykrwawił. Kilka lat potym powstał na zlecenie Króla
      Licha , lecz razem z innymi nieumarłymi odłaczył sie od niego i przystal do
      Forsaken, jego imie brzmi Vegret.

      Czarnoskóry byk siedział oparty o drzewo w swoim prymitywnym skórzanym pancerzu
      , koło niego spoczywał rownie prymitywny młot. Ów Tauren to urodzony kilka lat
      temu ZIelu, postanowił obrać drogę shamana.
      Był on jednak specyficznym shamanem , był biegły w posługiwaniu sie siłami
      natury jak i walki potężnym orężem. Wiekszość shamanow z jego plemienia
      posługiwała sie małą buława zwiekszająca ich umiejętnośći w walce magią
      żywiołów lub technik uzdrawiania. Zielu potrafił wykorzystac swoje zdolności w
      walce na dystans jak i walczyć w zwarcoiu przy użyciu swojego młota, zaklinał go
      mocą wiatru aby zwiększyć ilość zadawanych ciosów.
      Cieszył sie ostatnimi chwilami spokoju , wiedział że niedługo jego mentor
      Melor, stary i doświadczony taureński shaman będzie chciał sprawdzić jego
      dotychczasowe umiejętności aby wprowadzić go w kolejny stopień wtajemniczenia w
      shamańskie kręgi.Wiedział ze będzie musiał stoczyć ze swym mentorem pojedynek.
      Melor był najwyższym shamanem plemiania Krwawego Kopyta(Z tego plemienia
      wywodził sie Ciarne Bloodhoof , przywódca Taurenów rezydujący w ich stolicy ,
      Thunder Bluff'ie).

      Kiedy Zielu relaksował sie na zielonych pastwiskach Mulgore , w położonym w
      nieco mniej zielonym niż , Mulgore miejscu w pewnej zadymionej karczmie dwie
      postacie rozmawiały ze sobą sącząc kufle schłodzonego piwa.
      Jedna z postaci miała oczy błyszczące nienaturalnie żóltym blaskiem, na głowę
      miała naciągnięty kaptur, reszte korpusu była owinięta długim płaszczem
      wykonanym z jakiejś szlachetnej tkaniny.
      Druga postać była najprowdopodniej orkiem jeżeli obesrwator kierował sie tylko
      rozmiarem owej sylwetki otulonej płaszczem i mocna zaciągniętym an twarz
      kapturem.
      -To będzie 100 sztuk złota , plus nieprzewidziane wydatki. - powiedziała
      mniejsza postać
      W porządku , ale robota ma być czysta! - Powiedział potężny osobnik, mała postać
      siedząca przed nim budziła taki respekt swoim wyglądem i zachowaniem , że
      wyraźnie górójący nad nią klient nie smiał pytać o nadzwyczajne wydatki.
      Mała postać schowała monety w jedną z licznych kieszeni wszytych w płaszcz,
      kiedy uniósł ręke przy odsłoniętym pasie widac było nieźle wykonany sztylet.
      Lepiej idź juz do domu jeżeli nie chcesz aby cię z tym powiązano.
      Potężna postac wstała od stolika i udała sie do domu. Mniejsza postać była
      nieumarłym skrytobójcą,Vegretem, Każdy zarabiał w tych trudnych czasach tym czym
      najlepiej umiał. Vegret poza piciem wysokoprocentowych trunków , i uwodzenia nie
      całkiem kompletnych dziewcząt był mistrzem cichego mordowania(jeżeli miał dobry
      dzień).

      Orczy lichwiarz imieniem Patrzka połozył sie juz spać, przespał może kwadrans
      kiedy obudziło go
      ogromne pragnienie , ubrał swoje bambosze z raptorzej skóry i zszedł do piwnicy
      w której trzymał pokaźną kolekcje trunków ułatwiających mu sen. Kiedy wszedł do
      piwnicy uderzył w niego odór lekko nadpsutego mięsa.
      Pewnie jakis kot tu zdechł. - Powiedział sam do siebie.
      Chwile potem poczuł w swoich plecach zimny sztylet.
    • zuna Re: własne opowiadania 18.12.07, 18:29
      Nie chciałbyś/łabyś zamieścić swojego opowiadania w serwisie FantasyBook?
      Serdecznie zapraszam,
      Zuna
      fantasybook.idl.pl/
      • Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:37
        Niebo już szarzało, a Annan jeszcze znajdował się na płycie startowej. Patrzał
        jak oddala się statek Mirox, który wystartował w stronę Garrium. Leciał
        spokojnie i powoli znikał.
        Płyta startowa była jeszcze ciepła, a powietrze, które nagrzewało się od niej,
        wędrowało ku górze.
        Annan stał i nie wiedział, dlaczego, ale nie chciał jeszcze wracać do Jednostki
        Centralnej, by spisać protokół o pomyślnym starcie Miroxa. Coś kazało mu czekać.
        Gdy statek zniknął z widoku Annana, to te uczucie zniknęło.
        Czym prędzej poszedł w stronę Jednostki Centralnej.


        - Jeżeli chcesz do tego doprowadzić, to proszę bardzo, ale beze mnie - oburzył
        się Xannini. Zmarszczył czoło i usiadł na swoim stanowisku.
        - Ale to nie jest moja decyzja - próbował tłumaczyć Aleamen. - Ja również
        chciałbym tego nie robić, ale takie otrzymałem rozkazy. Zawracamy na Ghertha 258.
        - On ma rację - wtrąciła się Annox, która także nie chciała zawracać na
        Ghertha 258, ale wiedziała, że i tak nikt nie może zmienić tej decyzji. - Skora
        tak zarządziła Góra to tak musi być. Nic nie wskóramy w tej sprawie.
        - Jak chcecie, ale wiedzcie, że ja nie przykładam do tego swojego udziału -
        powiedział Xannini. - Bierzecie na siebie całą odpowiedzialność.
        - Tak rozkazuje Góra i to ona bierze na siebie odpowiedzialność - stwierdził
        Aleamen i również usiadł na swoim stanowisku. - Musimy wrócić na Ghertha 258,
        ale najpierw musimy stworzyć pozory, że zmierzamy na Garrium.
        Statek pędził i oddalał się od planety Gherth 258. Do przekroczenia orbity tej
        planety było jeszcze sporo.
        - Ile zajmie nam zajęcie miejsca, w którym moglibyśmy krążyć na orbicie
        Ghertha 258? - zapytał Aleamen.
        Po chwili z głośników rozległ się trzask i komputer ogłosił wynik obliczeń:
        - 215 sekund.
        - Mamy mało czasu, ale przygotuj statek do tego manewru - skierował się
        Aleamen do komputera.
        - Tak jest - zadźwięczał głos komputera.
        Po chwili można było odczuć jak statek lekko przechyla się w lewo. Wtedy wszyscy
        usiedli wygodnie na swoich stanowiskach i zapięli pasy.
        Mirox należał do statków starego typu, więc znaczna część wyposażenia tego
        kosmicznego pojazdu należało obsługiwać ręcznie.
        Głos komputera:
        - Statek wchodzi w manewr osiadania na orbitę planety Gherth 258. Proszę o
        przygotowanie się do tego manewru.
        Wszyscy byli już gotowi. Była to rutynowa czynność, lecz teraz mogła zakończyć
        się fiaskiem i wtedy statek poleciałby w kosmos, a kolejne osiadanie na orbicie
        mogłoby zwrócić uwagę w Systemie Ochrony planety. Zadanie nie było proste,
        również dlatego, że lecieli Miroxem – słabym statkiem.
        - Wchodzimy w strefę orbity planety Gherth 258 - oznajmił komputer.
        Aleamen siedział i obserwował monitor, na którym to widać było jak statek
        wchodzi na orbitę planety. Chwila ciszy i ...
        - Manewr przeprowadzony pomyślnie. Znajdujemy się na orbicie planety Gherth
        258 - orzekł komputer, po czym zamilkł.
        - A teraz musimy się przygotować do powrotu - powiedział Aleamen.
        - Do powrotu, który mam nadzieję nie zakończy się rozczarowaniem, a zwłaszcza
        klęską - powiedział Xannini odpinając pasy bezpieczeństwa i schodząc ze swojego
        stanowiska.
        - Uruchom powłokę kamuflującą - zwrócił się Aleamen do komputera.
        - Tak jest - maszyna odpowiedziała i po chwili milczenia oznajmiła: - Gotowe.
        Powłoka kamuflująca uruchomiona.
        - A teraz przygotuj i uruchom wszelkie programy bezpieczeństwa - dodał Aleamen.
        - Tak jest.
        - A skąd mamy pewność, że ci z Ghertha nie zauważą tego, że nie lecimy w
        stronę Garrium? - zapytała Annox, która podchodziła niepewnie do rozkazu Góry.
        - Komputer uruchomił wraz z wchodzeniem na orbitę program symulujący.
        Wszystkie radary i komputery na Gherthcie wskazują, że Mirox leci do Garrium. A
        my jesteśmy pod powłoką kamuflującą.
        - To dobrze, bo w przeciwnym razie mielibyśmy cała flotę Ghertha na głowie -
        odezwał się Xannini.
        - Gotowe. Wszystkie programy bezpieczeństwa i ukrywania włączone - rzekł
        komputer przerywając rozmowę członkom statku.
        - To dobrze. Teraz czeka nas tylko niezauważony powrót na planetę - powiedział
        Aleamen, patrząc przez wizjer na błękitno-szarą powierzchnię Ghertha.

        Gherth 258 była to trzecia planeta w układzie słońca Igr. Obok Garrium i Leoxa
        była siedliskiem ludzi i przystanią dla kosmicznych wędrowców. Gherth była drugą
        w kolejności planetą, a Leox najpóźniej zasiedloną. Pierwsza osada znajdowała
        się na Garrium, gdzie życie panowało wszędzie. Tam atmosfera była odpowiednia
        dla człowieka, lecz wielkość tej planety spowodowała eksplorowanie i zasiedlanie
        innych, pozostałych planet w układzie słońca Igr.
        Gdy zasiedlono Ghertha 258 i stworzono tam wysoko rozwinięte społeczeństwo, to
        tamtejsi obywatele zbuntowali się przeciwko władzy Garrium. Odtąd na Gherthcie
        istnieje niezależne społeczeństwo i nienawiść do Garriumczyków.
        Aleamen, Annox i Xannini byli ostatnimi obywatelami Starego Państwa, czyli
        osobami wiernymi planecie Garrium, którzy opuścili Gherth 258.
        Gherthanie nie zabijali swoich wrogów, lecz nie pozwalali im na przebywanie na
        ich planecie.

        - Przygotuj się do schodzenia na planetę i rozpocznij lądowanie - rzekł
        Aleamen do komputera.
        - Tak jest - odpowiedział komputer. - Cel?
        - Kwadrat 18G - część południowa Gitrionu - wskazał Aleamen.
        - Tak jest. Przygotowuje Miroxa do tego manewru - powiedział komputer.



      • Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:39
        Drzwi gabinetu rozsunęły się bezszelestnie i Annan wkroczył do środka. Usiadł
        przy biurku i włączył komputer. Dzień już minął, pomyślał Annan, jeszcze te
        codzienne bzdury i koniec.
        Komputer uruchomił się i Annan otworzył katalog z raportami odlotów i przylotów
        na Ghertha 258. Figurowało tam mnóstwo dokumentów, starych i nowych.
        Annan rozpoczął redagowanie dzisiejszego, i jak miał nadzieję ostatniego,
        sprawozdania.
        "Start statku Mirox 24985 przebiegał pomyślnie i bez żadnych przeszkód opuścił
        planetę Gatrh 258. Potwierdza się, że osoby: Aleamen - kapitan statku, pierwszy
        pilot, Xannini - drugi pilot oraz Annox - mechanik pokładowy znajdowali się na
        pokładzie Miroxa 24985. Stwierdza się również, że na Gherthcie nie znajdują się
        żadni przeciwnicy władz planety. Wrogowie zostali zneutralizowani i odesłani z
        powrotem na planetę Garrium.
        Akcja przeprowadzona z powodzeniem.
        27.08.69 czasu środkowego.
        Raport spisany przez: Annana naczelnego sprawozdawcę lądowiska na Aminixie w
        części północnej Gitrionu."
        - No i gotowe - powiedział do siebie Annan, gdy zakończył pisać. Wyłączył
        komputer i wstał od biurka.


        - Czy wszystko gotowe? - zapytał Aleamen swoich towarzyszy. - Musimy być
        dobrze przygotowani, jeżeli chcemy powrócić na Ghertha.
        - Racja. Nie chcę zginąć z powodu słabego ekwipunku - dodał Xannini.
        - Wszystko mamy. Broń, amunicja, ochronne ubiory - stwierdziła Annox.
        - To dobrze. Teraz pozostaje nam tylko czekać aż wylądujemy na powierzchni
        planety - rzekł kapitan Miroxa.
        Wszyscy opuścili zbrojownię statku i skierowali się na pokładową stołówkę by
        spożyć ostatni posiłek przed akcją.
        Komputer Miroxa kierował statek do celu.


        Południowa część Gitrionu była to spokojna część głównego skupiska ludzi na
        Gherthcie. Kiedyś znajdowała się tam siedziba rządu reprezentacyjnego Garrium,
        lecz po objęciu władzy przez rebeliantów część ta opustoszała. Były tam w
        większości bloki ludzi przeciwnych utworzenia samodzielnych władz, więc zostali
        oni odtransportowani z powrotem na Garrium.
        Znajdowało się tam jedyne lądowisko w tej części koloni. Było ono zniszczone,
        lecz małe statki (np. typu Mirox) mogły tam swobodnie startować i lądować, lecz
        tylko dzięki uprzejmości floty Ghertha, która była bardzo uzbrojona. Jeden
        niszczyciel mógłby pokonać 10 średnio uzbrojonych Miroxów i to było główną
        przewagą buntowniczych władz tej planety. Szybki rozwój zapewnił niepokonane
        wojsko galaktyczne, które stanowiło niezależność planety Gherth 258.
        Jedynie pokonanie rebeliantów od wewnątrz umożliwiało zwycięstwo. Niestety na
        planecie pozostali tylko liczni zwolennicy buntu.
        Tak przynajmniej wydaje się panującym ludziom...


        - Za 360 sekund lądowanie w kwadracie 18G w południowej części Gitrionu na
        lądowisku Lyax - oznajmił komputer. - Proszę o zajęcie stanowisk i przygotowanie
        się do manewru lądowania.
        Błękitno-szara planeta zbliżała się nieuchronnie.
        Wszyscy pasażerowie Miroxa zajęli pośpiesznie swoje stanowiska i w głębokim
        zamyśleniu oczekiwali lądowania.
        Ciszę przerwała Annox, która nerwowo zapytała:
        - A czy Góra podała jakieś konkretne instrukcje dotyczące późniejszych działań?
        - Nie. Góra każe nam tylko przedostać się z kwadratu 18G do kwadratu 10C i tam
        czekać na pozostałe instrukcje - wytłumaczył Aleamen i ciągnął dalej. - Góra
        twierdzi, że to pilna sprawa i że losy Ghertha 258 leżą w naszych rękach. Mamy
        wykonać zadanie jak najlepiej i nie dopuścić do jakichkolwiek komplikacji.
        - To naprawdę coś poważnego, przecież mogli by zniszczyć Ghertha zwykłym
        nalotem - rzekł Xannini i zapiął swój czarny pas z tworzywa sztucznego.
        - Tak - powiedziała zdenerwowana Annox. Czuła jak się wszędzie poci. Dłonie,
        twarz, całe ciało było mokre. Bała się, ale również była bardzo podniecona tym,
        że może wreszcie coś zrobić nie tylko dla siebie. Spoglądała jeszcze
        niecierpliwie na powierzchnię Ghertha i czekała wraz ze swoimi towarzyszami...


        - Czy Mirox ze wszystkimi wrogami odleciał już na Garrium? - zapytał Maos,
        przywódca buntowników.
        - Tak jest. Mirox 24985 już znajduje się poza naszą strefą - poinformował
        jeden z oficerów rebelii.
        - Świetnie. Udacie się teraz do kwadratu 8H i tam będziecie nadzorować pracę
        nad tym nowym typem broni - rozkazał Maos i wstał ze swojego "tronu". Podszedł
        do kwadratowego okna bloku i wyjrzał na zewnętrz. – Możecie odejść.
        - Tak jest.
        Przed blokiem znajdował się ogromny plac, gdzie przechodzili obywatele. Zbliżała
        się noc, lecz na tej planecie nikt nie śpi. Panuje praca i nikt nie jest
        niezadowolony. Teraz władza Maosa nie jest złą w porównaniu do rządów
        Garriumczyków na Gherthcie, przynajmniej dla zbuntowanych.
        - Cała planeta jest moja - powiedział do siebie Maos, gdy był już sam w
        pokoju. - Dziś Gherth a jutro Garrium. Potem Leox i cały układ Igr jest mój...
        Robiło się już ciemno i zniszczona od walk planeta okrywała się nocą.
        Temperatura była bez zmian. Meteorologiczny płaszcz, który umożliwiał utrzymanie
        odpowiedniej pogody na planecie, spisywał się jak najlepiej.


        - Przepustka - zawołał strażnik.
        - Proszę - powiedział Annan podając plastikową kartę strażnikowi.
        Barczysty żołnierz wziął kartę i włożył ją do czytnika. Po chwili rozległ się
        jakiś dźwięk i strażnik oddając kartę właścicielowi powiedział:
        - Proszę wejść panie Annan.
        - Dziękuję - odrzekł Annan i poszedł dalej. Przeszedł przez małą, czarną
        bramkę i znalazł się w kwadracie 10C, gdzie znajdował się jego blok.
        Ruchomy chodnik transportował Annana jeszcze prze chwilę, nim ten znalazł się na
        miejscu. Wsiadł do staroświeckiej windy i nacisnął przycisk. Winda ruszyła. Z
        początku wolno, lecz z czasem coraz szybciej i w końcu stanęła nieruchomo. Drzwi
        odsunęły się ze zgrzytem i Annan powędrował do swojego mieszkania.
        Będąc już w środku począł odpoczywać po pracowitym dniu w Animixie.


      • Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:40
        Mirox osiadł spokojnie na płycie lądowiskowej a z jego pokładu wyszli kolejno:
        Aleamen, Annox, a na końcu Xannini, który był trochę zniesmaczony tą misją.
        - Teraz musimy przedostać się do kwadratu 10C, zrozumiano? - zapytał Aleamen.
        - Oczywiście - odpowiedziała Annox.
        - Tak, tak - mruknął Xannini i ruszył za kompanami.
        Maszerowali szybko uliczkami, gdzie nie było ich za bardzo widać. Ruchome
        chodniki były tutaj uszkodzone, więc i wędrówka była utrudniona.
        Część południową przeszli bez większych przeszkód. Nie znajdowali się tutaj
        żadni ludzie, a także buntownicze wojska Ghertha. Nieliczne patrole były
        nieuważne i grupa Aleamena dotarła do części północnej.
        - Teraz zadanie jest trudniejsze - mówił Aleamen. - Niedaleko stąd jest
        kwadrat 10C. Jakieś 5 jednostek. Znajdujemy się w kwadracie 9B i wschodnia część
        tego kwadratu jest słabo strzeżona. Tak samo Zachodnia część kwadratu 10C.
        Jeżeli będziemy mieć szczęście, to niedługo przedostaniemy się do celu.
        Pozostali skinęli tylko głowami i od razu całą grupą ruszyła naprzód.
        Rzeczywiście granica między kwadratami 10C, a 9B była słabo strzeżona. Zadanie z
        pozoru wydawałoby się proste, lecz takie nie było.
        Początkowo grupa czekała chwile. Niestety nic się nie zmieniało. Nadal na
        posterunku stało trzech strażników. Można byłoby ich zabić, lecz każdy z nich ma
        czujnik, który od razu informuje o śmierci żołnierza i wtedy przybywają
        Jednostki Specjalne, sprawdzające całą sytuację. W takim położeniu akcja
        Aleamena byłaby porażką - zakończona śmiercią.
        Wreszcie dwóch strażników odeszło gdzieś na bok i wtedy nadała się
        niepowtarzalna sytuacja. Aleamen, Xannini oraz Annox przebiegli dystans, który
        dzielił ich między strażą a miejscem ukrycia. Potem momentalnie znaleźli się już
        w kwadracie 10C. Pobiegli do jakiejkolwiek kryjówki i tam się schronili.
        - Udało się - odetchnęła zdyszana Annox.
        - Tak. Ciekawe, co czeka nas potem? - powiedział Xannini patrząc na Aleamena.
        - Instrukcje dostaniemy wtedy, gdy udamy się pod wskazany adres - powiedział
        Aleamen i wyjrzał na strażników. Znów byli trzej. Udało się, pomyślał Aleamen,
        mieliśmy ogromne szczęście.
        Potem cała grupa wędrowała ciemnymi chodnikami do celu. Dotarli do bloku, który
        nie wyróżniał się niczym. W ogóle, na Gherthcie wszystkie bloki są identyczne -
        szare i ponure podobne do tych na Garrium.
        Weszli do windy i ruszyli w górę sunąc bezszelestnie. Nie wiedzieli, co może ich
        czekać, lecz mieli świadomość, że ich sukces może być sukcesem wszystkich ludzi.
        Nie chcieli popełnić żadnego błędu. Jak na razie wszystko przebiegało pomyślnie...



        Annan leżał wygodnie na swoim gumowym łóżku i rozmyślał. Nigdy nie kładł się
        spać wcześniej niż uznał to za stosowne. Lubił zawsze trochę poleżeć i pomyśleć
        o życiu i w ogóle o wszystkim. To go wręcz usypiało.
        Lecz dziś musi czekać. Musi spełnić swoją misję wobec narodu, wobec wszystkich
        ludzi. Nie może zasnąć, wiec czeka cierpliwie na odpowiedni czas. Już zbyt długo
        patrzał na brudy tej planety, na panującą anarchie, choć i tak buntownicy mieli
        formalnego przywódcę. Niestety, potęga militarna to nie wszystko, potrzebny jest
        odpowiedni rząd, a Maos to jest nieodpowiednia osoba. To zapluty człowiek,
        widzący swoje korzyści, tylko swoje zwycięstwa.
        Annnan wstał nagle. Poczuł chłód. Podszedł do okna i wyjrzał na dzielnicę. Nic
        tylko szare blokowiska i niezmienny krajobraz.
        Nagle, Annan usłyszał głos komputera, mówiący:
        - Masz gości.
        Annnan już wiedział o co chodzi. Podszedł do drzwi i nacisnął czerwony przycisk.
        Laserowy zamek otworzył się, a drzwi rozsunęły.
        Przed Annanem stały trzy osoby. Kobieta z prawej i dwaj mężczyźni.
        - Przyszliśmy po instrukcje - powiedział ten pośrodku. Annan rozpoznał ich. To
        oni przecież startowali z Aminixa Miroxem 24985. Byli to Aleamen - pośrodku, po
        prawej - Annox, a po lewej - Xannini. To Góra kazała Annanowi przekazać im
        instrukcje.
        - Proszę wejdźcie - powiedział Annan i wskazał ręką na wnętrze swojego mieszkania.
        - Zjawiliście się dość szybko. Kierowaliście się moimi poradami dotyczącymi
        granicy kwadratów 10C i 9B?
        - Tak. Były bardzo przydatne - odparł Aleamen.
        - Proszę rozgośćcie się a ja przyniosę instrukcję - rzekł Annan i zniknął.
        - Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego on nam pomaga - powiedział Xannini.
        - Przecież ci mówiłem - rzucił Aleamen. - Annan współpracuję z Garrium i
        tamtejszym rządem, sama Góra nam go poleciła jako pomocnika. Działa pod
        przykrywką, dlatego go jeszcze nie dopadli buntownicy.
        - No tak, ale ja i tak nie mam co do niego pewności - odparł Xannini. W tym
        samym momencie do sali wszedł Annan, trzymając w reku mały plastykowy przedmiot.
        Wsunął go w maleńki otwór w ścianie i po chwili na ścianie ukazał się ogromny ekran.
        Początkowo jasnoszary, lecz z czasem ciemniał i ukazały się litery:
        "INSTRUKCJA" - czerwony napis powiększył się i rozpłynął.
        Kolejne literki ukazywały się i tworzyły tytuł:
        "AKCJA GHERTH" - po chwili ukazało się: "PLAN A"
        Ekran zatrzymał się, a Annan spoglądał na zdziwionych gości.
        "Akcja Gherth polega na przejęciu władzy na planecie Gherth 258" - zaczął mówić
        głos, a ekran nadal pozostawał zupełnie czarny. "Gherth zajęli buntownicy,
        którzy chcą zaprowadzić własne, szkodliwe rządy. Należy się temu przeciwstawić.
        Powstrzymać wielką falę rebeliantów i przywrócić planecie Ghertha nowe światło,
        którego tak potrzebuje. W tym celu należy przedostać się do bazy wroga, tj. do
        dawnej Izby Rządu, a tam dokonać zabójstwa na Maosie - przywódcy buntowników. Po
        zamordowaniu wroga należy zablokować wszelkie floty kosmiczne i uniemożliwić
        szanse jakiejkolwiek obrony. Do wykonania powołuję: Aleamena, Xanniniego, Annox,
        a także najbardziej związanego z ruchem politycznym na Gherthcie - Annana.
        Uprasza się o niezwłoczne wykonanie misji i jak najrychlejszym zawiadomieniu o
        sukcesie. Milczenie oznacza porażkę."
        Głos zamilkł. Ciszę przerwał Xannini:
        - A plan B? Gdzie drugie rozwiązanie? Jest plan A to musi być i B.
        - Góra nie przewiduje potencjalnej porażki, więc nie rozważa innych planów
        poza pierwotnym - wytłumaczył Annan. - Teraz liczy się tylko czas.
        - Dobrze, to ruszajmy - powiedziała Annox.
        Cała, przygotowana grupa wyszła z bloku niezauważenie i skierowała się do
        kwadratu 13G, gdzie znajdowała się Izba Rządu, czyli ówczesna siedziba Maosa.

      • Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - II Operacja Gherth IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:42
        Maos siedział na swym "tronie" i czekał, aż jego flota osiągnie wystarczającą
        liczbę by móc zaatakować Garrium.
        - Jaka jest obecna liczba? - zapytał oficera, który stał obok i obserwował
        produkcje maszyn i szkolenie ludzi na swym infonie.
        - Obecnie posiadamy 15 tysięcy niszczycieli galaktycznych i ponad 23 tysiące
        wykwalifikowanych żołnierzy - oznajmił oficer. – Produkcja i szkolenie nadal
        trwa i ich liczba się zmienia.
        - Świetnie. Bardzo świetnie. Możesz już odejść, przyjdź jutro rano i powiedz
        by nikt mi już dziś nie przeszkadzał - powiedział Maos do oficera i zatarł ręce.
        - Tak jest! - wykrzyknął rutynowo oficer i zamaszystym krokiem obrócił się.
        Odmaszerował do drzwi i zniknął.
        - Świetnie. Bardzo świetnie - powtórzył sobie Maos. - Jutro będę już w stanie
        ruszyć na tą źle rządzoną planetę Garrium. Strzeż się Garrium - nadchodzę.
        Podniecenie sprawiało, że całe ciało Maosa drżało, a jego dłonie ciągle się
        ocierały. Przywódca rebelii nie mógł powstrzymać euforii i niecierpliwił się
        coraz bardziej.


        Annan był świetnym przewodnikiem i doskonale prowadził do celu. Znał wszystkie
        kryjówki i posterunki policyjne, pamiętał także trasy patroli, które nasilały
        się wraz z przybliżaniem do kwadratu 13G.
        - Moja praca polegała na pisaniu raportów na Aminixie a także na rozpoznawaniu
        działań wroga - mówił Annan. - Nie było to łatwe, lecz opłacało się. Teraz wiem,
        że moja praca nie pójdzie na marne. Teraz możemy wspólnie wyzwolić tę planetę od
        tyrani i zła.
        Droga była prosta, ale przejścia przez granicę kwadratów coraz bardziej
        skomplikowane. Na szczęście Annan mógł się poruszać po całym Gherthcie
        swobodnie. A strażnikom mówił, że musi dostać się natychmiast do Maosa, ponieważ
        ludzie, którzy z nim idą, tj. Aleamen, Xannin i Annox, to wysłannicy Garrium, i
        że chcą rozmawiać z przywódcą Ghertha. Strażnicy pobłażali na to, ponieważ
        wierzyli Annanowi, a jego towarzysze wydawali się spokojni, więc byli
        przepuszczani przez granicę bezproblemowo. Strażnicy nawet już nie dbali o
        dokładne sprawdzanie karty Annana i co drugi posterunek grupa z Annanem na czele
        przechodziła swobodnie.
        Udało się tak przedostać do samego kwadratu - celu. Do kwadratu 13G.
        - Teraz należy przejść przez straż do Izby Rządu, co nie będzie proste - rzekł
        Annan do swoich kompanów.
        Ci ruszyli ochoczo do szarego bloku. Teraz panowało skupienie i koncentracja.
        Nie można było popełnić żadnego błędu - konsekwencją była śmierć.
        - Dokąd to? - zapytał gwardzista przed wejściem.
        - Do przywódcy Maosa - mówił Annan. - Mamy do niego sprawę niecierpiącą zwłoki.
        - Nie możecie wejść - rzekł twardo gwardzista.
        - Dlaczego? Mamy pilną sprawę i musimy wejść do środka i spotkać się z Maosem.
        - Przykro mi. Przyjdźcie jutro. Dziś Maos nie życzy sobie wizyt. Żegnam! -
        powiedział sucho i rozkazująco gwardzista.
        Grupa odeszła z przygnębieniem na twarzy.
        - Na szczęście budowniczowie Ghertha wybudowali podziemne przejście, o którym
        to zapewne Maos nie wie, a nawet jeśli, to niczego się nie spodziewa - oznajmił
        Annan.
        - To dlaczego nie poszliśmy tamtędy od razu? - zapytał Xannini.
        - Ponieważ podziemnym tunelem dostaniemy się później niż tędy, a przecież
        zależy nam na czasie, prawda? - zauważył Annan
        - Prawda, chodźmy, nie traćmy teraz czasu na głupie gadanie - powiedział
        Aleamen. - Prowadź Annanie do podziemi.
        Grupa odeszła od głównego wejścia do Izby Rządu i skierowała się na wschodnie
        skrzydło tego budynku. Tam na szarej ścianie bloku widniał mały, czarny
        przycisk, który ukryty był pod sztuczną makietą roślinności. Po wciśnięciu
        guzika, fragment ściany rozsunął się i ukazał się ciemny tunel.
        Grupa weszła do środka. Panowała kompletna ciemność i głucha cisza. Nawet ich
        kroki były niedosłyszalne. Podłoga wykonana została z miękkiej gumy, co
        ułatwiało marsz w ciemnościach.
        Droga była długa i prowadziła najpierw na dół, a potem zakręcając na południe
        wznosiła się trochę. Później biegła na zachód i pięła się stromo w górę.
        Gdzieniegdzie w tunelu znajdowały się schody, ułatwiające wędrówkę.
        Po paru minutach cała grupa dotarła na miejsce.
        - Za tymi drzwiami - mówił Annan. - Znajduje się główny gabinet, gdzie
        prawdopodobnie może znajdować się Maos. Wkroczymy po cichu, ponieważ to
        przejście jest umieszczone w odsłoniętym miejscu.
        Wszyscy skinęli głowami i odbezpieczyli broń.
        Drzwi otworzyły się i do tunelu wpadło nikłe światło gabinetu.
        Przejście znajdowało się tuż za "tronem", gdzie siedział Maos i cieszył się
        władzą. Wszyscy ostrożnie wymierzyli we wroga i czekali na znak Annana.
        - Garrium pod władzą Maosa jak to pięknie brzmi - mówił do siebie Maos.
        - To tylko złudne marzenia - odezwał się Annan i podszedł do "tronu".
        Maos odwrócił się przerażony i spostrzegł przed sobą czwórkę uzbrojonych ludzi,
        a wśród nich Annana - jego pracownika.
        - Annan? Co ty tutaj robisz? Przecież ty nie współpracujesz z nimi... - mówił
        zatrwożonym głosem Maos.
        - Przykro mi Maosie, ale tak. Twoje rządy się skończyły - Annan stał tuż przy
        "tronie". - Odłóżcie broń, ten zapluty pies jest bezbronny pokonałbym go nawet
        rękoma... - zawrócił się do swoich towarzyszy.
        Aleamen, Xannini i Annox posłuchali swego przewodnika i zabezpieczając, schowali
        broń do kabur przy pasie.
        - A teraz - mówił Annan. - Czas realizować plan.
        Gdy wypowiedział te słowa oddał strzał. Lecz nie w stronę Maosa, lecz w stronę
        Aleamena, który upadł zabity.
        - Ty zdrajco! - krzyknął Xannini i spróbował sięgnąć po broń. Niestety Annan
        był szybszy. Zabójczy promień fal elektromagnetycznych przeszył Xanniniego i ten
        padł trupem.
        - Dlaczego to robisz? - zapytała zszokowana Annox, która nie mogła się ruszyć.
        - Dlatego - powiedział Annan i wystrzelił.
        Maos padł nieżywy. W gabinecie pozostali tylko Annan i Annox.
        - Taki był twój plan - mówiła Annox. - Wykorzystałeś nas by móc zabić Maosa,
        lecz nadal nie rozumiem, dlaczego byliśmy ci potrzebni?
        - Błyskotliwa jesteś - rzekł Annan. - Szkoda cię zabijać, lecz plan jest
        planem i musi być w pełni wykonany.
        Fala dosięgła Annox i ta zmarła.
        - Plan wykonany - powiedział do siebie Annan. - A co do twojego pytania,
        biedna Annox, to byliście mi potrzebni do tego, aby móc was oskarżyć o zabójstwo
        Maosa i samemu bez żadnych przeszkód przejąć władze nad tą planetą. Nad Gherthem
        258, który rośnie w siłę i wkrótce stanie się niezwyciężonym królestwem.

        By Lemdick
    • edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:33
      Ciemna poświata księżyca oświetlała mdłym światłem biurko, przy którym
      siedziałem straciłem już nadzieję na to, że kiedykolwiek jeszcze zasnę chyba, że
      snem wiecznym, a na to nie miałem ochoty przynajmniej na razie. Mam na imię
      Frank Kafka i nie ma nic wspólnego z tym pisarzem, moje życie było przedtem
      ponure zwykłe szare niczym niezaburzone opierało się na pracy śnie i codziennym
      systematycznym spożywaniu posiłków, chociaż ciężko nazwać posiłkami to, co
      jadłem same fast foody nic poza tym, dni płynęły wolno miałem już dość tego
      postanowiłem, więc zaszaleć, zabawić się, chociaż raz w życiu nie przejmować się
      tym, co będzie jutro. W celu zaspokojeni swych nadanych pragnień wsiadłem w
      taksówkę i nakazałem brzydkiemu staremu robotowi podwiesić się pod "Dom uciech
      panny Apelgay" robot oczywiście pomylił drogę policzył sobie drożej za przejazd
      niż powinien. Wreszcie wysiadłem na zewnątrz było ciemno, padał deszcz przy
      wejściu do budynku siedział bezdomny i prosił o datki, nie wzruszyło mnie to
      miałem już dość bycia grzecznym dobrym uśmiechniętym przedstawicielem handlowym
      teraz byłem zły niebezpieczny morze inaczej nadęty jak balon, głupku pomyślałem,
      dlaczego nie dałeś temu gościowi ani grosza nie wytrzymałem musiałem wrócić i to
      był mój błąd, kiedy wyszedłem tego bezdomnego kopało jakiś dwóch osiłków, ich
      oczy od razu skierowały się na mnie bez namysłu jak ostatni głupiec pobiegłem
      gdzieś na ulice boczną tam mnie dopadli cios zadany mi metalowym przedmiotem
      dopełnił ich dzieła. Obudziłem się w kałuży krwi, ale to nie była moja krew,
      ktoś sprzątnął tych dwóch leżeli obok mnie czaszki mieli porozbijane to z nich
      płynęła ta krew, szczerze mówiąc nie był to ciekawy widok, więc wstałem wtedy to
      spostrzegłem, iż gapi się na mnie kilku ludzi jakaś staruszka, prostytutka i
      wysoki mężczyzna, usiadłem, na ziemi były chyba litry krwi po chwili usłyszałem
      wysokie dźwięki wydawane przez policyjny radiowóz teraz już nic nie było pewne
      mogą mnie oskarżyć o zabójstwo albo tylko przesłuchać i puścić wolno, ale w to
      drugie po wczorajszym dniu nie wierze tym bardziej, że jakaś głupia dziwka
      krzyczy „zabójca się obudził” idiotka pomyślałem wstając. Już miałem uciekać,
      kiedy podszedł do mnie policjant i skuł mi ręce kajdankami, wszystko jest
      stracone nie wyjdę z tego cało. Policjant szarpnął moje ciało ku sobie mówią
      -Mamy cię nareszcie sku..elu
      Ja nie wiedziałem, o co mu właściwie chodzi. Kiedy wsiadałem do radiowozu
      zmuszony brutalnym uderzeniem w brzuch usłyszałem jeszcze kilka obraźliwych słów
      pod moim adresem zachowywali się tak jakbym był znanym niebezpiecznym
      kryminalistą mówili o premiach jakie z całą pewnością otrzymają po dostarczeniu
      mnie na komisariat. Nieoczekiwanie zjechali z głównej drogi w jakąś mroczną
      pełną bokowisk z XX.w dzielnice, gdzie oni mnie wiozą, zdenerwowałem się oczy
      biegały mi z lewej na prawą muszę przyznać byłbym niemal zesrał się w spodnie ze
      strachu. W końcu stanieli i kazali wysiadać to były ostatnie słowa te są moim
      ostatnim wspomnieniem z tamtej chwili, potem zemdlałem. Szarpnąłem się ku górze,
      aby spojrzeć gdzie jestem, nie mogłem uwierzyć leżałem we własnym pokoju
      przykryty pierzyną -to sen Jezu to sen, straszny koszmar nic więcej- pomyślałem,
      dopiero wstając spostrzegłem, że to, co na sobie ma nie jest piżamą, lecz
      ubraniem, jakie miałem na sobie wczorajszej nocy różniło się ono tylko tym, że
      całe było poplamione zastygłą dawno krwią. Zdjąłem je sprawdzając czy aby nie
      krwawię, lecz niczego nie znalazłem byłem zdrów i cały, choć po wczorajszym dniu
      powinienem mieć mnóstwo siniaków. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jest
      sobota a na zegarku wybiła dopiero szósta rano, więc padłem na łóżko, aby
      jeszcze pospać. Miałem dziwaczne sny, tylko krew cieknąca po szybach i nic poza
      tym, było to takie przerażające, że aż bałem się zasnąć siedziałem, więc na
      krześle popijając drinki energetyzujące wszystko tylko po to, aby nie zasnąć,
      lecz zasypiałem często w ubraniu budziłem się i szedłem w tym samym stroju do
      pracy, śmierdziałem, bo zmieniałem ubranie raz na tydzień.Za każdym razem, kiedy
      zasnąłem w śnie pojawiał się nowy wątek oczywiście krwawy i okrutny, nie wiem,
      czego brały się te sny, ale wyglądały niezwykle realistycznie, właśnie wtedy to
      zauważyłem, że to ja jestem w nich oprawcą, zbrodniarzem to mnie przeraziło
      zacząłem nawet podejrzewać siebie ponieważ wszelkie zbrodnie, o jakich czytałem
      w porannych gazetach były niezwykle podobne do mych snów wydało mi się to głupie
      i odpuściłem sobie te przypuszczenia, uważałem je za idiotyczne, ale powróciłem
      do nich, gdy przeczytałem artykuł o eksperymencie, jakiego dokonała korporacja,
      Galwxs astri na jednym ze swych pracowników pełniących służbę na Marsie, o tuż
      sztab medyczny na polecenie właściciela firmy pana Joachima Kerschena poddał
      szefa ochrony Erwsa Minta eksperymentowi podziału jaźni i zmianie jednej z
      części podzielonej osobowości na osobowości seryjnego zabójcy, drugą z części
      pozostawiono zaś w stanie, nienaruszonym lecz była ona aktywna tylko za dnia.
      Skutki okazały się zaskakujące, człowiek, który był szkolony po to by bronić
      życie za zaczął je odbierać najpierw zabił kilku pracowników potem własną
      rodzinę, na końcu próbował pozbawić życia swego pracodawcę to właśnie wtedy
      został schwytany i sprawa wyszła na jaw panu Kerschenowi kazano zapłacić
      pięćdziesiąt bilardów odszkodowania, ale nie trafiły one do nikogo, ponieważ
      rodzina nie żyła a pan Minta skazano na 200 lat ciężkich robót, więc całe
      odszkodowanie trafiło do Wielkiej Rady Korporacji, której przewodniczącym jest
      nie, kto inny jak Joachim Kerschen. -Ciekawa sprawa- pomyślałem a jeśli mnie
      podali takiej operacji, nie świadomy tego mogłem popełniać zbrodnie, lecz to
      chyba działo się, kiedy spasłem? Więc nie ma innego wyjścia jak nie zasypiać jak
      najdłużej. To było głupie, ale nie miałem innego lepszego pomysłu, mógłbym to
      zgłoś, lecz skorumpowana policja będąca na usługach Pana Kerschena z całą
      pewnością mnie aresztuje, bez dowodów niczego nie zdziałam, chociaż nawet z nim
      nie dałbym rady, sam niczego się nie dowiem powinienem poszukać pomocy, tylko
      gdzie może u tego dziennikarza, który ujawnił sprawę Minta. Nagle zza drzwi
      wejściowych usłyszałem trzask wyłamywanego zamka po chwili drzwi leżały na
      podłodze a ja wyskakiwałem prze okno nie wiedziałem, że mieszkałem tak wysoko po
      prostu skoczyłem trochę spadałem a później trzasnąłem o ziemie z ogromną
      prędkością, zamroczyło mnie nie mogłem wstać końcu poderwałem się i stanąłem na
      równe nogi, nie wiedząc, czemu spojrzałem w górę stało tam dwóch ludzi w maskach
      jeden z nich krzyczał na drugi zaś wycelował we mnie lufę karabinu trwało to
      ułamek sekundy, ale w tamtej chwili wydawało się, iż to cała wieczność, strzelił
      nie mogłem uwierzyć strzelił do mnie, za co, czułem jak ciepła posoka cieknie mi
      poranieniu.
      -Dlaczego- krzyknąłem bez sensu jakbym liczył na to, że otrzymam jakąkolwiek
      inną odpowiedzi niż strzał w głowę
      - Poczekaj- powiedział jeden z nich. Dziwne jednak umieją mówić pomyślałem
      (jeszcze chciało mi się żartować)
      -Czego chcecie – zapytałem
      -Musisz z nami iść dla własnego dobra –odpowiedzieli
      - Ta jasne dla własnego dobra rozwaliliście mi bark.
      Nie odpowiedzieli, ale za to wystrzeli, ty razem zacząłem uciekać udało mi się
      pobiegłem za sąsiednie wysokie bloki i choć trudno w to uwierzyć, aby się
      schronić wlazłem do sporego kosza na śmieci tam czekałem całą noc, szukali mnie
      jeden chciał nawet zaglądać do koszów na śmieć, ale drugi uznał, że aż taki
      głupi to on nie jest to znaczy ja nie jestem, a jednak byłem, lecz w tym
      przypadku wyszło mi to na dobre. Nie przespałem nocy, nie chciałem zasnąć bałem
      się tego, co się stanie, kiedy zasnę przecież, jeśli to prawda, jeśli zabijam,
      kiedy śpię to znaczy, kiedy budzi się moja druga połowa, przecież mógłbym
      skrzywdzić jakieś dziecko lub kobietę, ojca rodziny nigdy bym sobie tego nie
      wybaczył. Kie
    • edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:35
      powąchałem śmierdziała zgnilizną wolałem nie patrzeć na to, co kryje się pod
      koszulą. Usiadłem na wysokim chodniku przylegającym do bloku wszyscy ludzie
      przechodzą lub będący w tej chwili na ulicy gapili się na mnie, sięgałem właśnie
      do kieszeni by znaleźć pieniądze potrzebne na zakup Hot doga, kiedy podeszła do
      mnie starsza kobieta uczesana niezwykle młodzieżowo
      -Czego pan tu szuka – zwróciła mi z wyrzutem uwagę jak gdyby zrobiłbym coś złego
      -A, co pani do tego – odpowiedziałem obojętnym tonem
      -Wynoś się z stąd brudasie, bo zadzwonię po policje- krzyknęła z niemal
      histerycznym tonem.
      Przeraziły mnie słowa tej kobiety wstałem natychmiast i poszedłem w stronę
      człowieka, który sprzedawał „ ciepłe psy” pieniędzy starczało mi na, trzy ale
      kupiłem tyko jednego napój dał mi za darmo porządny człowiek.
      -Kim jest ta stara kobieta, która na mnie krzyczała – zapytałem z ciekawości
      -To żona tego reportera, który ujawnił tą aferę z podziałem świadomości kojarzy pan.
      -Tak- odpowiedziałem
      -Zwykle nie jest taka, ale dwa dni temu dowiedziała się, że je mąż został
      zamordowany – powiedział szeptem jak gdyby się czegoś bał-Wie pan- dodał – tu
      się kręcą takie podejrzane typki
      Paczyłem na niego teraz wzrokiem tępym i pustym tak jak nie patrzy człowiek, ale
      głodne zwierzę, jadłem tak łakomie, że sos ciek mi po twarzy a ja tego nie
      czułem. W myślach obmyślałem plan zemsty jednak najpierw musiałem opatrzyć ranę,
      bowiem bolał nie miłosiernie. Po zjedzeniu hot doga i wypiciu soku
      pomarańczowego udałem się do apteki, której szyld zobaczyłem zaraz po wyjściu z
      bocznej uliczki, miałem nadzieję, że ceny nie są tam zbyt wygórowane oczywiście
      mogłem najpierw pójść po pieniądze do mieszkania, lecz to było raczej nie zbyt
      dobrym pomysłem przecież mogli pozostawić tam jakiegoś policjanta, aby pilnował
      mieszkania na wypadek gdybym próbował się doń dostać i zabrać kilka nie zbędnych
      rzeczy- lepiej będzie jak pobiorę pieniądze z konta – pomyślałem, ale po chwili
      zdałem sobie sprawę, że to był jeszcze głupszy pomysł od poprzedniego – boże no
      to co ja mam zrobić.
      Może to śmieszne, ale przez całą krótką drogę tak rozmyślałem, choć z drugiej
      strony człowiek, którego życie zawisło na krawędzi musi nie ustanie myśleć o tym
      jak je uratować i nie ma w tym nic dziwnego a jednak mnie wydawało się to
      zarówno śmieszne jak i przerażające.
      Nareszcie doszedłem jeszcze tylko ostatni Bóg wie, komu potrzebny rzut oka na
      wielki czerwony szyld podświetlony w środku dnia Neonami( nie pytajcie, po co
      nie wiem tego) i wchodzę uderzył mnie powiew zimnego powietrza ze wnętrza apteki
      było w niej przyjemnie chłodno z całą pewnością była to zasługa wentylatora i
      tego, że wnętrze zostało wyłożone płytkami termo-inteligentnymi od razu po
      wejściu je poznałem świetna rzecz miałem takie…
      Nagle poczułem się słabo to ta rana pomyślałem, jakby przez mgłę usłyszałem
      kobiecy głos, upadłem poczułem tylko upadek a potem nastała ciemność tak nie
      przenikniona tak głucha bałem się bardzo się bałem czyżbym miął odejść do
      miejsca, z którego nie ma powrotu.
      Chyba oddycham pomyślałem i ta myśl uczyniła mnie tak szczęśliwym jak nigdy w
      życiu, poczułem, że mogę wszystko, po krótkiej chwili otwarłem oczy stała nade
      mną piękna istota o długich złocistych włosach patrzała się na mnie a
      jednocześnie coś robiła z moją raną dziwne nic nie czułem, chociaż powinienem
      czuć ból przecież ona grzebał przy postrzale pewnie dała mi znieczulenie. Coś do
      mnie mówiła widziałem jak je usta poruszają się ale prawie nic nie słyszałem
      tylko szmer, cichy szmer, nie pochodził on z zewnątrz lecz ze środka z mojej
      głowy! To było jakby wezwanie ciche acz czytelne ten głosik, bo słyszałem go
      coraz wyraźniej domagał się czegoś z przerażeniem stwierdziłem, że on wzywanie
      do popełnienia czegoś złego
      -Frank- syczał z nie zawiścią głos –Frank musimy ją zabić
      -Dlaczego- odpowiedziałem w myślach
      -Musimy- syczał ponownie automatycznie jakby automat. Pewnie wcale mnie nie usłyszał
      -Dlaczego, co ona nam zrobiła – zapytałem. Nie odpowiedział powtórzył tylko-
      Musimy- nudziła mnie ta schizofreniczna dyskusja z głosem w mojej głowie, może
      oszalałem, kto wie, a morze to był skutek uboczny działania leku przeciw
      bólowego tak czy inaczej postanowiłem ja zakończyć, głos był coraz cichszy milkł
      powoli jakbym się oddalał od jego źródła nareszcie zakończył nawoływanie i
      dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to było nic innego jak skutek eksperymentu,
      któremu zostałem podany. On był moją gorszą połową.
      Powieki lepiły i się do siebie próbowałem je rozszerzyć, ale musiałem sobie
      pomóc palcami w końcu udało i się pierwszego zobaczyłem wtedy to biały sufit,
      który właściwie chyba był jednym wielkim neonem oświetlającym to pomieszczenie
      dziwne nie pamiętam żeby to tak wyglądało poderwałem się ku górze to nie była
      apteka, do której wchodziłem Bóg wie jak dawno temu. Pokuj był jak gdyby bez
      kształtny zapewne taki obraz był wynikiem złudzeniem optycznego spowodowanego
      oślepiającą bielą oświetlenia umieszczonego również w ścianach. Wstałem niczego
      ani nikogo w pomieszczeniu nie było leżałem na jakimś wysokim stale, który
      podobnie jak reszta podświetlany był od zewnątrz, wrastał on wprost z podłogi na
      wysokość mniej więcej 1,5 metra. Rozglądałem się do koła jednak w pokoju niczego
      oprócz ścian, stołu no i oczywiście mnie nie było. Dotknąłem jednej ze
      ścian-Niesamowicie gładka –pomyślałem, przesuwałem rękę wzdłuż ściany nigdy z
      czymś podobnym się nie spotkałem, powierzchnia przypominała bardziej aksamit lub
      inny delikatny materiał niż ścianę, żadnej skazy, zero zanieczyszczeń po prostu
      ideał. Czyż nie tak wyobrażamy sobie niebo. A może ja umarłem, tak było by nawet
      lepiej uwolniłoby mnie to od wszelkich problemów, jakie mam na ziemi, tak śmierć
      była mi na rękę szczególnie taka bez bolesna, pewnie umierałem w objęciach tej
      młodej kobiety, no zdecydowanie piękna śmierć szkoda trochę, że w tak młodym
      wieku mógłbym przecież zakosztować jeszcze życia a odeszłem w chwili, kiedy
      stawało się one ciekawe.
      -Frank-odezwał się tajemniczy kobiecy glos
      -Tak- odpowiedziałem
      - Wiesz gdzie jesteś- zapytał głos
      -Nie, ale chciał bym się tego dowiedzieć.
      -To na razie nie możliwe- oznajmił głos
      -Dlaczego, o co wam chodzi- krzyknąłem sfrustrowany
      - Uspokój się niczego nie zdziałasz krzycząc-powiedział głos
      A więc żyję. Usiadłem załamany na podłodze i z rozpaczy zacząłem płakać ale nie
      tak jak płacze mężczyzna lecz raczej głośno i krzykliwie niczym niemowlę
      odebrane matce, siedząc tak zastanawiałem się nad tym co zrobię miałem inne
      plany chciałem dotrzeć do żony tego dziennikarza poprosić ją o pomoc, jestem
      pewien że pomogła by mi, tym czasem płakałem zamknięty w jakimś pokoju bez drzwi
      i okien niczego nie mogąc zrobić.
      -Frank-odezwał się mniej więcej po godzinie głos lecz tym razem nie miał barwy
      kobiecej ale męską i to bardzo głęboką potężną- Jeżeli mnie słyszysz to
      odpowiedz – poprosił grzecznie.
      -Słyszę cię –odpowiedziałem wstając trzęsłem się nieco a mój głos drżał
      -Frank boisz się odpowiedz- zapytał
      Zastanawiałem się, co zrobić końcu wybrałem drogę szczerości
      -Tak boję się –odpowiedziałem
      -Uwierz mi Frank, że nie masz, czego się obawiać.
      -To, dlaczego pytasz –zapytałem wściekły
      -Chciałem wiedzieć czy będziesz mówił prawdę.
      -Kim jesteś –zapytałem
    • edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:41
      -Na pewno o mnie słyszałeś jestem największym wrogiem twojego pracodawcy kieruje
      korporacją Kosmodronic.
      -A, więc ty jesteś Mark Durber
      -Tak to ja- rzekł głos jego brzmiał dostojnie i niezwykle poważnie-, jeżeli
      chcesz to mogę ci pomóc
      -Ale jak –zapytałem nie wierzyłem, bowiem że ktoś morze mi pomóc.
      -Oni podzielili twoją jaźń na dwie części wiemy jak to zrobili i możemy odwrócić
      ten proces lub go zatrzymać.
      Muszę przyznać, że to, co powiedział wielce uspokoił moje nerwy, usiadłem na
      białym wzniesieniu zajmującym środek białego pokoju a Mark mówił dalej ja zaś
      siedziałem i słuchałem
      - Muszę ci powiedzieć, że twój przypadek jest nieco inny niż ten opisany przez
      Cermana potwierdzają to badania medyczne przeprowadzone na tobie w czasie, kiedy
      znajdowałeś się w stanie śpiączki farmakologicznej
      -Przepraszam- przerwałem –jak długo ona trwała?
      -Pięć dni- odpowiedź szefa Kosmodronic zaszokowała mnie nie zdawałem sobie
      sprawy z tego, że spałem aż tak długo- Czy masz jeszcze jakieś pytania.
      -Nie- odparłem
      -Doskonale a więc zacznę od najważniejszego. Jak już ci wcześniej mówiłem możemy
      cię „uratować” lecz musisz spełnić jeden warunek.
      -Jaki!!!- Ożywiłem się nagle
      -Przedostaniesz się do firmy Galwax astri…
      Zwaliło mnie z nóg, kiedy to usłyszałem
      -Nie zrobię tego, to nie możliwe przecież oni mnie tam znają a po za tym policja
      szuka seryjnego mordercy, który wygląda dokładnie jak ja, jest mną
      -Jeżeli nie chcesz to twoja sprawa ja daję ci możliwość, ale nie mogę cię zmuś
      chciałem ci tylko powiedzieć, że choroba będzie postępować on to znaczy twoja
      druga polowa przejmie nad tobą władze w ciągu miesiąca a wtedy nikt ci nie pomorze
      Głos zamilkł coś brzęknęło jak gdyby zostały wyłączone głośniki, siedziałem na
      wzniesieniu i gapiłem się ślepo na podłogę próbowałem coś wymyślić lecznic nic
      sensownego nie wpadało mi do głowy, gdy nagle jak natchniony wstałem i krzyknąłem:
      -Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem chce operacyjnie zmienić sobie twarz i oczy.
      Oczekiwałem odpowiedzi przez krótką chwilę, po kilku sekundach zdających się być
      wiecznością nareszcie padła:
      -Wiedziałem, że nie jesteś głupi- odpowiedział z nieskrywaną satysfakcją Mark-
      Już niedługo przejdziesz operację plastyczną
      -Czy mogę wyjść z tego pokoju- zapytałem
      -Na razie pozostaniesz tam na wszelki wypadek. Nie chciałbym żebyś zasnął w
      którymś z niestrzeżonych pomieszczeń rozumiesz chyba.
      -Tak- odpowiedziałem krótko udając, że nie obchodzi mnie to, iż będę zamknięty w
      nie dużym białym pokoju, a przecież strasznie mnie to irytowało.
      -Niech pan położy się na łóżku- powiedział miły kobiecy głos, dziwne, ale
      wydawało mi się że z skądś go znam- Za chwilę zostanie pan uśpiony na okres
      przewiezienia do Sali operacyjnej i samej operacji, słysz pan.
      -Słyszę- odpowiedziałem- A jeszcze jedno- przypomniałem sobie- jak ma pani na
      imię chyba zna pani głos.
      -Na imię ma Sara poznaliśmy się w aptece
      -To pani jest tą blondynkom.
      -Tak to ja, ale niech pan już nic nie mówi- w jej glosie brzmiało coś
      niepokojącego, chyba się bała, czyżby tym czymś był ja?
      Poczułem się śpiący i przymknąłem powieki by po chwili zasnąć. Miałem poczucie
      szczęścia przecież ostatnie dni uciekałem a teraz leżałem otoczony opieką
      lekarzy i specjalistów wiedząc, że nie jestem zdany tylko na siebie. Teraz to ja
      miałem przejąć inicjatywę i zemścić się na mych oprawcach, ale czy to w ogóle
      było możliwe.
      Wokół zwyczajnego szpitalnego łóżka stali ludzie, gapili się na mnie
      jednocześnie rozmawiając, podejrzewałem, iż ta rozmowa dotyczy także mojej
      osoby, prawie niczego nie słysząc i ledwo, co dostrzegając spróbowałem coś
      powiedzieć, lecz nie potrafiłem otworzyć ust zlepiała mi je jakaś dziwna kleista
      substancja wtedy sobie przypomniałem o operacji plastycznej, jakiej miałem być
      podany a więc to, co przeszkadzało mi w słyszeniu, patrzeniu oraz mówieniu było
      zapewne jakimś okładem lub rodzajem bandaża ochronnego, nie mogąc się porozumieć
      z otoczeniem słowem mówionym postanowiłem poruszyć ręką palcem lub czymkolwiek,
      aby dostrzegli me przebudzenie, w tym celu uniosłem prawą rękę, lecz stało się
      coś dziwnego to znaczy nic rozmawiali dalej jakby nie obchodziło ich to co
      zrobiłem. Po chwili rozległ się śmiech, czyżby jakiś kawał, czyżby śmiali się z
      mojej osoby. Sara pochyliła się nad mną nieszczęsnym i rzekła:
      -Wiemy, że już nie śpisz, odpoczywaj.
      Jej słodki głos przyniósł niesamowitą ulgę, poczułem się wolny poczułem, że ją
      kocham.
    • edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:45
      Przyłożyłem kartę magnetyczną do czytnika znajdującego się mniej więcej na
      wysokości pasa, zamek magnetyczny natychmiast odskoczył wydając dziwięk lekkiego
      trzasku podniosłem stojące na ziemi walizki, popychając drzwi ramieniem wszedłem
      do wnętrza, na ziemi leżał niebieski dywan przyozdobiony w zielone prążki
      biegnące, wzdłuż całej jego powierzchni, która przykrywała niemal całą podłogę
      po lewej stronie wchodząc stało wielki łoże, po prawej miejsce swe miał ekran
      telewizora umieszczony w ścianie, niedaleko w odległości może dwóch metrów od
      drzwi stało biurko dosyć małe, lecz eleganckie stylizowane na czasy
      wiktoriańskie za nim znajdowało się wejście do łazienki, która miała także
      przypominać miała zapewne owe czasy lecz w mych oczach wzbudziła tyko szyderczy
      uśmiech. Rzuciłem ciężkie walizki na łóżko miały one chyba ze dwadzieścia kilo
      pościel podobnie jak i dywan miała barwę niebieską, ale paski na niej biegł
      poprzecznie, stalowy szkielet tandetnego legowiska zadrżał podczas otwierania
      jednej z walizki miałem w niej ubrania i zastanawiałem się gdzie je u licha
      umieścić gdyż pomimo obejrzenia całego pokoju nie znalazłem ani szafy ani
      komody, nie miałem ochoty się zastanawiać gdzie ona jest rozłożyłem ubrania na
      podłodze, a następnie sięgnąłem po neseser i połorzyłem go na biurku i otwarłem
      w środku leżała zalakowana duża koperta otwarłem ją począłem czytać:
      „Celem pańskiej misji jest przedostanie się do firmy Galwaxs astri i zdobycie
      informacji o badaniach prowadzonych przez wspomnianą wcześniej korporacje, dane
      zdobyte przez pana mogą uratować życie wielu osobom mam nadzieję, iż uda się
      panu. Pańska nowa tożsamość to Robert Galman urodzony 21 kwietnia 2401 roku w
      metropolii Wielka Brytania w dzielnicy Londyn jest pan inżynierem genetykiem
      niech się pan nie martwi, iż nie miał do czynienia z tą dziedziną nauki
      wgraliśmy ją panu podczas operacji. Życzę powodzenia.”
      Po przeczytaniu zniszczyć za pomocą ognia.
      Zapalniczka, którą miałem spalić list leżała na dnie neseserka wziąłem ją, więc
      i ją poszedłem do łazienki podpaliłem kopertę i która niemal natychmiast spłonek
      tak jak gdyby nasączona był benzyną, gdy list płonął spojrzałem na swą twarz
      dziwnie czułem się patrząc na tego człowieka, który w istocie był mną, przyznaję
      nawet trochę go polubiłem miał czarne włosy,zdecydowane bardzo męskie rysy
      twarzy i niebieskie oczy nawet je wymienili po krótkiej chwili przerwałem
      podziwianie samego siebie podeszłe ponownie do biurka, aby zobaczyć, co też ma
      jeszcze w owym neseserze leżało tam mnóstwo pudełek z tabletkami, na każdym
      pudełku widniał napis „zażyć przed snem”. Wyspałem się jak nigdy, o godzinie
      8.00 obudził mnie robot nie byłem zadowolony z faktu tak wczesnego budzenia lecz
      poinformował mnie iż sam zażyczyłem sobie takie budzenie teraz sobie dopiero to
      przypomniałem miałem dziś dużo spraw do załatwienia. Robot zaproponował żebym
      zszedł na dół i zjadł śniadanie zapytałem, na pytanie, co proponuje na śniadanie
      zaoferował, jaka po wiedeńsku odpowiedziałem mu, że nie cierpię jajek na to nic
      nie powiedział. Zszedłem na dół podążając za robotem, który prowadził mnie do
      restauracji hotelowej. Spojrzawszy ku górze ujrzałem wielki kryształowy żyrandol
      zwisający z powierzchnia sufitu niczym odwrócona góra lodowa, dywan w holu był
      niczym nasiąknięty krwią, jego czerwień wręcz raziła swą intensywnością zdało mi
      się to dziwne, lecz chyba nie pamiętałem wczorajszego dnia przecież ja tędy
      wczoraj przechodziłem, to z całą pewnością za przyczyną tych leków, które
      zażyłem przed snem, nieco się przestraszyłem, ale po chwili przypomniałem sobie,
      iż wczoraj czytałem, że lek może powodować zaniki pamięci, lecz są one chwilowe
      i zupełnie nie groźne, jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że ów lek nie czyni mi
      krzywdy powodując dziury w pamięci. Robot doprowadził mnie do dużej sali, w
      której mieściła się restauracja, z miejsca, w którym stałem widoczne były
      olbrzymie okna wysokie na ok. 10-15 metrów, samo wnętrze nie zrobiło na mnie
      dobrego wrażenia wglądało nawet gorzej niż mój pokój i właśnie z tego względu
      nie będę go opisywał. Usiadłem przy stoliku, pierwszym z brzegu lecz nie miało
      to żadnego znaczenia gdzie siądę (wszystkie były takie same), po dłuższej chwili
      robot kelner zapytał mnie czego sobie życzę w jego.


      -Naleśniki- odpowiedziałem
      Zapisał to na małej karatece, wydało mi się, to dziwne gdyż przecież mógł
      zapamiętać z łatwością moje słowa.
      -Coś do picia- zapytał uprzejmie
      - Kawa- odpowiedziałem
      Ponownie zapisał, po czym odszedł. Kiedy upłynęło pół godziny pojawił się
      ponownie, brzuch mój po takim oczekiwaniu spodziewał się wyśmienitej uczty ale
      to co dostałem na talerzu zawiodło mnie okropnie, naleśniki czarne niczym
      węgielki, kawa zwyczajna smoła a nie kawa.
      -Smacznego-powiedział uprzejmie robot
      Myślałem, że zaraz wstanę i rozwalę mu ten stalowy kubeł, który przykrywał
      elektroniczny mózg, w ostatniej chwili opanowałem nerwy.
      -Czy mogę porozmawiać z szefem- zapytałem
      - NIE!!!- krzyknął nie omal spadłem z krzesła
      -Dlaczego- zapytałem przerażony i osłupiały zachowaniem robota było mi też nieco
      wstyd bo wszyscy się na nas gapili.
      -BO NIE!!!- krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio, tym razem wstałem
      zauważyłem wtedy że z robota wydobywa się dym uczyniłem krok do tyłu i
      spostrzegłem płomienie na jego prawym ramieniu.
      -Co jest do cholery.
      -Niech pan ucieka- krzyczał jakiś mężczyzna
      Rzuciłem się do ucieczki i nie spodziewanie salą wstrząsnął potężny huk
      eksplozji, fala uderzeniowa, jaką wywołała rzuciła mnie z 10 metrów dalej
      upadając połamałem stuł, na który spadłem. Po całym pomieszczeniu fruwały
      ogniste kule, ludzie biegali przerażeni robot nadal stał a właściwie jego nogi,
      podbiegł do mnie jakiś mężczyzna, chwycił moją marynarkę i wyciągnął mnie ze
      strefy śmierci.
      -Nic panu nie jest-zapytał zdyszany
      -Chyba nie- odpowiedziałem jąkając się jeszcze ze strachu- co to było- zapytałem
      -Awaria robot oszalał.
      -Aha- odsapnąłem
    • edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:47
      Po tym nie fortunnym wypadku w hotelu zjawiło się mnóstwo policjantów i
      techników, ci drudzy wypytali mnie o przebieg całego zdarzenia policja zaś nie
      zainteresowała się mną, z czego byłem wielce zadowolony. Minęło południe ja zaś
      nadal niczego nie zjadłem wybuch zdemolował całą restaurację postanowiłem
      poszukać jakiejś knajpy w najbliższej okolicy zapytałem wiec o nią robota
      pokojowego wskazał mi bar na drugim końcu ulicy trochę było do niego daleko,
      lecz żołądek nie dawał mi spokoju, robot zapytał czy nie zamówić taksówki jednak
      odmówiłem pamiętając o tym jak roboty jeżdżące taksówkami naciągają na kasę
      stosując prosty trik zgubienia drogi, wolałem przejść się tą krótką drogę do
      knajpy o nazwie „U Karli”. Na ulicy śmierdziało spalinami i zacząłem żałować, że
      nie zamówiłem taksówki po za tym nie mogłem znieś widoku ludzi, którzy pracowali
      w fabrykach produkując wszystko nie otrzymując w zamian nic lub niewiele, tak
      zbudowano korporację na niewolniczej pracy i śmierci wielu niewinnych ludzi,
      którzy stanęli w nie właściwym czasie po nie właściwej stronie barykady i
      skazali siebie jak i swe dzieci na potworny los robotnika przemysłowego lub, co
      gorsza górnika, czułem się jak parszywy sukinsyn, ale co mogłem zrobić mój
      ojciec walczył na wojnie z mutantami i zginął a pan Kerschen wziął naszą rodzinę
      jak i tysiące innych rodzin pod swoją opiekę, lecz teraz czułem się winy za ich
      los jak gdybym mógł coś poradzić lecz byłem bezradny. Mym oczom znienacka ukazał
      się bar, a nad nim stary szyld w stylu niczym z lat czterdziestych dwudziestego
      wieku, wspaniały czerwony napis wybijał się z szarego otoczenia, wewnątrz także
      bar wyglądał nie źle, miał stylowy staranie utrzymany wygląd szczegóły także w
      przeciwieństwie do hotelu, który raził tandetą były tutaj jakby oryginalne
      przeniesione wprost z tamtych czasów. Przy ladzie siedziało na wysokich
      krzesłach kilku ludzi, większość jednak zajmowała miejsca przy stolikach
      ustawionych przy ścianie frontowej, do środka lało się cienkimi paskami światło
      słoneczne, wnętrze pachniało starym drewnem, piwem, dymem papierosowym i olejem
      ze smażenia, nad mą głową kręcił się wiatrak nieco rozrzedzając gęste od
      zapachów powietrze. Właśnie wtedy, kiedy wchodziłem przy barze akurat zwolniło
      się jedno miejsce, więc przy nim usiadłem. Po minucie podszedł gruby mężczyzna,
      złożyłem zamówienie i otrzymałem to czego chciałem, nawet nie potrafię opisać
      jak byłem rozradowany z powodu tych dwóch jajek i kawy czarnej jak smoła.
      Spojrzałem na zegarek, dwadzieścia minut po dwunastej, trzy godziny trwało zanim
      coś zjadłem na śniadanie, niektórzy tu na pewno jedli w tej chwili obiad. Obok
      mnie siedział posępny starszy człowiek widziałem tylko połowę jego twarzy reszta
      pozostawała ukryta w cieniu, co jakiś czas sączył ze szklanki jakiś wysoko
      procentowy trunek spoglądając tępym wzrokiem na ścianę z butelkami. Zapłaciłem
      barmanowi za posiłek i kiedy już wstawałem niespodziewanie ów posępny starszy
      pan otworzył usta i rzekł:
      -Nie ma ucieczki Frank.
      Zaskoczył mnie nie widziałem co mam odpowiedzieć.

      -Przepraszam czy mówi pan do mnie-rzuciłem
      -Tak a jest tu jeszcze jakiś Frank?
      - Ja ma na imię Robert Galman- odpowiedziałem w nadziei, że to pomyłka
      -Ja się nie mylę i znam pana lepiej niż pan myśli
      -Alę- przerwałem mu
      -Niech pan siada porozmawiajmy- poprosił
      Przysiadłem się, więc aby go wysłuchać.
      -Nie uda się panu-mówił – Firma ma szereg zabezpieczeń sprawdzą pana DNA.
      -Podmienię krew wiem jak to zrobić. Ale skąd pan wie do cholery, kim jestem i co
      chcę zrobić.
      -Właściciel cię przejrzy tak jak ja.
      -SKĄD PAN WIE!!!- huknąłem
      -Spokojnie już panu mówię, najzwyczajniej w świecie jestem
      jasnowidzem-odpowiedział tak poważnie, że aż zabrzmiało to śmiesznie
      - Co, pan chyba żartuję- zaśmiałem się
      -Nie żartuję, właściciel ma także takie zdolności i nie tylko takie sądzę, że
      teraz potrafi dużo więcej niż ja, może jest czymś w rodzaju półboga, ale
      przepraszam nie przedstawiłem się jestem Angus.
      -Robert.
      - Raczej Frank- uśmiechnął się
      -A tak przepraszam zapomniałem, że pan jest jasnowidzem- zażartowałem
      Zmarszczył brwi
      -Nie wierzy pan mi.
      -Przepraszam, ale nie wierzę w takie rzeczy- odpowiedziałem
      -Więc skąd bym do cholery wiedział jak masz na imię naprawdę co?
      -Może to próba, może Mark wystawia mię na próbę.
      -Uwierz mi, że nie, i wiedz, że ten cały Mark to nie mniejszy sukinsyn Kerschen,
      on cię wykorzystuje, jesteś tylko pionkiem w tej grze.
      -A ty, kim jesteś w tej grze, po czyjej jesteś stronie- zapytałem surowo patrząc
      mu w oczy
      - Ja chcę uratować tylko swoje życie a morze i przy okazji twoje.
      -Dość- powiedziałem i wstałem
      -To był zamach!- krzyknął kiedy byłe w połowie drogi do wyjścia- Ten robot-
      mówił dalej – to nie przypadek podstawili go specjalnie.
      Wyszedłem. To na pewno była próba. Przynajmniej tak sądziłem
      Na zewnątrz nadal panował nieubłagany upał, lecz na ulicy nie było żadnego
      człowieka, ciekawe ani jednej żywej duszy a przed niespełna godziną przez ulice
      przewijał się niezliczony tłum. Dość dziwnie czułem się przemykając przez puste
      miasto, bez przerwy odwracałem głowę do tyłu patrząc czy aby ktoś mnie nie
      śledzi, oczy latały mi we wszystkich kierunkach czułem na plecach czyjś wzrok to
      niepokojące uczucie nie opuszczało mnie aż do znalezienia taksówki. Robot z tej
      taryfy zachował się wyjątkowo, nie pomylił trasy i policzył uczciwie za kurs,
      szkoda, że zawsze się tak nie zachowują. Przy drzwiach przywitał się ze mną
      robot coś mówił lecz nie słuchałem go, następnie podszedłem do recepcji,
      recepcjonista także robot ( o boże one są wszędzie ) oznajmił iż w pokoju czeka
      na mnie kobieta powiedział że to w ramach przeprosin, nic nie powiedziałem
      chociaż w środku gotowałem się ze złości, po prostu pójdę tam i powiem żeby się
      wynosiła.
      Otwarłem drzwi byłe gotówka kłótnię. Zmiękły mi nogi leżała na łóżku, ale bez
      głowy, zwymiotowałem, zemdliło mnie, wszędzie pełno krwi, łóżko ociekało krwią
      spojrzałem przed siebie ma krześle pod oknem ktoś siedział. Poznałem go to był
      Joachim Kerschen, nie potrafiłem wydobyć z siebie ani jednego słowa tylko coś
      stękałem bez ładu i składu.
      -Wyglądasz jakoś inaczej – powiedział nie naturalnie niskim głosem, –Ale wiem,
      że to ty.
      Wstałem niemal nad ludzkim wysiłkiem. Drzwi nadal były otwarte mogłem próbować
      ucieczki, jednak nie potrafiłem się poruszyć czułem jakbym miał na nogach
      położone wielkie głazy, zebrałem się w sobie.
      -Czego chcesz – wystękałem niczym przerażone dziecko
      Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym on wstał, zobaczyłem go miał dziwnie
      zdeformowaną twarz, bardzo dużą i jakby trochę zapadniętą, oczy małe i czarne
      patrzały na mnie zimnym tępym wzrokiem, miał też ten cudak wielki szeroki
      uśmiech, gdy otworzył usta, lśniły w nich białe wielkie jak sztylety zębiska,
      nie przypominały ludzkich zębów raczej zwierzęce. Skóra na twarzy jakby sina,
      wargi suche wyglądał niczym trup, żywy trup.
      Ciarki przeszły mnie po plecach, gdy stanął obok poczułem jego oddech szybki i
      miarowy.
      -Co się panu stało- zapytałem jakby zatroskany
      -Nic mój drogi – odpowiedział
      -To pan- spojrzałem na dziewczynę
      -Tak, ale nie martw się jesteś zbyt ważny- powiedział
    • edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:52
      Dotknął mej twarzy dłonią, przynajmniej ona przypominała ludzką.
      -To, dlaczego próbował mnie pan zabić.
      Odszedł i usiadł na łóżku obok rozszarpanej na strzępy dziewczyny, dotknął jej nogi
      Zadrżałem.
      -Ona przyszła tu minutę przed tobą gdybyś wszedł pierwszy zginąłbyś. Nic nie
      dzieje się przypadkiem mój drogi wszystko zmierza ku celowi, którego nie znamy,
      robot był tym samym wyznaczył ci on drogę ku przeznaczeniu, drogę do celu.
      -Ale, dlaczego mi pan to zrobił.
      -Ta choroba to nie moja wina, twój ojciec cierpiał na nią tak jak wielu
      żołnierzy pod koniec wojny w jakiś dziwny sposób przeszła ona najpierw na Minta
      a później na ciebie.
      -Mark mówił mi, że to twoja sprawka i jeszcze ten artykuł w gazecie- mówiłem to
      jakbym potwierdzał jego słowa chciałem żeby mi uwierzył, miałem nadzieję na to,
      że zaufa moim słowom i wejdę do firmy rozgryzę ją od środka i zniszczę.
      Spojrzał na drzwi, ktoś szedł ku nim, nagle wstał i chwycił mą szyję usnuł mnie
      ku górze jakbym był szmacianą lalką a następnie rzucił, walnąłem o coś głową
      straciłem przytomność by po sekundzie ją odzyskać nadal to byłem ja nie
      zamieniłem się w bestię, ujrzałem Kerschena walczącego z kilkoma uzbrojonymi
      ludźmi, powalił ich i wyszedł z pokoju. Chwila. Huk wystrzału z broni
      maszynowej. Rzuciłem się do biegu. Na korytarzu szalała strzelanina ściany był
      poszarpane kulami, na podłodze leżało kilka ciął rozszarpanych na strzępy ludzi
      a nad nimi w powietrzu wisiał Kerschen jego ciało niemal bez przerwy przeszywało
      kule, nie krwawił. Rzucili granat. Eksplozja a potem potworny pisk w uszach,
      kurz dym i Kerschern zniknął mi z pola widzenia. Nagle oślepiająca biel zraziła
      me oczy, lecz nie słyszałem wybuchu to było coś nie pojętego, nie wyobrażalnego
      dla człowieka wielka jasna kula światła nagle ukazała się mym oczom, przesuwała
      się wzdłuż korytarza, byłem zahipnotyzowany jej widokiem, wtedy to ujrzałem w
      jej środku było niemowlę, lecz jakby powiększone kilkakrotnie, po chwili kula
      sczerniała by następnie zmaleć do rozmiarów malutkiej szklanej kulki upadla na
      ziemię.
    • edgar20 Podział- III 23.02.08, 16:55
      Za oknem już jaśniało a ja nadal siedziałem przy biurku, do pokoju weszła Sara w
      koszuli nocnej.
      -Nie spałeś- zapytała swym słodkim głosem
      -Nie- odpowiedziałem
      -Chcesz coś zjeść.
      -Może później.
      Wyszła. Wyjąłem ją z kieszeni małą czarną kulkę, czym była, nie wiem, ale odkąd
      ją mam nic ze mną się nie dzieje, nie słyszę głosów i mogę spać od czasu do czasu.

      -Kochanie gdzie jest ta mała czarna kulka –zapytałem zawiązującą przy lustrze
      krawat
      -Jaka kulka.
      -No ta, którą zawsze mam przy sobie.
      -A ta nie wiem, a co.
      -Nic- odpowiedziałem sucho, lecz coś we mnie drżało bałem się o nią, o to, co
      mogę teraz jej zrobić

      -Zabij ją Frank- syknął głos-Zabij.

    • Gość: moldur Opinia 'Podziału' IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.02.08, 21:25
      Ładne i zaskakujące zakończenie. Pozostawiające wiele do życzenia, ale przede wszystkim (i należy zwrócić na to uwagę) bardzo umiejętnie ukształtowane. Można kontynuować, ale to zaćmiłoby blask 'Podziału'. Zakończenie jest bardzo dobre. Jeśli mowa o pozostałej części, jest ona oczywiście dobra, ale mimo to, są pewne niedociągnięcia. Czytelnik czasami gubi się i jest zdezorientowany. Może i to miał w zamierzeniu autor. Takich fragmentów jest niewiele, więc tekst czyta się swobodnie. Urzekający jest fakt opracowania pomysłu. Fabuła z pozoru banalna, wręcz trywialna, ale treść przewyższa pomysł i opowiadanie jest dobre. Są dobre i złe strony 'Podziału'. Warte przeczytania z powodu ciekawego spojrzenia na świat i na strukturę rządzącą.
      • bog_loki Re: Opinia 'Podziału' 10.03.08, 21:40
        No cóż kawał dobrej roboty, czyta się jednym tchem, część za częścią.

        Dość ciekawy wgląd w psychikę człowieka, pozwala nam wczuć się w bohatera oraz w
        świat w którym to się dzieje. Nie czytamy, lecz przenosimy się do tego świata.
        Choć opuszczamy go kiedy autor sam się mota, jakby nie wiedział co i jak chce
        zrobić.

        Koniec pozostawia uczucie niedosytu, sprawia, że chcemy więcej.

        Ogólne, dobre wrażenie psują literówki i błędy. Firefox je sprawdzi bez
        problemu, a czytelnikowi będzie się lepiej czytać. Dbajmy o język polski.
        • iselle Odcienie Obsydianu 12.07.08, 15:01
          To ja tak skromnie zapodam linka do mojego bloga powieściowego.
          Proszę o wyrozumiałość ponieważ jeszcze nie ma on końca :)
          tearsoftime.blog.onet.pl/
    • Gość: Gość Re: własne opowiadanie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.08, 22:29
      zapraszam..
      kubasadventure.blogspot.com/pozdrawiam
    • Gość: Edvard Re: Bithur Wielki Łucznik IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.12.08, 15:02
      • Gość: Edvard Re: Bithur Wielki Łucznik IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.12.08, 15:13
        Był ponury dzień.Bithur wielki łucznik przybył do króla.
        - Wielki Gremoiru masz dla mnie jakieś zadanie?
        - Niestety nie bithurze idż się przespać.Jutro się dowiesz.-Bithur
        poszedł do domu .Położył się.Miał bardzo złą noc nie mógł
        zasnąć.Wciąż słyszał wycie wilków.Słychać je było z niedalekiego
        lasu Binoris.Bithur postanowił wybrać się na polowanie.Zabrał
        łuk,strzały,żywność i ruszył w drogę.Przeszedł koło posągu
        Krimasa.Wielkiego rycerza który uratował Elenaris przed zagładą.A
        zbliżała się zagłada i teraz ponieważ źli magowie śmierci mieli
        zamiar zgładzić całe Elenaris.Bithur pogrążony w myślach ruszył
        dalej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka