robroq0 09.11.07, 10:27 Czy na tym forum jest już miejsce gdzie piszecie swoje własne opowiadania fantasy? Jeśli nie, to proponuje umieszczać je tutaj. Na początek fragment (podzielony na 2 części) mojej twórczości (jeszcze raczkującej) :) Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
robroq0 Re: własne opowiadania - Vilox Darge 09.11.07, 10:28 VILOX DARGE (MAGICZNY LÓD) Rozdział 1 Sen Quislany Wśród okrzyków walczących, pośród świstu przecinających powietrze strzał i włóczni oraz brzęku mieczy, toporów, łańcuchów i innego śmiercionośnego oręża, trudno było zebrać myśli. Szczególnie tak wrażliwej kobiecie jak Quislana, która stała w szoku w samym środku szybko zmieniających się wydarzeń. Jej przerażenie było tak ogromne, że świadomość niemal całkowicie wyłączyła się samoistnie, a to, co działo się wokół było dla niej jakby obojętne. Wszelkie dźwięki wydały się jej stłumione, jakby wszyscy i wszystko wokół przycichło, ale to było tylko mylne wrażenie, gdyż bitwa nadal trwała i wcale nie było oznak szybkiego jej końca. Jedyne co Quislana słyszała całkiem wyraźnie, to coraz głośniejsze i szybsze bicie swojego serca oraz przyśpieszony, nierównomierny oddech. W żyłach na skroniach czuła puls, który przyprawiał o ból głowy. Jej oczy zamazała lekka mgiełka, utrudniając ostre widzenie. Nagle przed Quislaną pojawiła się ogromna postać, której zarys był dla niej ledwo zauważalny. Za to bardzo dobrze mogła poczuć odór, jaki ta kreatura wytwarzała i który przyprawiał o mdłości. Wytężając wzrok do granic możliwości, dziewczyna zdołała tylko ujrzeć tuż przed sobą wyciągniętą oślizgłą dłoń z długimi ostrymi i ociekającymi krwią swych ofiar pazurami, której właściciel przeraźliwie wył, warczał i sapał. Ale Quislana nie była w stanie zareagować. Stała odrętwiale, jakby sparaliżowana, w znacznej mierze z powodu niewyobrażalnego mrozu, który zamieniał krew wojowników niemalże w lód, ale także na skutek przeogromnego strachu. Mogła tylko czekać na to, co stanie się za chwilę, mając nadzieję, że oprawca jakimś cudem odstąpi od ataku lub ktoś ją niezwłocznie uratuje. Wtedy poczuła na szyi ostre, bolesne cięcie, które przez moment przeszyło ją gorącem, wydającym się nawet przyjemnym w porównaniu z temperaturą otoczenia. Przed oczami zrobiło jej się teraz całkowicie ciemno, ale za to powróciło wrażenie słuchu. Ostatnie, co zapamiętała mdlejąc i upadając na ziemię, to ciepły, delikatny, młody męski głos – wyraźnie wybijający się wśród gwaru walki – wykrzykujący głośno jej imię. *** Quislana poderwała się raptownie. Jej drobne delikatne ciało było całe zimne i trzęsło się. Długo wpatrywała się przed siebie w bezruchu, sprawiała wrażenie nieobecnej. Minęło trochę czasu zanim ocknęła się. Dłonią starła z czoła krople zimnego potu, językiem zwilżyła suche usta, a szybkimi ruchami rąk potarła ciało, aby się rozgrzać. Nerwowo rozejrzała się wokół. Badawczym wzrokiem obejmowała każdy szczegół pomieszczenia, w którym się znajdowała. Nadal była oszołomiona, ale bez problemu rozpoznawała wszystko. Troszkę rozluźniła dotąd napięte mięśnie, gdy stwierdziła, że siedzi na łóżku w swej sypialni. W powietrzu unosił się miły zapach olejków, które zawsze towarzyszą Quislanie nocą. Zza drzwi nie dobywał się żaden odgłos. Za otwartym oknem, przez które wpadały do pokoju pierwsze promienie wschodzącego słońca oraz lekki podmuch ciepłego wiosennego wiatru, ptaki wesoło śpiewały. Wszystko wyglądało bardzo zwyczajnie i zapowiadało raczej przyjemny dzień. – A więc to był tylko sen – powiedziała cicho sama do siebie i westchnęła, choć niepokój jeszcze jej całkowicie nie opuścił. Quislana wciąż nie była przekonana czy to, czego była świadkiem, to tylko wymysł jej bardzo bogatej wyobraźni. Nigdy wcześniej nie miewała aż takich snów, a ten wydawał się nadzwyczaj realny. Przypomniała sobie o ciosie, jaki rzekomo otrzymała, choć teraz wcale nie czuła żadnego bólu. Dotknęła ręką szyi, ale nie znalazła niczego niepokojącego, nawet fragmentu szramy czy śladu krwi. Wiedziała już, że to z pewnością był koszmar. Niestety jego echo miało swój dalszy ciąg na jawie. Przebłyski obrazów, których doświadczyła wcześniej, pojawiały się teraz przed jej oczami. Już nie tak intensywnie, ale za to nagle i niespodziewanie. Intuicja nigdy jej nie zawodziła, a teraz mówiła jej stanowczo, że zły sen nie był przypadkowy, ani bezcelowy; tym bardziej, że wierzyła w proroctwo i szczególne znaczenie sennych mar takich jak ta. Quislana była bowiem – wbrew wiedzy i woli swego ojca – uczennicą i przyjaciółką pewnej znachorki i czarodziejki o imieniu Xevira. Przez większość mieszkańców osady, w której mieszkała Quislana, ową czarodziejkę nazywano – bardziej żartobliwie, niż pogardliwie – czarownicą, co jednak nie zniechęcało dziewczyny do utrzymywania z nią kontaktów, bądź co bądź – potajemnych. Ten poranek nie mógł wprawić Quislany w dobry humor i optymizm, którymi zazwyczaj zarażała wszystkich. Jej myśli były zmącone, a ciało nie tryskało zdrowiem. Była jednak dziewczyną dzielną i silną duchem, choć wątłą ciałem. Postanowiła więc zająć się codziennymi sprawami, aby zapomnieć o wszelkim mroku, jaki wdarł się w jej umysł, mimo iż miała wrażenie, że nie będzie to łatwe. Po relaksującej kąpieli zaczęła przygotowywać śniadanie; dla siebie i swego ojca, Aarno, który swoim zwyczajem od rana przebywał w stajni. Mimo już dość zaawansowanego wieku miał wciąż siły, aby zajmować się doglądaniem koni, które bardzo kochał. Przy tym, będąc wodzem osady, znajdował na tę przyjemność dość dużo czasu, mimo swych obowiązków. Natomiast nie znajdował czasu na takie – jego zdaniem – błahostki jak przyrządzanie posiłków. Najzwyczajniej nie przywiązywał do tego specjalnie uwagi, było mu wszystko jedno co i jak zje, aby tylko brzuch był pełny. Gdy był czymś bardzo zajęty, w ogóle zapominał o innych sprawach, a w szczególności o głodzie, który gdzieś umykał. Kiedyś prowadził gospodarstwo ze swą żoną Tilivią. Ta jednak zmarła dawno temu po ciężkiej, nieuleczalnej chorobie. Natomiast jego syn, wojownik o imieniu Hargen, rzadko bywał w rodzinnych stronach, gdyż nieustannie podróżował. Głównie były to patrole po sąsiednich ziemiach, ale przy okazji po prostu tułał się zwiedzając najodleglejsze i najciekawsze zakątki. Ojciec nigdy nie miał mu tego za złe wiedząc, że służy swemu ludowi i chroni go, a przy okazji realizuje swe podróżnicze pragnienia. Teraz, będąc wdowcem i podczas ciągłej nieobecności syna, stary Aarno mógł liczyć na pomoc w zajmowaniu się gospodarstwem tylko ze strony Quislany. Córka uczyła się wszystkiego pilnie już od młodych lat, przejmując stopniowo od ojca obowiązki, i teraz była prawdziwą gospodynią i panią domu. Była niezastąpiona w kuchni, a jej specjały kulinarne, zarówno te najprostsze, jak i te wymagające kunsztu kucharskiego, były znakomite. Pozostałe prace domowe, jak pranie, sprzątane, szycie czy jakiekolwiek inne, także przychodziły jej z łatwością. Wykonywała je szybko, ale zawsze dokładnie, a patrząc na nią można by rzec, że czynności te są lekkie, a nawet przyjemne. Aarno był bardzo dumny ze swej córki, nie tylko dlatego, że pomagała mu w pracach fizycznych, ale też dlatego, iż miał w niej oparcie duchowe oraz z powodu jej wrodzonej mądrości i inteligencji. Z racji skromnej natury Quislana nie obnosiła się ze swymi zaletami, ani nie udawała, że nie posiada wad. Tych drugich było jednak zdecydowanie mniej i w dodatku były na tyle mało istotne, aby o nich nie wspominać. Przyrządziwszy poranny posiłek Quislana wyszła przed dom i zawołała w kierunku stajni: – Ojcze, mój drogi ojcze! – Aarno jednak nie odpowiadał. Pogrążony w swej codziennej pasji, zdawał się nie wiedzieć co się wokół niego dzieje. Dziewczyna krzyknęła więc: – Podano do stołu! – Te słowa bez problemu dotarły do gospodarza, jakby go nagle przebudziły z jakiegoś snu. Rzucił wszelkie przybory, którymi pielęgnował konie i umył ręce. Szybkim krokiem wyszedł ze stajni, zamknął drzwiczki i dziarsko, niczym młodzieniec, podążył w stronę Quislany. – Dzień dobry, moja miła! R Odpowiedz Link Zgłoś
robroq0 Re: własne opowiadania - Vilox Darge (cz2) 09.11.07, 10:32 – Dzień dobry, moja miła! – zwrócił się do córki. – Czy dobrze słyszałem, że mnie wołałaś? – Witaj, ojcze! – odpowiedziała dziewczyna, a na jej ustach pojawił się promienny uśmiech. – Bardzo dobrze słyszałeś. Zapraszam na śniadanie. Mam nadzieję, że będzie Ci smakowało. – Oczywiście, jak zawsze. – odparł Aarno. – Dobrze wiesz, że jestem wielbicielem twej kuchni, jak zresztą wszyscy, którzy mieli niewątpliwą przyjemność ją poznać. Quislana nic już jednak nie powiedziała, tylko nagle skrzywiła twarz, gdyż właśnie w tej chwili w jej głowie narodził się kolejny koszmarny obraz, wspominający sen. Był krótki, ale bolesny dla umysłu, jak wcześniejsze. Jej chwilowy humor, który pojawił się na widok ojca, teraz gdzieś zniknął, a na jego miejsce wstąpiło zamyślenie. Nie umknęło to uwadze Aarno, który jednak nie spytał córki o powody jej zasmuconej miny, udając, że nic nie zauważył. Dziewczyna ocknęła się i gestem ręki zaprosiła ojca do kuchni. Usiedli przy stole na wprost siebie. Na śniadanie przygotowane było pieczywo, które Quislana sama piekła poprzedniego dnia. Do tego masło, także własnej roboty, różnego rodzaju mięsa, jaja i trochę warzyw z przydomowego ogródka oraz owoce z własnego sadu. Nie zabrakło także ulubionej herbaty Aarno. Wszystko cieszyło oczy widokiem i nęciło zapachami. Aarno i Quislana w milczeniu przystąpili do jedzenia. Dziewczyna unikała wzroku ojca, obawiając się, że ten rozpozna jej zadumę, a nie chciała go dręczyć swymi problemami. Zamierzała przynajmniej spróbować poradzić sobie z nimi sama. Stary gospodarz jednak doskonale znał córkę. Zaczął się niepokoić, gdyż jej zachowanie ewidentnie zdradzało, że coś nie jest w porządku. Uważnie obserwował Quislanę, aż wreszcie przerwał nieprzyjemną ciszę i rzekł: – Quislano, kochanie, czy coś Cię trapi? Gdzie podziała się twoja radość, którą co dzień mnie raczysz przy śniadaniu i którą przelewasz na mnie, aby towarzyszyła mi cały dzień? – Nic mi nie jest, ojcze. – odparła spokojnym głosem. – Czy posiłek smakuje Ci? – zapytała, próbując zmienić temat rozmowy. – Doskonale widzę, że nie jesteś dziś sobą. Wiesz, że możesz podzielić się ze mną swymi troskami. – Aarno kontynuował nie dając się zbić z tropu. – Może umiałbym Ci jakoś pomóc? – Nie. Naprawdę dziękuję. Trochę dziś boli mnie głowa. Wypiję zioła i zrobię sobie okład. To mi pomoże. – odpowiedziała Quislana i trochę zrobiło jej się wstyd, że okłamuje ojca. Nie chciała jednak mówić o swym śnie i powracających obrazach. Liczyła, że same odejdą, a wtedy powróci jej humor. Stary gospodarz jednak zobaczył coś czego nie zauważył wcześniej. Dziewczyna miała na szyi zawieszony na rzemyku medalion. Dostała go dawno temu od Aarno i odtąd nosiła go zawsze i wszędzie, nawet nocą czy podczas kąpieli. Nie rozstawała się z nim gdyż ojciec powiedział jej, że jest bardzo cenny i żeby go pilnowała jak oka w głowie. Znajdujący się w jego środku kamień miał dotąd barwę blado czerwoną i był matowy. Teraz jednak, na co Quislana sama nie zwróciła uwagi, jaśniał ostrą czerwienią, lecz nie promieniejącym, a punktowym światełkiem. Błyszczał jednak na tyle delikatnie, że trzeba było się przyjżeć, aby dobrze zobaczyć jego przyjemny blask. Przez głowę Aarno przebiegły tysiące myśli. Wpatrywał się w medalion i zastanawiał się nad czymś, ale ani nie powiedział córce o pojawieniu się światełka, ani nie zdradził swych tajemniczych myśli. Dopił swą herbatę i wstając od stołu podziękował córce za posiłek: – Dziękuję Quislano za przepyszne śniadanie i, mimo twego nienajlepszego samopoczucia, za miłe towarzystwo. Dziewczyna, trochę zaskoczona, że ojciec tak łatwo przyjął jej tłumaczenie, skinęła tylko głową. Aarno zazwyczaj był bardzo dociekliwy. Teraz jednak, widząc, że córka nie ma ochoty na rozmowę, wyszedł przed dom zaczerpnąć trochę świerzego powietrza. Tymczasem Quislana poczęła sprzątać ze stołu i zmywać naczynia. Gospodarza wyraźnie coś gnębiło. Usiadł na ławce, wokół której rozpościerał się pachnący zielony trawnik. Zamknął oczy i zmarszczył czoło; głęboko o czymś rozmyślał. Quislana, która widziała ojca przez okno, była przekonana, że ten zapadł w drzemkę, jaką zwykł ucinać sobie po sutym posiłku. Wtem z oddali dobiegło uszu Aarno głośne wołanie, w którego dźwięku dało się usłyszeć zaniepokojenie, a nawet przerażenie. Głos zbliżał się w jego kierunku, ale gospodarz wciąż miał zamknięte oczy, jakby chciał się odciąć od otoczenia. Odpowiedz Link Zgłoś
zielzor Re: własne opowiadania 12.11.07, 19:39 Napisałem to jakiś czas temu więc może nieco trącić amatorszczyzną.Zainspirowała mnie to tego gra MMORPG wyprodukowanej przez studio Blizzard.;) Proszę was tez o wyrażenia opinii na temat tego opowiadania.;) Gdzieś na równinach Mulgore , w ciemnym namiocie pośrodku stęków porodowych rozległo się ciche muczenie. Wśród Taurenów na świat przybył nowy osobnik czarnoskóry byk o imieniu Zielu. Kilka lat wczesniej pewien pechowy skrytobójca wpadł podczas wykonywania zlecenia. Miał zlikwidować pewnego alfonsa,zlecenie wydał inny alfons z konkurencyjnego przyczółku rozkoszy. Skrytobójca został poddany torturom które wykonywał asortyment rzeczonego "klienta". W momencie erekcji jego członek został obcięy i ten sie wykrwawił. Kilka lat potym powstał na zlecenie Króla Licha , lecz razem z innymi nieumarłymi odłaczył sie od niego i przystal do Forsaken, jego imie brzmi Vegret. Czarnoskóry byk siedział oparty o drzewo w swoim prymitywnym skórzanym pancerzu , koło niego spoczywał rownie prymitywny młot. Ów Tauren to urodzony kilka lat temu ZIelu, postanowił obrać drogę shamana. Był on jednak specyficznym shamanem , był biegły w posługiwaniu sie siłami natury jak i walki potężnym orężem. Wiekszość shamanow z jego plemienia posługiwała sie małą buława zwiekszająca ich umiejętnośći w walce magią żywiołów lub technik uzdrawiania. Zielu potrafił wykorzystac swoje zdolności w walce na dystans jak i walczyć w zwarcoiu przy użyciu swojego młota, zaklinał go mocą wiatru aby zwiększyć ilość zadawanych ciosów. Cieszył sie ostatnimi chwilami spokoju , wiedział że niedługo jego mentor Melor, stary i doświadczony taureński shaman będzie chciał sprawdzić jego dotychczasowe umiejętności aby wprowadzić go w kolejny stopień wtajemniczenia w shamańskie kręgi.Wiedział ze będzie musiał stoczyć ze swym mentorem pojedynek. Melor był najwyższym shamanem plemiania Krwawego Kopyta(Z tego plemienia wywodził sie Ciarne Bloodhoof , przywódca Taurenów rezydujący w ich stolicy , Thunder Bluff'ie). Kiedy Zielu relaksował sie na zielonych pastwiskach Mulgore , w położonym w nieco mniej zielonym niż , Mulgore miejscu w pewnej zadymionej karczmie dwie postacie rozmawiały ze sobą sącząc kufle schłodzonego piwa. Jedna z postaci miała oczy błyszczące nienaturalnie żóltym blaskiem, na głowę miała naciągnięty kaptur, reszte korpusu była owinięta długim płaszczem wykonanym z jakiejś szlachetnej tkaniny. Druga postać była najprowdopodniej orkiem jeżeli obesrwator kierował sie tylko rozmiarem owej sylwetki otulonej płaszczem i mocna zaciągniętym an twarz kapturem. -To będzie 100 sztuk złota , plus nieprzewidziane wydatki. - powiedziała mniejsza postać W porządku , ale robota ma być czysta! - Powiedział potężny osobnik, mała postać siedząca przed nim budziła taki respekt swoim wyglądem i zachowaniem , że wyraźnie górójący nad nią klient nie smiał pytać o nadzwyczajne wydatki. Mała postać schowała monety w jedną z licznych kieszeni wszytych w płaszcz, kiedy uniósł ręke przy odsłoniętym pasie widac było nieźle wykonany sztylet. Lepiej idź juz do domu jeżeli nie chcesz aby cię z tym powiązano. Potężna postac wstała od stolika i udała sie do domu. Mniejsza postać była nieumarłym skrytobójcą,Vegretem, Każdy zarabiał w tych trudnych czasach tym czym najlepiej umiał. Vegret poza piciem wysokoprocentowych trunków , i uwodzenia nie całkiem kompletnych dziewcząt był mistrzem cichego mordowania(jeżeli miał dobry dzień). Orczy lichwiarz imieniem Patrzka połozył sie juz spać, przespał może kwadrans kiedy obudziło go ogromne pragnienie , ubrał swoje bambosze z raptorzej skóry i zszedł do piwnicy w której trzymał pokaźną kolekcje trunków ułatwiających mu sen. Kiedy wszedł do piwnicy uderzył w niego odór lekko nadpsutego mięsa. Pewnie jakis kot tu zdechł. - Powiedział sam do siebie. Chwile potem poczuł w swoich plecach zimny sztylet. Odpowiedz Link Zgłoś
zuna Re: własne opowiadania 18.12.07, 18:29 Nie chciałbyś/łabyś zamieścić swojego opowiadania w serwisie FantasyBook? Serdecznie zapraszam, Zuna fantasybook.idl.pl/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:37 Niebo już szarzało, a Annan jeszcze znajdował się na płycie startowej. Patrzał jak oddala się statek Mirox, który wystartował w stronę Garrium. Leciał spokojnie i powoli znikał. Płyta startowa była jeszcze ciepła, a powietrze, które nagrzewało się od niej, wędrowało ku górze. Annan stał i nie wiedział, dlaczego, ale nie chciał jeszcze wracać do Jednostki Centralnej, by spisać protokół o pomyślnym starcie Miroxa. Coś kazało mu czekać. Gdy statek zniknął z widoku Annana, to te uczucie zniknęło. Czym prędzej poszedł w stronę Jednostki Centralnej. - Jeżeli chcesz do tego doprowadzić, to proszę bardzo, ale beze mnie - oburzył się Xannini. Zmarszczył czoło i usiadł na swoim stanowisku. - Ale to nie jest moja decyzja - próbował tłumaczyć Aleamen. - Ja również chciałbym tego nie robić, ale takie otrzymałem rozkazy. Zawracamy na Ghertha 258. - On ma rację - wtrąciła się Annox, która także nie chciała zawracać na Ghertha 258, ale wiedziała, że i tak nikt nie może zmienić tej decyzji. - Skora tak zarządziła Góra to tak musi być. Nic nie wskóramy w tej sprawie. - Jak chcecie, ale wiedzcie, że ja nie przykładam do tego swojego udziału - powiedział Xannini. - Bierzecie na siebie całą odpowiedzialność. - Tak rozkazuje Góra i to ona bierze na siebie odpowiedzialność - stwierdził Aleamen i również usiadł na swoim stanowisku. - Musimy wrócić na Ghertha 258, ale najpierw musimy stworzyć pozory, że zmierzamy na Garrium. Statek pędził i oddalał się od planety Gherth 258. Do przekroczenia orbity tej planety było jeszcze sporo. - Ile zajmie nam zajęcie miejsca, w którym moglibyśmy krążyć na orbicie Ghertha 258? - zapytał Aleamen. Po chwili z głośników rozległ się trzask i komputer ogłosił wynik obliczeń: - 215 sekund. - Mamy mało czasu, ale przygotuj statek do tego manewru - skierował się Aleamen do komputera. - Tak jest - zadźwięczał głos komputera. Po chwili można było odczuć jak statek lekko przechyla się w lewo. Wtedy wszyscy usiedli wygodnie na swoich stanowiskach i zapięli pasy. Mirox należał do statków starego typu, więc znaczna część wyposażenia tego kosmicznego pojazdu należało obsługiwać ręcznie. Głos komputera: - Statek wchodzi w manewr osiadania na orbitę planety Gherth 258. Proszę o przygotowanie się do tego manewru. Wszyscy byli już gotowi. Była to rutynowa czynność, lecz teraz mogła zakończyć się fiaskiem i wtedy statek poleciałby w kosmos, a kolejne osiadanie na orbicie mogłoby zwrócić uwagę w Systemie Ochrony planety. Zadanie nie było proste, również dlatego, że lecieli Miroxem – słabym statkiem. - Wchodzimy w strefę orbity planety Gherth 258 - oznajmił komputer. Aleamen siedział i obserwował monitor, na którym to widać było jak statek wchodzi na orbitę planety. Chwila ciszy i ... - Manewr przeprowadzony pomyślnie. Znajdujemy się na orbicie planety Gherth 258 - orzekł komputer, po czym zamilkł. - A teraz musimy się przygotować do powrotu - powiedział Aleamen. - Do powrotu, który mam nadzieję nie zakończy się rozczarowaniem, a zwłaszcza klęską - powiedział Xannini odpinając pasy bezpieczeństwa i schodząc ze swojego stanowiska. - Uruchom powłokę kamuflującą - zwrócił się Aleamen do komputera. - Tak jest - maszyna odpowiedziała i po chwili milczenia oznajmiła: - Gotowe. Powłoka kamuflująca uruchomiona. - A teraz przygotuj i uruchom wszelkie programy bezpieczeństwa - dodał Aleamen. - Tak jest. - A skąd mamy pewność, że ci z Ghertha nie zauważą tego, że nie lecimy w stronę Garrium? - zapytała Annox, która podchodziła niepewnie do rozkazu Góry. - Komputer uruchomił wraz z wchodzeniem na orbitę program symulujący. Wszystkie radary i komputery na Gherthcie wskazują, że Mirox leci do Garrium. A my jesteśmy pod powłoką kamuflującą. - To dobrze, bo w przeciwnym razie mielibyśmy cała flotę Ghertha na głowie - odezwał się Xannini. - Gotowe. Wszystkie programy bezpieczeństwa i ukrywania włączone - rzekł komputer przerywając rozmowę członkom statku. - To dobrze. Teraz czeka nas tylko niezauważony powrót na planetę - powiedział Aleamen, patrząc przez wizjer na błękitno-szarą powierzchnię Ghertha. Gherth 258 była to trzecia planeta w układzie słońca Igr. Obok Garrium i Leoxa była siedliskiem ludzi i przystanią dla kosmicznych wędrowców. Gherth była drugą w kolejności planetą, a Leox najpóźniej zasiedloną. Pierwsza osada znajdowała się na Garrium, gdzie życie panowało wszędzie. Tam atmosfera była odpowiednia dla człowieka, lecz wielkość tej planety spowodowała eksplorowanie i zasiedlanie innych, pozostałych planet w układzie słońca Igr. Gdy zasiedlono Ghertha 258 i stworzono tam wysoko rozwinięte społeczeństwo, to tamtejsi obywatele zbuntowali się przeciwko władzy Garrium. Odtąd na Gherthcie istnieje niezależne społeczeństwo i nienawiść do Garriumczyków. Aleamen, Annox i Xannini byli ostatnimi obywatelami Starego Państwa, czyli osobami wiernymi planecie Garrium, którzy opuścili Gherth 258. Gherthanie nie zabijali swoich wrogów, lecz nie pozwalali im na przebywanie na ich planecie. - Przygotuj się do schodzenia na planetę i rozpocznij lądowanie - rzekł Aleamen do komputera. - Tak jest - odpowiedział komputer. - Cel? - Kwadrat 18G - część południowa Gitrionu - wskazał Aleamen. - Tak jest. Przygotowuje Miroxa do tego manewru - powiedział komputer. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:39 Drzwi gabinetu rozsunęły się bezszelestnie i Annan wkroczył do środka. Usiadł przy biurku i włączył komputer. Dzień już minął, pomyślał Annan, jeszcze te codzienne bzdury i koniec. Komputer uruchomił się i Annan otworzył katalog z raportami odlotów i przylotów na Ghertha 258. Figurowało tam mnóstwo dokumentów, starych i nowych. Annan rozpoczął redagowanie dzisiejszego, i jak miał nadzieję ostatniego, sprawozdania. "Start statku Mirox 24985 przebiegał pomyślnie i bez żadnych przeszkód opuścił planetę Gatrh 258. Potwierdza się, że osoby: Aleamen - kapitan statku, pierwszy pilot, Xannini - drugi pilot oraz Annox - mechanik pokładowy znajdowali się na pokładzie Miroxa 24985. Stwierdza się również, że na Gherthcie nie znajdują się żadni przeciwnicy władz planety. Wrogowie zostali zneutralizowani i odesłani z powrotem na planetę Garrium. Akcja przeprowadzona z powodzeniem. 27.08.69 czasu środkowego. Raport spisany przez: Annana naczelnego sprawozdawcę lądowiska na Aminixie w części północnej Gitrionu." - No i gotowe - powiedział do siebie Annan, gdy zakończył pisać. Wyłączył komputer i wstał od biurka. - Czy wszystko gotowe? - zapytał Aleamen swoich towarzyszy. - Musimy być dobrze przygotowani, jeżeli chcemy powrócić na Ghertha. - Racja. Nie chcę zginąć z powodu słabego ekwipunku - dodał Xannini. - Wszystko mamy. Broń, amunicja, ochronne ubiory - stwierdziła Annox. - To dobrze. Teraz pozostaje nam tylko czekać aż wylądujemy na powierzchni planety - rzekł kapitan Miroxa. Wszyscy opuścili zbrojownię statku i skierowali się na pokładową stołówkę by spożyć ostatni posiłek przed akcją. Komputer Miroxa kierował statek do celu. Południowa część Gitrionu była to spokojna część głównego skupiska ludzi na Gherthcie. Kiedyś znajdowała się tam siedziba rządu reprezentacyjnego Garrium, lecz po objęciu władzy przez rebeliantów część ta opustoszała. Były tam w większości bloki ludzi przeciwnych utworzenia samodzielnych władz, więc zostali oni odtransportowani z powrotem na Garrium. Znajdowało się tam jedyne lądowisko w tej części koloni. Było ono zniszczone, lecz małe statki (np. typu Mirox) mogły tam swobodnie startować i lądować, lecz tylko dzięki uprzejmości floty Ghertha, która była bardzo uzbrojona. Jeden niszczyciel mógłby pokonać 10 średnio uzbrojonych Miroxów i to było główną przewagą buntowniczych władz tej planety. Szybki rozwój zapewnił niepokonane wojsko galaktyczne, które stanowiło niezależność planety Gherth 258. Jedynie pokonanie rebeliantów od wewnątrz umożliwiało zwycięstwo. Niestety na planecie pozostali tylko liczni zwolennicy buntu. Tak przynajmniej wydaje się panującym ludziom... - Za 360 sekund lądowanie w kwadracie 18G w południowej części Gitrionu na lądowisku Lyax - oznajmił komputer. - Proszę o zajęcie stanowisk i przygotowanie się do manewru lądowania. Błękitno-szara planeta zbliżała się nieuchronnie. Wszyscy pasażerowie Miroxa zajęli pośpiesznie swoje stanowiska i w głębokim zamyśleniu oczekiwali lądowania. Ciszę przerwała Annox, która nerwowo zapytała: - A czy Góra podała jakieś konkretne instrukcje dotyczące późniejszych działań? - Nie. Góra każe nam tylko przedostać się z kwadratu 18G do kwadratu 10C i tam czekać na pozostałe instrukcje - wytłumaczył Aleamen i ciągnął dalej. - Góra twierdzi, że to pilna sprawa i że losy Ghertha 258 leżą w naszych rękach. Mamy wykonać zadanie jak najlepiej i nie dopuścić do jakichkolwiek komplikacji. - To naprawdę coś poważnego, przecież mogli by zniszczyć Ghertha zwykłym nalotem - rzekł Xannini i zapiął swój czarny pas z tworzywa sztucznego. - Tak - powiedziała zdenerwowana Annox. Czuła jak się wszędzie poci. Dłonie, twarz, całe ciało było mokre. Bała się, ale również była bardzo podniecona tym, że może wreszcie coś zrobić nie tylko dla siebie. Spoglądała jeszcze niecierpliwie na powierzchnię Ghertha i czekała wraz ze swoimi towarzyszami... - Czy Mirox ze wszystkimi wrogami odleciał już na Garrium? - zapytał Maos, przywódca buntowników. - Tak jest. Mirox 24985 już znajduje się poza naszą strefą - poinformował jeden z oficerów rebelii. - Świetnie. Udacie się teraz do kwadratu 8H i tam będziecie nadzorować pracę nad tym nowym typem broni - rozkazał Maos i wstał ze swojego "tronu". Podszedł do kwadratowego okna bloku i wyjrzał na zewnętrz. – Możecie odejść. - Tak jest. Przed blokiem znajdował się ogromny plac, gdzie przechodzili obywatele. Zbliżała się noc, lecz na tej planecie nikt nie śpi. Panuje praca i nikt nie jest niezadowolony. Teraz władza Maosa nie jest złą w porównaniu do rządów Garriumczyków na Gherthcie, przynajmniej dla zbuntowanych. - Cała planeta jest moja - powiedział do siebie Maos, gdy był już sam w pokoju. - Dziś Gherth a jutro Garrium. Potem Leox i cały układ Igr jest mój... Robiło się już ciemno i zniszczona od walk planeta okrywała się nocą. Temperatura była bez zmian. Meteorologiczny płaszcz, który umożliwiał utrzymanie odpowiedniej pogody na planecie, spisywał się jak najlepiej. - Przepustka - zawołał strażnik. - Proszę - powiedział Annan podając plastikową kartę strażnikowi. Barczysty żołnierz wziął kartę i włożył ją do czytnika. Po chwili rozległ się jakiś dźwięk i strażnik oddając kartę właścicielowi powiedział: - Proszę wejść panie Annan. - Dziękuję - odrzekł Annan i poszedł dalej. Przeszedł przez małą, czarną bramkę i znalazł się w kwadracie 10C, gdzie znajdował się jego blok. Ruchomy chodnik transportował Annana jeszcze prze chwilę, nim ten znalazł się na miejscu. Wsiadł do staroświeckiej windy i nacisnął przycisk. Winda ruszyła. Z początku wolno, lecz z czasem coraz szybciej i w końcu stanęła nieruchomo. Drzwi odsunęły się ze zgrzytem i Annan powędrował do swojego mieszkania. Będąc już w środku począł odpoczywać po pracowitym dniu w Animixie. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - I Powrót IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:40 Mirox osiadł spokojnie na płycie lądowiskowej a z jego pokładu wyszli kolejno: Aleamen, Annox, a na końcu Xannini, który był trochę zniesmaczony tą misją. - Teraz musimy przedostać się do kwadratu 10C, zrozumiano? - zapytał Aleamen. - Oczywiście - odpowiedziała Annox. - Tak, tak - mruknął Xannini i ruszył za kompanami. Maszerowali szybko uliczkami, gdzie nie było ich za bardzo widać. Ruchome chodniki były tutaj uszkodzone, więc i wędrówka była utrudniona. Część południową przeszli bez większych przeszkód. Nie znajdowali się tutaj żadni ludzie, a także buntownicze wojska Ghertha. Nieliczne patrole były nieuważne i grupa Aleamena dotarła do części północnej. - Teraz zadanie jest trudniejsze - mówił Aleamen. - Niedaleko stąd jest kwadrat 10C. Jakieś 5 jednostek. Znajdujemy się w kwadracie 9B i wschodnia część tego kwadratu jest słabo strzeżona. Tak samo Zachodnia część kwadratu 10C. Jeżeli będziemy mieć szczęście, to niedługo przedostaniemy się do celu. Pozostali skinęli tylko głowami i od razu całą grupą ruszyła naprzód. Rzeczywiście granica między kwadratami 10C, a 9B była słabo strzeżona. Zadanie z pozoru wydawałoby się proste, lecz takie nie było. Początkowo grupa czekała chwile. Niestety nic się nie zmieniało. Nadal na posterunku stało trzech strażników. Można byłoby ich zabić, lecz każdy z nich ma czujnik, który od razu informuje o śmierci żołnierza i wtedy przybywają Jednostki Specjalne, sprawdzające całą sytuację. W takim położeniu akcja Aleamena byłaby porażką - zakończona śmiercią. Wreszcie dwóch strażników odeszło gdzieś na bok i wtedy nadała się niepowtarzalna sytuacja. Aleamen, Xannini oraz Annox przebiegli dystans, który dzielił ich między strażą a miejscem ukrycia. Potem momentalnie znaleźli się już w kwadracie 10C. Pobiegli do jakiejkolwiek kryjówki i tam się schronili. - Udało się - odetchnęła zdyszana Annox. - Tak. Ciekawe, co czeka nas potem? - powiedział Xannini patrząc na Aleamena. - Instrukcje dostaniemy wtedy, gdy udamy się pod wskazany adres - powiedział Aleamen i wyjrzał na strażników. Znów byli trzej. Udało się, pomyślał Aleamen, mieliśmy ogromne szczęście. Potem cała grupa wędrowała ciemnymi chodnikami do celu. Dotarli do bloku, który nie wyróżniał się niczym. W ogóle, na Gherthcie wszystkie bloki są identyczne - szare i ponure podobne do tych na Garrium. Weszli do windy i ruszyli w górę sunąc bezszelestnie. Nie wiedzieli, co może ich czekać, lecz mieli świadomość, że ich sukces może być sukcesem wszystkich ludzi. Nie chcieli popełnić żadnego błędu. Jak na razie wszystko przebiegało pomyślnie... Annan leżał wygodnie na swoim gumowym łóżku i rozmyślał. Nigdy nie kładł się spać wcześniej niż uznał to za stosowne. Lubił zawsze trochę poleżeć i pomyśleć o życiu i w ogóle o wszystkim. To go wręcz usypiało. Lecz dziś musi czekać. Musi spełnić swoją misję wobec narodu, wobec wszystkich ludzi. Nie może zasnąć, wiec czeka cierpliwie na odpowiedni czas. Już zbyt długo patrzał na brudy tej planety, na panującą anarchie, choć i tak buntownicy mieli formalnego przywódcę. Niestety, potęga militarna to nie wszystko, potrzebny jest odpowiedni rząd, a Maos to jest nieodpowiednia osoba. To zapluty człowiek, widzący swoje korzyści, tylko swoje zwycięstwa. Annnan wstał nagle. Poczuł chłód. Podszedł do okna i wyjrzał na dzielnicę. Nic tylko szare blokowiska i niezmienny krajobraz. Nagle, Annan usłyszał głos komputera, mówiący: - Masz gości. Annnan już wiedział o co chodzi. Podszedł do drzwi i nacisnął czerwony przycisk. Laserowy zamek otworzył się, a drzwi rozsunęły. Przed Annanem stały trzy osoby. Kobieta z prawej i dwaj mężczyźni. - Przyszliśmy po instrukcje - powiedział ten pośrodku. Annan rozpoznał ich. To oni przecież startowali z Aminixa Miroxem 24985. Byli to Aleamen - pośrodku, po prawej - Annox, a po lewej - Xannini. To Góra kazała Annanowi przekazać im instrukcje. - Proszę wejdźcie - powiedział Annan i wskazał ręką na wnętrze swojego mieszkania. - Zjawiliście się dość szybko. Kierowaliście się moimi poradami dotyczącymi granicy kwadratów 10C i 9B? - Tak. Były bardzo przydatne - odparł Aleamen. - Proszę rozgośćcie się a ja przyniosę instrukcję - rzekł Annan i zniknął. - Nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego on nam pomaga - powiedział Xannini. - Przecież ci mówiłem - rzucił Aleamen. - Annan współpracuję z Garrium i tamtejszym rządem, sama Góra nam go poleciła jako pomocnika. Działa pod przykrywką, dlatego go jeszcze nie dopadli buntownicy. - No tak, ale ja i tak nie mam co do niego pewności - odparł Xannini. W tym samym momencie do sali wszedł Annan, trzymając w reku mały plastykowy przedmiot. Wsunął go w maleńki otwór w ścianie i po chwili na ścianie ukazał się ogromny ekran. Początkowo jasnoszary, lecz z czasem ciemniał i ukazały się litery: "INSTRUKCJA" - czerwony napis powiększył się i rozpłynął. Kolejne literki ukazywały się i tworzyły tytuł: "AKCJA GHERTH" - po chwili ukazało się: "PLAN A" Ekran zatrzymał się, a Annan spoglądał na zdziwionych gości. "Akcja Gherth polega na przejęciu władzy na planecie Gherth 258" - zaczął mówić głos, a ekran nadal pozostawał zupełnie czarny. "Gherth zajęli buntownicy, którzy chcą zaprowadzić własne, szkodliwe rządy. Należy się temu przeciwstawić. Powstrzymać wielką falę rebeliantów i przywrócić planecie Ghertha nowe światło, którego tak potrzebuje. W tym celu należy przedostać się do bazy wroga, tj. do dawnej Izby Rządu, a tam dokonać zabójstwa na Maosie - przywódcy buntowników. Po zamordowaniu wroga należy zablokować wszelkie floty kosmiczne i uniemożliwić szanse jakiejkolwiek obrony. Do wykonania powołuję: Aleamena, Xanniniego, Annox, a także najbardziej związanego z ruchem politycznym na Gherthcie - Annana. Uprasza się o niezwłoczne wykonanie misji i jak najrychlejszym zawiadomieniu o sukcesie. Milczenie oznacza porażkę." Głos zamilkł. Ciszę przerwał Xannini: - A plan B? Gdzie drugie rozwiązanie? Jest plan A to musi być i B. - Góra nie przewiduje potencjalnej porażki, więc nie rozważa innych planów poza pierwotnym - wytłumaczył Annan. - Teraz liczy się tylko czas. - Dobrze, to ruszajmy - powiedziała Annox. Cała, przygotowana grupa wyszła z bloku niezauważenie i skierowała się do kwadratu 13G, gdzie znajdowała się Izba Rządu, czyli ówczesna siedziba Maosa. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Lemdick Trzy Planety Układu Igr - II Operacja Gherth IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.01.08, 13:42 Maos siedział na swym "tronie" i czekał, aż jego flota osiągnie wystarczającą liczbę by móc zaatakować Garrium. - Jaka jest obecna liczba? - zapytał oficera, który stał obok i obserwował produkcje maszyn i szkolenie ludzi na swym infonie. - Obecnie posiadamy 15 tysięcy niszczycieli galaktycznych i ponad 23 tysiące wykwalifikowanych żołnierzy - oznajmił oficer. – Produkcja i szkolenie nadal trwa i ich liczba się zmienia. - Świetnie. Bardzo świetnie. Możesz już odejść, przyjdź jutro rano i powiedz by nikt mi już dziś nie przeszkadzał - powiedział Maos do oficera i zatarł ręce. - Tak jest! - wykrzyknął rutynowo oficer i zamaszystym krokiem obrócił się. Odmaszerował do drzwi i zniknął. - Świetnie. Bardzo świetnie - powtórzył sobie Maos. - Jutro będę już w stanie ruszyć na tą źle rządzoną planetę Garrium. Strzeż się Garrium - nadchodzę. Podniecenie sprawiało, że całe ciało Maosa drżało, a jego dłonie ciągle się ocierały. Przywódca rebelii nie mógł powstrzymać euforii i niecierpliwił się coraz bardziej. Annan był świetnym przewodnikiem i doskonale prowadził do celu. Znał wszystkie kryjówki i posterunki policyjne, pamiętał także trasy patroli, które nasilały się wraz z przybliżaniem do kwadratu 13G. - Moja praca polegała na pisaniu raportów na Aminixie a także na rozpoznawaniu działań wroga - mówił Annan. - Nie było to łatwe, lecz opłacało się. Teraz wiem, że moja praca nie pójdzie na marne. Teraz możemy wspólnie wyzwolić tę planetę od tyrani i zła. Droga była prosta, ale przejścia przez granicę kwadratów coraz bardziej skomplikowane. Na szczęście Annan mógł się poruszać po całym Gherthcie swobodnie. A strażnikom mówił, że musi dostać się natychmiast do Maosa, ponieważ ludzie, którzy z nim idą, tj. Aleamen, Xannin i Annox, to wysłannicy Garrium, i że chcą rozmawiać z przywódcą Ghertha. Strażnicy pobłażali na to, ponieważ wierzyli Annanowi, a jego towarzysze wydawali się spokojni, więc byli przepuszczani przez granicę bezproblemowo. Strażnicy nawet już nie dbali o dokładne sprawdzanie karty Annana i co drugi posterunek grupa z Annanem na czele przechodziła swobodnie. Udało się tak przedostać do samego kwadratu - celu. Do kwadratu 13G. - Teraz należy przejść przez straż do Izby Rządu, co nie będzie proste - rzekł Annan do swoich kompanów. Ci ruszyli ochoczo do szarego bloku. Teraz panowało skupienie i koncentracja. Nie można było popełnić żadnego błędu - konsekwencją była śmierć. - Dokąd to? - zapytał gwardzista przed wejściem. - Do przywódcy Maosa - mówił Annan. - Mamy do niego sprawę niecierpiącą zwłoki. - Nie możecie wejść - rzekł twardo gwardzista. - Dlaczego? Mamy pilną sprawę i musimy wejść do środka i spotkać się z Maosem. - Przykro mi. Przyjdźcie jutro. Dziś Maos nie życzy sobie wizyt. Żegnam! - powiedział sucho i rozkazująco gwardzista. Grupa odeszła z przygnębieniem na twarzy. - Na szczęście budowniczowie Ghertha wybudowali podziemne przejście, o którym to zapewne Maos nie wie, a nawet jeśli, to niczego się nie spodziewa - oznajmił Annan. - To dlaczego nie poszliśmy tamtędy od razu? - zapytał Xannini. - Ponieważ podziemnym tunelem dostaniemy się później niż tędy, a przecież zależy nam na czasie, prawda? - zauważył Annan - Prawda, chodźmy, nie traćmy teraz czasu na głupie gadanie - powiedział Aleamen. - Prowadź Annanie do podziemi. Grupa odeszła od głównego wejścia do Izby Rządu i skierowała się na wschodnie skrzydło tego budynku. Tam na szarej ścianie bloku widniał mały, czarny przycisk, który ukryty był pod sztuczną makietą roślinności. Po wciśnięciu guzika, fragment ściany rozsunął się i ukazał się ciemny tunel. Grupa weszła do środka. Panowała kompletna ciemność i głucha cisza. Nawet ich kroki były niedosłyszalne. Podłoga wykonana została z miękkiej gumy, co ułatwiało marsz w ciemnościach. Droga była długa i prowadziła najpierw na dół, a potem zakręcając na południe wznosiła się trochę. Później biegła na zachód i pięła się stromo w górę. Gdzieniegdzie w tunelu znajdowały się schody, ułatwiające wędrówkę. Po paru minutach cała grupa dotarła na miejsce. - Za tymi drzwiami - mówił Annan. - Znajduje się główny gabinet, gdzie prawdopodobnie może znajdować się Maos. Wkroczymy po cichu, ponieważ to przejście jest umieszczone w odsłoniętym miejscu. Wszyscy skinęli głowami i odbezpieczyli broń. Drzwi otworzyły się i do tunelu wpadło nikłe światło gabinetu. Przejście znajdowało się tuż za "tronem", gdzie siedział Maos i cieszył się władzą. Wszyscy ostrożnie wymierzyli we wroga i czekali na znak Annana. - Garrium pod władzą Maosa jak to pięknie brzmi - mówił do siebie Maos. - To tylko złudne marzenia - odezwał się Annan i podszedł do "tronu". Maos odwrócił się przerażony i spostrzegł przed sobą czwórkę uzbrojonych ludzi, a wśród nich Annana - jego pracownika. - Annan? Co ty tutaj robisz? Przecież ty nie współpracujesz z nimi... - mówił zatrwożonym głosem Maos. - Przykro mi Maosie, ale tak. Twoje rządy się skończyły - Annan stał tuż przy "tronie". - Odłóżcie broń, ten zapluty pies jest bezbronny pokonałbym go nawet rękoma... - zawrócił się do swoich towarzyszy. Aleamen, Xannini i Annox posłuchali swego przewodnika i zabezpieczając, schowali broń do kabur przy pasie. - A teraz - mówił Annan. - Czas realizować plan. Gdy wypowiedział te słowa oddał strzał. Lecz nie w stronę Maosa, lecz w stronę Aleamena, który upadł zabity. - Ty zdrajco! - krzyknął Xannini i spróbował sięgnąć po broń. Niestety Annan był szybszy. Zabójczy promień fal elektromagnetycznych przeszył Xanniniego i ten padł trupem. - Dlaczego to robisz? - zapytała zszokowana Annox, która nie mogła się ruszyć. - Dlatego - powiedział Annan i wystrzelił. Maos padł nieżywy. W gabinecie pozostali tylko Annan i Annox. - Taki był twój plan - mówiła Annox. - Wykorzystałeś nas by móc zabić Maosa, lecz nadal nie rozumiem, dlaczego byliśmy ci potrzebni? - Błyskotliwa jesteś - rzekł Annan. - Szkoda cię zabijać, lecz plan jest planem i musi być w pełni wykonany. Fala dosięgła Annox i ta zmarła. - Plan wykonany - powiedział do siebie Annan. - A co do twojego pytania, biedna Annox, to byliście mi potrzebni do tego, aby móc was oskarżyć o zabójstwo Maosa i samemu bez żadnych przeszkód przejąć władze nad tą planetą. Nad Gherthem 258, który rośnie w siłę i wkrótce stanie się niezwyciężonym królestwem. By Lemdick Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:33 Ciemna poświata księżyca oświetlała mdłym światłem biurko, przy którym siedziałem straciłem już nadzieję na to, że kiedykolwiek jeszcze zasnę chyba, że snem wiecznym, a na to nie miałem ochoty przynajmniej na razie. Mam na imię Frank Kafka i nie ma nic wspólnego z tym pisarzem, moje życie było przedtem ponure zwykłe szare niczym niezaburzone opierało się na pracy śnie i codziennym systematycznym spożywaniu posiłków, chociaż ciężko nazwać posiłkami to, co jadłem same fast foody nic poza tym, dni płynęły wolno miałem już dość tego postanowiłem, więc zaszaleć, zabawić się, chociaż raz w życiu nie przejmować się tym, co będzie jutro. W celu zaspokojeni swych nadanych pragnień wsiadłem w taksówkę i nakazałem brzydkiemu staremu robotowi podwiesić się pod "Dom uciech panny Apelgay" robot oczywiście pomylił drogę policzył sobie drożej za przejazd niż powinien. Wreszcie wysiadłem na zewnątrz było ciemno, padał deszcz przy wejściu do budynku siedział bezdomny i prosił o datki, nie wzruszyło mnie to miałem już dość bycia grzecznym dobrym uśmiechniętym przedstawicielem handlowym teraz byłem zły niebezpieczny morze inaczej nadęty jak balon, głupku pomyślałem, dlaczego nie dałeś temu gościowi ani grosza nie wytrzymałem musiałem wrócić i to był mój błąd, kiedy wyszedłem tego bezdomnego kopało jakiś dwóch osiłków, ich oczy od razu skierowały się na mnie bez namysłu jak ostatni głupiec pobiegłem gdzieś na ulice boczną tam mnie dopadli cios zadany mi metalowym przedmiotem dopełnił ich dzieła. Obudziłem się w kałuży krwi, ale to nie była moja krew, ktoś sprzątnął tych dwóch leżeli obok mnie czaszki mieli porozbijane to z nich płynęła ta krew, szczerze mówiąc nie był to ciekawy widok, więc wstałem wtedy to spostrzegłem, iż gapi się na mnie kilku ludzi jakaś staruszka, prostytutka i wysoki mężczyzna, usiadłem, na ziemi były chyba litry krwi po chwili usłyszałem wysokie dźwięki wydawane przez policyjny radiowóz teraz już nic nie było pewne mogą mnie oskarżyć o zabójstwo albo tylko przesłuchać i puścić wolno, ale w to drugie po wczorajszym dniu nie wierze tym bardziej, że jakaś głupia dziwka krzyczy „zabójca się obudził” idiotka pomyślałem wstając. Już miałem uciekać, kiedy podszedł do mnie policjant i skuł mi ręce kajdankami, wszystko jest stracone nie wyjdę z tego cało. Policjant szarpnął moje ciało ku sobie mówią -Mamy cię nareszcie sku..elu Ja nie wiedziałem, o co mu właściwie chodzi. Kiedy wsiadałem do radiowozu zmuszony brutalnym uderzeniem w brzuch usłyszałem jeszcze kilka obraźliwych słów pod moim adresem zachowywali się tak jakbym był znanym niebezpiecznym kryminalistą mówili o premiach jakie z całą pewnością otrzymają po dostarczeniu mnie na komisariat. Nieoczekiwanie zjechali z głównej drogi w jakąś mroczną pełną bokowisk z XX.w dzielnice, gdzie oni mnie wiozą, zdenerwowałem się oczy biegały mi z lewej na prawą muszę przyznać byłbym niemal zesrał się w spodnie ze strachu. W końcu stanieli i kazali wysiadać to były ostatnie słowa te są moim ostatnim wspomnieniem z tamtej chwili, potem zemdlałem. Szarpnąłem się ku górze, aby spojrzeć gdzie jestem, nie mogłem uwierzyć leżałem we własnym pokoju przykryty pierzyną -to sen Jezu to sen, straszny koszmar nic więcej- pomyślałem, dopiero wstając spostrzegłem, że to, co na sobie ma nie jest piżamą, lecz ubraniem, jakie miałem na sobie wczorajszej nocy różniło się ono tylko tym, że całe było poplamione zastygłą dawno krwią. Zdjąłem je sprawdzając czy aby nie krwawię, lecz niczego nie znalazłem byłem zdrów i cały, choć po wczorajszym dniu powinienem mieć mnóstwo siniaków. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że jest sobota a na zegarku wybiła dopiero szósta rano, więc padłem na łóżko, aby jeszcze pospać. Miałem dziwaczne sny, tylko krew cieknąca po szybach i nic poza tym, było to takie przerażające, że aż bałem się zasnąć siedziałem, więc na krześle popijając drinki energetyzujące wszystko tylko po to, aby nie zasnąć, lecz zasypiałem często w ubraniu budziłem się i szedłem w tym samym stroju do pracy, śmierdziałem, bo zmieniałem ubranie raz na tydzień.Za każdym razem, kiedy zasnąłem w śnie pojawiał się nowy wątek oczywiście krwawy i okrutny, nie wiem, czego brały się te sny, ale wyglądały niezwykle realistycznie, właśnie wtedy to zauważyłem, że to ja jestem w nich oprawcą, zbrodniarzem to mnie przeraziło zacząłem nawet podejrzewać siebie ponieważ wszelkie zbrodnie, o jakich czytałem w porannych gazetach były niezwykle podobne do mych snów wydało mi się to głupie i odpuściłem sobie te przypuszczenia, uważałem je za idiotyczne, ale powróciłem do nich, gdy przeczytałem artykuł o eksperymencie, jakiego dokonała korporacja, Galwxs astri na jednym ze swych pracowników pełniących służbę na Marsie, o tuż sztab medyczny na polecenie właściciela firmy pana Joachima Kerschena poddał szefa ochrony Erwsa Minta eksperymentowi podziału jaźni i zmianie jednej z części podzielonej osobowości na osobowości seryjnego zabójcy, drugą z części pozostawiono zaś w stanie, nienaruszonym lecz była ona aktywna tylko za dnia. Skutki okazały się zaskakujące, człowiek, który był szkolony po to by bronić życie za zaczął je odbierać najpierw zabił kilku pracowników potem własną rodzinę, na końcu próbował pozbawić życia swego pracodawcę to właśnie wtedy został schwytany i sprawa wyszła na jaw panu Kerschenowi kazano zapłacić pięćdziesiąt bilardów odszkodowania, ale nie trafiły one do nikogo, ponieważ rodzina nie żyła a pan Minta skazano na 200 lat ciężkich robót, więc całe odszkodowanie trafiło do Wielkiej Rady Korporacji, której przewodniczącym jest nie, kto inny jak Joachim Kerschen. -Ciekawa sprawa- pomyślałem a jeśli mnie podali takiej operacji, nie świadomy tego mogłem popełniać zbrodnie, lecz to chyba działo się, kiedy spasłem? Więc nie ma innego wyjścia jak nie zasypiać jak najdłużej. To było głupie, ale nie miałem innego lepszego pomysłu, mógłbym to zgłoś, lecz skorumpowana policja będąca na usługach Pana Kerschena z całą pewnością mnie aresztuje, bez dowodów niczego nie zdziałam, chociaż nawet z nim nie dałbym rady, sam niczego się nie dowiem powinienem poszukać pomocy, tylko gdzie może u tego dziennikarza, który ujawnił sprawę Minta. Nagle zza drzwi wejściowych usłyszałem trzask wyłamywanego zamka po chwili drzwi leżały na podłodze a ja wyskakiwałem prze okno nie wiedziałem, że mieszkałem tak wysoko po prostu skoczyłem trochę spadałem a później trzasnąłem o ziemie z ogromną prędkością, zamroczyło mnie nie mogłem wstać końcu poderwałem się i stanąłem na równe nogi, nie wiedząc, czemu spojrzałem w górę stało tam dwóch ludzi w maskach jeden z nich krzyczał na drugi zaś wycelował we mnie lufę karabinu trwało to ułamek sekundy, ale w tamtej chwili wydawało się, iż to cała wieczność, strzelił nie mogłem uwierzyć strzelił do mnie, za co, czułem jak ciepła posoka cieknie mi poranieniu. -Dlaczego- krzyknąłem bez sensu jakbym liczył na to, że otrzymam jakąkolwiek inną odpowiedzi niż strzał w głowę - Poczekaj- powiedział jeden z nich. Dziwne jednak umieją mówić pomyślałem (jeszcze chciało mi się żartować) -Czego chcecie – zapytałem -Musisz z nami iść dla własnego dobra –odpowiedzieli - Ta jasne dla własnego dobra rozwaliliście mi bark. Nie odpowiedzieli, ale za to wystrzeli, ty razem zacząłem uciekać udało mi się pobiegłem za sąsiednie wysokie bloki i choć trudno w to uwierzyć, aby się schronić wlazłem do sporego kosza na śmieci tam czekałem całą noc, szukali mnie jeden chciał nawet zaglądać do koszów na śmieć, ale drugi uznał, że aż taki głupi to on nie jest to znaczy ja nie jestem, a jednak byłem, lecz w tym przypadku wyszło mi to na dobre. Nie przespałem nocy, nie chciałem zasnąć bałem się tego, co się stanie, kiedy zasnę przecież, jeśli to prawda, jeśli zabijam, kiedy śpię to znaczy, kiedy budzi się moja druga połowa, przecież mógłbym skrzywdzić jakieś dziecko lub kobietę, ojca rodziny nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Kie Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:35 powąchałem śmierdziała zgnilizną wolałem nie patrzeć na to, co kryje się pod koszulą. Usiadłem na wysokim chodniku przylegającym do bloku wszyscy ludzie przechodzą lub będący w tej chwili na ulicy gapili się na mnie, sięgałem właśnie do kieszeni by znaleźć pieniądze potrzebne na zakup Hot doga, kiedy podeszła do mnie starsza kobieta uczesana niezwykle młodzieżowo -Czego pan tu szuka – zwróciła mi z wyrzutem uwagę jak gdyby zrobiłbym coś złego -A, co pani do tego – odpowiedziałem obojętnym tonem -Wynoś się z stąd brudasie, bo zadzwonię po policje- krzyknęła z niemal histerycznym tonem. Przeraziły mnie słowa tej kobiety wstałem natychmiast i poszedłem w stronę człowieka, który sprzedawał „ ciepłe psy” pieniędzy starczało mi na, trzy ale kupiłem tyko jednego napój dał mi za darmo porządny człowiek. -Kim jest ta stara kobieta, która na mnie krzyczała – zapytałem z ciekawości -To żona tego reportera, który ujawnił tą aferę z podziałem świadomości kojarzy pan. -Tak- odpowiedziałem -Zwykle nie jest taka, ale dwa dni temu dowiedziała się, że je mąż został zamordowany – powiedział szeptem jak gdyby się czegoś bał-Wie pan- dodał – tu się kręcą takie podejrzane typki Paczyłem na niego teraz wzrokiem tępym i pustym tak jak nie patrzy człowiek, ale głodne zwierzę, jadłem tak łakomie, że sos ciek mi po twarzy a ja tego nie czułem. W myślach obmyślałem plan zemsty jednak najpierw musiałem opatrzyć ranę, bowiem bolał nie miłosiernie. Po zjedzeniu hot doga i wypiciu soku pomarańczowego udałem się do apteki, której szyld zobaczyłem zaraz po wyjściu z bocznej uliczki, miałem nadzieję, że ceny nie są tam zbyt wygórowane oczywiście mogłem najpierw pójść po pieniądze do mieszkania, lecz to było raczej nie zbyt dobrym pomysłem przecież mogli pozostawić tam jakiegoś policjanta, aby pilnował mieszkania na wypadek gdybym próbował się doń dostać i zabrać kilka nie zbędnych rzeczy- lepiej będzie jak pobiorę pieniądze z konta – pomyślałem, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że to był jeszcze głupszy pomysł od poprzedniego – boże no to co ja mam zrobić. Może to śmieszne, ale przez całą krótką drogę tak rozmyślałem, choć z drugiej strony człowiek, którego życie zawisło na krawędzi musi nie ustanie myśleć o tym jak je uratować i nie ma w tym nic dziwnego a jednak mnie wydawało się to zarówno śmieszne jak i przerażające. Nareszcie doszedłem jeszcze tylko ostatni Bóg wie, komu potrzebny rzut oka na wielki czerwony szyld podświetlony w środku dnia Neonami( nie pytajcie, po co nie wiem tego) i wchodzę uderzył mnie powiew zimnego powietrza ze wnętrza apteki było w niej przyjemnie chłodno z całą pewnością była to zasługa wentylatora i tego, że wnętrze zostało wyłożone płytkami termo-inteligentnymi od razu po wejściu je poznałem świetna rzecz miałem takie… Nagle poczułem się słabo to ta rana pomyślałem, jakby przez mgłę usłyszałem kobiecy głos, upadłem poczułem tylko upadek a potem nastała ciemność tak nie przenikniona tak głucha bałem się bardzo się bałem czyżbym miął odejść do miejsca, z którego nie ma powrotu. Chyba oddycham pomyślałem i ta myśl uczyniła mnie tak szczęśliwym jak nigdy w życiu, poczułem, że mogę wszystko, po krótkiej chwili otwarłem oczy stała nade mną piękna istota o długich złocistych włosach patrzała się na mnie a jednocześnie coś robiła z moją raną dziwne nic nie czułem, chociaż powinienem czuć ból przecież ona grzebał przy postrzale pewnie dała mi znieczulenie. Coś do mnie mówiła widziałem jak je usta poruszają się ale prawie nic nie słyszałem tylko szmer, cichy szmer, nie pochodził on z zewnątrz lecz ze środka z mojej głowy! To było jakby wezwanie ciche acz czytelne ten głosik, bo słyszałem go coraz wyraźniej domagał się czegoś z przerażeniem stwierdziłem, że on wzywanie do popełnienia czegoś złego -Frank- syczał z nie zawiścią głos –Frank musimy ją zabić -Dlaczego- odpowiedziałem w myślach -Musimy- syczał ponownie automatycznie jakby automat. Pewnie wcale mnie nie usłyszał -Dlaczego, co ona nam zrobiła – zapytałem. Nie odpowiedział powtórzył tylko- Musimy- nudziła mnie ta schizofreniczna dyskusja z głosem w mojej głowie, może oszalałem, kto wie, a morze to był skutek uboczny działania leku przeciw bólowego tak czy inaczej postanowiłem ja zakończyć, głos był coraz cichszy milkł powoli jakbym się oddalał od jego źródła nareszcie zakończył nawoływanie i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to było nic innego jak skutek eksperymentu, któremu zostałem podany. On był moją gorszą połową. Powieki lepiły i się do siebie próbowałem je rozszerzyć, ale musiałem sobie pomóc palcami w końcu udało i się pierwszego zobaczyłem wtedy to biały sufit, który właściwie chyba był jednym wielkim neonem oświetlającym to pomieszczenie dziwne nie pamiętam żeby to tak wyglądało poderwałem się ku górze to nie była apteka, do której wchodziłem Bóg wie jak dawno temu. Pokuj był jak gdyby bez kształtny zapewne taki obraz był wynikiem złudzeniem optycznego spowodowanego oślepiającą bielą oświetlenia umieszczonego również w ścianach. Wstałem niczego ani nikogo w pomieszczeniu nie było leżałem na jakimś wysokim stale, który podobnie jak reszta podświetlany był od zewnątrz, wrastał on wprost z podłogi na wysokość mniej więcej 1,5 metra. Rozglądałem się do koła jednak w pokoju niczego oprócz ścian, stołu no i oczywiście mnie nie było. Dotknąłem jednej ze ścian-Niesamowicie gładka –pomyślałem, przesuwałem rękę wzdłuż ściany nigdy z czymś podobnym się nie spotkałem, powierzchnia przypominała bardziej aksamit lub inny delikatny materiał niż ścianę, żadnej skazy, zero zanieczyszczeń po prostu ideał. Czyż nie tak wyobrażamy sobie niebo. A może ja umarłem, tak było by nawet lepiej uwolniłoby mnie to od wszelkich problemów, jakie mam na ziemi, tak śmierć była mi na rękę szczególnie taka bez bolesna, pewnie umierałem w objęciach tej młodej kobiety, no zdecydowanie piękna śmierć szkoda trochę, że w tak młodym wieku mógłbym przecież zakosztować jeszcze życia a odeszłem w chwili, kiedy stawało się one ciekawe. -Frank-odezwał się tajemniczy kobiecy glos -Tak- odpowiedziałem - Wiesz gdzie jesteś- zapytał głos -Nie, ale chciał bym się tego dowiedzieć. -To na razie nie możliwe- oznajmił głos -Dlaczego, o co wam chodzi- krzyknąłem sfrustrowany - Uspokój się niczego nie zdziałasz krzycząc-powiedział głos A więc żyję. Usiadłem załamany na podłodze i z rozpaczy zacząłem płakać ale nie tak jak płacze mężczyzna lecz raczej głośno i krzykliwie niczym niemowlę odebrane matce, siedząc tak zastanawiałem się nad tym co zrobię miałem inne plany chciałem dotrzeć do żony tego dziennikarza poprosić ją o pomoc, jestem pewien że pomogła by mi, tym czasem płakałem zamknięty w jakimś pokoju bez drzwi i okien niczego nie mogąc zrobić. -Frank-odezwał się mniej więcej po godzinie głos lecz tym razem nie miał barwy kobiecej ale męską i to bardzo głęboką potężną- Jeżeli mnie słyszysz to odpowiedz – poprosił grzecznie. -Słyszę cię –odpowiedziałem wstając trzęsłem się nieco a mój głos drżał -Frank boisz się odpowiedz- zapytał Zastanawiałem się, co zrobić końcu wybrałem drogę szczerości -Tak boję się –odpowiedziałem -Uwierz mi Frank, że nie masz, czego się obawiać. -To, dlaczego pytasz –zapytałem wściekły -Chciałem wiedzieć czy będziesz mówił prawdę. -Kim jesteś –zapytałem Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- I 23.02.08, 16:41 -Na pewno o mnie słyszałeś jestem największym wrogiem twojego pracodawcy kieruje korporacją Kosmodronic. -A, więc ty jesteś Mark Durber -Tak to ja- rzekł głos jego brzmiał dostojnie i niezwykle poważnie-, jeżeli chcesz to mogę ci pomóc -Ale jak –zapytałem nie wierzyłem, bowiem że ktoś morze mi pomóc. -Oni podzielili twoją jaźń na dwie części wiemy jak to zrobili i możemy odwrócić ten proces lub go zatrzymać. Muszę przyznać, że to, co powiedział wielce uspokoił moje nerwy, usiadłem na białym wzniesieniu zajmującym środek białego pokoju a Mark mówił dalej ja zaś siedziałem i słuchałem - Muszę ci powiedzieć, że twój przypadek jest nieco inny niż ten opisany przez Cermana potwierdzają to badania medyczne przeprowadzone na tobie w czasie, kiedy znajdowałeś się w stanie śpiączki farmakologicznej -Przepraszam- przerwałem –jak długo ona trwała? -Pięć dni- odpowiedź szefa Kosmodronic zaszokowała mnie nie zdawałem sobie sprawy z tego, że spałem aż tak długo- Czy masz jeszcze jakieś pytania. -Nie- odparłem -Doskonale a więc zacznę od najważniejszego. Jak już ci wcześniej mówiłem możemy cię „uratować” lecz musisz spełnić jeden warunek. -Jaki!!!- Ożywiłem się nagle -Przedostaniesz się do firmy Galwax astri… Zwaliło mnie z nóg, kiedy to usłyszałem -Nie zrobię tego, to nie możliwe przecież oni mnie tam znają a po za tym policja szuka seryjnego mordercy, który wygląda dokładnie jak ja, jest mną -Jeżeli nie chcesz to twoja sprawa ja daję ci możliwość, ale nie mogę cię zmuś chciałem ci tylko powiedzieć, że choroba będzie postępować on to znaczy twoja druga polowa przejmie nad tobą władze w ciągu miesiąca a wtedy nikt ci nie pomorze Głos zamilkł coś brzęknęło jak gdyby zostały wyłączone głośniki, siedziałem na wzniesieniu i gapiłem się ślepo na podłogę próbowałem coś wymyślić lecznic nic sensownego nie wpadało mi do głowy, gdy nagle jak natchniony wstałem i krzyknąłem: -Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem chce operacyjnie zmienić sobie twarz i oczy. Oczekiwałem odpowiedzi przez krótką chwilę, po kilku sekundach zdających się być wiecznością nareszcie padła: -Wiedziałem, że nie jesteś głupi- odpowiedział z nieskrywaną satysfakcją Mark- Już niedługo przejdziesz operację plastyczną -Czy mogę wyjść z tego pokoju- zapytałem -Na razie pozostaniesz tam na wszelki wypadek. Nie chciałbym żebyś zasnął w którymś z niestrzeżonych pomieszczeń rozumiesz chyba. -Tak- odpowiedziałem krótko udając, że nie obchodzi mnie to, iż będę zamknięty w nie dużym białym pokoju, a przecież strasznie mnie to irytowało. -Niech pan położy się na łóżku- powiedział miły kobiecy głos, dziwne, ale wydawało mi się że z skądś go znam- Za chwilę zostanie pan uśpiony na okres przewiezienia do Sali operacyjnej i samej operacji, słysz pan. -Słyszę- odpowiedziałem- A jeszcze jedno- przypomniałem sobie- jak ma pani na imię chyba zna pani głos. -Na imię ma Sara poznaliśmy się w aptece -To pani jest tą blondynkom. -Tak to ja, ale niech pan już nic nie mówi- w jej glosie brzmiało coś niepokojącego, chyba się bała, czyżby tym czymś był ja? Poczułem się śpiący i przymknąłem powieki by po chwili zasnąć. Miałem poczucie szczęścia przecież ostatnie dni uciekałem a teraz leżałem otoczony opieką lekarzy i specjalistów wiedząc, że nie jestem zdany tylko na siebie. Teraz to ja miałem przejąć inicjatywę i zemścić się na mych oprawcach, ale czy to w ogóle było możliwe. Wokół zwyczajnego szpitalnego łóżka stali ludzie, gapili się na mnie jednocześnie rozmawiając, podejrzewałem, iż ta rozmowa dotyczy także mojej osoby, prawie niczego nie słysząc i ledwo, co dostrzegając spróbowałem coś powiedzieć, lecz nie potrafiłem otworzyć ust zlepiała mi je jakaś dziwna kleista substancja wtedy sobie przypomniałem o operacji plastycznej, jakiej miałem być podany a więc to, co przeszkadzało mi w słyszeniu, patrzeniu oraz mówieniu było zapewne jakimś okładem lub rodzajem bandaża ochronnego, nie mogąc się porozumieć z otoczeniem słowem mówionym postanowiłem poruszyć ręką palcem lub czymkolwiek, aby dostrzegli me przebudzenie, w tym celu uniosłem prawą rękę, lecz stało się coś dziwnego to znaczy nic rozmawiali dalej jakby nie obchodziło ich to co zrobiłem. Po chwili rozległ się śmiech, czyżby jakiś kawał, czyżby śmiali się z mojej osoby. Sara pochyliła się nad mną nieszczęsnym i rzekła: -Wiemy, że już nie śpisz, odpoczywaj. Jej słodki głos przyniósł niesamowitą ulgę, poczułem się wolny poczułem, że ją kocham. Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:45 Przyłożyłem kartę magnetyczną do czytnika znajdującego się mniej więcej na wysokości pasa, zamek magnetyczny natychmiast odskoczył wydając dziwięk lekkiego trzasku podniosłem stojące na ziemi walizki, popychając drzwi ramieniem wszedłem do wnętrza, na ziemi leżał niebieski dywan przyozdobiony w zielone prążki biegnące, wzdłuż całej jego powierzchni, która przykrywała niemal całą podłogę po lewej stronie wchodząc stało wielki łoże, po prawej miejsce swe miał ekran telewizora umieszczony w ścianie, niedaleko w odległości może dwóch metrów od drzwi stało biurko dosyć małe, lecz eleganckie stylizowane na czasy wiktoriańskie za nim znajdowało się wejście do łazienki, która miała także przypominać miała zapewne owe czasy lecz w mych oczach wzbudziła tyko szyderczy uśmiech. Rzuciłem ciężkie walizki na łóżko miały one chyba ze dwadzieścia kilo pościel podobnie jak i dywan miała barwę niebieską, ale paski na niej biegł poprzecznie, stalowy szkielet tandetnego legowiska zadrżał podczas otwierania jednej z walizki miałem w niej ubrania i zastanawiałem się gdzie je u licha umieścić gdyż pomimo obejrzenia całego pokoju nie znalazłem ani szafy ani komody, nie miałem ochoty się zastanawiać gdzie ona jest rozłożyłem ubrania na podłodze, a następnie sięgnąłem po neseser i połorzyłem go na biurku i otwarłem w środku leżała zalakowana duża koperta otwarłem ją począłem czytać: „Celem pańskiej misji jest przedostanie się do firmy Galwaxs astri i zdobycie informacji o badaniach prowadzonych przez wspomnianą wcześniej korporacje, dane zdobyte przez pana mogą uratować życie wielu osobom mam nadzieję, iż uda się panu. Pańska nowa tożsamość to Robert Galman urodzony 21 kwietnia 2401 roku w metropolii Wielka Brytania w dzielnicy Londyn jest pan inżynierem genetykiem niech się pan nie martwi, iż nie miał do czynienia z tą dziedziną nauki wgraliśmy ją panu podczas operacji. Życzę powodzenia.” Po przeczytaniu zniszczyć za pomocą ognia. Zapalniczka, którą miałem spalić list leżała na dnie neseserka wziąłem ją, więc i ją poszedłem do łazienki podpaliłem kopertę i która niemal natychmiast spłonek tak jak gdyby nasączona był benzyną, gdy list płonął spojrzałem na swą twarz dziwnie czułem się patrząc na tego człowieka, który w istocie był mną, przyznaję nawet trochę go polubiłem miał czarne włosy,zdecydowane bardzo męskie rysy twarzy i niebieskie oczy nawet je wymienili po krótkiej chwili przerwałem podziwianie samego siebie podeszłe ponownie do biurka, aby zobaczyć, co też ma jeszcze w owym neseserze leżało tam mnóstwo pudełek z tabletkami, na każdym pudełku widniał napis „zażyć przed snem”. Wyspałem się jak nigdy, o godzinie 8.00 obudził mnie robot nie byłem zadowolony z faktu tak wczesnego budzenia lecz poinformował mnie iż sam zażyczyłem sobie takie budzenie teraz sobie dopiero to przypomniałem miałem dziś dużo spraw do załatwienia. Robot zaproponował żebym zszedł na dół i zjadł śniadanie zapytałem, na pytanie, co proponuje na śniadanie zaoferował, jaka po wiedeńsku odpowiedziałem mu, że nie cierpię jajek na to nic nie powiedział. Zszedłem na dół podążając za robotem, który prowadził mnie do restauracji hotelowej. Spojrzawszy ku górze ujrzałem wielki kryształowy żyrandol zwisający z powierzchnia sufitu niczym odwrócona góra lodowa, dywan w holu był niczym nasiąknięty krwią, jego czerwień wręcz raziła swą intensywnością zdało mi się to dziwne, lecz chyba nie pamiętałem wczorajszego dnia przecież ja tędy wczoraj przechodziłem, to z całą pewnością za przyczyną tych leków, które zażyłem przed snem, nieco się przestraszyłem, ale po chwili przypomniałem sobie, iż wczoraj czytałem, że lek może powodować zaniki pamięci, lecz są one chwilowe i zupełnie nie groźne, jakoś ciężko mi w to uwierzyć, że ów lek nie czyni mi krzywdy powodując dziury w pamięci. Robot doprowadził mnie do dużej sali, w której mieściła się restauracja, z miejsca, w którym stałem widoczne były olbrzymie okna wysokie na ok. 10-15 metrów, samo wnętrze nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia wglądało nawet gorzej niż mój pokój i właśnie z tego względu nie będę go opisywał. Usiadłem przy stoliku, pierwszym z brzegu lecz nie miało to żadnego znaczenia gdzie siądę (wszystkie były takie same), po dłuższej chwili robot kelner zapytał mnie czego sobie życzę w jego. -Naleśniki- odpowiedziałem Zapisał to na małej karatece, wydało mi się, to dziwne gdyż przecież mógł zapamiętać z łatwością moje słowa. -Coś do picia- zapytał uprzejmie - Kawa- odpowiedziałem Ponownie zapisał, po czym odszedł. Kiedy upłynęło pół godziny pojawił się ponownie, brzuch mój po takim oczekiwaniu spodziewał się wyśmienitej uczty ale to co dostałem na talerzu zawiodło mnie okropnie, naleśniki czarne niczym węgielki, kawa zwyczajna smoła a nie kawa. -Smacznego-powiedział uprzejmie robot Myślałem, że zaraz wstanę i rozwalę mu ten stalowy kubeł, który przykrywał elektroniczny mózg, w ostatniej chwili opanowałem nerwy. -Czy mogę porozmawiać z szefem- zapytałem - NIE!!!- krzyknął nie omal spadłem z krzesła -Dlaczego- zapytałem przerażony i osłupiały zachowaniem robota było mi też nieco wstyd bo wszyscy się na nas gapili. -BO NIE!!!- krzyknął jeszcze głośniej niż poprzednio, tym razem wstałem zauważyłem wtedy że z robota wydobywa się dym uczyniłem krok do tyłu i spostrzegłem płomienie na jego prawym ramieniu. -Co jest do cholery. -Niech pan ucieka- krzyczał jakiś mężczyzna Rzuciłem się do ucieczki i nie spodziewanie salą wstrząsnął potężny huk eksplozji, fala uderzeniowa, jaką wywołała rzuciła mnie z 10 metrów dalej upadając połamałem stuł, na który spadłem. Po całym pomieszczeniu fruwały ogniste kule, ludzie biegali przerażeni robot nadal stał a właściwie jego nogi, podbiegł do mnie jakiś mężczyzna, chwycił moją marynarkę i wyciągnął mnie ze strefy śmierci. -Nic panu nie jest-zapytał zdyszany -Chyba nie- odpowiedziałem jąkając się jeszcze ze strachu- co to było- zapytałem -Awaria robot oszalał. -Aha- odsapnąłem Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:47 Po tym nie fortunnym wypadku w hotelu zjawiło się mnóstwo policjantów i techników, ci drudzy wypytali mnie o przebieg całego zdarzenia policja zaś nie zainteresowała się mną, z czego byłem wielce zadowolony. Minęło południe ja zaś nadal niczego nie zjadłem wybuch zdemolował całą restaurację postanowiłem poszukać jakiejś knajpy w najbliższej okolicy zapytałem wiec o nią robota pokojowego wskazał mi bar na drugim końcu ulicy trochę było do niego daleko, lecz żołądek nie dawał mi spokoju, robot zapytał czy nie zamówić taksówki jednak odmówiłem pamiętając o tym jak roboty jeżdżące taksówkami naciągają na kasę stosując prosty trik zgubienia drogi, wolałem przejść się tą krótką drogę do knajpy o nazwie „U Karli”. Na ulicy śmierdziało spalinami i zacząłem żałować, że nie zamówiłem taksówki po za tym nie mogłem znieś widoku ludzi, którzy pracowali w fabrykach produkując wszystko nie otrzymując w zamian nic lub niewiele, tak zbudowano korporację na niewolniczej pracy i śmierci wielu niewinnych ludzi, którzy stanęli w nie właściwym czasie po nie właściwej stronie barykady i skazali siebie jak i swe dzieci na potworny los robotnika przemysłowego lub, co gorsza górnika, czułem się jak parszywy sukinsyn, ale co mogłem zrobić mój ojciec walczył na wojnie z mutantami i zginął a pan Kerschen wziął naszą rodzinę jak i tysiące innych rodzin pod swoją opiekę, lecz teraz czułem się winy za ich los jak gdybym mógł coś poradzić lecz byłem bezradny. Mym oczom znienacka ukazał się bar, a nad nim stary szyld w stylu niczym z lat czterdziestych dwudziestego wieku, wspaniały czerwony napis wybijał się z szarego otoczenia, wewnątrz także bar wyglądał nie źle, miał stylowy staranie utrzymany wygląd szczegóły także w przeciwieństwie do hotelu, który raził tandetą były tutaj jakby oryginalne przeniesione wprost z tamtych czasów. Przy ladzie siedziało na wysokich krzesłach kilku ludzi, większość jednak zajmowała miejsca przy stolikach ustawionych przy ścianie frontowej, do środka lało się cienkimi paskami światło słoneczne, wnętrze pachniało starym drewnem, piwem, dymem papierosowym i olejem ze smażenia, nad mą głową kręcił się wiatrak nieco rozrzedzając gęste od zapachów powietrze. Właśnie wtedy, kiedy wchodziłem przy barze akurat zwolniło się jedno miejsce, więc przy nim usiadłem. Po minucie podszedł gruby mężczyzna, złożyłem zamówienie i otrzymałem to czego chciałem, nawet nie potrafię opisać jak byłem rozradowany z powodu tych dwóch jajek i kawy czarnej jak smoła. Spojrzałem na zegarek, dwadzieścia minut po dwunastej, trzy godziny trwało zanim coś zjadłem na śniadanie, niektórzy tu na pewno jedli w tej chwili obiad. Obok mnie siedział posępny starszy człowiek widziałem tylko połowę jego twarzy reszta pozostawała ukryta w cieniu, co jakiś czas sączył ze szklanki jakiś wysoko procentowy trunek spoglądając tępym wzrokiem na ścianę z butelkami. Zapłaciłem barmanowi za posiłek i kiedy już wstawałem niespodziewanie ów posępny starszy pan otworzył usta i rzekł: -Nie ma ucieczki Frank. Zaskoczył mnie nie widziałem co mam odpowiedzieć. -Przepraszam czy mówi pan do mnie-rzuciłem -Tak a jest tu jeszcze jakiś Frank? - Ja ma na imię Robert Galman- odpowiedziałem w nadziei, że to pomyłka -Ja się nie mylę i znam pana lepiej niż pan myśli -Alę- przerwałem mu -Niech pan siada porozmawiajmy- poprosił Przysiadłem się, więc aby go wysłuchać. -Nie uda się panu-mówił – Firma ma szereg zabezpieczeń sprawdzą pana DNA. -Podmienię krew wiem jak to zrobić. Ale skąd pan wie do cholery, kim jestem i co chcę zrobić. -Właściciel cię przejrzy tak jak ja. -SKĄD PAN WIE!!!- huknąłem -Spokojnie już panu mówię, najzwyczajniej w świecie jestem jasnowidzem-odpowiedział tak poważnie, że aż zabrzmiało to śmiesznie - Co, pan chyba żartuję- zaśmiałem się -Nie żartuję, właściciel ma także takie zdolności i nie tylko takie sądzę, że teraz potrafi dużo więcej niż ja, może jest czymś w rodzaju półboga, ale przepraszam nie przedstawiłem się jestem Angus. -Robert. - Raczej Frank- uśmiechnął się -A tak przepraszam zapomniałem, że pan jest jasnowidzem- zażartowałem Zmarszczył brwi -Nie wierzy pan mi. -Przepraszam, ale nie wierzę w takie rzeczy- odpowiedziałem -Więc skąd bym do cholery wiedział jak masz na imię naprawdę co? -Może to próba, może Mark wystawia mię na próbę. -Uwierz mi, że nie, i wiedz, że ten cały Mark to nie mniejszy sukinsyn Kerschen, on cię wykorzystuje, jesteś tylko pionkiem w tej grze. -A ty, kim jesteś w tej grze, po czyjej jesteś stronie- zapytałem surowo patrząc mu w oczy - Ja chcę uratować tylko swoje życie a morze i przy okazji twoje. -Dość- powiedziałem i wstałem -To był zamach!- krzyknął kiedy byłe w połowie drogi do wyjścia- Ten robot- mówił dalej – to nie przypadek podstawili go specjalnie. Wyszedłem. To na pewno była próba. Przynajmniej tak sądziłem Na zewnątrz nadal panował nieubłagany upał, lecz na ulicy nie było żadnego człowieka, ciekawe ani jednej żywej duszy a przed niespełna godziną przez ulice przewijał się niezliczony tłum. Dość dziwnie czułem się przemykając przez puste miasto, bez przerwy odwracałem głowę do tyłu patrząc czy aby ktoś mnie nie śledzi, oczy latały mi we wszystkich kierunkach czułem na plecach czyjś wzrok to niepokojące uczucie nie opuszczało mnie aż do znalezienia taksówki. Robot z tej taryfy zachował się wyjątkowo, nie pomylił trasy i policzył uczciwie za kurs, szkoda, że zawsze się tak nie zachowują. Przy drzwiach przywitał się ze mną robot coś mówił lecz nie słuchałem go, następnie podszedłem do recepcji, recepcjonista także robot ( o boże one są wszędzie ) oznajmił iż w pokoju czeka na mnie kobieta powiedział że to w ramach przeprosin, nic nie powiedziałem chociaż w środku gotowałem się ze złości, po prostu pójdę tam i powiem żeby się wynosiła. Otwarłem drzwi byłe gotówka kłótnię. Zmiękły mi nogi leżała na łóżku, ale bez głowy, zwymiotowałem, zemdliło mnie, wszędzie pełno krwi, łóżko ociekało krwią spojrzałem przed siebie ma krześle pod oknem ktoś siedział. Poznałem go to był Joachim Kerschen, nie potrafiłem wydobyć z siebie ani jednego słowa tylko coś stękałem bez ładu i składu. -Wyglądasz jakoś inaczej – powiedział nie naturalnie niskim głosem, –Ale wiem, że to ty. Wstałem niemal nad ludzkim wysiłkiem. Drzwi nadal były otwarte mogłem próbować ucieczki, jednak nie potrafiłem się poruszyć czułem jakbym miał na nogach położone wielkie głazy, zebrałem się w sobie. -Czego chcesz – wystękałem niczym przerażone dziecko Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, po czym on wstał, zobaczyłem go miał dziwnie zdeformowaną twarz, bardzo dużą i jakby trochę zapadniętą, oczy małe i czarne patrzały na mnie zimnym tępym wzrokiem, miał też ten cudak wielki szeroki uśmiech, gdy otworzył usta, lśniły w nich białe wielkie jak sztylety zębiska, nie przypominały ludzkich zębów raczej zwierzęce. Skóra na twarzy jakby sina, wargi suche wyglądał niczym trup, żywy trup. Ciarki przeszły mnie po plecach, gdy stanął obok poczułem jego oddech szybki i miarowy. -Co się panu stało- zapytałem jakby zatroskany -Nic mój drogi – odpowiedział -To pan- spojrzałem na dziewczynę -Tak, ale nie martw się jesteś zbyt ważny- powiedział Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- II 23.02.08, 16:52 Dotknął mej twarzy dłonią, przynajmniej ona przypominała ludzką. -To, dlaczego próbował mnie pan zabić. Odszedł i usiadł na łóżku obok rozszarpanej na strzępy dziewczyny, dotknął jej nogi Zadrżałem. -Ona przyszła tu minutę przed tobą gdybyś wszedł pierwszy zginąłbyś. Nic nie dzieje się przypadkiem mój drogi wszystko zmierza ku celowi, którego nie znamy, robot był tym samym wyznaczył ci on drogę ku przeznaczeniu, drogę do celu. -Ale, dlaczego mi pan to zrobił. -Ta choroba to nie moja wina, twój ojciec cierpiał na nią tak jak wielu żołnierzy pod koniec wojny w jakiś dziwny sposób przeszła ona najpierw na Minta a później na ciebie. -Mark mówił mi, że to twoja sprawka i jeszcze ten artykuł w gazecie- mówiłem to jakbym potwierdzał jego słowa chciałem żeby mi uwierzył, miałem nadzieję na to, że zaufa moim słowom i wejdę do firmy rozgryzę ją od środka i zniszczę. Spojrzał na drzwi, ktoś szedł ku nim, nagle wstał i chwycił mą szyję usnuł mnie ku górze jakbym był szmacianą lalką a następnie rzucił, walnąłem o coś głową straciłem przytomność by po sekundzie ją odzyskać nadal to byłem ja nie zamieniłem się w bestię, ujrzałem Kerschena walczącego z kilkoma uzbrojonymi ludźmi, powalił ich i wyszedł z pokoju. Chwila. Huk wystrzału z broni maszynowej. Rzuciłem się do biegu. Na korytarzu szalała strzelanina ściany był poszarpane kulami, na podłodze leżało kilka ciął rozszarpanych na strzępy ludzi a nad nimi w powietrzu wisiał Kerschen jego ciało niemal bez przerwy przeszywało kule, nie krwawił. Rzucili granat. Eksplozja a potem potworny pisk w uszach, kurz dym i Kerschern zniknął mi z pola widzenia. Nagle oślepiająca biel zraziła me oczy, lecz nie słyszałem wybuchu to było coś nie pojętego, nie wyobrażalnego dla człowieka wielka jasna kula światła nagle ukazała się mym oczom, przesuwała się wzdłuż korytarza, byłem zahipnotyzowany jej widokiem, wtedy to ujrzałem w jej środku było niemowlę, lecz jakby powiększone kilkakrotnie, po chwili kula sczerniała by następnie zmaleć do rozmiarów malutkiej szklanej kulki upadla na ziemię. Odpowiedz Link Zgłoś
edgar20 Podział- III 23.02.08, 16:55 Za oknem już jaśniało a ja nadal siedziałem przy biurku, do pokoju weszła Sara w koszuli nocnej. -Nie spałeś- zapytała swym słodkim głosem -Nie- odpowiedziałem -Chcesz coś zjeść. -Może później. Wyszła. Wyjąłem ją z kieszeni małą czarną kulkę, czym była, nie wiem, ale odkąd ją mam nic ze mną się nie dzieje, nie słyszę głosów i mogę spać od czasu do czasu. -Kochanie gdzie jest ta mała czarna kulka –zapytałem zawiązującą przy lustrze krawat -Jaka kulka. -No ta, którą zawsze mam przy sobie. -A ta nie wiem, a co. -Nic- odpowiedziałem sucho, lecz coś we mnie drżało bałem się o nią, o to, co mogę teraz jej zrobić -Zabij ją Frank- syknął głos-Zabij. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: moldur Opinia 'Podziału' IP: *.internetdsl.tpnet.pl 23.02.08, 21:25 Ładne i zaskakujące zakończenie. Pozostawiające wiele do życzenia, ale przede wszystkim (i należy zwrócić na to uwagę) bardzo umiejętnie ukształtowane. Można kontynuować, ale to zaćmiłoby blask 'Podziału'. Zakończenie jest bardzo dobre. Jeśli mowa o pozostałej części, jest ona oczywiście dobra, ale mimo to, są pewne niedociągnięcia. Czytelnik czasami gubi się i jest zdezorientowany. Może i to miał w zamierzeniu autor. Takich fragmentów jest niewiele, więc tekst czyta się swobodnie. Urzekający jest fakt opracowania pomysłu. Fabuła z pozoru banalna, wręcz trywialna, ale treść przewyższa pomysł i opowiadanie jest dobre. Są dobre i złe strony 'Podziału'. Warte przeczytania z powodu ciekawego spojrzenia na świat i na strukturę rządzącą. Odpowiedz Link Zgłoś
bog_loki Re: Opinia 'Podziału' 10.03.08, 21:40 No cóż kawał dobrej roboty, czyta się jednym tchem, część za częścią. Dość ciekawy wgląd w psychikę człowieka, pozwala nam wczuć się w bohatera oraz w świat w którym to się dzieje. Nie czytamy, lecz przenosimy się do tego świata. Choć opuszczamy go kiedy autor sam się mota, jakby nie wiedział co i jak chce zrobić. Koniec pozostawia uczucie niedosytu, sprawia, że chcemy więcej. Ogólne, dobre wrażenie psują literówki i błędy. Firefox je sprawdzi bez problemu, a czytelnikowi będzie się lepiej czytać. Dbajmy o język polski. Odpowiedz Link Zgłoś
iselle Odcienie Obsydianu 12.07.08, 15:01 To ja tak skromnie zapodam linka do mojego bloga powieściowego. Proszę o wyrozumiałość ponieważ jeszcze nie ma on końca :) tearsoftime.blog.onet.pl/ Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Gość Re: własne opowiadanie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.12.08, 22:29 zapraszam.. kubasadventure.blogspot.com/pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Edvard Re: Bithur Wielki Łucznik IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.12.08, 15:02 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Edvard Re: Bithur Wielki Łucznik IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.12.08, 15:13 Był ponury dzień.Bithur wielki łucznik przybył do króla. - Wielki Gremoiru masz dla mnie jakieś zadanie? - Niestety nie bithurze idż się przespać.Jutro się dowiesz.-Bithur poszedł do domu .Położył się.Miał bardzo złą noc nie mógł zasnąć.Wciąż słyszał wycie wilków.Słychać je było z niedalekiego lasu Binoris.Bithur postanowił wybrać się na polowanie.Zabrał łuk,strzały,żywność i ruszył w drogę.Przeszedł koło posągu Krimasa.Wielkiego rycerza który uratował Elenaris przed zagładą.A zbliżała się zagłada i teraz ponieważ źli magowie śmierci mieli zamiar zgładzić całe Elenaris.Bithur pogrążony w myślach ruszył dalej. Odpowiedz Link Zgłoś