Dodaj do ulubionych

Wreszcie fajrant

31.08.07, 21:41
czyli wakacje. Ufff... Pranie, pakowanie. Wybywam jutro z ranca. Caly dzien
w NYC, a potem... Yesss! :))
Obserwuj wątek
    • jan.kran Re: Wreszcie fajrant 31.08.07, 21:45
      Zycze Ci wspanialych wakacji Chris !!! I z pewnoscia cos skrobniesz
      po powrocie:))
      Pozdrawiam
      Kran
      • ewa553 Re: Wreszcie fajrant 31.08.07, 22:04
        a notesik na zapiski z podrozy zapakowales????
        Pomyslnych wiatrow! Od tromb powietrznych (i nie tylko powietrznych)
        trzymaj sie z daleka:)))
    • maly.ksiaze Re: Wreszcie fajrant 31.08.07, 23:32
      Milej zabawy w NYCowie. W razie, gdyby cabbies jednak zastrajkowali, subway
      bedzie ciagle dzialal.

      Pozdrawiam z okolic...

      mk.
    • jutka1 Re: Wreszcie fajrant 01.09.07, 00:33
      Zazdraszczam jakniewiemco. :-)))
      Czekam na reportaz. I wybadaj fajna lokalna muzyke :-)
    • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 10:33
      Jacarandy sa suche i zbadylale. Bym ich nawet nie zauwazyl, gdybym nie znal ich
      w innej postaci.
      Wyszukuje je w tlumie ulicznych drzew, jak larwy, kokony, ktore- wiem- wyczekuja
      wlasciwa chwile; chwile, ktora tym razem przegapie.

      Miejsce jacarand uzurpuja tymczasem inne drzewa i krzaki, te ktore wlasnie
      zaczynaja sie zielenic, popisujac sie przede mna druga wiosna tego roku, drugim
      kwietniem i majem. Lekka, jasna zielenia.

      Gdy przylatujemy do Buenos Aires, portenos otuleni sa szalikami, futrzanymi
      kolnierzami, rekawiczka i cieplym plaszczem. Moje szorty wzbudzaja oczywista
      konstatacje: gringo. Dla mnie 18 stopni to temperatura idealna, oni sa ostrozni
      i przewrazliwieni po niedawnej narodowej katastrofie, gdy po raz pierwszy od 90
      lat Buenos Aires pokryl snieg.

      Drugi dzien w Buenos Aires jest rzeczywiscie paskudny. Chmury, chlod, wiatr,
      szarowka. Lecz chyba tego wlasnie dnia nastepuje przesilenie, bo nazajutrz
      temperatura skacze do ponad 20 stopni, a kolejnego dnia nawet ostrozni portenos
      zrzucaja fulary i pelisy. Nagle jest wiosna. Puszczam oko do mijanych,
      drzemiacych jacarand.

      Zaczepilismy sie z ma 25letnia kolezanka z QC w hostelu. Gdy z Montrealu
      robilismy w nim rezerwacje, nie mielismy pojecia, ze pakujemy sie w miejsce
      kultowe, gdzie o rezerwacje trzeba sie starac ze sporym wyprzedzeniam czasowym.
      Mamy, rzecz jasna, pokoj indywidualny, z dwoma lozkami, kiblem i prysznicem. Z
      dormitoriow juz chyba wyroslem.
      Przewaza mlodziez z UK, garsc kiwis, szczypta jankesow.

      Na parterze never-ending balanga. I wywieszka, ze nie mozna pic alkoholi miedzy
      6:30 rano a 12:30 po poludniu. Bo od 6 do 10 rano serwuje sie tam sniadanie.
      Pozniej zalega tam plecakowa mlodziez w rozjazdach po calym kontynencie. Ktos
      wlasnie dotarl z Boliwii, ktos inny z Peru, inni wlasnie sie zbieraja do
      Brazylii lub Patagoni.
      W moich wspomnieniach plecakowcy tlukli sie z kocherami i notatnikiem, dzis zas
      kazdy wystukuje cos na swym laptopie, sprawdza mejle, uaktualnia myface’y,
      konferuje na zywo z rodzina lub kumplami za oceanem.
      Ale na naszym trzecim pietrze swiatynia i oaza spokoju wokol atrium okalajacego
      wewnetrzne podworze-studnie.
      Dzisiejszego wieczora zas, gdy zalegam w party-roomie na kanapie spisujac te
      notatki, jammuje jakas kapela- troche Dylana, jakis jazz, starzy beatelsi. Cool.
      Z czasem muzyka sie rozkreca, ktos zaczyna tanczyc, sale przejmuja w swe
      wladanie glosni i liczni Brytyjczycy, co nie leja piwa za kolnierz.

      Kolezanka-sputniczka bardzo mala i znacznie grubsza od kultowej zony ertesa.
      Toczy sie po miescie bardzo powoli, stad czeste uzywanie metra i taksowek. Wiec
      sie poswiecam, bo jestem piechurem z urodzenia. Drepcze powoli, stopa po stopie
      przez Microcentro, przez Ricolete i Palermo, przez Retiro, Puerto Madero, San
      Telmo i La Boca ze swa slynna dzielnica Caminito. I zatrzymuje sie -z musu-
      przy kazdym straganie ze swiecidlami i innym nonsensem.
      Czasu jednak mamy sporo, wiec ze spokojna radoscia oprowadzam sputniczke po
      znanych mi zakatkach, odkrywamy nowe.
      Trafem uczestniczymy nawet pod Kongresem w demonstracji weteranow wojny o
      Malwiny- Falklandy. Okazuje sie bowiem, ze nie dorobili sie oni rutynowych
      swiadczen i wspomog. Rezym, ktory wyslal ich na wojne upadl, nowa zas
      demokracja niezbyt entuzjastycznie chce sie do nich przyznac. Ucielismy dluzsza
      rozmowe w “esperanto”, sputniczka nawet pomachala przed Kongresem ich wielka
      argentynska flaga.

      Caly bozy dzien spedzamy na wielkim coniedzielnym targu w San Telmo. Zaliczamy
      profesjonalny tango show do wykwintnego kotleta w towarzystwie pewnej
      Holenderki- woluntariuszki w przytulku w La Paz, na miesiecznym urlopie w
      Argentynie; pewnej housewife z Poludniowej Afryki oraz izraelskiej mlodej parki
      z demobilu- wlasnie skonczyli sluzbe wojskowa i, izraelskim zwyczajem, puscili
      sie w swiat.
      Wypuszczamy sie pociagiem do podmiejskiego Tigre u ujscia Parany, gdzie
      portenska wyzsza klasa srednia spedza weekendy w swych daczach i letnich
      posiadlosciach. Do Buenos Aires wracamy stamtad statkiem kluczacym wsrod
      rozlewisk rzeki i mokradel nim wplynie na otwarta Srebrna Rzeke, by znow pokazac
      mi jak w oddali nad wodnym horyzontem wyrasta powoli zarys miasta.

      Sa to moje trzecie odwiedziny w Buenos Aires, tym razem jednak nie mamy w planie
      odwiedzin w zarzecznym Montevideo. Czuje sie winny wobec Urugwaju, organizujemy
      wiec male zadoscuczynienie- jednodniowy wypad do slynnej urugwajskiej Colonii.
      Z wielka radoscia wracam do znanego mi portu i jak stary juz wyga wsiadam na
      statek Buquebus.
      Colonia przed wiekami byla portugalskim fortem rzecznym w zmaganiach z Hiszpania
      o dominacje nad regionem. Oba imperia, po czym niepodlegle juz Argentyna i
      Brazylia, wydzieraly ja sobie z rak na przemian, jak i cala Wschodnia Prowincje,
      nim ta wreszcie, zmeczona, postanowila sie uniezaleznic od obu poteg- jako
      Republica Oriental del Uruguay.
      Miasto jest niewielkie i znajduje sie na liscie Swiatowego Dziedzictwa
      Kulturowego UNESCO. Pachnie prowincja i malomiasteczkowoscia. I jest
      przesliczne.
      Starowka jest podmalowana i ucharakteryzowana na turystyczna atrakcje- pelna
      knajpek i pamiatkarni. Male uliczki niemal wszystkie koncza sie –lub zaczynaja-
      nad Rzeka.
      Jest tu nawet stary i wylinialy tygrys obwozny, ktory jezdzi po miasteczku w
      zmotoryzowanej przyczepie do surrealistycznej cyrkowej muzyki w glosniku. Mija
      nam u wylotu ulicy i znika, gdy biesiadujemy przy stoliku wystawionym nad sama
      rzeka.
      Targany wspolczuciem dla zwierzaka, delektuje sie jednak tym momentem z Felliniego.

      W jednej z pamiatkarni na nasze pytania w sfingowanym hiszpanskim dostajemy
      odpowiedz w najplynniejszym angielskim- z natychmiast rozpoznawalnym zaspiewem z
      Georgii. Okazuje sie, ze wlasciciele sa urugwajskimi repatriantami z Atlanty.
      Spedzamy z nimi ponad pol godziny, sputniczka oczywiscie zakupuje bibeloty. Maz
      sklepikarki dzieli sie z nami najprawdziwsza herbata mate- dzbanuszek i fajka
      and all.
      Pozniej wyczytujemy w przewodniku, ze poczestunek z czyjegos dzbanuszka mate to
      rzadki przywilej i znak poufalosci.
      Ledwo zdarzamy na powrotny statek.

      W Buenos Aires juz pierwszego dnia spiesze do mej zeszlorocznej knajpy-
      Valentino. Tuz za rogiem od naszego hostelu.
      W jej miejsce znajduje jednak knajpe o nazwie Santo Bernardo. Okazuje sie, ze
      Valentino, procz nazwy, zmienil takze wlasciciela i obsade. Nie ma wiec juz
      kelnera, ktory rok temu juz z oddali machal do mnie reka. Zadomawiam sie wiec u
      Swietego Bernarda i wkrotce nowy kelner zaczyna mnie rozpoznawac na odleglosc.
      Jego lojalnosc szybko zdobywam sutymi napiwkami. Tym chetniej, ze mowi on
      niezle po angielsku. Wysiaduje tu czesto po calodniowej miejskiej bieganinie.
      A ze sputniczka chadza spac dosyc wczesnie, spedzam tu samotne dlugie wieczory
      przy piwie i podgladaniu przechodniow. Czasem dosiada sie do mnie
      zaprzyjazniona w hostelu mloda Nowozelandka, czasem pewna Oregonka, co wlasnie
      skonczyla –jak moja bratanica- college w Eugene, OR. Pozniej dolacza i jej
      rozrywkowa mama, ktora wpadla do Buenos na tydzien, by rozerwac sie z corka i
      sprawdzic, jak sie ona sprawuje.

      W Buenos, w Tigre, w Colonii- racze sie caly czas ma druga wiosna. Z rozkosza
      gladze wzrokiem jasna i filigranowa zielen mlodego listowia. Z zazdroscia
      towarzysze portenos, jak z ostrozna radoscia, nieufnie, wyprobowuja wiosenne
      odzienie, wpierw z jakims swetrem na wszelki wypadek przewieszonym przez ramie,
      a pozniej, coraz smielej, bez zadnych awaryjnych rekwizytow.

      Ostatniego dnia znow jednak leje. Wisza ciezkie i bure chmury. Portenos znowu
      sie odziewaja. My- nadal w krotkich majtkach, klapkach i koszulkach- wskakujemy
      pod hostelem do taksowki. Na lotnisku ludzie sie dziwuja i rzucaja na nas
      spojrzeniami. W kolejce do check-in zagaduje nas po angielsku jakis
      Brazylijczyk, ktory z mrugnieciem oka robi nam ‘teoretyczny’ wy
      • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 10:37
        ktory z mrugnieciem oka robi nam ‘teoretyczny’ wyklad nt. jak rozpoznac gringo:
        nie po karnacji, nie po kolorze wlosow, ale po “zupelnie niestosownym” odzieniu,
        po klapkach. My w odpowiedzi, z mrugnieciem oka, robimy wyklad o praktycznosci
        odzienia Ameryki Pln., ze tylko skok z hotelu do taksowki, ze tylko kolejka na
        lotnisku, ze tylko samolot, ze w Sao Paulo juz cieplo i ze nie trzeba bedzie sie
        na lotnisku przebierac.
        Brazylijczyk zmienia temat na polityke quebecko-kanadyjska, sputniczka i ja
        wykladamy mu sprawe osobno i rownoczesnie, po czym wlasciwie zapominamy o jego
        obecnosci i oddajemy sie dobrze wycwiczonej klotni. Wreszcie sie sumituje i
        rzucam Brazylijczykowi: tak wlasnie, prosze pana, maja sie sprawy miedzy Kanada
        a Quebeckiem.

        Lotnisko pelne jest Brazylijczykow, bo wygasl wlasnie dlugi brazylijski weekend-
        narodowe swieto Dia da Independencia. A ze Argentyna jest nadal w glebokim
        ekonomicznym dole, zas gospodarka Brazylii prze do przodu a real jest silny-
        Buenos Aires przez caly weekend mowi glownie po portugalsku.

        Dziewiec dni w Buenos- stwierdzam nagle- to nieco za dlugo. Jestem lekko
        zmeczony miastem i gotow na zmiane scenerii. I klimatu. Moj zwiazek z tym
        miastem przeszedl w faze bardziej zaawansowana, bardziej poufna, gdzie mozna juz
        sie wzajemnie poirytowac, gdzie rozmowa czasem juz meczy, gdzie chwilami chce
        sie od siebie umknac. Tak jak to sie stalo z Nowym Jorkiem za mym zapoprzednim
        tam, kilkudniowym pobytem. Jestesmy sobie bliscy, poznalismy sie juz dosc
        dobrze- i czasem po prostu mamy sie wzajemnie dosyc.

        Z wielka wiec checia wsiadam do samolotu. Wyczekuje Brazylii –i Braza- jak
        powrotu do domu.
        • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 10:40
          Gdzies nad centralnym Urugwajem chmury ustepuja. Pojawia sie pod nami ziemia.
          Gdy docieramy do poludniowej Brazylii, Porto Alegre widac jak na dloni, pojawia
          sie Ocean. Przed Sao Paulo kolujemy nad Guaruja. Miasta juz nie anonimowe, juz
          dla mnie znaczace i bliskie. Ich ulice i zaulki znane z zeszlego roku,
          oswojone, umiejscowione, oswojone, zapadle w pamieci po zeszlorocznych wizytach.
          Nad Guaruja lecimy juz nisko i zdaje mi sie, ze rozpoznaje hotel nad oceanem,
          ktorego fale zeszlego roku zaklocaly mi sen.

          W Sao Paulo cieplo, prawie goraco. Na lotnisku jeszcze, wreszcie z Brazem i
          jego szwagrem, rutynowo pijemy pierwsza brazylijska kawe.

          Miasto jak zwykle jakies takie przejsciowe. Jakas przepierka, jakas knajpa w
          sasiedztwie nowego mieszkania szwagrow, jakies zakupy. Lazenie z celem i bez
          celu.
          Odwiedzamy wielka hale targowa dla bogatszych, gdzie przy owocowych straganach
          raczymy sie masa sokow i owocow z Amazoni i wszelkich brazylijskich zakatkow-
          owocow o dziwacznych smakach, ksztaltach, kolorach, konsystencji miazszu i o
          nazwach indianskich, trudnych do wypowiedzenia, do zapamietania zas niemozliwych.
          Jedziemy nawet za miasto do lunaparku. I tam wlasnie, tuz za ogrodzeniem, nad
          jakims stawem, po raz pierwszy wreszcie widze me ulubione gryzonie- kapibary.
          Cale stado! Trzy lata temu nad Parana na granicy stanu Mato Grosso do Sul
          wypatrywalem je bezskutecznie. I oto sa- leniwe, powolne, skubiace trawe na
          stoku wzgorza.

          Tu juz wiosna w pelni, jak nasze lato. Sa i jacarandy w pelnym fioletowym
          odzieniu. W lunaparku wszyscy sie z lekka przypiekamy, mimo warstw
          przeciwslonecznego kremu.

          Znow nie potrafie okreslic Sao Paulo, uchwycic jego znaczenie, umiejscowic je na
          mojej mapie, nadac mu range i charakter. Gdyby nie obecnosc tu siostry Braza i
          jej meza, gdyby nie ich miejsce w moim zyciu, pewnie nie mialbym na czym to
          miasto zahaczyc.
          Miasto jest kolosalne, motor Brazylii, a dusza nieuchwytna, nieokreslona,
          miazmatyczna, bez znakow rozpoznawczych. Jakby je w kadrze kartki, kilkoma
          ruchami mazaka nakreslil rysownik? Tak, by wiadomo bylo od razu, ze to Sampa.

          Nie to co Rio, gdzie docieramy trzy dni pozniej. Tu wszystko jest jasne. Rio
          jest pewne siebie tej pewnosci nie potrzebujac i jej nieswiadome. Gdzie sie
          rzuci okiem, wiadomo- Rio. Ta skala, tamta, ocean, jedna plaza, czy trzecia,
          Leme, Copa, Leblon. Nawet favele sa tu rozpoznawalnie cariockie. Lud wszedy
          rozebrany do rosolu. Rozmawiamy o tym z Brazem. Cieszy mnie bardzo, ze
          porownuje on natychmiast Rio do Vancouver. Zachowujac- jak zaznacza- proporcje.
          I slusznie. Bo Rio jest poza proporcjami. Gdyby to nie bylo Rio de Janeiro,
          miasto byloby przesadzone. Jego rozmach bowiem jest bez umiaru. Jego naturalne
          cuda, polozenie, moznaby uznac za niemal histeryczne. Gdyby to nie bylo Rio.
          Kazda jedna skala Rio rzucona innemu miastu, stala by sie natychmiast tego
          miasta chluba i znakiem rozpoznawczym, kazda plaza, kawalek dzungli, gory,
          ocean. A tu wszystko w kupie, na raz, sowicie, jakby wor cudow wyprozniono tu
          za jednym zamachem ostatniego dnia boskiego tygodnia, gdy nie chcialo sie juz
          sprawiedliwie cuda dystrybuowac na calej planecie.

          Nasz hotel jest przy plazy Leme, o jedna przecznice od miejsca, gdzie Leme –w
          sposob niekreslony i arbitralny- staje sie Copacabana. Wieczorem i noca z
          tarasu na dachu hotelu, przy obowiazkowym szpanerskim barku i basenie, widok na
          Cope i na miasto- oszalamia. Za plecami z niewidocznej noca gory jarzy sie
          odlegla statua Redemptora.
          Znow wjezdzamy na Pao de Acucar, by niemiec. Znow wspinamy sie stara kolejka na
          Cocovado, do stop Chrystusa, gdzie trafiamy na mala msze polowa. I cala ma
          ateuszowska dusza przyznaje, ze ten szczyt gory z miastem i oceanem daleko w
          dole jest idelanym miejscem na gusla. Sam bym tam spiewal i tanczyl w transie
          –jak ci poboznie tam zebrani- chwalac wszelkie stworzenie. Gdybym potrafil,
          gdybym w gusla wierzyl.
          A Chrystus, ten posag z otwartymi ramionami- mozna by sie czepiac jego
          frankistowskich czy socrealistycznych ksztaltow- tu dziala i ma, ze sie tak
          wyraze, i nogi i rece.

          15 wrzesnia idziemy do Churascaria Palace obok superekskluzywnego Copacabana
          Palace Hotel, by sie wykwintnie objadac wszelkim bezwstydnym bogactwem Brazylii:
          jest wolowina, baranina i wieprz, ostrygi, langusty, krewetki, wszelkie rodzaje
          wloskich i portugalskich kielbas. Objadamy sie na tyle bezwstydnie i dlugo, ze
          ledwo udaje nam sie w siebie wlac troche alkoholu- i ladujemy w hotelowych
          lozkach wczesnie, jak na 45-latka przystalo. Bo tego wlasnie dnia obchodzilem
          te moja dziwaczna rocznice.

          Nastepnego dnia budze sie wczesnie, dlugo przed Brazem i sputniczka. Po
          samotnym sniadaniu w hotelowej restauracji, wsrod dziwnie mi brzmiacej
          mieszaninie francuskiego, niemieckiego i hebrajskiego, ide na pustawa
          Copacabane, gdzie wzdluz Avenida Atlantica oddaja sie przebiezce zdrowi cialem.
          I bezpanskie psy, psy dzielnicowe oddajace sie plazowej radosci.
          Zza mych plecow wybiega czarny kundel- Skad? Kto go wie. Moze z faveli. Wpol
          ostroznie, podekscytowany dlugim juz cwalem, przeskakuje ulice, a gdy siega
          plazy, z nagla nurkuje w piach, nurza w nim przednie lapy, morde, tylek w gorze.
          Znow nagly galop z jakims niezaprogramowanym, improwizowanym zawijasem, z
          ostrym zakretem by piach bryzgal na boki, by uszy lataly w powiewie. Nagle sie
          tarza i czochra, grzbiet w piachu, lapy w powietrzu. I znow wzlot, ped,
          zawijasy i pyl. Az do morza. Pysk w wodzie pierwszy, lapy, pachy, obszczekuje
          fale, z mordy chlapie radosna woda. I znow nagly ped, mokre tarzanie sie w
          piachu, i wzlot i galop az ginie mi w oddali.

          Gdy ogladam psy na plazy, to stwierdzam, ze Wielka Stworzycielka Zycia wymyslila
          psa dla plazy, a plaze dla psa. I to tak fundamentalnie, ze musialo to sie
          odbyc pierwszego dnia stworzenia, jeszcze przed Slowem i przed Swiatlem. Na
          poczatku byl Pies i Plaza. I przez to Swiatlosc sie stala. Alleluja.
          Inaczej bylo z kotami. Ale to inna historia i na inna okazje.
          (Zwlaszcza, ze w knajpie, gdzie oddaje sie tym biblijnym rozmyslaniom, pewna
          kobieta w wieku nieokreslonym, dziana, z duza iloscia pieniedzy zainwestowanych
          w kosmetyczne poprawki, z bardzo wydatnymi i lsniacymi botoxem usty- mruga do
          mnie i sie wdzieczy dyskrecje precz odrzuciwszy. Przez chwile bede wiec zajety
          udawaniem, ze jej nie dostrzegam, zem glupi i pijany. Wiec- talk among
          yourselves. Zaraz wracam.)


          Cieszy mnie wizyta w Rio. W zeszlym roku ominelismy to miasto podswiadomie
          chyba noszac w sobie wspomnienie napadu na Copacabanie. Tym razem, dzieki
          obecnosci sputniczki, musielismy tu przyjechac. I –ze sie tak wyraze- dosiasc
          konia, ktory nas zrzucil.
          Po trzech dniach jednak lecimy dalej na polnoc. Prawie trzy godziny lotu dalej.
          Blizej rownika. W gorace tropiki. Do wsi Praia do Forte ok. 60 km na polnoc
          od Salvadoru, stlicy stanu Bahia.
          Tu niemal natychmiast, permanentnie i niemal kompletnie sie rozdziewamy. Rosna
          gory kokosowych wydmuszek o wyssanej zawartosci. Tu wszystko jest pol nagie i
          jakies takie bezwstydne. Wokol ziemi i nad ziemia wszedzie cos rosnie i zarasta
          gaszczem, krzewy, palmy, bananowce, haszcze i sciany dzungli na obrzezach
          wioski. Wszystko rosnie na wszystkim innym, sie miesza i oplata bez umiaru. W
          powietrzu cos ciagle lata, krzyczy i klaska, male malpy skacza po drutach od
          slupa do slupa, zagladaja do okien hotelu, ptactwo dziwaczne i kolorowe sie
          kokosi. Rybacy laza dzwigajac na ramionach kije z przewieszonym rybstwem
          wielkosci prosiaka, albo woza to taczkami.

          Praia do Forte to do niedawna niewielka wies rybacka, jakich na wybrzezu Bahii
          mnostwo. Byl tu tez i jest rezerwat morskich zolwii. I rafy koralowe. Az z
          dziesiec lat temu postawiono na obrzezach wsi ekskluzywny kompleks wypoczynkowy.
          Powoli chalupy rybackie zaczeto przemieniac wpierw w sklepiki, a wkrotce w
          ekskluzywne buti
          • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 10:43
            Powoli chalupy rybackie zaczeto przemieniac wpierw w sklepiki, a wkrotce w
            ekskluzywne butiki. Zaczeto stawiac hoteliki- pousady. Dzis glowna ulica “wsi”
            to deptak handlowy dla turystow i to raczej dzianych. Sklepiki z fatalaszkami,
            kamieniem polszlachetnym, pamiatkami i bibelotem- w najlepszym europejskim stylu
            i wystroju wnetrz, szykownie podswietlone. Ceny tez europejskie. Z mysla o
            turyscie Hiszpanskim i Portugalskim, ktory dostarczany jest hurtowo co tydzien
            czarterami do Salvadoru, po czym dowozony na miejsce klimatyzowanymi autokarami
            i dystrybuowany detalicznie do hoteli i pousad. Swierzy i pachnacy, z portfelem
            pelnym euro i lsniacych kart kredytowych. (My wymknelismy sie tej sztampie- na
            czas pobytu wynajelismy na salvadorskim lotnisku wlasny samochod.) Jednak
            asortyment turystyczny to nie tylko Iberyjczycy, mozna przebierac i w Niemcach i
            Francuzach, i w Argentynczykach, smakosz znajdzie i garsc Brytyjczykow, a dla
            tych najbardziej wyrafinowanych smakoszy i amatorow egzotyki znajdzie sie i Polak.
            Obok glownego deptaka sa i uliczki boczne. Male domki i mieszkanka, gdzie
            wieczorami mozna podpatrzec jak byli wiesniacy wyrabiaja w podworcach, badz
            wprost na ulicy rekodziela dla jutrzejszej konsumpcji. To kobiety. Albo jak
            wysiaduja przed telewizorami ogladajac futbolowe turnieje, badz na chodnikach
            sacza litry piwa i cachacy (kaszasy). To mezczyzni.
            Taki jest tu podzial rol- kobiety robia, faceci zlopia, turysci pozbywaja sie
            gotowki.

            Glowna ulica, wzdluz ktorej ustawione sa wszystkie restauracje i butiki
            przedzielona jest pasem palm, bananowcow i innego krzewia. W tym pasie z kolei
            ustawione sa niewielkie kioski (barracas) z piwem cachaca i zagryzka. Gringos
            wysiaduja w restauracjach na obrzezach ulicy, wiesniacy zas przy kioskach w
            srodkowym pasie.

            Tam tez, w cieniu, wyleguja sie wsiowe psy. Najswietniejsze i przyjazne
            wioskowe kundle.
            Tam takze bawi sie wiejska dzieciarnia od popoludnia po wieczor, bardzo pozny
            wieczor, do grubo po dziesiatej. Bo dzien jest liczony temperatura, a nie
            zegarkiem.
            Wieczor zas zaczyna sie wczesnie, zmierzch nadchodzi okolo piatej i zawisa w
            powietrzu na dlugo. Jest to dziwna, przewlekla i meczaca pora kurzej slepoty,
            do ktorej nie nawykle sa oczy z polnocy, gdzie przejscie z dnia w noc jest
            wzglednie szybkie. Tu zacma trwa ponad dwie godziny. A gdy wreszcie zapada
            noc, rzut oka na zegarek wprawia w konfuzje- nienawykly organizm zmeczony i
            skolowany dlugim zmierzchem ma wrazenie, ze musi byc niemal polnoc, a okazuje
            sie, ze jest ledwie siodma.

            Oni przyspieszaja tempo, leje sie piwo i pinga, gra jakas muzyka, wzmagaja sie
            rozmowy i pokrzykiwania, a my- myslimy juz o lozku. Gdy zas zastrzykami
            caipirinhii wreszcie doprowadzamy sie do stanu uzywalnosci, wies nagle
            pustoszeje, rozchodzi sie do snu.
            Kiedy zas zrezygnowani zbieramy sie do hotelu, przyjazne i spiace dotad psy
            zaczynaja nas obszczekiwac z wyrzutem, jakby zniecierpliwione nasza obecnoscia,
            jakby zaganialy nas do snu w tej pustej wiosce. Ale to juz!

            Przez pierwszy tydzien w Praia do Forte jestesmy we troje- Braz, sputniczka i
            ja. Wynajetym samochodem jezdzimy po okolicy, badamy okoliczne plaze, wybieramy
            sie na zakupy do Salvadoru. Wlasciwe zwiedzanie miasta planujemy na pozniej,
            wpadamy wiec tylko do Cidade Baixa (sidadzie baisia), Miasta Dolnego –w
            odroznieniu od zabytkowego Cidade Alta, Miasta Gornego. Dolne Miasto, dzielnica
            handlowo-biurowa, poraza nas chaosem, brudem, zaniedbaniem i bieda. Ruch
            kolowo-pieszy dziala wlasciwie bez regul. Przedzieramy sie nerwowo i lekliwie
            wsrod nieprzewidywalnej masy aut i przelewajacych sie miedzy nimi pieszych.
            Wsrod nich wielu drobnych handlarzy, czesto dzwigajacych swoj kram na glowie.
            Mamy nieodparte wrazenie, ze jestesmy w Afryce, przewazajacy ciemny kolor skory
            Salvadorczykow wzmaga to uczucie.
            Braz jest rozdrazniony i wszyscy z ulga decydujemy sie na powrot, na ucieczke z
            miasta. Trwa ona meczaco dlugo, bo ruch uliczny jest gesty i bardzo powolny.
            Ta pierwsza wizyta w Salvadorze sprawia nam wielki zawod z niechecia myslimy o
            nieuniknionym powrocie do tego miasta, ktorego starowka, Pelourinho, jest na
            liscie Swiatowego Dziedzictwa UNESCO.

            W weekend dolatuja do nas z Sao Paulo siostra i szwagier Braza. Kontynuujemy
            plazowanie, drobne zakupy, lenistwo, popijanie piwa i cachacy, objadanie sie
            swierza ryba i langusta w barrace na samej plazy, gdzie stoliki przesuwa sie
            systematycznie w ucieczce przed przyplywem.
            Niedziele zas, od wieczora po noc spedzamy na lotnisku. Szwagrowie wracaja do
            SP, po dziesiatej zas przylatuja moi rodzice.
            Na lotnisko jednak docieramy ledwo na czas. Nie tylko bowiem moi szwagrowie
            koncza swoj plazowy weekend.
            Cala wybrzezna Brazylia co tydzien rozjezdza sie na plaze, jest to cotygodniowy,
            kolosalny eksodus. Autostrady sie zakorkowuja, lotniska przezywaja oblezenie.
            Droga z Praia do Forte na salvadorskie lotnisko, ktora prowadzi tez do samego
            Salvadoru, potwierdza ten fenomen. Przemierzamy ja metr po metrze nerwowo
            sparawdzajac na zegarkach, jak zbliza sie czas odlotu szwagrow. W zbitej masie
            samochodow weekendowe szalenstwo nie ma ochoty sie konczyc. Auta sa nabite
            ponad limit, z kazdego wyje bahijska muzyka, rece wysuniete z okiem wymachuja
            butelkami piwa i szklankami cachacy, samochody sie kolysza od siedzacego tanca
            pasazerow. Pijany krzyk i spiew. Auto w auto, cala autostrada pije i tanczy,
            pije i spiewa. Centymetr po centymetrze.
            Na lotnisku zastajemy sceny wojennej ewakuacji, kolejki do odprawy kolosalne i
            chaotyczne, przepychanki i krzyki. Szwagrow wbijamy wszyscy w czolo kolejki
            taranem do samej bramki, gdzie wymachuja oni kontrolerom biletami pokladowymi
            samolotu, ktory zaraz ma odlatywac. Udaje sie. Widzimy jak w gestwie ludzkiej
            przechodza przez bramke, jak machaja do nas rekami na pozegnanie nie mogac sie
            nawet w tlumie na chwile odwrocic, jak w biegu znikaja nam w tlumie z oczu.

            Wraz z uplywem wieczora ruch maleje, tlum sie przerzedza, wreszcie lotnisko
            niemal pustoszeje. Czekamy na czarterowy przylot rodzicow z Madrytu. Samolot
            laduje niemal punktualnie, pierwsi pasazerowie pojawiajacy sie w drzwiach
            przylotow- to moi rodzice.

            Przyszykowalismy im male przedstawienie- plansze z napisem “MAMA I TATUS”,
            wydmuszke orzecha kokosowego z egzotycznym kwieciem. Ojciec, jak zwykle przy
            powitaniach i pozegnaniach, bardzo sie wzrusza. Nie widzielismy sie od dwoch lat.
            Do wsi dobijamy niemal o polnocy, lokujemy ich szybko w ich hotelu i wyciagamy
            jeszcze na szybkie piwo, krotka pogawedke. Byli w drodze 24 godziny (Warszawa-
            Mediolan- Madryt- Salvador), ojciec sypia gdzie usiadzie, mama jednak nie
            zmruzyla w podrozy oka.

            Nastepnego dnia lenistwo i odpoczynek- caly dzien na plazy, w cieniu palm,
            napoje orzezwiajace i powolna wyzerka. Dopiero dzien pozniej jedziemy wreszcie
            –chcac nie chcac- cala piatka do Salvadoru. Do Pelourinho.

            Parkujemy d Dolnym Miescie, bo Gorne jest bezpojazdowe. Dawna winda towarowa, w
            latach trzydziestych przerobiona na osobowa, wjezdzamy na gore. A tam- geby nam
            same sie rozdziawiaja. Starowka –to prawda- jest tragicznie zaniedbana,
            nieliczne budynki sa restaurowane, inne zapadaja sie w sobie, obrastaja
            najzywszym chwastem i krzewem od bruku po dachy i wieze. Jenak mimo
            katastrofalnego stanu starowka robi wrazenie kolosalne. Jest wielka, bladzi po
            placach, placykach i waskich brukowanych uliczkach, budynki kapia dawnym
            przepychem i bogactwem, koscioly- mnostwo kosciolow- przepiekne.
            Barokowy kosciol Sao Francisco z poczatku 18 wieku rzuca nas na nasze
            ateuszowskie kolana- kapie zlotem i koronkowa robota. Fasada sasiadujacego z
            kosciolem klasztoru- koronka kuta w kamieniu. Wewnatrz kosciola i klasztoru
            blekitno-biale sciany portugalskich kafelkow malowanych w sceny i alegorie-
            szczesliwie przywiezione z Lizbony tuz przed wielk
            • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 10:44
              Fasada sasiadujacego z kosciolem klasztoru- koronka kuta w kamieniu. Wewnatrz
              kosciola i klasztoru blekitno-biale sciany portugalskich kafelkow malowanych w
              sceny i alegorie- szczesliwie przywiezione z Lizbony tuz przed wielkim
              trzesieniem ziemi 1755 roku, tym samym przeciw ktoremu Voltaire wystosowal swoj
              legendarny protest.
              Salvador byl kolonialna stolica Brazylii, nim dwor w 18 wieku przeniosl sie do
              Rio. Miasto kwitlo handlem trzciny cukrowej i niewolnikami, bylo centrum handlu
              niewolnikami portugalskiej Ameryki. I z tego handlu wlasnie tak kapalo zlotem.
              Pelourinho- to po portugalsku pregierz wlasnie. Stal on tuz przed kosciolem Sw.
              Franciszka, stoi zreszta do dzisiaj- jako kamienny krzyz.
              Cala dluga wedrowke po Pelourinho odbywam wydajac histeryczne okrzyki zachwytu.
              Ta starowka szczyciloby sie kazde piekniejsze europejskie miasto. I przyznam-
              nie spodziewalem sie odkryc takie cudo w Brazylii.

              W drodze powrotnej z Salvadoru zatrzymujemy sie na kolejne obzarstwo w szalenie
              eleganckiej churascarii.

              Wkrotce turnus Braza i sputniczki dobija konca. Ona oddaje sie panicznym
              zakupom, Braz staje sie milczacy.

              Zegnamy sie wczesnie rano. Donosze z nimi walizki do bagaznika samochodu,
              ktorym odjezdzaja na salvadorskie lotnisko. Wracam do lozka. Po poludniu zas
              przeprowadzam sie do mniejszego pokoju.

              Rodzice mieszkaja w hotelu oddalonym od mojej pousady o jakies 500 metrow, czyli
              po sasiedzku- jak wszystko w naszej wsi. Spedzam z nimi trzy ostatnie wspolne
              dni powoli- troche plazy, spacery po zmierzchu, dlugie i powolne obiady w tej
              czy innej restauracji.
              Wypytywanie o herbate. Bo mama cierpi na ta sama chorobe, na ktora cierpi wielu
              innych Polakow: nieustanne popijanie herbaty.

              Ojciec zachwyca sie przyroda. Z poczatku porownuje ja do Nicei. Wkrotce jednak
              rezygnuje z tego porownania i wypytuje o kazdy krzak, drzewo. Fascynuje go
              sciana dzungli, gdy jedziemy do ruin 16-o wiecznej siedziby portugalskiego
              namiestnika. Ze –jak zauwaza- bez maczety nie wejdzie. Ma racje.

              Gdzies nad cachaca stwierdzamy, ze nasze rodzinne spotkania nabieraja
              niespodziewanie kosmopolitycznych wymiarow, bo ostatnio zegnalismy sie w Paryzu.
              Teraz zas –po wspolnym tygodniu- zegnamy sie w brazylijskiej Bahii. Znow gardla
              sie nam zapychaja, jakbysmy sie zegnali na zawsze. Tak sie zegnamy od mniej
              wiecej dziesieciu lat.

              Nastepnego dnia wypuszczam sie pieszo wzdluz oceanu daleko na poludnie, gdzie
              odkrywam szmat pustej plazy odcietej od ladu ujsciem rzeki i gestym pasem
              kokosowych palm. Zrzucam z siebie reszte szmat i ta plaza staje sie moim
              codziennym siedziskiem. Tu czytam i pisze, tu rzucam sie na fale krzyczac jak
              szczeniak, wyleguje sie na golasa jak Robinson Crusoe i walcze o miejsce pod
              moja palma ze stadem ptakow wielkich jak indyki ucztujacych na rybim scierwie.

              Wieczorami zalegam w “Bambu”- jednej z dwoch knajp w Praia do Forte otwartych do
              poznej nocy. Tam zlazi sie co noc grupka wsiowych Anglikow. Rzadzi
              wlascicielka- Szwedka. Mowi dobrze po angielsku w wersji brytyjskiej, czesto
              wspomina o swych skandynawskich korzeniach. Mozna tam niezle i nietanio zjesc.
              Robia dobra caipirinhe.
              A bardzo poznym wieczorem, czyli okolo dziewiatej, pojawia sie tam lokalna
              kapela, by raczyc gromade turystow i expatow mieszanka eksportowych
              brazylijskich standartow i garscia bahijskich nastrojow. Czasem, gdy szalenie
              przystojny solista jest w odpowiednim nastroju, odbywa sie kameralne
              gitarowo-wokalne cudo.

              Z brytyjskimi expatami wymieniam niewiarzace uwagi. Nie potrafie sie zmusic do
              solidarnosci z tymi 50-o paro letnimi brzuchatymi panami wymieniajacymi sie
              lubieznymi uwagami na temat kazdej czarnej pieknosci mijajacej bar. Moze jestem
              hipokryta.

              Po wsi lazi wieczor w wieczor pewien lokalny zasuszony staruszek, wiecznie
              nawalony i nieustannie tanczacy niezla sambe do kazdej muzyki, jaka uslyszy.
              Muzyka saczy sie z kazdej wsiowj knajpy, wiec staruszek ma robote na caly bozy
              dzien. A tanczac, caly w usmiechach, garsciami rozsyla radosne calusy,
              ktokolwiek mu sie nawinie.

              Przedostatni moj dzien jest pochmurny. Ide wiec na plaze bez obowiazkowego
              pokrowca przeciwslonecznego kremu. Jest to decyzja, ktorej bede zalowal przez
              caly pierwszy tydzien po powrocie do Montrealu.

              Wypelzajac po raz ostatni z oceanu tuszuje mysli. W dlugim, prawie godzinnym
              marszu wzdluz pustej plazy do wsi, udaje ze nie ogladam palmowych chaszczow, co
              kilkanascie metrow znow wlaze do cieplej, bursztynowej wody. Przed wsia niby
              obojetnie skrecam na boczna sciezke prowadzaca do glownej ulicy. W pousadzie
              zwlekam z pokoju walizki do recepcji. Zegnam sie z argentynska recepcjonistka,
              ktora az tu uciekla dzien po rozwodzie w Buenos Aires, a ktorej wieczna milosc
              zdobylem rownie szczerym, jak sekretnym wyznaniem -w Brazylii zakazanym- ze
              uwielbiam jej miasto.

              We wsiowym kosciolku Sw. Franciszka miesieczne odpusty wybuchaly wlasnie
              petardowym finalem. Na ulice Praia do Forte wytaczala sie procesja z posazkiem
              Wiecznej Dziewicy. Grala wojskowa orkiestra deta z pobliskiego miasteczka.
              Procesje prowadzil czarny, mlody i przystojny ksiadz. Tuz za nim- starsze
              kobiety w zoltych koszulkach z wizerunkiem Sw. Franciszka na falujacych piersiach.

              CJ zdawal sie nie slyszec ni huku petard, ni grzmien orkiestry. Prawie
              nieobecny zatrzasnal drzwi taksowki. Ledwo widocznym skinieniem reki
              odpowiedzial przez szybe samochodu na pozegnalny gest prawie nieznajomej
              Argentynki.
              -To the airport- powiedzial glosem niepewnym i lekko drzacym. Oczy zakryl
              ciemnymi okularami i jakby zapadl sie na tylnym siedzeniu. Kierowca rzucil
              okiem na wsteczne lusterko: “-Kurdebele, mam nadzieje, ze mi nie zapaskudzi
              nowej skory.”- pomyslal z dyskretnym westchnieniem.

              (ERRATA! Kierowca mowil dobrze po angielsku i zbawiennie zabawial mnie
              blyskotliwa rozmowa o brazylijskiej gospodarce oraz relacjach brazylijsko-
              argentynskich.)
              • jutka1 Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 16:07
                Siadam do lektury. Dzieki, Bratsister. :-)
    • ewa553 Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 11:59
      tak dlugo czytalam, ze mnie system wylogowal:))))
      Jesli mnie kiedys los w tamte strony rzuci, bede wszystko ogladala
      przez pryzmat Twoich opowiesci. Dzieki.
      PS Kto to sputniczka?
      • jan.kran Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 12:24
        CJ , dziekuje za sprawozdanie. Wydrukowalam sobie zeby poczytac w
        spokoju i ze zrozumieniem:)
        Pozdrawiam
        Kran
        • blues28 Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 13:25
          Dzieki za reportaz!;) Odzyly wspomnienia. W 2001 bylam w Sao Paulo,
          Rio i Iguaçu. Z calego pobytu najbardziej utkwily mi w pamieci
          wlasnie wodospady Iguaçu, prawdziwy cud natury. Widzialam je z lotu
          ptaka, z helikoptera, podplynelismy pod nie Zdiakiem, potem spacer
          wzdluz kaskad az do granicy argentynskiej. Koniecznie chce wrocic i
          tym razem dotrzec do BA.
          Wspaniale sie czyta. Mam wrazenie, ze bylam w tej samej
          Churrasqueria Palace, potem dosc niedaleko bylismy w swoistym muzeum
          kamieni szlachetnych, polaczonym z rodzajem szlifierni gdzie
          podlegaja obrobce (i sprzedazy: typowa turystka, dalam sie naciagnac
          na strasznie droga akwamaryne).
          Pamietam tez przepiekny i ogromny ogrod botaniczny, bogaty w
          niesamowita faune i flore i pobliska hodowle orchidei. Wszystko to w
          Rio. Naturalnie Glowa Cukrowa z niesamowitymi widokami, Christo
          Redemptor z miastem i zatoka w dole, sambodromo, Copacabane i
          Ipaneme i widok z hotelowego okna (przy Copacabenie) na miliony
          swiatelek z odleglych faveli. Koniec stycznia, przygotowania do
          karnawalu i upalna pogoda.
          • kan_z_oz Re: Wreszcie fajrant 14.10.07, 15:23
            Dzięki CJ.
            Lubię Twoje 'pióro', bo jest lekkie.

            Pozdrawiam
            Kan
            • lucja7 Re: Wreszcie fajrant 15.10.07, 09:01
              W twoich tekstach podrozniczych najbardziej, juz od dawna, nie tylko
              w ostatnich, podoba mi sie watek twoich rodzicow.
              Zawsze cos o nich jest, udaje ci sie ich wprowadzic na tyle ze
              wydaja mi sie caly czas obecni. Tak niewiele, ale caly czas sa.

              Gdybym miala malowac obrazek z tych podrozy, oni zawsze byliby na
              dole w prawym rogu, niewielcy, moze w paltach (nie wiem dlaczego)
              swiadkowie niekolorowi kolorowych wydarzen.

              :-)
              • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 15.10.07, 12:55
                Ponadto rozwinela sie we mnie obsesja szalenstwa. Zaczelo sie to zeszlego roku,
                gdy w Brazylii ogladalem bezdomnych.
                Ile mnie od nich dzieli? Niefortunne potkniecie na samotnym spacerze bez
                paszportu? Brutalny napad w zaulku z ciosem w leb?

                Jakis zanik pamieci i jezyka w gebie. Lekki odlot psychiczny. Pierwszy nocleg
                na plazy, drugi w parku. Pierwszy posilek przy restauracyjnym smietniku. Po
                roku nawet wariat nauczy sie jezyka na tyle, by zaczepiac przechodniow o jalmuzne.

                Gdybym mial jednak wybierac, to zdecydowanie optowalbym za szalenstwem w Rio.
                Trzeba byc szalencem, by oszalec w takim Sao Paulo, czy -nie daj bog- w Londrinie.
      • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 15.10.07, 12:45
        sputnik- po rosyjsku, wspolpodroznik :)
        • ewa553 Re: Wreszcie fajrant 15.10.07, 13:39
          wiem co to sputnik, tez sie w Rosji wychowalam:)))) Chcialam
          wiedziec kto zacz i skad Ci sie przyplatala. Ciekawska jestem,
          niestety.
          Co do Twoich Rodzicow, to tez sobie cos pomyslalam wczoraj przy
          czytaniu: Mam tutaj mlodszego znajomego, ktory mial tzw. poznego
          ojca, czyli czlowieka ktory zawsze juz byl bardzo starszy.
          I odkad ten ojciec skonczyl 75 lat, znajomy bal sie gdziekolwiek
          wyjezdzac na urlop, no bo "jesli Ludwik umrze"... Ojciec zyl w Polsce
          i znajomy chcial jak najszybciej odwiedzic zmarlego ojca. Ludwik
          zmarl pare lat temu. Mial 96 lat:)))))) Ale mysmy przez 20 lat, po
          kilka razy w roku slyszeli "jesli Ludwik umrze".
          Zycze Ci, abys jeszcze przez wiele, wiele lat swoich Rodzicow w
          pieknych miejscach spotykal.
          • chris-joe Re: Wreszcie fajrant 15.10.07, 13:55
            Ciesze sie, ze nie dalas sie do konca zgermanizowac i pielegnujesz swe rosyjskie
            korzenie :))
            M. to znajoma z pracy, ma 25 lat i ledwo co swiata poza QC widziala. Po naszych
            zeszlorocznych wakacjach wyrazila wielka ochote na podczepienie sie do naszej
            kolejnej podrozy. Laskawie jej pozwolilismy :) Bylo troche klopotow, bo jak
            pisalem, jest chorobliwie tlusta i uzalezniona od pepsicoli.

            Na statku z Colonii pewna Amerykanka wypytywala zaintrygowana, czy jestesmy w
            podrozy... poslubnej. Odparlem: "Nie, prosze pania, ona to moja faghag, a ja
            jej fag." :)
            • asia.sthm Re: Wreszcie fajrant 21.10.07, 19:37
              Hej :)))
              zawsze z wielka przyjemnoscia cie czytam, zawsze.

              Kiedys pojade do Brazylii, murowane. Zeby nie wiem co, pojade, nie
              musze byc tlustym sputnikiem :D
              Dzieki CJ.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka