Dodaj do ulubionych

Ojej, co tu wybrac 2012 - 6 (vol. 23)

    • grek.grek "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 21.09.12, 13:27
      jak Wam się... podobało ? :]

      jak dla mnie, to był obrazek rodziny dyskfunkcjonalnej.

      Ojciec wraca z wojny i stale mu się pogarsza, pod każdym względem.
      Jakąs wojenną traumę chyba przeżył.

      Matka cały czas w pracy, a do tego z chałupy robi kocie schronisko
      [lubię koty, ale w filmie ich nagromadzenie przekracza zdrową normę],
      bo nie może przejśc obok zwierzaka bez intuicji, że dzieje mu się krzywda.

      Ojciec i matka nie okazują sobie uczuć, albo okazują ich sobie coraz mniej,
      bo ojciec ma traumę, a matka ma koty.

      Nie ma specjalnego zdziwienia, kiedy stery w domu przejmuje starszy syn,
      który ma drajw i który ma do tego motywację, najpewniej powstałą wskutek
      frustracji wyglądem domu, brakiem zainteresowania jego sprawami, jakie wykazują
      rodzice, plus może coś tam ma z czubka, jakiś nerw i jakąś wewnątrzną
      nastoletnią nadwrażliwość, ale nie na tyle tego ma, zeby matkę pozbawić życia
      i zapakować w szafę.

      kim jest w tym całym interesie młodszy syn ?
      mnie się zdaje, że on tu pełnił rolę fetysza, symbolu przewagi i w końcu triumfu, jaki
      starszy syn odnosi nad słabymi rodzicami. Zauważyliście, co robi matka, kiedy starszy
      prowokuje ją słowem albo czzynem ? "przestań', albo do męża "powiedz mu coś" -
      tak miękko, jakby to jej serce kociej mamy nie znało terminu "asertywność". A później
      już chyba tylko o to chodzi, że ona wie, iż z Arturem nie jest w stanie się zetrzeć
      na żadnym polu, zabronić mu czegokolwiek, wpłynąc na niego, dotrzeć ze swoimi
      uwagami. Pozwala więc na cokolwiek, co jakiś czas wtrącając nieśmiało, że mlodszy
      "powinien chodzić do szkolY', a w tej szkole, rozmawiając z wychowawczynią, udaje, że
      to ona podpisywała usprawiedliwienia nieobecności młodszego, mimo że jej podpis
      podrabiał Artur. babka ją pyta "czego pani to robi ? czemu pani go kryje ?", na co
      ona 'a co ja innego mogę zrobić ?". Od pewnego momentu ta matka jest po prostu
      ofiarą własnej niemocy, własnych błędów wychowawczych.

      dlaczego ?
      właśnie, jak sądzicie ?
      czy chodziło tylko o przeciąganie liny i Artur przeciągnął ją za daleko ?
      czy może o jakiś kompleks Edypa ?
      może po prostu, tak po ludzku, o zrobienie porządku w domu, o
      wyrzucenie kotów choćby [nie przez przypadek, chyba, pojawia się
      kilka razy, w rozmowach braci, zdanie "koty mają przeje...ne"] ?

      Może Artur inspirację bierze z całokształtu życia tej rodzinki ?
      jak tu nie dostać korby, słuchajcie... matka kociara, ojciec impotent i
      zapadający się w sobie bankrut emocjonalny, wrak człowieka... do tego
      jeszcze kuzynka z prowincji, która mieszka sobie na równych prawach, co
      też pewnie drażniło Artura, który czuł się lekceważony i odstawiany na
      boczny tor...

      inna rzecz - jest scena, kiedy matce coś w pracy nie wychodzi, siedzi
      więc w salonie i popłakuje - wchodzi Artur, coś tam rzuca na pocieszenie,
      stoi chwilę i wychodzi; teraz matka wstaje i idzie do jego pokoju, otwiera
      drzwi,a on tam siedzi z głową w dłoniach... i ona też patrzy przez moment
      i zostawia go, wychodzi.

      zauważyliście ?
      żadne nie dotknęło nawet drugiego. żadne nie zainicjowało rozmowy o
      tym, co ich gryzie, w czym problem. To pustynia emocjonalna, bergmanowska
      rzec by mozna.

      Jak matka chce Arturowi zasunąć umoralniającą gadkę, to prosi o to
      kolegę, co się zajmuje szkoleniem z zasad samoobrony. To dodatkowo
      wścieka Artura, zamiast w czymś pomóc.

      Artur może ją wini za to, jak wygląda ich życie rodzinne ?
      że dom obrobiony przez kotów rzeszę, że te koty są wszędzie i nawet
      jeśli są sympatyczne, to jednak chata wygląda jak chlew; z ojcem też
      się nie układa - wina matki ? w oczach syna - kto wie, czy tak nie mogło
      to wyglądać. A potem już tylko wygryzanie starego, zeby założyć
      portki wiszące na vakacie i gotowe. MOże nawet Artur poczuł się nie
      bratem, a już ojcem swojego młodszego.

      na początku jednak [ciekawa narracja wsteczna] to jest przecież normalna
      rodzina. Nawet jak stary wraca z Iraku czy skądtam, to później zaraz idą na piknik, rodzice
      mają seks w jakichś krzakach, robią sobie zdjęcia, obejmują się, łowią, smażą i
      jedzą ryby. A potem Artur wpada do wody i jest wkurzony, bo ojciec i brat
      mu nie pomogli, a on sam się, we własnych oczach, nieco skompromitował.gdzieś tam
      musiał być początek, wtedy kiedy byli "normalni", coś musiało wtedy pęknąć.
      Jakiś kamyczek się ukruszył i lawina ruszyła, aż do finału rok później.

      w sumie, niby są jakieś tropy, ale mnie się nie udało odpowiedzieć na te pytania.
      A Wam ? Dlaczego oni to zrobili ?

      hah, ciągle grali w elektroniczne strzelanki.
      odebraliście to jako sygnał pod tytułem "gry stępiają wrażliwość na krzywdę innych ?" ?
      Ja, przyznaję, owszem, trochę to wyglądało, jakby scenarzysta postanowił
      i w grach komputerowych poszukać przyczyn ich matkobójstwa.

      No i te "nadprzyrodzone" akty Artura, ta jego fiksacja na "energii", na 'zawładnięciach duszą',
      czy to jego, czy to innych, o co oskarża i ojca i kuzynkę. O matce jednak tego
      nigdy nie powiedział, a jednak to ją właśnie zamordował.

      kruca, może tu jest odpowiedź...
      w końcówce, licząc chronologicznie, ale i w tej odwróconej narracji - Artur dostaje lanie od
      konwojujących jego i brata policjantów. Zwróciliście uwagę na to, jak spokorniał ? nawet młodszy to zauwazył, probował coś do niego mówić, nakręcać, ale Artur siedział jak mumia,
      mimo że miał zawsze tyle do powiedzenia. w tym momencie, tak mi sie wydaje, Artur zderzył się z tym, czego zabrakło w jego wychowaniu : z męską ręką. dostał przysłowiowy "wpier..ol"
      i trochę na oczy przejrzał. I to już nie był ojciec, ktorym pogardzał, i któremu mógł zagrozić oskarżeniem o molestowanie, kiedy ten rzucił go na podłogę. Nie, tu już nie mial żadnej
      przewagi. Po raz pierwszy poczuł się bezsilny i stłamszony. I to go otrzeźwiło. Pierwszy raz. Tyle, że znacznie zbyt późno sie to stało.

      świetna Skibińska, świetny Kościukiewicz.

      zauważyliście,ze reżyser nie epatuje jakimiś kiszkami i krwią ? skupia się na wiwisekcji
      rodzinnyh relacji, interakcji między ludźmi, zaglądaniu nawet nie w ich wnętrza, ile
      w to, jak się do siebie odnoszą. Wg mnie, to objaw wyczucia i przytomności
      umysłu, na które stać nie-każdego. wyobrażam sobie z łatwością, jak wielu
      reżyserów chętnie by poszło w makabreskę, licząc na to, że "szokującym
      naturalizmem" przyciągną widownię do kin.

      w ogole, nie za bardzo jest się do czego przyczepić, nic nie zgrzytało, nic nie
      kolebało się wydając nieprzyjemny odgłos, można by rzecz - znakomite kino
      i jakże polskie :]

      no i na faktach, przeca.

      w Pitbulu też wykorzystano motyw tej zbrodni w jednym z odcinków. Zmieniono
      tylko imiona chłopców, no i ofk inaczej wygląda scena złapania ich, potem
      przesłuchania; makabryczna, ale jakże elokwentna, relacja pitbulowego Artura
      z tego jak zabili i oprawili matkę - naprawdę wyszła świetnie i odpowiednio przerażająco.
      Wyszła tak, bo on to opowiedział, jakby mówił o skrobaniu marchewki na obiad,
      tak naturalnie i bezrefleksyjnie.
      • pepsic Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 21.09.12, 17:28
        Dla mnie to film o narodzinach zła w czystej postaci. I masz rację, nie ma się do czego doczepić, choć z lenistwa wolałabym chronologię tradycyjną, powiedzmy od ujęcia młodocianych zabójców do początku. Skibińska dała radę, młodzi tez. Choć podejrzewam, że w realu posiadaczka 20 kotów musiała wyglądać i zachowywać się bardziej dziwacznie i mniej ponętnie, nie wspominając o roztaczaniu wokół siebie odpowiedniego smrodku. Wspominasz o błędach wychowawczych. Tylko jak wychowywać ucieleśnienie zła, którego wszyscy poza kuzynką z prowincji, w tym rodzice się boją? Hę? A nie, jednak się przyczepię, do strony technicznej, a mianowicie kiepskiej jakości głosu. O co chodziło z umierającą matką-ciotką? Nie dosłyszałam. I jeszcze, co do motywu. Zrezygnowana matka pogodziła się ze stratą starszego syna, ale próbowała walczyć o młodszego. Może to mógł być motyw, wszak nie wyraziła zgody, żeby również opuścił dom.
        • grek.grek Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 13:37
          ta narracja może zachęcać do obejrzenia filmu po raz drugi, a może nawet trzeci :]
          na, tam - zachęcać... zmuszać.

          no to się nie zgodzę z Twoją opinią, Pepsic.
          wychowywanie polega także, albo przede wszystkim [wg mnie, choć nie wychowałem
          dotąd nikogo] na jakimś ładunku uczuć względem, że tak się brzydko wyrazę, obiektu
          wychowawczych starań.

          "ucieleśnienie zła", o którym piszesz, to już jest produkt gotowy - właśnie
          wychowania, ktore nie respektuje tej reguły.

          spójrz, jak matka mówi troskliwie o kotach, a jak rzadko, albo wcale - nie
          mówi tak o swoich dzieciach.

          ojciec ? ojciec nie zwraca uwagi, że swoim zachowaniem podkopuje ]
          rodzącą się męskośc swojego syna : Artur wpada do rzeki - ojciec
          mówi do młodszego : zostawmy go, niech wyłazi sam - Artur jest
          upokorzony w oczach własnych i w oczach swojego młodszego brata;
          odpalają fajerwerki noworoczne : ojciec odstawia Artura na bok "zostaw,
          nie umiesz, ja to zrobię jak należy, patrz młody, jak to się robi" zwraca się
          do młodszego syna - gdzie tu takt i uwaga zwrócona na to, żeby
          dorosłemu synowi nie robić przykrości.

          rodzice są w materii zdolności wychowawczych - wg mnie : impotentami,
          ignorantami. To ich zaniedbania wychowują Artura, chłopaka, jak widać,
          niezwykle wrażliwego, na pewno egocentryka, ale jednak wyglądającego
          z ich strony jakiegoś ciepła.

          matka zagoniona kociara, ojciec maczo wojskowy i... gotowe.
          na pewno : bez pewnego genu destrukcji jaki Artur ma w sobie -
          nie rozwinąłby się w matkobójcę. Może by dał upust swojemu
          zranieniu w inny sposób. On postanowił ich po prostu ze swojego
          życia wyrzucić, jak również z życia brata.

          BYć może, podświadomie całkiem, intuicyjnie, dotarło do niego,że
          skoro jego nie umieli wychować, dać mu oparcia i poświęcić uwagi -
          tak samo będą w stanie spaprać zycie bratu.

          zasadniczo : w tej rodzinie ludzie o sobie ze sobą nie rozmawiają/li,
          nie okazywali sobie żadnego wsparcia, żadnej empatii, żadnych uczuć,
          ten seks żałosny - ojciec nie jest w stanie, za przeproszeniem, przelecieć
          matki patrząc jej w oczy choćby przez moment.

          hah, ja też nie za bardzo załapałem tę ciotkę w szpitalu..
          wydaje mi się, ze kluczowe to jest dla pokazania, że matka chłopców
          niespecjalnie wykazuje się empatią [scena okazania zwłok], a ojciec
          nie umie jej wesprzeć, tylko ucieka.

          poza tym kiepskim seksem to ci ludzie nawet nie wymieniają uścisków,
          nie dotykają siebie nawzajem.

          Artur jest, wg mnie, produktem skleconym z tych wszystkich składników.
          • siostra.bronte Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 15:02
            Filmu nie widziałam, ale się wypowiem, bo temat interesujący :)
            Oczywiście, najprościej powiedzieć, że to wina "starych". Na pewno rodzice mieli w tym jakiś udział. Ale z pewnością nie zdawali sobie sprawy, że wszystko może tak się skończyć. I nie mieli złych intencji.
            Można użyć argumentu, że ludzie wychowani w znacznie bardziej patologicznych rodzinach, z piciem i biciem, jednak potrafili wyjść na ludzi. Czyli jakiś specyficzny "gen" o jakim piszesz miał decydujące znaczenie.
            Wracając do rodziców. Będę ich bronić :) Oni też biorą udział w swoistej sztafecie pokoleń. Może matka jest właśnie taka a nie inna, ze względu na sposób w jaki została wychowana? Może rodzice nie okazywali jej uczuć i nie nauczyła się tego od nich? Też można powiedzieć, że to jej rodzice są winni. A także ich rodzice, i tak dalej...
            To samo w przypadku ojca.
            To wszystko nie jest takie proste :)
            • maniaczytania Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 16:26
              ja zgodnie z zapowiedzia filmu nie widzialam, ale tez sie wypowiem, bo temat ciekawy ;)

              I, o dziwo, ja sie przychylam do zdania Greka - zbyt czesto rodzice probuja zrzucic wine/ odpowiedzialnosc ze swoich barkow a to na szkole, a to na telewizje, a to na gry komputerowe, a to zly charakter, a to na jeszcze sto innych rzeczy. A najwiekszy ciezar wychowawczy ciazy jednak na rodzicach. I jeszcze to, na co Grek zwrociles uwage, a co wiele osob niestety uwaza za bzdure - w tej rodzinie sie nie rozmawia - chyba niei trzeba nikomu tlumaczyc jak istotny jest taki zwykly cieply codzienny kontakt dziecka z rodzicami?
              • siostra.bronte Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 16:47
                Wszystko prawda. Ale powiedzmy sobie szczerze, że rodzice mają prawo do błędów. I takie błędy będą się zdarzać.
                Pewne rzeczy są oczywiste. Trzeba z dziećmi rozmawiać, być z nimi w bliskim kontakcie. Ale niektórzy rodzice z jakichś powodów tego nie chcą lub nie potrafią. W takich przypadkach należałoby szukać pomocy, może u psychologa. Nie wiem, czy rodzice z filmu tego próbowali.
                Gdyby w każdej toksycznej rodzinie dochodziło do morderstw, bo rodzice z dzieckiem nie rozmawiali, to byłaby to chyba skala masowa.
                Na pewno film pokazuje pewne problemy współczesnej rodziny. Ale moim zdaniem zwalanie wszystkiego na rodziców też jest przesadą.
              • grek.grek Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 23.09.12, 12:58
                dzięki, Szefowo ;]

                własnie, to się rzuca w oczy - im delikatniejsza sytuacja tym mniej słów, gestów, a jesli
                już są, to przestrzelone, nakręcające negatywną energię. Ten chłopak to wszystko widzi i
                doświadcza, odbija się to na nim.

                jasne, że, zgoda z Siostrą, nie to jest jedyny faktor, bo są pewnie inne także, ale
                jednak można tylko domniemywać, co by było, gdyby ktoś raz jeden ciepło i
                ze szczerym zainteresowaniem spytał go o jego życie, uczucia, respektował jego
                zdanie, albo przynajmniej go nie strofował jak byle smarkacza.
            • grek.grek Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 23.09.12, 12:54
              może tak to zabrzmiało, ale naprawdę nie próbuję zrzucać na jego starych.
              próbowalem zinterpretować to, co sugeruje film :]

              o,sztafeta pokoleń, to może być właśnie TO, ale, wiesz Siostro, ustalanie
              winnych trzeba by cofnąć do pierwszego pokolenia. na pewno, rodzice sami
              są w problemach : matka ma na głowie cały dom, ojciec dopiero co wrócił
              z Iraku, gdzie lekko nie było, najpewniej przyczepiła się do niego jakaś
              psychiczna blokada... Ale nie jestem pewien, czy to zdejmuje z nich
              odpowiedzialność za to, że nie potrafią w najbliższym kręgu okazywać sobie
              życzliwego zainteresowania i wzajemnej troski.

          • pepsic Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 19:54
            W kwestiach wychowawczych zgadzam się z Siostrą. Nie wszyscy rodzice stają się z miejsca znawcami materii w chwili wydania na świat potomstwa, a modelowych rodzin bez problemów i konfliktów z pewnością jest niewiele. Więc powtórzę za Siostrą. Ludzie są tylko ludźmi, mniej lub bardziej wylewnymi, bardziej świadomi lub mniej i popełniają błędy, w tym wychowawcze. Ale to nie powód, żeby dzieci odpłacały im serią morderstw.
            Greku, "ten niezwykle wrażliwy chłopiec" poderżnął matce gardło, ot tak, bez powodu, a potem odrąbał jej głowę i wsadził rozczłonkowane ciało do szafy. I mieszkał sobie w tym pokoju przez 5 dni! Wcześniej doprowadził ojca do wyprowadzenia się z domu nie mając skrupułów, żeby go szantażować i upokarzać. Naprawdę uważasz, że do tego doprowadziły li tylko błędy wychowawcze? Rodzice faktycznie pogrążyli się w swoich problemach, ale z zachowania Joanny wcale nie wynikało, że dzieci są jej obojętne, a z filmu, że powichrowana sytuacja zawsze taka było. Matka czuła intuicyjnie, że z synem coś jest nie tak, że przegina na całej linii. Może dlatego uciekła w te swoje koty.
            No więc ten "niezwykle wrażliwy chłopiec" dla mnie usposabia jednostkę psychopatyczną, niezdolną do okazywania uczuć, skupioną na własnej osobie, nie przyjmującą słów krytyk i pozbawioną poczucia winy. Trudno zatem obarczać winą rodziców, tylko można współczuć.
            A Wiesz, co mnie zastanowiło? Artur chyba lubił te koty.

            To mogła być ciotka, która ją wychowywała, a może nawet adoptowała.
            • maniaczytania Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 20:24
              nie, Pepsic, to nie tak. Cos tego chlopca do takiego stanu doprowadzilo i do takiego zwichrowania. Rodzice, ktorzy popelnili wiele bledow. Owszem, nie mozna od rodzicow wymagac nei wiadomo jakiej wiedzy na temat wychowywania dzieci, ale do licha powinni wiedziec, kiedy i gdzie trzeba sie udac po pomoc, jak sie samemu nie jest w stanie poradzic z problemem. Napisalas - "Matka czuła intuicyjnie, że z synem coś jest nie tak, że przegina na całej linii. Może dlatego uciekła w te swoje koty." - no tak, ucieczka jest najprostsza, ale nie rozwiazuje problemu.

              I tak - ja nie wierze do konca w to, ze ktos jest z gruntu zly.
              • pepsic Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 21:12
                Nie oceniam ich błędów aż tak bardzo negatywnie i sądzę, że nie każdy problem jest rozwiązalny, tym bardziej dotyczący jednostki upośledzonej społecznie. Matka coś tam próbowała, a to na pielgrzymkę poszła, a to sprowadziła przyjaciela na rozmowę z synem. To nie rodzina doprowadziła Artura do upadku, choć w jakimś stopniu ułatwiła, to on swoim postępowaniem spowodował rozpad rodziny.

                • maniaczytania Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 22:00
                  filmu nie widzialam, wiec moze jednak nie powinnam sie wypowiadac, ale w konflikcie - dziecko-dorosly bede po stronie dziecka. Najwieksza sztuka w zyciu - umiec sie przyznac do popelnionych bledow i poprosic o pomoc - tego brakuje niektorym rodzicom.
                  • pepsic Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 22:17
                    Wyczytałam w jakimś dwutygodniku, że na dniach zanosi się na powtórkę, bodajże na kulturze. Drastyczne sceny, które opisywałam nie są pokazane wprost, więc można śmiało samemu się zmierzyć.


                    Wracam do oglądania "Pamiętnika" na tvn7. Marudzą i smęcą na razie, a co gorsza, ani śladu chemii i dlaczego ta laska wciąż piszczy i wrzeszczy?

                    Dobranoc Maniu:)
                    • maniaczytania Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 22:36
                      pepsic napisała:

                      > Wyczytałam w jakimś dwutygodniku, że na dniach zanosi się na powtórkę, bodajże
                      > na kulturze. Drastyczne sceny, które opisywałam nie są pokazane wprost, więc można śmiało samemu się zmierzyć.

                      Nie, nie, podziekuje raczej. I w moim przypadku nie chodzi o drastycznosc scen (w koncu np. "Labirynt fauna" ogladalam bez 'mrugniecia okiem' a takich scen tam nie brakowalo) - ja sie za bardzo denerwuje takimi filmami.

                      > Wracam do oglądania "Pamiętnika" na tvn7. Marudzą i smęcą na razie, a co gorsza, ani śladu chemii i dlaczego ta laska wciąż piszczy i wrzeszczy?

                      No wlasnie, czytalam ksiazke, film widzialam kilka razy i zawsze mnie zastanawia, czemu te poczatki ich milosci w filmie tak glupie sa?

                      > Dobranoc Maniu:)

                      Dobranoc Pepsic :)
              • pepsic Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 22.09.12, 22:04
                I tak - ja nie wierze do konca w to, ze ktos jest z gruntu zly.

                Bardziej przychylam się do kombinacji genów, niż niezapisanej czystej karty.
            • grek.grek Re: "Matka Teresa od kotów" - jakie wrażenia ? 23.09.12, 13:09
              wiem, Pepsic, co zrobił.

              tylko... do tego doprowadziła jakaś ścieżka, którą film próbuje odtworzyć.
              widać na niej, że 20-letni chłopak jest traktowany jak smarkacz : nawet jak
              się wprowadzić ma kuzynka, to nikt z nim nie konsultuje tego - traktuje się go
              jak dzieciaka; nieustanne strofowanie; ojciec zachowuje się, jakby chciał
              pokazać, że ma nad nim przewagę - czym drażni męskość syna, nie jest dla
              niego partnerem.

              ha, wiesz, może i z zachowania Joanny nie wynikało,ze dzieci są jej obojętne, ale
              wg mnie nie wynikało też, że te dzieci kocha, a tutaj oznaczałoby to dotyk, rozmowę,
              zainteresowanie, uznawanie zdania starszego syna, liczenie się z jego opiniami etc.
              Ona go zbywa, mityguje, strofuje albo omija.

              on ma ich kochać ?
              za co ?

              ekstremum jest dekapitowanie matki, to niezaprzeczalny fakt, ale... wiesz, sama
              dekapitacja nie może być argumentem zastępującym wszystko inne w drodze
              ustalenia przyczyn, dla ktorych chłopak aż tak się zagotował.

              odcięta głowa, to skutek.
              przyczyna... czy można uznać, ze ten czyn się urodził w nim znikąd ?

              o, wiesz, jesli matka "ucieka w koty" zamiast porozmawiać z synem i zastanowić
              się, czy przypadkiem ona się nie przykłada do jego alienacji... no to jej
              wychowawcze talenta są dośc mizernej próby.

              więćej, ona namawia swojego kolegę, zeby z jej synem porozmawiał - dodatkowo
              dolewa tym oliwy do ognia, Artur jest wściekły, że matka nasyła na niego obcego
              typa, bo nie umie z nim sama rozmawiać.

              a możę Arturt to samospełniająca się przepowiednia : patrzą na mnie jak na świra,
              więc nim jestem ?

              a może te wszystkie słowne i nie tylko prowokacje Artura, to próba zwrócenia
              na siebie uwagi, pozostająca bez odzewu ?


    • grek.grek "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 22.09.12, 13:07
      w zasadzie, wyglądało to na dokument, rzecz nakręconą co do słowa
      na podstawie zapisów archiwalnych, tylko podaną przez aktorów.

      Trzy części przeplatające się ze sobą.
      w pierwszej - publiczny [w jakiejś kawiarni/klubie awangardowym] odczyt tytułowego
      poematu przez Allena Ginsberga, którym jest tutaj James Franco; tekst
      ilustrowany jest świetnymi animacjami, a wielką rolę odgrywa dyskretna, ale
      pełna niepokoju i doskonale dopasowana do pełnej pasji wymowy Skowytu muzyka.
      zaś Franco x początkowego onieśmielenia prędko i płynnie przechodzi
      w stan cichej pasji i czyta coraz barwniej i z energią zakręcając frazy.

      Tak to musiało wyglądać w rzeczywistości, tutaj chyba, wg mnie, żadna
      scena, słowo ani nastój chwili nie są fikcją : na wszystko są "papiery", albo
      "taśmy prawdy" :]

      w drugiej - rozprawa sądowa w procesie o obsceniczność jaki wytoczony został
      wydawcy Skowytu, Lawrence'a Ferlinghettiego. Dość pożałowania godne sceny, kiedy oskarżyciel, z pomocą powołanych ekspertów próbuje przeprowadzić dowód, że Skowyt nie jest dziełem literackim i generalnie wypadałoby go zjarać na stosie, bo są tam wulgaryzmy i
      określenia niecenzuralne.Z drugiej strony, są tez biegli broniący prawa Ginsberga
      do swobody wypowiedzi i ekspresji, tłumaczący z polskiego na nasze "co autor
      miał na myśli" i dlaczego akurat użył brzydkiego-słowa zamiast jakiegoś mniej
      obleśnego ;] Pokaz tego jak daleką drogę Kraj Największej Wolności, do którego
      wzorców tęskniła Polska po 45, musiał przejśc, żeby stać się krajem w miarę
      cywilizowanym, co do dzisiaj mu się nie udało, bo trudno nazwać tak państwo
      w którym prawo w poszczególnych stanach jest pełne idiotyzmów i absurdów
      [kiedyś wrzucę jakiś stosowny link, uśmiejecie się jak norki], a 70 mln ludzi, albo
      i więcej, egzystuje za 1 dolara dziennie, zaś służby specjalne inwigilują już
      chyba nawet babcie klozetowe.

      sędzia wydaje mądry werdykt, oddalający pozew, a cały proces zwraca uwagę
      szerokiej publiczności na sam wiersz i jego autora.

      wreszcie trzecia część - wywiad z Ginsbergiem [widać, że nagrywany na szpulę,
      co sugeruje, ze jest to filmowa wersja oryginału] : o szczerości przekazu, postulacie
      autentyzmu języka i przeżyć w literaturze, o pokoleniu beatników i ich stylu życia,
      portrety przyjaciół, tak się składa, że akurat czołowych postaci pokolenia
      [Kerouac, Cassady, Peter Orlovsky], opisy związkow uczuciowo-towarzyskich z nimi plus
      sporo o trudnym życiu homoseksualisty w Ameryce dekady lat powojennych -
      Ginsberg ukrywał się przed otoczeniem ze swoją orientacją, jako osobnik nieprzystosowany
      lądował w zakładach zamkniętych, prawdziwą akceptację zyskał wśród tych, których
      nazwano beatnikami, a zdolność do wyjścia zza zasłony dała mu sztuka, a odwagę
      do rzucenia pracy i szczęśliwego życia poza nawiasem mieszczańskiego społeczeństwa fiśniętego na punkcie spożycia i dorobkiewiczowstwa - prawdziwa przyjaźń, jakiej doświadczył.

      Kupiłem i formę i treść.
      Skowyt zdarzyło mi się przeczytać, ale słuchany w filmie, z tymi obrazkami [one też
      zdaje się są oparte na ilustracjach z jakichś komiksów, które beat generation wydawała
      w tamtym czasie ?], z tą muzyką - zupełnie nową twarz zyskał.

      w finale pojawiają się autentyczne zdjęcia bohaterów zaprezentowanych albo
      wymienionych w filmie i trzeba przyznać, że... w filmie zostali bardzo dowartościowani
      urodą aktorów grających ich role ;]

      zasadniczo - brawo TVP Kultura. miło, że 2 razy w tygodniu można coś w tej
      całej publicznej obejrzeć, co ma ręce i nogi, a nawet trochę mózgownicy.
      • siostra.bronte Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 22.09.12, 14:16
        Oglądałam. I też mi się podobało.
        Właściwie to napisałeś już wszystko :)
        Bardzo fajny pomysł z animacją, ilustrującą poemat. I nawet jak nie zawsze rozumiałam do tekst, to dzięki obrazom było trochę łatwiej :)
        Taki chwyt z animacją został udanie wykorzystany wcześniej np. w "The Wall", czy w "American splendor".
        Na mnie wrażenie zrobiły zwłaszcza fragmenty o tym, jak leczeni byli chorzy psychicznie w tamtych czasach. Prawdziwy horror. Losy matki Ginsberga przypomniały mi historię z "Tarnation" Caouette'a.
        Bardzo dobry Franco w roli głównej. Sceny, kiedy czyta poemat i coraz bardziej się rozkręca, robią wrażenie.
        Może trochę szkoda, że Ginsberg jest pokazany tylko jako twórca "Skowytu", a chyba zrobił/napisał coś więcej. Ale z drugiej strony typowe biografie zwykle są nieudane.
        Wspomniałeś o muzyce. Już dawno przyuważyłam Cartera Burwella. Znany jest głównie jako nadworny kompozytor braci Coen. Bardzo podobała mi się jego muzyka w innych fimach: "Idolu", "Zanim zapadnie noc" , "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj".
        Ciekawe, że teraz jest na ekranach film "W drodze" wg. Kerouaca, ale chyba niezbyt udany.

        • pepsic Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 23.09.12, 12:29
          Również w film "99 franków" świetnie wpisały sie sceny animacyjne, ale to raczej inna konwencja, jak się domyślam:)
        • grek.grek Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 23.09.12, 13:16
          dzięki :]

          to prawda, te obrazki z elektrowstrząsami... brrr.
          przypomniał mi się "Lot nad kukułczym gniazdem"; nota bene, pamiętasz -
          ponoć przyjaciel Ginsberga, z psychiatryka w jakim siedział, to
          pierwowzór Mc Murphy'ego [?]

          yes, czytałem także recenzje :]
          ponoć nie wyszło, bo wyszło bez zęba i bez polotu.
          • pepsic Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 25.09.12, 12:39
            Słyszałam, że opowieści o elektrowstrząsach wykorzystywane w twórczości hollywoodzkiej bywają mocno przesadzone.
            • siostra.bronte Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 25.09.12, 14:15
              Ale w filmie pokazano dokumentalne zdjęcia z takich zabiegów. Tak wtedy leczono, niestety. Zobaczyć to można było także w "Tarnation".
              • pepsic Re: "SKowyt", oglądaliście ? [3p3] 26.09.12, 18:10
                Bardziej chodziło mi o sławetną scenę z "Lou nad kukułczym gniazdem". Podobno była tez w "Zwykłych ludziach", ale osobiście nie pamiętam. Na dowód chciałam przytoczyć stosowne cytaty, jako że jestem po ciekawej lekturze "50 wielkich mitów psychologii popularnej". Niestety nie mogłam się dopchać, a książka dzisiaj wróciła skąd przybyła. Otóż od dość dawna terapia elektrowstrząsami utrwalona błędnie przez Hollywood nie jest wcale taka straszna, jak ją malują, a przede wszystkim wykonuje się ją w znieczuleniu, nie powoduje skutków ubocznych, a już z pewnością nie powoduje amnezji.
      • pepsic "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 23.09.12, 12:23
        Nie udało mi się obejrzeć, ale co sie odwlecze, nie uciece. Miałam zamiar, ale koleżanka wyciągnęła mnie do kina na belgijski film braci Dardenne. Ten, który musiał się obejść oskarowym smakiem solidarnie z naszym "W ciemnościach" na konto "Rozstań". Kameralna historia chłopca bezdusznie porzuconego przez ojca, którym opiekuje sie niedzielna matka zastępcza. Opiekunka jest fryzjerką, nie ma doświadczenia w wychowywaniu dzieci, ale doskonale radzi sobie z problematycznym chłopcem, głównie zdając się na intuicję. Więc skorzystam z okazji i zaznaczę, że optuję za takim właśni, intuicyjnym wychowywaniem dzieci na nasadzie: każdemu wg potrzeb, z drugiej strony się zastanawiam sie, czy kwestie wychowawcze nie są czasami przereklamowane. Wracając do tematu. Pomimo niemrawego początku film się rozkręca, trzyma w pionie i ujmuje za serc, na szczęście nie pogrywa emocjami Prawdziwym majstersztykiem reżyserskim i materiałem do dyskusji okazuje sie niejednoznaczny i smutny pozorny happy end. Dużo bardziej mi się podobało, niż "Milczenie Lorny" tej samej spółki, przede wszystkim gł bohaterowie są sympatyczni.

        Ps. do "Skowyt". Takich niezawisłych sędziów nie podlegających żadnym naciskom, żadnym zależnościom zewnętrznym, w szczególności ze strony rządzących - tylko pozazdrościć:(

        3p3 - fajny skrót:)
        • grek.grek Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 23.09.12, 13:20
          czyli, klasyka Dardennów : oszczędność, takt, klasa i zakończenie nie-wprost.
          goście robią filmy z rzadka, ale jak już się za coś wezmą, to wychodzi rzecz
          godna najwyższej uwagi.

          dzięki za relację :]

          mam nadzieję, że nie ciamkali ci pod nosem popkornem ? ;]



          • barbasia1 Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 24.09.12, 21:06
            > mam nadzieję, że nie ciamkali ci pod nosem popkornem ? ;]

            :)
            Pewnie tylko ja mam takiego pecha. ;)
            • grek.grek Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 25.09.12, 14:43
              Barbasiu, a może zabieraj ze sobą do kina jakieś nieprzyjemnie pachnącą
              nalewkę.
              Kiedy ciamkacz się obraca na moment - wlewasz mu to coś do kubka i
              gotowe ;]
              • barbasia1 Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 25.09.12, 15:27
                Chichichi! :)))

                O! To jest pomysł! :))))

                Obym tylko w pośpiechu i ciemności sali kinowej nie wylała tego śmierdzidła na głowę przypadkowej, niewinnej osoby. ;)
                Bo nie dość, że strrraszne ciamkanie by nie ustało, to jeszcze brzydkie zapachy by nos drażniły.
                :))
                • grek.grek Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 26.09.12, 14:33
                  no i tu dochodzimy o kwestii inwestycji... w noktowizor ;]
                  • barbasia1 Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 26.09.12, 16:15
                    Hehehehehe! :)))

                    Eeeee, Greku, to ja wolę nowy sweterek. ;)
          • pepsic Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 25.09.12, 12:47
            W studyjnych nie dbają o przyziemne potrzeby;)
            A ja za profesjonalny i trafny suplement!
            • grek.grek Re: "Skowyt" / "Chłopiec na rowerze" 25.09.12, 14:46
              hehe, nie ma to jak własna inicjatywa ;]

              pamiętam,że szerzej o Dardennach pisaliśmy przy okazji omawiania Dziecka, LOrny
              , a i chyba też Syn się pojawiał. mają swoją półkę ;]
    • grek.grek "FIghter", spojler [1] 23.09.12, 11:34
      hah, no to machnąłem trojskok; start o północy, meta kwadrans przed szóstą rano ;]
      Trzy premiery ustrzeliłem, no... powiedzmy - jak dla mnie. Nie wiem, czy wszystko
      dzisiaj Wam opiszę, ale część na pewno.

      "FIghter", via Ct 1.

      Nie wiem, czego się spodziewałem po kolejnym filmie ze sportem w tle. Niby nominacje, niby Oskardy, ale sami wiecie, że tę tematykę już wyeksploatowano całkiem solidnie. Zatem, oczekiwania miałem tylko, co do ról oskardowych, a tymczasem zobaczyłem kawałek naprawdę niezłego kina.

      orajt, po kolei.
      BOhaterem jest niejaki Micky Ward [postać autentyczna], którego życie polega na tym, że rano wstaje, potem idzie do pracy, czyli zamiatania miotłą ulicy, później zasuwa do sali treningowej i ćwiczy boks, w wieczór spędza w pubie w kumplowskiej atmosferze piwka i gwaru. Taka irlandzka metodologia. Micky jest zawodowym bokserem [waga półśrednia/welterweight]. Takim z niższej półki, co oznacza, że na galach pięściarskich, na których gaże dla zawodników w walce wieczoru wynoszą po milion colków, Micky bijący się w jednej z pod-walk dostaje 20 tysięcy, jak dobrze pójdzie. Ward stoi od dawna w miejscu, jako bokser - jest chłopakiem, którego bezwzględnie trzeba nazwać "porządnym i przyzwoitym", a nawet ułożonym i rozgarniętym, a do tego w ringu oddaje całkowicie serce.

      Ma córkę, ale jest w separacji z eks-dziewczyną, która nawet widywać się z nią pozwala mu rzadko i niechętnie. Dlaczego ? z powodu jego Problemu...

      jego Problem polega na tym, że od lat wlecze u nogi bardzo cięzką kulę. waży ona jakieś... 120 kg. mniej więcej tyle ważą wspolnie jego matka i brat.

      Matka, Alice, robi za menadżera Micky'ego. Energiczna, oddana synowi, ale kompletnie pozbawona talentów organizatorskich. Właśnie walka, którą załatwiła nie dochodzi do skutku,
      z powodu wycofania się rywala w ostatniej chwili. Na jego miejsce ma być inny bokser, ale... 15 kg cięzszy od Micka, a walka ma się odbyć w tzw. catchweight, czyli w "limicie umownym", tutaj : bez limitu, zdaje się. Mick ma wybór : może odstąpić, ale nie dostanie ani grosza, albo walczyć i ryzykować. Ryzykuje i dostaje solidne manto. Matka-menadżer nie mówi mu "synu, odpuszczamy, bo to idiotyczne bić się w rywalem nierozpracowanym, a tak dalece cięższym". Tyle o jej menadżerskiej klasie.

      Brat, Dicky [swoją drogą, dać synom na imię Micky i Dicky, to też błyskotliwość]... to już w ogole jest historia z trzeciego wymiaru. Kiedyś był nieźle zapowiadającym się bokserem i nawet dostał szansę walki o mistrzostwo świata. Stanął naprzeciw legendy boksu Raya Sugar Leonarda. Przegrał, ale raz jego rywal znalazl się na deskach. Dla jednych - po ciosie Dicka. Dla innych - bo się poślizgnął. Whatever, tamten moment zrobił z Dicka bohatera całej dzielnicy Lowell.

      Niestety, na tamtym momencie Dicky się skończył... Oto jednak pojawia się telewizja HBO i chce o nim kręcić film, sam Dicky nie posiadajac się z dumy zapowiada swój powrót na ring. Wygląda jak śmierć na chorągwi, mimo że duch go nie opuszcza, trochę to wszystko dziwne, ale... wszyscy są przekonani, że będzie to film o "legendzie boksu, facecie który posadził na tyłku samego Sugar Raya". Dick żyje tamtym wspomnieniem, każda rozmowa o boksie, o życiu, o świecie sprowadza się do tamtej chwili, kiedy Ray znalazl się na deskach po jego ciosie, jak sam wierzy.

      Dick robi za trenera Micka. Jest jednak coachem calkowicie nieodpowiedzialnym, spóźnia się na treningi, kiedy mają jechać na walkę, a HBO nawet podstawia im limuzynę - on sobie siedzi z koleżkami, i bawi się na tyle dobrze, że trzeba go wywoływać, a wtedy on z gracją wyskakuje oknem do kontenera ze śmieciami i w obslumpranych łachach z czapeczką tyłem na przód wlecze się tam, gdzie akurat go matka albo brat wzywają - po co ma chodzić na około, prawdaż ? ;]

      Facet ma same wady i dwie zalety : kocha brata i bardzo dobrze zna się na boksie. A to zalety niebagatelne.

      Reszta rodziny, to sześc sióstr. I tata, człowiek w cieniu, stłamszony przez żonę, taki trochę pan Dulski, ale tylko do czasu.

      Po jednej z porażek Micky dostaje propozycję od prawdziwego mendżera z Las Vegas, który dostrzega w nim talent i możliwości i proponuje mu roczne stypendium, zeby mógl u niego spokojnie trenować. Micky po raz pierwszy poważnie rozważa odejście od matki i brata, ale interwencja Alice zapobiega rozpadowi "zgranego teamu".

      Drugi moment, to poznanie w miejscowym barze Charlene. Kiedyś studentki i skoczkini wzwyż, dzisaj - kelnerki. Urodziwa, bystra, a do tego z charakterem. I to ona przemawia mu do rozsądku : będziesz przegrywał, nie tylko w w ringu, ale całe swoje życie, jeśli nie wyzwolisz się od wpływów swoich toksycznych mamusi i braciszka. Kiedy idą razem do domu Wardów - siostry gapią się całą szóstką nienawistnie na nią, matka probuje ignorować, ale kiedy Micky pytany przez matkę "coś nie tak, synku, jakiś problem ?" nie umie nic wydukać, chociaż próbuje, to Charlene formułuje w jego imieniu wątpliwosci, co do tego, czy Alice i Dicky są dla niego odpowiednim towarzystwem. Nie trzeba mówić, że sympatii tą szczerością nie zyskuje w rodzinie swojego chłopaka.

      aż nadchodzi moment przełomowy - Dicky próbuje zorganizować pieniądze dla brata, na treningi i wyjazdy. W tym celu wystawia swoją koleżankę jako prostytutkę na ulicę, kiedy zaś zjawia się zainteresowany klient - udając policjanta wymusza od niego łapówkę. Problem w tym, że sam wpada w łapy prawdziwych gliniarzy. Ucieka przed nimi, ale go dopadają, wywiązuje się bójka. Zawiadomiony o niej Mick pędzi bratu na pomoc. KOniec końców obaj lądują na sali sądowej. Dicky po raz 72. Dostaje kilka m-cy więzienia. Micky wychodzi, ale po bijatyce z policajami na kontuzjowaną prawą rękę i wolno dochodzi do siebie. Pęka coś w nim, zwłasczza że po tej chryji rzuca go Charlene, załamana jego niezdolnością do samodzielności. Rzuca współpracę z rodziną.

      Jego trenerem zostaje miejscowy stójkowy, O'Keefe, starszy spokojny facet. menadżerem zaś - ten facet z Vegas, ktory mu to kiedyś proponował. Odzyskuje też Charlene, co akurat jest dośc łatwe, bo ona go kocha. Matka jest ofk w rozpaczy - jak syn mógł to zrobić, to pewnie ona mu w głowie zamieszała. PO raz pierwszy angażuje się w całą historię ojciec Micka - to on załatwia całe formalności, on podtrzymuje w nim pewność co do podjętej decyzji.

      A tutaj HBO nadaje ten nakręcony o Dickym film. Ogląda go cale Lowell, ogląda go Micky, Charlene, eks-dziewczyna Micka i pozwala na to nawet małej córeczce, ogląda to rodzinka, ogąda go wreszcie sam Dicky - razem z innymi więźniami, wśród których jest bardzo lubiany, jako stały bywalec zakładu.

      Film jest szokiem dla całej menażerii. Pokazuje nie Dicky-legendę boksu, pokazuje człowieka, który nie umie sobie poradzić z sobą, ze swoim nałogiem. Tak, bo Dicky jest ćpunem. eks-bokserem, który musi zapalić crack, żeby w ogole funkcjonowac. TO dlatego jest taki żywy i ekspresyjny. Nie wiadomo, kto o tym wiedział i panikuje, bo prawda wyszła na jaw, a kto
      jest zaskoczony. Wszystkim jednak ten film mocno ryje beret.

      Dla Dicky'ego jest to moment katharsis. Widzi siebie, widzi swojego brata w tle - i decyduje się na zerwanie z koksem. Wije się na głodzie, powracają wspomnienia, a jakby - walki z Rayem Leonardem - tylko, że wracają w innym formacie niż wtedy, kiedy jest na chodzie. Na głodzie narkotykowym : widzi prawdę - widzi jak przegrywa, jak zostaje wyliczony.

      Micky odwiedza go w więzieniu. Informuje, ze ma zakontraktowaną walkę w Las vegas z mocnym zawodnikiem, ze się usamodzielnił, że teraz ma Team, a nie ćpuna i mamuśkę, teraz poważni ludzi się nim opiekują, a nie "rodzinka.pl". Dicky pyta go o taktykę, Micky go zbywa i wychodzi. Dick kpi z jego nowych trenerów i ich znajomości boksu, krzyczy za nim, żeby zawsze pamiętał o tym, czego go nauczył od niego, bo to klucz do wygranej.

      No i... faktycznie. Walka układa się dla Micka fatalnie. OBrywa seriami, kryje się za podwójną gardą, zmierza do klęski.
      cdn.
      • grek.grek "Fighter", spojler [2] 23.09.12, 12:00
        przygotowany zostal tip top, przedtem stoczył kilka dobrych walk i wszystkie wygrał,
        nareszcie nie mial problemów z tym,ze jego trener ćpa sobie w najlepsze zamiast
        być gotowym do wyjazdu na mecz...

        ale w momencie próby - ten wariant zawodzi.

        Matka przez telefon relacjonuje tę walkę Dicky'emu, ktory wisi na sluchawce w więziennym
        hallu. Oboje się ofk denerwują okropnie.

        I jakby zachodzi jakieś sprzężenie między braćmi. W ringu Mick przestaje nagle reagować na
        swoich sekundantów,trenerów, nawet szalejącą Charlene... Idzie za wskazówkami brata...
        zwycięża. A więc - ciągle jest pod wpływem Dicky'ego, nie wyzwolil się, bo może zmienić co chce, ale swojej bokserskiej natury, którą ukształtował naśladowaniem podziwianego od małego brata - nie zdoła przeskoczyć.

        Zatem - Mick wygrywa. Wygrywa i dostaje szansę walki o mistrzostwo świata.
        wygrywa także Dicky - wygrana brata to dla niego dodatkowy bodziec do jego walki życia - z uzależnieniem od koksu.
        I kto wie, być moze tutaj młodszy brat spłaca swoje długi : pozwala starszemu uwierzyć w siebie, kiedy ten już dawno postawił na sobie samym krzyżyk.
        Dicky we więźniu : biega, trenuje boks, cięzką pracą nad kondycją zabija w sobie potrzebę
        wzięcia działki.
        Wyhcodzi czysty.

        Pierwsze kroki kieruje do sali treningowej. "To dzięki mnie wygrałeś" - mówi wprost swojemu bratu. Powtarza to też obecna przy rozmowie matka. Z drugiej strony, są ojciec chłopaków, Charlene i O'Kefe, ten nowy trener Micka. "Beze mnie byś nie wygrał" - powtarza Dicky. Mick nie chce z nim rozmawiać. Obie strony wymieniają ciosy, Charlene wali w Dicky'ego, Alice w Charlene, ojciec w matkę, matka w ojca... SŁowa latają jak pociski. Bracia stają naprzeciw siebie, sparują w kaskach i ochraniaczach, ale Mick nie chce walczyć, odmawia tego bratu, co dodatkowo roczarowuje Dicky'ego, ktory dostrzega,ze brat mu się wymknął, że coś naprawdę pękło.

        Cała scena świetna, jakby moce jasne i ciemne zebrały się w jednym miejscu, by stoczyć bój o duszę niewinnego chłopca ;]
        No, przesadzam, bo wszyscy chcą jego dobra, tylko nie wszyscy są dostatecznie odpowiedzialni...

        W końcu Mick przyznaje : tak, bez ciebie bym nie wygrał. TO wyznanie, wiele mówiące, sprawia, ze Charlene wychodzi, przekonana, że "to wróciło", wychodzi też ojciec i trener. Dick jeszcze tylko powoluje się na wspolnotę doświadczeń, na braterstwo, wyznaje też, że jest czysty, ze nie bierze. I wychodzi.

        idzie uliczkami Lowell. Jego znajomi zapraszają go na zapalenie "papieroska". Dicky staje, myśli i... odmawia im. Idzie prosto do Charlene. Ta się wychyla przez okno i każe mu, ekhmmm... czym prędzej się oddalić ;] Ale on nie ustępuje. Wreszcie ona schodzi na dół i rozmawiają. Dicky proponuje jej wspólpracę : słuchaj, Mick potrzebuje cieebie, bo cię kocha... ale potrzebuje też mnie... i ojca... i matki... nas wszystkim. Albo będziemy razem i on to swoje mistrzostwo zdobędzie, albo go wspólnie pogrązymy drąc koty. Charlene po raz pierwszy się z nmim zgadza.

        zawierają więc rozejm i zwierają szyki. Efekt ? Micky zdobywa tytuł mistrza, trenerów ma dwóch, a wokół ringu dzielnie i niemal trzymając się za ręce kibicują mu wszyscy bliscy ludzie, teraz blisscy takzę sobie nawzajem, przez wzgląd na wspólny interes i cel : jego dobro.

        Dobre kino.
        dobre, realistyczne sceny bokserskie, sprawna realizacja, nieglupi scenariusz i skupienie na
        kwestiach... życiowych, przy okazji pokazujących jak istotny dla sportowca jest tzw. background.

        Rzeczywiście, wychudzony, narkotycznie nadpobudliwy Bale - bardzo dobry, ekspresyjny, plastyczny, zupełnie inny niż zwykle, kiedy gra jakby miał paraliż twarzy. Mellisa Leo, Alice, też udana, chociaż Amy Adams/Charlene wg mnie ukradła jej film swoją urodą i zadziornością pomieszaną z kobiecością, sceny kiedy wdaje się w słowne przepychanki z matką Micka - wyborne. Nie mniej niż moment, kiedy wkurzona siostry Ward, razem z matką, jadą do niej,żeby rozmowić się z Mickiem, który właśnie zrezygnowal z matczynej i bracinej obsługi kariery bokserskiej - oczywiście, winą obarczają za to Charlene, na werandzie jej domu wywiązuje się scysja, w ruch idą pieści i Charlene sama stawia czoła szóstce rozwrzeszczanych, natapirowanych babochłopów i jednej nawet nos rozkwasza, zanim ich Micky nie rozdzieli i nie uratuje jej skóry :]

        do "Wściekłego byka" daleko, ale już Rocky'ego jest to wersja szlachetniejsza.
        • barbasia1 Re: "Fighter", spojler [2] 24.09.12, 21:02
          > Rzeczywiście, wychudzony, narkotycznie nadpobudliwy Bale - bardzo dobry, ekspre
          > syjny, plastyczny, zupełnie inny niż zwykle, kiedy gra jakby miał paraliż twarzy.

          :)

          Wygląda na to, że Bale’owi pomagają w grze fizyczne transformacje.
          Do roli w "Mechaniku” schudł jeszcze bardziej, zdaje się 28 kg i stworzył naprawdę wstrząsającą kreację.


          www.filmweb.pl/film/Fighter-2010-420435#picture-15
          Fajna historia.

          :)
          • grek.grek Re: "Fighter", spojler [2] 25.09.12, 13:39
            Mechanika omawialiśmy, z tego co pamiętam; i chyba jakoś zaraz po Mechaniku własnie
            aktor Bale przystępował do kręcenia Batmana, na planie którego zaprezentował
            znakomitą muskulaturę :]

            od kościotrupa do mięśniaka w "10" tygodni, może poradnik napisze jakiś ? ;]

            chociaż, jeśli trenował wcześniej, to miał dwa atuty w tym błyskawicznym
            odzyskiwaniu sylwetki.

            pierwszy, z odwodnienia i wychudzenia, po pierwszym okresie, kiedy trzeba ostrożnie
            podnosić racje żywnościowe, wychodzi się dośc szybko. Chudnie się powoli, przybiera
            się kilka razy szybciej :] np. bokserzy uzyskują limit wagowy przed walką, czasami
            odwadniając się krańcowo, ale jako że ważenie odbywa się 24 godziny przed
            owąż walką, to przez jedną dobą potrafią odzyskać nawet 10-12 kg. Tak to jakoś
            działa ;]

            No i pamięć mięśniowa, jesli ćwiczył wcześniej, to musi to, co miał, tylko odzyskać.
            Nie musi budować od początku. Jest mu łatwiej niż komuś, kto np. nigdy nie trenował
            i ma nagle zyskać 15 kg mięśni.

            ha, no to się "pochwaliłem" "wiedzą" ;]] Ale te metamorfozy aktorskie, to ciekawe
            historie są, prawda ?
            • barbasia1 Re: "Fighter", spojler [2] 25.09.12, 15:10
              Tak, tak, komentowaliśmy "Mechanika". :)

              > od kościotrupa do mięśniaka w "10" tygodni, może poradnik napisze jakiś ? ;]

              Hehehehe! :)

              Bo żeby z mięśniaka stać się kościotrupem to trzeba, jak Bale, przez cztery miesiące głodzić się, jedząc jabłko dziennie i popijając czarną kawą / znalazłam właśnie info./ Niełatwa sprawa taka drastyczna dieta.


              Wiesz, zaimponowałeś mi tą wiedzą.
              Ciekawa sprawa z tą pamięcią mięśniową. I z ważeniem bokserów!


              :)
              • grek.grek Re: "Fighter", spojler [2] 26.09.12, 14:36
                no wlaśnie, wiesz, ile w tym jego jadłospisie prawdziwej prawdy, a ile legendy ? :]

                dzięki :]
              • pepsic Re: "Fighter", spojler [2] 26.09.12, 18:12
                Grek pewnie nie raz jeszcze nas zaskoczy:))
    • grek.grek "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 12:25
      to podłapałem w Prima Cool, zaraz po Fighterze.

      Horror. a może raczej thriller-makabreska.

      Sześcioosobowa rodzina podczas podróży przez odludzia Nowego Meksyku
      musi się zatrzymać, bo skończyla się jej benzyna. Stają w szczerym polu,
      płaskowyż, góry i pagórki dookoła.

      No i, jak się domyślacie, zaczynają ich atakować obcy. W tym wariancie -
      są to mutanty ludzkie, ktore wyprodukowało promieniowanie po próbach
      z bombą nuklerną w tamtym rejonie przeprowadzanych. Kiedyś były to
      rodziny górnikow, pracujących w miejscowych kopalniach odkrywkowych.
      Teraz jest to gromada dzikich odszczepieńców o potwornie zdeformowanych
      ciałach, żyjących w odizolowanej od świata osadzie. Są uzbrojeni i niebezpieczni.
      Kolejno próbują wyhaczać członków rodziny i ich... konsumować, bo praktykują nie tylko zabijanie, ale i kanibalizm. Rodzina musi stanąć do nierównego boju - boju na
      topory, dzidy, kule karabinowe, psie zęby [rodzina ma dwa kundle], siekiery, butle
      gazowe powodujące wybuchy...
      generalnie : na wszystko, co może służyć osiągnięciu celu, czyli eliminacji przeciwnka,
      a także odbiciu z rąk mutantów najmłodszego pupila rodzinnego - niemowlaka, porwanego
      przez brzydactwa.

      trup ściele się gęsto, koszmarne gęby zasuwają po ekranie [brawo za charakteryzację],
      krew, odcięte członki, naturalizm w pełnej postaci - a pretekst dość oklepany,jak zwykle
      chodzi o to, żeby pokonać potwora :]

      CO ciekawe, w sukurs straceńcom przychodzi dziewczyna, mutancica, tylko taka mniej
      wykoślawiona, ubrana w suknię i biżuterię jak cyganka, z czerwoną bluzą
      z kapturem dodatkowo. Od początku ukradkiem sprzyja napadniętym, a poźniej
      w decydującym starciu najpierw ratuje niemowlaka, a potem ocala życie jego
      ojcu rzucajac się na jednego ze swoich, który właśnie zamierza tatula zgładzić
      za pomocą karabinu. Akcja dzieje się na jakimś występie skalnym, dziewczyna
      strąca niedoszłego zabójcę, ale poświęca też siebie, spadając razem z nim w przepaść.

      Są szlachetne jednostki nawet na pustyni Nowego Meksyku, jak się okazuje ;]
      • pepsic Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 12:30
        Grek! Nie nadążam:)))
        • siostra.bronte Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 13:01
          Aż się boję, jaki był ten trzeci film :)
          A "Wzgórza mają oczy" to był orginał z lat 70-tych czy remake?
          • grek.grek Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 13:12
            wersja z 2006.

            w obsadzie Kathleen Quinlan.
            trochę się nawet zdziwiłem, co taka niezgorsza aktorka robi w podobnej maści
            przedstawieniu.
            [może na waciki zbierała ?]
        • grek.grek Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 13:11
          haha :]
      • barbasia1 Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 23.09.12, 22:56
        Okropieństwo.
        • grek.grek Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 24.09.12, 13:13
          zgadza się :]

          ale ciekawe dosyć, można np. dowiedzieć się, ze przy odrobinie fantazji
          i mocnym żołądku można kanarka potraktować jak butelkę oranżady...
          bierzesz za głowę, którą traktujesz jak zakrętkę i... dalej chyba nie muszę
          objaśniać ;]
          • barbasia1 Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 24.09.12, 14:56
            Nie musiałeś mi tego opowiadać . ;-{


            :)
            • grek.grek Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 24.09.12, 15:21
              o, kanarek na pewno był sztuczny...

              chociaż... licho wie ;]]
              • barbasia1 Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 24.09.12, 15:37
                Hehehe :)

                O niee!

                Sztuczny, na pewno sztuczny.
      • pepsic Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 26.09.12, 18:55
        Czuję przez skórę, że wcale bym się nie bała, a co!
        • grek.grek Re: "Wzgórza mają oczy", dosłownie 3 słowa 27.09.12, 13:45
          na wszelki wypadek, polecam jednak kolację zjeść przed seansem ;]
    • grek.grek "Iluminacja" via TVP Polonia 23.09.12, 13:58
      orajt, no 3 na moim wczorajszym rozkładzie jazdy, to "Iluminacja" Zanussiego, via TVP POlonia, o uroczej 4 nad ranem ;]

      BOhaterem jest młody facet, Franciszek Retman.
      właśnie kończy liceum i wybiera fizykę, jako kierunek swoich studiów.
      Czemu ?
      Bo, według jego wyobrazeń, właśnie fizyka to nauka dająca szansę
      na ogarnięcie całokształtu rzeczywistości, odnalezienie sensu wszechświata,
      niepodważalnych reguł i zasad życia.
      Franek chce... wiedzieć. Wiedzieć na pewno. Po co, skąd, dlaczego i
      co my tu u licha robimy.
      Tak w każdym razie go zinterpretowałem, bo dialogi czy wyznania wewnętrzne
      w tym filmie są albo dośc rzadkie, albo niejasne, albo nie ma ich wcale.

      Retman chce być naukowcem, ale - co to znaczy ? Robić karyjerę ? Robić coś
      dla przyjemności ? On nie wie, nie zależy mu na byciu naukowcem-celebryta,
      nie zależy mu na pieniądzach, zależy mu na ukojeniu wewnętrznej potrzeby
      oświecenia, odnalezienia w tej życiowej kołomyji jakiegoś jasnego,pewnego
      punktu; punktu oparcia i podparcia zarazem.

      wciąga go proza życia - pojawia się dziewczyna, ciąża, ślub, narodziny... koniecznośc
      wzięcia rocznego urlopu dziekańskiego, zeby pójśc do pracy, co by zarobić na
      rodzinę, do pracy przy montażu telewizorów, znacznie poniżej jego kwalifikacji...
      szukanie mieszkania, płaczący dzieciak i pieluchy, coraz bardziej poirytowana żona...

      ale ani na moment gość nie tonie całkowicie.
      cały czas próbuje znajdować w kolejnych zdarzeniach jakieś łączące je nici powiązań.

      Coraz częściej znika z domu, odwiedza swoich znajomych naukowców - jednemu
      towarzyszy podczas zabiegów chirurgicznych na otwartymmózgu, przy okazji można
      sobie popatrzeć na pulsującą mózgownicę, którą lekarz uciska i każe pacjentowi
      mówić, co akurat czuje i obserwować jak zmieniają się reakcje tegoż na poddawanie
      go kolejnym bodźcom; zaprzyjaźnia się z pewnym matematykiem, asystuje przy
      operacji usunięcia mu guza mózgu - której tamten nie przeżywa. Ostatecznie traci
      serce do tych fikołków, opuszcza szpital.

      Wizytuje klasztor, w którym panuje reguła odosobnienia. Może tutaj jest jakaś
      prawda życiowa, może w mistycyzmie, a nie w nauce ? ale przecież za mistycyzm
      też odpowiedzialny jest jakiś obszar płata mózgowego... wsszystko jest naukowo
      wytłumaczalne, nie ma żadnej tajemnicy ?

      Dorabia poddając się eksperymentom, w ramach których musi przesypiać
      po kilkanaście godzin.

      Właściwie cały czas Retman obcuje ze śmiercią : w górach traci kolegę, który
      ma wypadek i zamarza, a on go odnajduje; potem ten matematyk; kolejne
      obrazki z zabiegów w szpitalun psychiatrycznym, zwłoki, mózgi umarlakow w
      słoikach...aż wreszcie
      sam staje przed nią, chociaż zaledwie w dalekim tle : badania okresowe
      wykazuje, ze grozi mu choroba wieńcowa, a nawet 30-tki jeszcze nie sięgnął.

      KOlega lekarz radzi mu : zwolnij, uspokoj się, nie szalej...

      ale jak nie szaleć, kiedy trzeba uspokoić zonę, która wpienia jego znikanie z domu, kiedy
      właśnie dostają mieszkanie w bloku, kiedy dzieciak podrasta i trzeba mu przychylić nieba,
      kiedy skarbonka ciągle niedostatecznie pełna...

      Chce zmienić profil studiów, chce zając się biologią [poprzedza to nagrana wśród autentycznych studentów dyskusja wedle której ich zdaniem nauką przyszłości, która daje jakieś odpowiedzi na pytanie o człowieka i świat jest właśnie biologia, a nie fizyka], ostatecznie te studia wieńczy dyplomem, zatrudnia się na pełny etat przy jakiejś elektronice, a dodatkowo podejmuje studia doktorance, na które dostaje stypendium.

      a gdzie owa iluminacja, której wyczekiwał cały czas ?
      może pojawia się w ostatniej scenie, kiedy Retman stoi po kolana w wodzie, na plaży
      są jego żona i dziecko, a nad nim po niebie szybuje ptaszysko, on zadziera głowę i coś jakby
      uśmiech pcha się na jego twarz... może sensem i zasadą jest dzianie się, ruch, aktywność, codzienność, człowiek w swojej społecznej istocie zaprogramowany na osiaganie celów ?

      momentami wygląda ten film jak zapis paradokumentalny, także w warstwie dialogowej, fabularnej, jako że duża jego część wypełniają nagrania wypowiedzi profesorów, studentów nauk ścisłych, do tego plansze anatomiczne, wyjaśnienia naukowe róznych terminów, kiedy np. profesor mówi Retmanowi, ze "w fizyce jeśli się do 30tki nie osiągnie nic, to później już nie sposób" i na potwierdzenie wyskakują zdjęcia i króciuitkie biogramy Einsteina, Plancka i jeszcze któregoś z zacnych naukowców z informacjami, ze w wieku 20-30 lat już byli profesorami i publkowali swoje najwybitniejsze działa.

      słowem, dziwna konstrukcja, ale ciekawa bardzo. całośc ma zapewne być refleksją nad
      człowiekiem, jak to u tego reżysera, nad wyborami, decyzjami, postrzeganiem świata,
      nad tym, jak zachowuje się wrażliwa i poszukująca wobec swoich aspiracji pozostających
      w konflikcie, albo w niecalkiem zgodnym związku, z szarą rzeczywistością, jak się w niej
      probuje odnaleźć i jednocześnie stara się ocalić i podtrzymać tę szlachetną potrzebę zaspokojania drążących ją pytań - w sobie.
      • siostra.bronte Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 23.09.12, 14:23
        Dzisiaj wykonałeś 300% normy :)
        A tak, widziałam "Iluminację" w programie. Dawno temu zobaczyłam fragment tego filmu, właśnie z naukowymi wykładami i wydał mi się za trudny. Może teraz odebrałabym go inaczej.
        Warto wspomnieć, że grający główną rolę Stanisław Latałło, zginął dwa lata później na Lhotse, kręcąc zdjęcia do filmu dokumentalnego.
        Ta ostatnia scena z filmu przypomniała mi jakoś o "Żywocie Mateusza". Cierpliwie czekam na Twoją recenzję.
        Proponuję, żebyśmy powoli zaczęli się przenosić do nowego wątku, założonego przez Manię :)
        • grek.grek Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 13:16
          haha ;]

          ciekawa story. w Iluminacji jest scena, kiedy Retman odnajduje martwego
          kolegę-wspinacza. jakaś przepowiednia, kruca...

          wiem, wiem, ociągam się z "Żywotem", wybacz, i to tak bardzo, ze nawet nie wiem,
          gdzie on jest na tych moich taśmach, na których ryż i mysz... Ale na pewno
          napiszę.

          • barbasia1 Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 15:39
            > ciekawa story. w Iluminacji jest scena, kiedy Retman odnajduje martwego
            > kolegę-wspinacza. jakaś przepowiednia, kruca...

            Ożeż!
      • barbasia1 Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 23.09.12, 22:50
        Ooooch! Około 22.00 była pierwsza, emisja "Iluminacji", za późno się zorientowałam, zresztą oglądałam wczoraj francusko-izraelski film "Sekrety" na TVPKulturze (początek 20:20), który, okazał się zaskakująco ciekawy ... Może jutro kilka słów opowiem o tym filmie.

        Franciszka Retmana bardzo przypomina bohater innego filmu Zanussiego, "Suplementu" nakręconego przez Zanussiego niemal 30 lat po "Iluminacji" (w 2001 roku) . Filip tak jak Franciszek gorączkowo szuka swego powołania, objawienia, szamocząc się między klasztorem, górami, szpitalem i kobietą...

        Świetna opowieść, Greku.
        :)
        • grek.grek Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 13:19
          o, czekamy na storyline Sekretów, Barbasiu :]

          kto wiem, moze i ten film pokażą, bo to wygląda
          na jakąś retrospektywę.

          ja pamiętam film Zanussiego z Robertem Powellem, też
          o gościu poszukującym odpowiedzi na jakieś egzystencjalne
          pytania, nie pamiętam tytułu niestety, nawet w pierwszym
          momencie sądziłem, ze to własnie Iluminacja.

          dzięki, Barbasiu :]
          • barbasia1 Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 14:52
            Mam nadzieję.
            "Supelement", to swego rodzaju ciąg dalszy filmu "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona droga płciową", który niedawno pokazywała TVPKultura (Pepsic, była tak miła , że za mnie napisała komentarz na temat filmu, patrz wyżej), skupia się na młodym bohaterze "Życia ..." na Filipie, na jego duchowych rozterkach.

            Znalazłam tytuł filmu Zanussiego z Robertem Powellem, to "Imperatyw".

            pl.wikipedia.org/wiki/Imperatyw_%28film%29
            www.filmpolski.pl/fp/index.php/128898
            Przynam, nie oglądałam.

            :)
            • grek.grek Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 15:24
              wielkie dzięki, Barbasiu, może wpadną na pomysł, żeby pokazać ów Imperatyw.
              chociaż... zdaje się, że nie jest on raczej z rzędu sztandarowych w filmografii
              wspominanego reżyseiro.
              • barbasia1 Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 24.09.12, 16:23
                Okaże się za kilka tygodni, sobotni przegląd filmów Zanussiego na Polonii, jak widzę, trzyma się chronologii, teraz pokazywane są filmy z lat 70. W najbliższą sobotę, 29 września będzie "Bilans kwartalny"( 1974), potem "Barwy ochronne" (1976). "Imperatyw" jest z roku 1982.

                :)
                • grek.grek Re: "Iluminacja" via TVP Polonia 25.09.12, 13:32
                  zatem, jakaś nadzieja jest :]
    • grek.grek BOrgiowie/3 24.09.12, 13:09
      w 3 odc kardynał Della Rovere zarzuca kiecę i leci do Neapolu, gdzie próbuje zyskać
      przychylnośc miejscowego króla dla pomysłu odsunięcia Borgii od urzędu papieskiego.
      Krol Neapolu jest głuchmanem, więc właściwym rozmówcą jest jego syn. Kardynał
      oferuje im układ, w którym oni pomogą wykurzyć Borgiów, a on załatwi im niezależnośc
      od królestwa Hiszpanii. Syn królewski prowadzi go do pokoju i pokazuje jakim hobby parają
      się u nich, w tym Neapolu - w pokoju stoi ława, a wokół niej zmurszałe już trupy,
      i to siedzą ustawieni w pozach jak z Ostatniej Wieczerzy. Kardynał jest zszokowany,
      smród zatyka mu nozdrza, a syn króla objaśnia, że tak rozprawiają się z wrogami królestwa,
      i czy Borgia ma tutaj zając miejsce Judasza ? uroczy ludzie ;] Della Rovere struchlały powiada,że jemu nie chodzi o zabijanie, myślał raczej o aksamitnym przewroce, grze pałacowej, a nie waleniu po łbach młotkiem.

      Do Neapolu Cesare Borgia wysyła swojego killera, Micheletto. Razem z garotą w kieszeni, którą ma zabić Della Rovere. Z poleceniem, żeby zrobił to w łaźni publicznej. Micheletto przedostaje się do pałacu, przed wejściem do łaźni naciera się jakimś błotem kosmetycznym, jak nektórzy inni zażywający relaksu [takie ich spa chyba ?;)] - wszystko celem zamaskowania siebie. Zauważa kardynała wypoczywającego w wodzie, wchodzi do basenu ukrywając garotę w dłoni. Zamach jednak nie udaje się - Della Rovere dostrzega Micheletto, poznaje go po bliznach na plecach, które wyłapał w poprzednim odcinku. Kardynał robi mnóstwo szumu, ucieka z wody, Micheletto zaś zostaje zaatakowany przez strażnika. Zabija go po walce, potem jeszcze jednego i udaje mu się uciec. Nie trzeba dodawać, ze Cesare nie jest zadowolony z tego, że robota nie wyszła jak należy...

      papa zaś wpada na myśl, zeby do Rzymu ściągnąć hiszpańskich Żydów. Cesare, Vanozza odradzają mu ten pomysł, ale Borgia ma nadzieję,ze razem z nimi przybędzie też porządna kasa do skarbca papieskiego. Cesare przy kolacji mówi "To Żydzi zabili Jezusa, nie zapominaj o tym", na co ojciec "A nie Rzymianie przypadkiem ?". Niezłe, co ? W każdym razie pomysł jest ryzykowny, bo nie wiadomo, jak miejscowi przyjmą taką ideę. Borgia ma zamiar im to wytłumaczyć swoją papieską ideą bycia ojcem dla wszystkich wierzących, ideą pojednania i
      miłości wzajemnej, która znosi podziały :] wkrótce przybyli Żydzi zajmują część Rzymu.

      Odbywa się pasowanie na kardynalów, z rąk ojca kardynalską purpurę dostaje Cesare. Wypasiona scena, plastyczna niezwykle, te wnętrza, ta muza, te stroje... Kapiące od
      przepychu, top perfekt realizacja, zdjęcia. Klasa.

      W pałacu papieskim pojawia się niejaki Jem, muzułmanin z dworu Sułtana, ktory prosi
      papieża,żeby mu udzielił schronienia, przed czymśtam, wrogami ? No nic, to mniej istotne.
      W każdym razie... nie za nic :] 40 tysięcy papierów ma spłynąc do papieskiej skarbonki
      za tę przysługę.

      Jem okazuje się być sympatycznym młodzieńcem. KOleguje się z Juanem, najmłodszym z
      Borgiów, dowódcą armii papieskiej; no i wpada w oko Lukrecji.

      Lukrecji, która właśnie jest szykowana do zamążpójścia. Borgia organizuje jakiś rodzaj castingu na jej męża. Do pałacu, przed papieski tron przybywają kolejni absztyfikanci, a raczej królowie, książęta i inne takie przyprowadzający swoich synów, kuzynów i kogotamjeszcze wraz z odpowiednimi referencjami, czyli : stanem kasy i wpływami politycznymi. Właściwie, pelna galeria : od przygłupów przez koślawców z tikami, po dzieci. Yes, syn jednego z proponujących to dosłownie mały chłopiec. Lukrecja tańczy sobie z nim, no ale powaznie tej kandydatury traktować nie można :]

      Borgia wybiera Sforzę na męża dla córki. Motywuje to politycznie/. Małżeństwo wzmocni Rzym, jego władzę i odbierze przeciwnikom szansę na sojusz z królestwem Mediolanu. Lukrecja naiwnie
      pyta jakby sama siebie "sądziłam, że małżeństwo zawiera się z miłości ?". No proszę, dziecina wciągnięta w wir politycznym rozgrywek, w którym jej zdanie się nie liczy, bo jest pionkiem na szachownicy.

      Nie ma jednak co ukrywac, że Jem jej się podoba, dogadują się, np. on mówi, że u siebie w domu zostawił cztery żony i kilka konkubin, ona na to - jaka jest róznica między nimi, na co Jem, że "konkubinę może bezkarnie bijać", na co ona, że jak wyjdzie za mąż, to nie pozwoli
      się nikomu uderzyć, na co Jem, że jeśli się znajdzie taki, co by ją tknął, to on mu kości porachuje.

      Ale Jem nie ma przyszłości, dosłownie.
      Borgia cynicznie zdradza Cesare, że o ile dwór sułtański zaoferował 40 tys za gościnę dla
      Jema, to już jego brat osobno - 400 tys za... zabicie Jema.
      NO więc Jem musi zginąć.
      I nie pomoze mu nawet to, ze w konfesjonale wyznaje potajemnie Cesare, że tak naprawdę
      czuje się w duszy chrześcijaninem i chciałby przyjąc wiarę katolicką.

      Zadanie zgładzenia go dostaje Juan.
      Jem zostaje otruty z pomocą muzułmańskiego sługi, którego Juan zwerbował.
      Akcja jest jednak wykonana kiepsko, trucizna dosypana do herbaty nie zabija
      Jema od razu tylko rozkłada mu układ nerwowy na raty, facet cierpi, drze się
      wniebogłosy, ale... jak powiada Cesare
      "on tak może umierać choćby miesiąc".

      Trzeba mu więc pomóc. A ściślej, Juan ma to zrobić - znalazł partacza, który
      nie potrafił sprawy zamknąć w jednym ruchu, to niech sam kończy. No i Juan
      poduszką dusi Jema. Tez malarska scena, kiedy kamera unosi się w górę, a martwy
      Jem z rozrzuconymi ramionami leży pośrodku pokoju, czy raczej - komnaty.

      Sługa muzułmański zostaje wyprowadzony i zapewne zostanie od razu stracony.
      w każdym razie, Borgowie są czyści, oficjalnie Jema zabił zdrajca z jego własnej
      świty.
      Świadkiem całej historii jest kucharczyk papieski. Zabawna jest scena, kiedy Cesare,
      Juan i Micheletto z nim rozmawiają, on gorliwie daje słowo, że nic nikomu nie powie,
      a Cesare każe Micheletto "zaprowadzić go w bezpieczne miejsce" :] zabawna, bo
      kucharczyk oczywiście zostaje uduszony przez Micheletto tuż za pierwszym zakrętem
      pałacowych korytarzy i, jeśli ta akcja miała miejsce faktycznie, to myśl, że taka
      płotka jak kucharyczyk choć przez moment mogłaby uwierzyć, że przeżyje zaplątawszy
      się pod dywan, gdzie same buldogi... uff.

      w ostatniej scenie Bogia mogli sięo dobry wybór, "tego właściwego" męza dla Lukrecji.
      Niby podjął decyzję, ma to być Sforza, ale... jak widać, albo ten wybór mu nie do
      końca jeszcze odpowiada, albo zamierza zmienić decyzję.

      kilka scen zbiorowych, kamera wyszła w miasto, ale i tak najlepsze są ujęcia w
      pałacu, stroje, architektura, kolorystyka, plastycznośc kadrów, plus świetne aktorstwo.

      nadal kobiety występują z rzadka ;]
      ale za to... kiedy Borgia pyta o zdanie na temat sprowadzenia do Rzymu Żydów hiszpańskich, to zasięga też opinii Giulii.

      • barbasia1 Re: BOrgiowie/3 24.09.12, 17:53
        A propos rozmowy Borgiów, kto jest winnym śmieci Jezusa, a propos winy Rzymian,
        nie są to wcale takie herezje, dziś. ;)

        Niektórzy katoliccy bibliści twierdzą, że dwie późniejsze ewangelie wg św. Jana i św. Mateusza są tendencyjne, że autorzy starają się przypodobać okupantom czyli Rzymianom i usprawiedliwić ich, niesłusznie obciążając Żydów.

        Jednak Benedykt XVI kwestionuje tę tezę.

        W wydanej w ubiegłym roku książce Benedykt XVI winą za śmierć Jezusa obarcza tylko żydowską elitę władzy, nie zaś, jak to było dawniej, cały lud żydowski (przy czym owe stwierdzenia nie są rewolucja, nie są nowością,głosiła je już "Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich" ogłoszona na Soborze Watykańskim II w roku 1965).

        Świetna opowieść.

        :)
        > nadal kobiety występują z rzadka ;]

        No tak, to świat mężczyzn, kobiety były jedynie narzędziami w ich rękach, pionkami na szachownicy, jak napisałeś. Służyły do seksu albo do zawierania strategicznych sojuszy.




        • barbasia1 Re: BOrgiowie/3 24.09.12, 23:02
          Ale! O tym, że to władze rzymskie osądziły i ukrzyżowały Jezusa jako burzyciela istniejącego porządku, a nie Żydzi, pisał współcześnie John Dominic Crossan (ur. 1934 ), profesor studiów biblijnych na DePaul University w Chicago, były ksiądz katolicki zresztą, autor kontrowersyjnych krytycznych publikacji poświęconych tematyce związanej z historią powstania Nowego Testamentu oraz osobą Jezusa w książce “Kto zabił Jezusa” (wydanej u nas w 1998r.). Crossan opierał się tu na wynikach badań w zakresie biblistyki, antropologii, socjologii i historii starożytnej.
          Ta i inne prace Crossana nie są jednak uznawane przez KK.


          /Miałam Ci powiedzie o Crossancie i jego książce "Kto zabił Jezusa" dawno temu przy okazji rozmowy o filmie ... "Przylądek strachu" z De Niro. (Doszliśmy w rozmowie od bohatera filmu, Maxa Cady'ego, od jego winy i kary do Jezusa i Piłata, pamiętasz?. :)/
          • grek.grek Re: BOrgiowie/3 25.09.12, 13:31
            pamiętam.
            zaszliśmy dość daleko, mówiąc oględnie ;]

            prawda z osądzeniem, ale wedle relacji Jezus występował
            przeciw żydowskiej religijnej jaczejce, więc właściwie jednym
            i drugim podpadł.
            • barbasia1 Re: BOrgiowie/3 25.09.12, 14:49
              Tak, masz słuszność.

              Prawda jak zwykle leży po środku.

              :)
        • grek.grek Re: BOrgiowie/3 25.09.12, 13:28
          wiesz, nie zmieni to jednocześnie tego, ze ZYdom taka śmierć byłaby na rękę i
          wedle zarysowanego w podaniach/relacjach kontekstu momentu historycznego, to
          Zydzi raczej potrzebowali i wyglądali [by] wtedy przywódcy, ktory wystąpi z wizją
          ofensywy, a może nawet konfrontacji z Rzymem, a nie retoryką "nadstawiania
          drugiego policzka", ergo : jego śmierć była [by] im na rękę.

          właśnie tak to na razie wygląda, zwłaszcza wątek Lukrecji jest prowadzony
          w sposob, który odmalowuje jej postać jako pionka w grze o kontrolę polityczną
          i pełny skarbiec.
          • barbasia1 Re: BOrgiowie/3 25.09.12, 14:51
            Zgadzam się z Tobą.

            :)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka