swiatlo
03.12.15, 20:02
Wrócę się te dwadzieścia parę lat wstecz. Jak wyglądała asymilacja w moim przypadku?
Słaby angielski. Brak zrozumienia kanadyjskiej kultury, wszystko obce i nieznajome. Inne jedzenie, inne normy społeczne i towarzyskie, inna telewizja, inne standardy.
Człowiek się trzymał innych Polaków jak mucha do lepu. Całe życie towarzyskie ograniczało się do Polonii, to była ta mała kontynuacja tego kim wciąż byliśmy. Polonia dawała namiastkę tego co znaliśmy, co było bliskie i znajome, w czym wyrośliśmy. Nienawidziłem lokalnego jedzenia, lokalnej telewizji, mediów. Nienawidziłem kultury, sportów, norm towarzyskich. Wszyscy wydawali mi się płytcy, głupi, aroganccy, powierzchowni. Byłem wyobcowany.
Życzyłem Kanadzie wszystkiego najgorszego. Czułem się jak bękart.
Ale gdzieś było to uczucie że tak naprawdę kiedyś chcę być tym kim są Kanadyjczycy. Chcę być jak oni. Chcę mieć ładny dom, samochód, chcę aby moje dzieci chodziły na tańce, na pływanie. Chcę mieć lokalnych znajomych, chcę się kiedyś z nimi spotykać, chcę być im równy. Nie tylko mentalnie czy kulturowo, ale i materialnie. Chcę być traktowany przez nich jak ktoś równy. Jak ktoś z nich.
Czy to po dwudziestu sześciu latach osiągnąłem? I tak i nie.
Jestem tak samo Polakiem jak i Amerykaninem. Są dwie kopie mnie samego.
Jedna kopia to ktoś kim jestem na zewnątrz. Czyli w pełni zasymilowany, z jakąś tam karierą, mam dom, nic mi nie brakuje materialnie. Wielu Amerykanów chciałoby być na moim miejscu. Dzieci mają własne dzieci, są szczęśliwe i kochają swój kraj. Jestem kochany przez dzieci i wnuków, mam rodzinę, mam znajomych.
Jest też ta druga kopia mnie samego. Ta, która została nad Wisłą i na zawsze tam zostanie.
Za kilka lat wyrówna się okres spędzony poza krajem do okresu w jakim żyłem w Polsce.
I co z tego? Mój ojciec spędził na Zamojszczyźnie pierwsze 18 lat swojego życia, a potem ponad 60 lat poza Zamojszczyzną. I mimo to mentalnie nigdy z Zamojszczyzny się nie ruszył.
Na zawsze na tej Zamojszczyźnie mentalnie pozostał.
Podobnie jest i ze mną.
Ta polska kopia mnie samego jest powodem że nigdy się w pełni nie zasymiluję. To niemożliwe. Zawsze będę się patrzał na Amerykę przez moje polskie okulary i polską duszę.
A jak wygląda asymilacja oczami innych kultur i nacji? Posegregujmy je.
Brytyjczycy się nie liczą. Ten sam język, prawie identyczny model życia, prawie identyczna kultura.
Bardzo szybko asymilują się protestanckie nacje Europy Zachodniej: Holendrzy, Skandynawowie, Niemcy. Już w pierwszym pokoleniu czują się częścią kultury amerykańskiej. Brak kompleksów niższości, bardzo podobne normy społeczne, podobny lifestyle.
Szybko asymilują się Azjaci. W ogóle z Azjatami jest tak że azjatycka podkultura jest tak samo wpisana w ogólną kulturę amerykańską jak podkultura anglosaska. Mniej liczna, oczywiście, ale liczna wystarczająco, poza tym podobnie nastawiona na pracę, etykę, sukces społeczny oraz akumulację dóbr materialnych. Już w drugim pokoleniu są stuprocentowo amerykańscy.
Dla mnie Azjaci dominują kulturę amerykańską prawie tak samo jak Anglosasi. W drugim pokoleniu są nie do odróżnienia.
Nie mają problemu też katolickie nacje Europy Zachodniej. Włosi, Francuzi. W drugim pokoleniu są całkowicie zasymilowani, a często i pierwsze pokolenie nie ma problemów z obustronną akceptacją.
I teraz mamy nas: Europę Wschodnią. Jakże inną! Jesteśmy plemienni, rytualno-spirytualni, klanowi. Mamy bardzo specyficzne normy społeczne i towarzyskie. Mamy wspólny kompleks niższości. W zasadzie nie asymilujemy się w pierwszym pokoleniu. Trzymamy się razem, mamy silne więzi narodowe, własne festiwale i festyny, sprowadzamy naszą telewizję.
Kultura wschodnio-europejska jest tak inna i unikalna, że w zasadzie nie należymy do Zachodniej Europy kompletnie.
W podobnej sytuacji jak Polacy są też Ukraińcy, Rumuni, Serbowie, Chorwaci. Trzymają się razem, są bardzo plemienni.
W podobnej kategorii bym też postawił Latynosów i Meksykanów. Trzymają się razem, są podobnie rytualni, rodzinni i plemienni. Jest ich więcej więc jest im łatwiej.
Małe podsumowanie. No więc jaki jest wspólny mianownik wszystkich tych powyższych przykładów?
Kilka najważniejszych:
1. We wszystkich tych wymienionych nacjach drugie pokolenie jest 100% zasymilowane. Dzieci imigrantów są całkowicie wkomponowane w Amerykę. Ich korzenie są prawie zupełnie zatarte. Są po prostu Amerykanami.
2. Wszystkie te wymienione kultury cenią sukces społeczny, cenią akumulację dóbr materialnych. W pełni się wpisują w globalną mozaikę.
3. Żadna z tych kultur nie posuwa się do przemocy w celu rozładowania własnej desperacji z powodu wyobcowania. Żadna. Nawet jeśli jest okres w procesie asymilacji kiedy to nasila się niechęć, czasami wręcz nienawiść, to zawsze te negatywne emocje z czasem zanikają.
A teraz na koniec spróbuję się wczuć w Muzułmanina.
Powiedzmy że jestem Pakistańczykiem albo Syryjczykiem i nagle się znalazłem w takiej Kalifornii.
No więc nic, ale to dokładnie nic, nie jest takie jakie było. Do czego byłem i wciąż jestem przyzwyczajony. Żyję na innej planecie. W innym kosmosie.
Moja kultura to bardzo silne więzi rodzinne i sąsiedzkie. Bardzo duży rytualizm i spirytualizm. Normy towarzyskie są bardzo silnie zdefiniowane przez religię i tradycje. Bardzo są zdefiniowane role społeczne. Zupełnie unikalne i bezkompromisowe podejście do dzieci, do rodziców, do starszych. Inne traktowanie kobiety. Inna muzyka, inna kultura, inna sztuka. W zasadzie to ja jestem innym gatunkiem człowieka. Praktycznie to innym gatunkiem biologicznym.
I co widzę naokoło? Ludzie pędzą jak opętani, układy pomiędzy nimi są bardzo płytkie, szybkie i powierzchowne. Brak więzi, tradycji, brak elementarnej moralności. Kobiety chodzą porozbierane, zachowują się jak prostytutki i na dodatek są aroganckie i agresywne. Młodzi nie szanują starszych, pyskują i zachowują się jakby do nich należał świat. Media są hałaśliwe, agresywne i przyprawiają o mdłości i oczopląs. Każdy patrzy na mnie z góry, jestem obiektem permanentnych kpin i mikroagresji. Moje dzieci są na to wystawione i nieustannie deprawowane. Muszę respektować kobiety, które według moich norm powinny być natychmiast ukamieniowane. Muszę żyć w świecie który mnie nienawidzi i którego ja nienawidzę jeszcze bardziej. I tak już będzie do końca mojego życia.
Moje mieszkanie oraz lokalny meczet jest jedynym miejscem gdzie czuję się bezpieczny. Ale nawet droga z mieszkania do meczetu jest koszmarem. Po prostu jestem osaczony i zaszczuty. I nie ma od tego ucieczki i nigdy nie będzie. Nie mogę wrócić do mojego kraju bo tam nic już nie mam i będę żebrakiem, ani nie mogę żyć tutaj bo się nie da.
Moja nienawiść i wyobcowanie jest potęgowane też przez moich współtowarzyszy muzułmanów, razem się utwierdzamy w naszych nienawistnych przekonaniach. Moja nienawiść się dodaje do naszej wspólnotowej nienawiści, tą naszą wspólnotową nienawiść koordynuje i potęguje nasz meczet. Nasza nienawiść się akumuluje, nie ma możliwości upustu, rośnie jak balon.
I teraz jestem z powrotem ja, Amerykanin. Żyję swoim płytkim szybkim życiem. Robię karierę, kupuję swoje płaskie ogromne telewizory, mam dobry samochód. Lubię peanut butter i hamburgery. I chcę tak żyć. Nie mam ochoty tego zmieniać, to mój kraj. Kocham go i oddaję respekt Ojcom Założycielom którzy ten kraj stworzyli. I weteranom którzy go bronili. I policji która go broni teraz. Kocham porządek, czystość i bezpieczeństwo na ulicy, kocham kolorowe reklamy, kocham moje super-malle, kocham moje smartfony i football.
Czy mnie obchodzi frustracja jakichś tam muzułmanów z sąsiedztwa? Czy z tego powodu mam ochotę zachowywać się jak oni? Jedynie co chcę im powiedzieć to: mów po angielsku i zostaw mój lifestyle w spokoju, odczep się od niego, to wtedy możesz być moim sąsiadem.
Ale jak tylko wyczuję że się patrzysz na mnie bykiem, że ci się nie podoba zachowanie moich córek, że nie podoba ci się moja telewizja, to wynocha do swojego kraju skurczybyku! Won!