chris-joe
08.11.06, 17:49
Dzien w Chicago podly. Ulewa. Temperatura lekko wyzej zera.
Z O,Hare do centrum jedziemy miejska kolejka.
Jak ja za komuny psioczylem, ze musze w Warszawie tluc sie oblesnym
podmiejskim pociagiem! Fakt, byl oblesny, jednak nie tak wiele znow gorszy,
niz ten dzisiejszy w Chicago.
Pociag wlecze sie ok. godziny nim dobija do downtown. Po drodze popisuje sie
widokami jak z trzeciego swiata. Szkaradne sypiace sie domy, ulice bez
charakteru przypominajace niegdysiejszy bazar Rozyckiego. Wszystko jakies
takie rozklekotane, brudne lub niedomote, identyczne i deprymujace.
Stacyjki jakby na szybko sklecone, dolepione do torow jak gniazda jakiegos
skundlonego ptactwa- z blota, patykow i smiecia.
Amerykanskie kontrasty po tylu latach czestych odwiedzin za miedza nadal mnie
szokuja.
W centrum ladnie, wrecz okazale, mimo ze dzien parszywy. Gmachy przy
Magnificent Mile wspaniale. Wiezowce tak nowe, jak te pamietajace Al Capone,
robia wrazenie, tak jak zamierzono.
Sears Tower, niestety, widac tylko cwierc- reszta okutana szarymi galganami
chmur.
Opatuleni na cebule ubraniem gotowym na tropiki przemykamy ulicami
pospiesznie, z musu, walczac ze strugami deszczu splywajacymi po nosach i z
wiatrem godnym niana the Windy City.
Czesto wpadamy to do kawiarni, to do knajpy, by przelknac cos cieplego,
ogrzac sie i nieco osuszyc.
Jeszcze robimy runde wokol centrum kolejka, ktorej tory prowadza wysoko nad
ulica jak dzieciecy roller-coaster jakim jechalismy z Xurkiem i Piranha w
montrealskim lunaparku- i uciekamy na lotnisko ucinajac zwiedzanie Chicago o
ponad trzy godziny.
O'Hare -bede ogledny- nie olsniewa. Lata jego glorii minely ze trzy dekady
temu.
Padamy ze zmeczenia -jestesmy na nogach od czwartej rano- a samolot do Sao
Paulo dopiero o dziesiatej. Zmieniamy przemoczone szmaty. Walczymy ze snem
koczujac na niedoswietlonym i tlocznym lotnisku.
Wreszcie w samolocie zasypiamy niemal natychmiast po starcie, nie musze nawet
sie wspomagac zwyczajowymi na dlugich lotach nasennymi pigulami.
Raz tylko, nad Kuba budza mnie jakies makabryczne turbulencje, po czym znow
spie ciurkiem az pod Sao Paulo.
Ach, Sao Pualo. Po odebraniu bagazu przebieramy sie klopie w krotkie majtki
i letnie fatalaszki.
Dzien w Chicago nagle nabiera sensu- byl po to by zwiekszyc rozkosz wejscia w
pozna brazylijska wiosne, i palmy przy lotnisku, i plachty dzikich
tropikalnych chaszczy.
Na lotnisku jeszcze, leccy i rzescy jak skowrony, przywracamy sie zyciu
szatanska brazylijska kawa.
Nie, to nie Paryz pije kawe w naparstkach- tak kawe pija Brazylia.
Siostra Braza wiezie nas nas prosto do domu, gdzie zmywamy z siebie
wspomnienia konca pazdziernika stref polnocnych i zasysamy potezny lunch.
Gdy dobija Brazowy szwagier, pakujemy sie do samochodu i ruszamy do Oceanu,
do miasteczka Guaruja obok Santos, gdzie odbywac bedziemy szesciodniowa
aklimatyzacje w hotelu, w ktorym huk fal z pozoru ma nam odbierac sen. Ale
nie odbiera. Za oknem szostego pietra tylko plaza i ocean.
By dojechac z Sao Paulo do Oceanu, przebyc trzeba chyba jedna z najbardziej
olsniewajacych autostrad swiata- wykuta w gorach tunelami, betonowymi
sznurkami rozwieszona nad gorska dzungla.
Wieksza czesc drogi do Oceanu jedziemy doslownie w chmurach, w gestej
wilgotnej mgle, przy minimalnej widocznosci. Dopiero w drodze powrotnej do
SP moglem sie w pelni napawac uroczyskiem- kotlinami daleko w dole
gdzieniegdzie zakrytymi lachami chmurnych oparow, mijanymi przy drodze
plachtami, kosami, baldachimami, wachlarzami i dzidami dzungli z
przypadkowymi wysepkami dzikich bananowcow.
Guaruja- kompletne i bezwstydne rozpasanie. Plaza, zarcie i picie, zegarki
porzucone w hotelowej szufladzie, nielad w rozumie i stan polbezmyslnosci.
Sen wsrod bryzgow fal pod oknem i przebudzenia przed ekranem tego samego okna
z wyswietlanym nieustannie tym samym glupowym i szmirowatym filmikiem- ocean
i plaza, plaza, ocean i palmy.
Juz pierwszego dnia dalem sie sloncu bolesnie poparzyc, by szukac ulgi w
hopsasach po falach, ktorym z kolei dalem sie tluc, podrzucac, przytapiac i
tarmosic na wszelkie dopuszczalne i niedupuszczalne sposoby.
Ktoregos dnia na plazy znalazl sie martwy pingwin. Zdarza sie niekiedy, ze
pingwiny dobijaja z Antarktydy na brzegi Brazylii. Wiele z nich umiera z
wycienczenia straciwszy zapasy tluszczu w tak dlugiej drodze. Te
szczesliwsze doprowadzane sa do porzadku i odsylane samolotem i statkiem
spowrotem do domu.
Guaruja to miasto na warunki brazylijskie niewielkie, mile, spokojne i
niebiedne. Tu rekreuje sie –i emerytuje- paulistanska klasa srednia.
(Santos obsluguje w weekendy warstwy posledniejsze). Populacja lokalna wiec
fluktuuje w porywach letnich przekraczajac nawet milion.
Jest czysto i bezpiecznie. I –na warunki Zachodnie- tanio.
Po glowach wiec uporczywie laza nam emerytalne pomysly...
Szwagrowie wracaja do SP po dwoch dniach i zostajemy sami. Wpadamy do
Santos, gdzie Braz odwiedzic ma gimnazjalnego kolege- dzis lekarza.
Nie ma go jeszcze w domu. Wita nas jego matka oraz siostra wlasnie konczaca
nostryfikacje dyplomu lekarskiego po studiach w Boliwii.
Matka nawija krzykliwie bez ustanku, glosna i skrzekliwa. O pierdolach tylko
ja interesujacych. Po 20 minutach sycze do Braza, ze jeszcze chwila a babe
zatluke. Siostra kolegi pol-omdlala pol-lezy na sofie, pol-obecna, w
nieladzie, oczy bez wyrazu i zainteresowania, jak morfinistka albo suchotnca.
Po mieszkaniu uwija sie kobieta do robot domowych. Ma taka w Brazylii kazda
rodzina klasy sredniej. Jakby jazgoczace babsko nie moglo ruszyc zadnicy i
samo sie wziac do roboty. Syn robi na 3 etatach, ciagle sie doksztalca,
wspomaga finansowo siostre-morfinistke i jeszcze braciszka studiujacego
weterynarie, a babsko dzwoni wlasnie do niego z lista zakupow do zrobienia
nim wroci do domu. Wdowa po wyadku przed laty, ze szramka na nodze,
manipulujaca calym swym przychowkiem.
Taka to sniegu nago!
Przybywa wreszcie kolega ze swa dziewczyna, tez z medycyny. Gadka szmatka z
babskiem w roli glownej. Ze tez nie mozna wyjsc, jak nalezy, do knajpy na
piwo!
Glupawo sie usmiecham, cos tam probuje po angielsku, po francusku, ale nie
idzie. Cala ta elita, burzuazja po uczelniach ni be ni me w jezykach.
Siostra omdlala na sofie wyznaje, ze po latach studiow w Boliwii nawet
hiszpanskiego na prawde nie opanowala.
Na szczescie lekarz ma kolejny dyzur, wiec sie zegnamy. Z ulga wychodzimy na
hukliwa glowna arterie Santos obok plazy.
Gdzies w drodze powrotnej do promu (Guaruja jest wyspa) Braz sie niecierpliwi
na dlugo czerwonych swiatlach dla pieszych. Wiec go pouczam z glebi mej
madrosci: chlon chwile, baranie, juz wkrotce w mroznym Montrealu bedziesz
wspominal z tesknota ten moment niecierpliwy i te swiatla na wieczornym
bulwarze w Santos.
Pierwsze cztery dni listopada spedzamy spowrotem w Sao Paulo.
W zaduszki jedziemy na cmentarz na grob matki brazowego szwagra. Ulica
prowadzaca na cmentarz przez bolesnie uboga dzielnice jest zapchana
samochodami, po bokach szpaler handlarzy, wiele dzieci, sprzedajacych
swieczki, wience i kwiaty.
Na cmentarzu tlumnie, jak w Polsce, odbywa sie tez kilka pogrzebow. Drzwi do
niewielkich pogrzebowych kaplic otwarte, widac nieboszczykow w otwartych
trumnach i czuwajace rodziny.
Cmentarz jest polozony na gorze i oferuje panoramiczny widok na miasto- na
odlegle wiezowce w centrum i rozlegle obszary nedzy, i fawele.
Z cmentarza jedziemy na 2 dniowa ekskursje tuz za granice stanu Sao Paulo, do
Pocos de Caldas w stanie Minas Gerais, czyli do wod.
Pocos de Caldas polozone jest w cudo okolicy, gorki, pagorki, rzeczki i
strumyczki- i zrodla zdrowotne. Zazywamy wiec kapieli w z lekka sypiacej sie
lazni z poczatku ubieglego wieku, pijemy radioaktywne wody i wogole stawiamy
trzy zdecydowane kroki w