Witam wszystkich dość nieśmiało. Mam nadzieję,że przyjmiecie mnie do
towarzystwa, na tym forum piszę pierwszy raz, ale podczytuję od dawna.
Twórczość Chmielewskiej jest moją radością życia od lat tak wielu, że już
sama nie wiem od kiedy. Chyba od zawsze

))
Lat temu co najmniej 20 (teraz mam 34) jechałam tuż przed Bożym Narodzeniem
tramwajem (w Szczecinie, gdzie wtedy mieszkałam, teraz mieszkam w Wałbrzychu)
do ciotki i czytałam zawzięcie mój ukochany Romans wszechczasów. Zaczytana,
zapomniałam gdzie i po co jestem, byłam pochłonięta lekturą. W jakimś
śmiesznym momencie (jednym z bardzo wielu!!!) wybuchnęłam głośnym, radosnym,
niepohamowanym śmiechem. To mnie na moment otrzeźwiło. Rozejrzałam się. Tłum
tramwajowiczów pattrzył na mnie z naganą. Szara rzeczywistość lat PRL-u,
kolejki w sklepach, w których półki w dodatku świeciły pustkami, mróz zatykał
nos (nie tylko tramwaje z powodów oszczędnościowych był niedogrzane), nędza,
bida, ogólna rozpacz i marazm, a tu taka jedzie sobie tramwajem, nie narzeka,
CZYTA i w dodatku ŚMIEJE SIĘ!!!
Współtramwajowicze patrzyli na mnie z pogardą, zgorszeniem i wszystkim co
najgorsze może przyjść na myśl. Szykowało się wręcz,że dojdzie dolinczu.
Jedna z najbliżej stojących postaci spojrzała na książkę. O, Chmielewska.
Kilka spojrzeń złagodniało, rozgorzała dyskusja, czy warto to w ogóle czytać,
aja sobie spokojniutko wróciłam do lektury. Nie pamiętam juźż, czywysiadłam
tam gdzie trzeba, czy nie, pamiętam tylko te mordercze spojrzenia i
złagodnienie i zrozumienie na wieść, że to twórczość Chmielewskiej wywołała
radość. To było coś!
Przyjmiecie mnie? Pozdrawiam