Dodaj do ulubionych

Opowiadanka do porannej kawy

26.11.06, 13:45
Opowiadanko pierwsze.

- Ratunku! – wrzasnął męskim głosem mąż z czeluści mieszkania.
- Co tam znowu? – zapytała spokojnie żona nie ruszając się z miejsca.
Oddawała się bowiem ulubionemu zajęciu – grzebała w wywalonych z różnych
zakamarków starociach i straciła zainteresowanie dla całego świata.
- Nie mogę znaleźć mojej książki o Exelu! – odwrzasnął mąż z drugiego pokoju.
- Druga półka nad komputerem, z prawej strony – odpowiedziała żona, nie
odrywając oczu od intrygującej sterty zalegającej połowę dywanu.
- O! Jest! Dziękuję kochanie, co ja bym bez ciebie zrobił?
- Zginąłbyś marnie – poinformowała go uprzejmie – Czegoś jeszcze szukasz?
- Nie, wszystko już mam, dziękuję! – odkrzyknął równie grzecznie.
- Polecam się na przyszłość – wymamrotała kończąc konwersację.
Dotarła bowiem do intrygującej, przewiązanej kolorową wstążeczką paczuszki,
pełnej małych kalendarzyków Domu Książki, kiedyś szalenie popularnych i
masowo używanych. Dawno temu to było, w epoce słusznie minionej, więc rzuciła
się na nie, jak wygłodniała kura na ziarno. Zagłębiła się w przeszłość i ze
wzruszeniem wpatrywała się w to, co było kiedyś tak ważne, że godne
odnotowania i zachowania dla pamięci. Dodajmy – trochę młodszej, niż teraz...
- Kochanie, a nie wiesz, gdzie leży książka o Photoshopie? – rozległo się z
drugiego pokoju.
- O czym? – zapytała lekko nieprzytomnie, bo właśnie czytała o pierwszej
randce z tym facetem, który teraz wydzierał się z drugiego pokoju – Wiesz co
znalazłam?
- Photoshopa?? – zaryczał uradowany, szurnął krzesłem i jednym susem znalazł
się nad jej głową. Widać ta książka o Photoshopie była mu bardzo potrzebna.
- Nie! Zobacz, tu się spotkaliśmy – pokazała mu stary kalendarzyk, otwarty na
gęsto zapisanej stronie – Pamiętasz?
- No pewnie – odparł z wielkim przekonaniem i cmoknął ją w czółko – To nie
wiesz, gdzie ta książka może być?
- Pierwsza półka nad komputerem, z lewej strony. A może ja ci wydam
przewodnik po wyremontowanym mieszkaniu, co? – zapytała z łagodną
złośliwością, na którą on najwyraźniej był już uodporniony, bo tylko
roześmiał się głośno i poleciał szukać swojej książki.
- Faceci, to ślepe komendy – zamruczała pod nosem i sięgnęła po następny
kalendarzyk.
- O matko...! – wrzasnęła nagle.
- Co się stało?! – mąż już był przy niej. Bo dobry, kochający i wrażliwy z
niego człowiek, tylko zapracowany, po prostu.
- Zobacz! Pierwsze słowa naszego syna! O Boże, zapomniałam, że to tutaj
jest.... Abydyn! Kokopil! Foiciek! Pamiętasz?? – aż ręce jej się trzęsły, gdy
odwracała kolejne kartki, odczytując zapisane dadizmy ich jedynaka, który już
dawno temu przestał być gadającym po swojemu dzieckiem. Wzruszenie całkiem
odebrało jej głos, więc mąż łagodnie wyjął jej z ręki cenny kalendarzyk i
zagłębił się w lekturze.
- A co to było: igen? Nasze dziecko uczyło się węgierskiego?
- No, oraz jidysz i języków skandynawskich. Głupiś, czy naprawdę nie
pamiętasz? "Igen" mówił na wszystko, czego nie potrafił nazwać. Nie wiadomo,
skąd mu się to wzięło. Mądre to nasze dziecko było od samego początku.
- Aaa... faktycznie – zgodził się mąż. Bo był bardzo łagodnego charakteru z
natury – Fajne. Schowaj to gdzieś, potem sobie poczytam, teraz muszę kończyć
robotę.
- Dobra, schowam, za chwilę. Jeszcze sobie pooglądam trochę. Idź, idź, już ci
nie będę przeszkadzać.
W mieszkaniu zaległa cisza, przerywana tylko klikaniem klawiatury, płynącym z
jednego pokoju oraz szelestem kartek i cichutkimi westchnieniami płynącymi z
drugiego. Nawet koty zapadły w głęboki sen i przestały mruczeć, a ciemność za
oknami zapadała, jak zwykle bezgłośnie.
- Kochanie, a gdzie schowałaś ołówki?? – rozniosło się nagle po cichym,
świeżo wysprzątanym mieszkaniu, jak grzmot z jasnego nieba.
- Ja się chyba zabiję... – wyjęczała żona. Zamknęła trzymany w ręku
kalendarzyk, w którym właśnie wyczytała ile kosztowało mięso wołowe bez
kości, racjonowane wtedy na kartki, jak lekarstwo, i usiłowała wstać z kolan,
które okazały się zesztywniałe na amen – Oświadczam ci, że ostatni raz
robiłam generalne porządki! Żadnych remontów, żadnego sprzątania! Nigdy
więcej!
- Igen – odpowiedział spokojnie mąż i pomógł jej się pozbierać z podłogi. Po
czym oboje zanieśli się radosnym śmiechem. Tak samo, jak wtedy, gdy ich syn
powiedział to słowo po raz pierwszy. Zupełnie tak samo.
Obserwuj wątek
    • mzrr21 Re: Opowiadanka do porannej kawy 26.11.06, 14:19
      Coś cudownego!!!!!!!!
      Nie pamietam jak moje dzieci mówiły, mówiły głupotki które bawiły mnie
      okrutnie. Ale one w okresie 84-85 wychowywały sie w Libii, gdzie mamusia
      pracowała i mówiły wszystkimi jezykami świata.
      Natomiast mój wnuk na wszystko mówi "lamo". I cholera go wie o co chodzi
    • edeka5 Re: Opowiadanka do porannej kawy 26.11.06, 16:29
      Grohuś to jest piękne opowiadanko.
      A czytając je widziałam Ciebie z Grohem smile))
      • grazyna10 Re: Opowiadanka do porannej kawy 26.11.06, 17:33
        Opowiadanie sliczne i takie realistyczne. Czytajac je mialam przed oczyma moj
        wlasny dom, dom mojej corki, dom moich rodzicow... Czy wszystkie domy sa takie
        same? No przynajmniej w kwestii: kochanie gdzie sa moje...
        ********
        Znudzila mi sie skromnosc
        ********
    • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 28.11.06, 15:33
      Ja jeszcze nie posprzątałam po remoncie a już słyszę podobne teksty.smile
      Grocha, ubiegłaś mnie smile))
      Wiem, nie umiałabym tak ładnie napisać ale temat mi sprzątnęłaś sprzed nosa.smile
      Groszko, proszę o bis!
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 29.11.06, 17:02
      Opowiadanko drugie

      Część pierwsza

      Jakim cudem w samym środku miasta, tuż obok ruchliwej, dwupasmowej wylotówki,
      uchowała się wielka oaza wybujałej, dzikiej zieleni, nigdy nie tkniętej ludzką
      ręką, Bóg jeden raczy wiedzieć. Widać była tam od zawsze, więc wszyscy się do
      niej przyzwyczaili. Nie niepokojona przez nikogo, rosła sobie zdrowo i coraz
      bujniej przykrywała pozostałości po sztolniach, w których dawno temu wydobywano
      galenę, dziurawiąc całe wzgórze, jak szwajcarski ser. Wdzięczne brzozy, nie
      niepokojone przez nikogo, z roku na rok śmigały w niebo coraz wyżej, a ziemię
      spowijało coraz ściślejsze kłębowisko tarniny, dzikiej róży i innych chaszczy,
      które z widocznym upodobaniem przytulały się do ciepłych głazów i po brzegi
      wypełniały wszystkie dziury i zapadliska. Ładne to było o każdej porze roku i
      przyciągające wzrok, ale rzadko kto się tam zapuszczał, bo nie było po co.
      Nieliczne ścieżki wydeptywały jedynie szukające samotności pary, spóźnieni
      wierni, udający się do przyklasztornego kościoła na wzgórzu oraz właściciele
      psów. Dużych, bo małe, ku rozpaczy swoich właścicieli, mogły zginąć w tym
      gąszczu bez wieści. W ogóle, zapuszczali się tam tylko najodważniejsi, bowiem
      miejsce owiane było jakąś mroczną tajemnicą z przeszłości i mimo swej wielkiej
      urody, w dziwny sposób zniechęcało do beztroskich spacerów. Nie wiadomo: ktoś
      tam się kiedyś powiesił, czy też kogoś zamordowano, stare sztolnie ukrywały
      jakieś skarby, czy też stare zwłoki, a może toczyło się w nich współczesne
      ruchliwe podziemne życie, wszystko jedno. Wieść gminna niosła przez pokolenia,
      że tam straszy i koniec. Chociaż byli i tacy, którzy uważali, że dzieją się
      tam najprawdziwsze cuda, jak stara Melasowa, na przykład.
      A wszystkiemu winien był młody nowicjusz z pobliskiego klasztoru, niejaki Józek
      Bąk...
      Działo się to wiele lat temu, gdy niektóre brzozy na wzgórzu dopiero
      kiełkowały, a w miejscu dzisiejszej arterii komunikacyjnej wiła się kręta i
      dość dziurawa ulica, gdy Józek z niemałym trudem zdał maturę z matematyki i
      poczuł w sobie głębokie powołanie do stanu duchownego. A już tak najbardziej,
      to chciał zostać misjonarzem w dalekich i dzikich krajach. Więc wstąpił do
      klasztoru na wzgórzu, by spełnić wolę bożą, a przy okazji zrealizować swoje
      marzenia. Nowicjat okazał się do wytrzymania, ojcowie zakonni także, a wśród
      nowo wstępujących braci z mety znalazł dwie bratnie dusze, więc wizja
      zamorskich podróży stawała się coraz wyraźniejsza. Aby ją jeszcze bardziej
      urealnić, do planu swych codziennych zajęć, Józek włączył dodatkowe: dbałość o
      tężyznę i siły fizyczne. Ugory podklasztorne nadawały się do tego celu
      wspaniale, a żadnymi strachach nawet nie wypadało mu się przejmować. Uzyskanie
      zgody na codzienne bieganie nie sprawiło mu żadnej trudności, bo ojcowie
      doskonale rozumieli, że młodość musi się wybiegać i zmęczyć, żeby jej głupoty
      do głowy nie przychodziły i wszystko szło wspaniale. Józek biegał,
      przedzierając się przez dzikie zarośla i wyobrażał sobie, że to afrykański
      busz. Kiedy jednak podarł nowiutką, otrzymaną z domu koszulę, wtedy nagle
      zamarzył o maczecie. Takiej prawdziwej, ostrej, jak brzytwa, która sama
      torowałaby mu drogę i broniła przed wrogami. Widział taką kiedyś na obrazku.
      Malutki scyzoryk, który pozwolono mu zostawić w osobistych rzeczach, bo był
      tępy, jak sierp po żniwach, raczej nie spełniał takiej roli. Maczeta, tylko
      maczeta! Dwaj zakonni przyjaciele-nowicjusze, Franek i Heniek, przejęli się
      jego problemem, jak należy, lecz ich możliwości zdobycia nietypowego narzędzia,
      okazały się niewystarczające. Sierp, kosa, a nawet nóż rzeźnicki – proszę
      bardzo, lecz maczety nie ma nigdzie i koniec. Aż kiedyś Franek dostał wolne
      popołudnie za dobre sprawowanie, więc skoczył do dziadka, mieszkającego z
      drugiej strony wzgórza i wrócił z... piękną szablą ułańską! Bez zastanowienia
      buchnął ją ze schowka, w którym dziadek przechowywał pamiątki swojej
      bohaterskiej i bujnej młodości, wierząc, że zanim zauważy jej brak, Józkowi
      przejdzie wariactwo i spokojnie zdąży się ją zwrócić. Zresztą, czego się nie
      robi dla przyjaciela. Wypolerowana do połysku szabla, z wyglądu średnio
      przypominała maczetę, ale pod względem użytkowym nie ustępowała jej ani na
      krok. Jak udało się Frankowi przenieść ją przez bramę, pilnie strzeżoną przez
      bystre oczy ojca furtiana oraz schować przed równie wszystkowidzącymi oczami
      pozostałych braci, pozostanie jego tajemnicą. Grunt, że Józek otrzymał
      upragniony oręż i nikt nic nie zauważył. Obdarowany, z obawy przed konfiskatą,
      której chyba by nie przeżył, postanowił natychmiast ukryć skarb we wcześniej
      upatrzonej dziurze pod murem, przez co o mało nie stracił nogi. Albo jeszcze
      gorzej. Bowiem przenosząc szablę poza mury klasztoru, był zmuszony wsunął ją do
      nogawki luźnych spodni...
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 29.11.06, 17:07
      Część druga i ostatnia

      Szabla leżała dobrze ukryta w zapadlinie pod murem, a Józek wykorzystywał ją do
      ćwiczeń ilekroć tylko mógł, czyli prawie codziennie. Miesiące mijały, tężyzna
      Józka rosła, aż w końcu nadszedł grudzień. Właśnie trwała generalna próba
      jasełek, corocznie wystawianych z wielkim powodzeniem przez zakonną brać, gdy
      nagle Franek, odgrywający rolę pastuszka, ukradkiem szarpnął kolegę za białą
      komeżkę, w której Józek, udekorowany wielkimi skrzydłami z białej bibuły i z
      długim, anielskim włosem na głowie, z powodzeniem udawał anioła.
      - Przynieś dzisiaj szablę, dziadkowi potrzebna – szepnął Franek konspiracyjnie.
      - Dzisiaj? – przestraszył się Józek
      - No. Idę do niego po obiedzie. Zapomniałem, że dziadek na pasterce zawsze
      występuje w ostrogach i przy szabli. Zabije mnie, jak nie znajdzie.
      Dalszą konwersację przerwała interwencja Świętego Józefa, który zażądał
      absolutnej ciszy, gdyż właśnie miał wygłosić swoją kwestię, a przez te szepty,
      zupełnie wyleciała mu z głowy. Jego zdenerwowanie było wynikiem tremy, oraz
      tego, że w ogóle, w tej całej szopce czuł się trochę niedoceniany. W końcu
      próba dobiegła końca, a Józek, nawet nie rozbierając się z kostiumu, cicho
      wymknął się z klasztoru i udał się po szablę.
      Było jeszcze całkiem jasno i biały śnieg skrzył się w zachodzącym słońcu, gdy
      Maryśka Madejówna, ze zwieszoną głową wdrapywała się na wzgórze, przekopując
      się przez zaspy i ciężko wzdychając. Szła bowiem do spowiedzi, by przed
      Świętami Bożego Narodzenia zrzucić z siebie wszystkie grzechy, a szczególnie
      jeden, ten najgorszy dla każdej dziewczyny: grzech nieczystości. Którego
      dopuściła się onegdaj z Melasem Piotrem, kowalem. Nie jeden raz, niestety.
      Józek w tym czasie dopadł dziury pod płotem, zarzucił spadające skrzydła na
      plecy, kucnął, wsadził rękę pod kamień i wymacawszy zimny metal, lekko
      szarpnął. Ten ani drgnął. Poszarpawszy się z szablą przez chwilę, dotarło do
      niego, że przecież nie zabezpieczył jej niczym przed wodą i mrozem, więc przez
      kilka dni nie używana, przymarzła do mokrego podłoża na amen. Miała prawo. W
      końcu odrapał pazurami ile się dało, zaparł się mocno obcasami, wyprostował i
      wyrwał ją z dziury. Z impetem, który odrzucił go do tyłu, jak z katapulty.
      Rozpaczliwie zaczął łapać równowagę, cały czerwony z wysiłku, z rozwianym
      anielskim włosem, z uniesioną wysoko szablą, ogniście połyskującą w ostatnich
      promieniach słońca, oraz szumiącymi, białymi skrzydłami.
      I tak go ujrzała Maryśka...
      - Archaniele mój Gabrielu...! - zawiodła tylko jękliwie i padła na twarz, jak
      długa.
      Archanioł nie czekał, aż się podniesie, gdyż w końcu udało mu się opanować
      pląsające kończyny i dać dyla za klasztorny mur. Przewrócił się dopiero na
      dziedzińcu wewnątrz klasztoru, ale tam już był bezpieczny, bo wszyscy bracia
      akurat wchodzili do refektarza, którego okna wychodziły na wzgórze.
      - Bracie Leonie, a co to tam leży pod murem? – zapytał przeor, przechodząc obok
      okna.
      - Pewnie znowu jakaś baba ciepłą zapaskę upuściła z przejęcia, śpiesząc do
      spowiedzi świętej. Ojciec Marek dzisiaj spowiada, a one boją się go, jak
      diab... Bardzo się go boją – odpowiedział ojciec Leon.
      Nikt więcej nie zainteresował się leżącą Maryśką, która w końcu jakoś
      oprzytomniała z nieludzkiego wrażenia, pozbierała się ze śniegu i poleciała z
      wielkim wrzaskiem w stronę kościoła:
      - Cud! Cud! Archanioł...!
      Co na to wszystko powiedział spowiednik, nie wiadomo, bo nigdy się tym nie
      chwaliła. Za to o cudownym zdarzeniu, jakie ją spotkało, głośno i nad wyraz
      chętnie opowiadała wszystkim kumom, a po kilku miesiącach zaprezentowała im
      jego rzekomy owoc – tłustego, zdrowego dzieciaka płci męskiej... Baby słuchały
      przejęte, cmokały nad dzieckiem, kiwały głowami, a za plecami gadały, że
      prawdziwy cud zdarzył się Maryśce dopiero wtedy, gdy kowal Piotr Melasa
      zdecydował się w końcu z nią ożenić.
      A Józek Bąk, nieświadomy sprawca całej historii Maryśki Madejównej, po mężu
      Melasowej, wkrótce zapomniał nawet o szabli. Bo pojechał do Afryki i wreszcie
      kupił sobie wymarzone narzędzie – prawdziwą maczetę...
      • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 12.12.06, 21:06
        > Bo pojechał do Afryki i wreszcie
        > kupił sobie wymarzone narzędzie – prawdziwą maczetę...

        Tak czekam i czekam ...i co w tej Afryce? Przeciez caly czas sie nie modli ten
        moj ulubiony zakonnik Józek Bąk. Cudow jakichs niechcacy pewnie dokuje ?
        • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.12.06, 01:20
          Asiu, możliwości jest kilka: nawracał, jego nawrócili, zawrócił, odwrócił,
          przewrócił... Maczeta ostre narzędzie, mógł sobie ziazi zrobić. Albo jakiejś
          tambylce. Co inne, nie ziazi. A może już biskupem jest? Kto jego tam wie, tego
          Józka Bąka. Osobiście nie znam człowieka, bo z osobami duchownymi mam, mniej
          więcej, tyle samo do czynienia, co z Afryką. A Ty go gdzieś tam nie spotkałaś
          aby? Taki mały, biały brunet z wielką maczetą, to na pewno rzeczony Józek wink)
          • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.12.06, 11:46
            Ja bylam bardziej w pustyni niz w puszczy i nikt z maczeta mi sie nie
            napatoczyl. Józka Bąka poznalabym od razu.... czyli wielka chala sad

            Groho, koniecznie wymysl jak mu to nawracanie, wywracanie i przewracanie szlo.
            Nie mozesz teraz tego Józka Bąka odlogiem zostawic.
            Nie wypada.
            • ida14 Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.12.06, 19:15
              Mały z bronia-kolejne wcielenie Pana Wołodyjowskiego, tylko, że ten jednak
              zostal zakonnikiem. po konkursie wszystko mi sie z Trylogią kojarzy. big_grin
              • meduza7 Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.12.06, 21:27
                Groho i co z tym Bąkiem? Puściłaś go do Afryki i...
                Uuuups, teges, nie to chciałam powiedzieć...
                • edyta95 Re: Opowiadanka do porannej kawy 14.12.06, 09:30
                  bo on pojechał do Japonii z siatkarzami, teraz świętuje jeszcze
                  • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 14.12.06, 10:50
                    Meduzo... smile)) Cholera, myślałam, że nikt nie zauważysmile)))) O matko, uśmiałam
                    się, jak norka.
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 12:30
      Przepraszam, czy Szanowni życzą sobie dalszych opowiadanek? Bo o Bąku, to już
      koniec, finito, dalej nie będzie. Ale mogą być inne. Jeśli napiszecie, cha cha
      cha. Żart taki to był. Nie śmiem nawet namawiać. Wołoduch namawiał, namawiał i
      co? Znikł! Ja chcę tu jeszcze spokojnie pobyć... wink
      • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 12:39
        cha cha cha

        no napisalam to cha cha cha i teraz czekam tongue_out
        • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 12:43
          asia.sthm napisała:

          > cha cha cha
          >
          > no napisalam to cha cha cha i teraz czekam tongue_out
          ...
          To ja napiszę troche inaczej.
          Ha!
          I też czekam.smile
          • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 12:48
            Poczekam sobie z Wami, co? wink
            P.S. To cha cha zerżniete z Guruy jest i ma większą moc sprawczą podobno.
            • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:05
              Moje HA! było dla dodania sobie animuszu. smile
          • stara.gropa Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:10
            To ja napiszę trochę inaczej.
            Hau, hau!
            I też czekam, a nawet szczekamsmile
            • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:12
              Kto wie jak robi zyrafa?
              • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:13
                ??????????????????
                • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:17
                  Alez Ty sie pieknie dziwisz smile)
                • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:17
                  Żyrafa robi wysoko. Więc na dole łatwiej zobaczyć, niż usłyszeć smile))
                  • stara.gropa Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:21
                    Żyrafa robi na gęsto.
                    • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:36
                      > Żyrafa robi na gęsto.

                      Cholera, nawet nie wiem czy zyrafy miewaja sraczke na piaty zagon.
                      Jak ja malo wiem zyrafach sad

                      Chodzilo mi jednak o to jak robi geba.
                      - Jak robi kotek ?
                      - Jak robi piesek ?
                      - Jak robi kaczuszka ?
                      to wszystko, to nawet nasza Kalinka juz z pewnoscia wie, ale jak robi zyrafa to
                      nikt. I ja sie pytam, bo mi potrzebne.

                      I wiem ,ze robi wysoko i ciezko to podsluchac, a widzi sie tylko ruszanie geba.
                      To druga dzisiejsza zagadka i tylko dla tych najodporniejszych nerwowo.
                      • stara.gropa Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:40
                        Może tak: pfyy.
                        • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:43
                          Pani Prezes mysli, ze to jest zgaduj zgadula ?
                          Nie prosze pani, tu chodzi o naukowe podejscie do tematu.
                          • stara.gropa Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:46
                            Łikend poświęcę na naukowe podsłuchiwanie żyraf w zoo.
                            • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:55
                              Kochana Stara Gropo, przy okazji podkradnij sie chylkiem do sloni,co
                              Dwie muchy mozna ubic jednym chlapnieciem, taka okazja smile))))

                              A za poswiecenie likendu w celach naukowych , uznanie ogolnoswiatowe bedzie,
                              moze nawet i Nobel.

                              A jesli chodzi o Nobla, to ten pan z Turcji sprzatnal nam w tym roku sprzed
                              nosa, ale nieszkodzi, zasluzyl sobie tez wink
                        • g0p0s Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:47
                          Tu jej nie ma:
                          kola.lowiecki.pl/ao/glos.htm
                          A żyrafa może pyrka?
                          • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:57
                            Jeśli chodzi o odgłos paszczowy, to optowałabym za ciumkaniem połączonym z
                            lekkim mlaśnięciem. W tym celu należy wysunąć język z na całą długość, omieść
                            nim brodę, po czym wciągnąć go energicznie, uderzajac nim o zęby przednie, przy
                            jednoczesnym głośnym przełknięciu śliny. Przed prezentacją można zjeść kilka
                            liści akacji, w celu zwiększenia ślinotoku i uzyskania lepszego efektu
                            akustycznego.
                            Innych odgłosów paszczowych żyrafy chyba nie stwierdzono, najprawdopodobniej z
                            tego powodu, iż przy każdej żyrafie nawet najwyżsi badacze są wzrostu
                            siedzącego psa. Kurduple, po prostu.
                            • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 14:02
                              Kolezance Grohce dziekuje za wybitnie naukowe podejscie do tematu.
                              Instrukcja jak zywa smile)
                              • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 14:08
                                Polecam się na przyszłość. Wszelkie instrukcje dotyczące odgłosów paszczą, to
                                moje hobby.
                                • g0p0s Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 14:41
                                  A dżdżownica?
                                  • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 16.12.06, 00:29
                                    g0p0s napisał:

                                    > A dżdżownica?

                                    Co powiedzieć i jak nie popełnić gafy,
                                    Gdy zaskoczy nas pytanie: jak robią żyrafy?
                                    Bo pies szczeka, kot miauczy, no i mruczeć potrafi,
                                    Lecz, cholera, jak robi paszczą żyrafa?
                                    Żyrafi??
                                    Bo dżdżownica jak, to raczej wiadomo:
                                    Posługuje się w tym celu drugą, cieńszą stroną.
                                    Żuje wolno pyszną glebę i z rozkoszy cała drży,
                                    A z otworu gębowego płynie ciche:
                                    Dżdżdż...
                                    wink
                                    • g0p0s Re: Opowiadanka do porannej kawy 18.12.06, 11:16
                                      smile))
                                    • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 18.12.06, 12:24
                                      Wyjatkowo gadatliwa dżdżownica nam sie trafila smile)
                                      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 18.12.06, 12:29
                                        A co z żyrafą? To już wszystko? sad
                          • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:58
                            > Tu jej nie ma:
                            > kola.lowiecki.pl/ao/glos.htm

                            Szkoda sad
                            wieczorem sobie wszystkiego poslucham i moze sie czegos pozytecznego naucze
                            Dzieki.
                            • goonia Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 18:24
                              A moze zyrafa to elegancka jest i nie ciumlaska przy jedzeniu?
              • g0p0s Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:21
                Bal maskowy się kroi?
                • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 13:32
                  Cholera, a ja właśnie muszę Was opuścić i udać się do obowiązków. Poczekajcie
                  na mnie, co? Zaklepuję sobie maskę ślicznej lwicy w wieku niezbyt podeszłym!
                  Zresztą, w ostateczności może być upiorna morda z dyni. Byle lekko dyndała na
                  wietrzesmile
      • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 15:59
        Woloduch nie znikl, tylko sie nie wypowiada. Namawial nie bedzie, jest to bowiem
        tak samo pozyteczne jak rzucanie grochem o sciane lub wolanie na puszczy.
        Chceta, to piszta, nie chceta, to...

        Pozdrawiam

        Woloduch
        • meduza7 Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 18:23
          Mało się przez was nie udławiłam... Czytanie przy jedzeniu jest niebezpieczne!
          Udławiona Meduza robi ghrrrrr....!
          • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 18:51
            Wołoduchu, ejże! Gorycz to, czy łagodna rezygnacja? Miarkuj się Waćpan! Nie
            uchodzi, no - nie uchodzi...
            P.S. Meduzo, oddławionaś już, czy poklepać po plecach? Klepiąca Groha robi:
            klep, klep... smile)
            • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 19:19
              Oczywiscie, ze gorycz. Tak chce cos rano poczytac, a tu... ani opowiesci, ani
              bajeczek, ani opowiadanek. Sam pisal nie bede!

              Pozdrawiam

              Woloduch
              • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 19:30
                Sam, to nie. Samotność doskwiera. Ale jakby tak czasem razem, tutaj, jakieś
                opowiadanko...? I wespół zespół, wespół zespół, by żądz... nie, nie tak. By
                niemoc móc zmóc!
                • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 19:32
                  Przez prawie rok do tego namawiam. Odzew prawie zerowy. Zmeczonym...

                  Pozdrawiam

                  Woloduch
                  • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 15.12.06, 20:23
                    Rozumiem. Odpoczynek wojownikowi się należy. Jam niewiasta do ciągłej
                    krzątaniny nawykła, to i odporniejsza na różne przeciwności. I pewnie dlategom
                    nie zmęczona jeszcze, że miast wojować, siadam w kącie i tkam sobie cichutko na
                    innych nie patrząc. Zawszeć to jakaś rozrywka i zajęcie dla rąk niewieścichwink
    • groha Re: Opowiadanko trzecie 06.01.07, 03:31
      Włamywacz i stare firanki.
      Uwielbiałam odwiedzać ciotkę Helenę. Najmłodsza siostra mamy mojej mamy w
      niczym nie przypominała naszej ukochanej, lecz co tu kryć – nieco apodyktycznej
      i surowej babci Wisi, która swą szczupłą ręką potrafiła utrzymać w domu
      wojskowy dryl, wzorowy ład i sterylny porządek. Okrąglutka, jak pączek ciotka
      akurat tego nie potrafiła i obowiązkami domowymi przejmowała się raczej
      średnio, za to była uosobieniem czystej radości życia, które wbrew pozorom nie
      zawsze upływało jej w cudownej beztrosce i dokopało jej wcale nie mniej, niż
      innym, a na pewno grubo powyżej średniej krajowej. Po prostu, wszelkie życiowe
      przeszkody brała ze śpiewem na ustach, zmieniając repertuar w zależności od
      sytuacji: raz były to żywe czastuszki, innym razem rzewne wschodnie dumki, a z
      chwilą przejścia na zasłużoną emeryturę – wyłącznie najnowsze przeboje
      polskiego radia. Bowiem ciotka Helena, z reguły utrzymująca swój wiek w
      wielkiej tajemnicy, postanowiła na zawsze pozostać młoda, nigdy się nie
      zestarzeć i basta. Udawało jej się to do tego stopnia, że chyba nie zdziwiłabym
      się zbytnio, gdyby nagle się okazało, iż jestem od niej dużo starsza...
      Kochałam także jej dom na samym końcu miasteczka, pod samymi Sudetami. Za duży,
      jak na potrzeby samotnej wdowy, stał w środku dzikiego buszu, który pewnie za
      czasów grafa von Kuhnendorfa, czy jak mu tam, był pięknym i zadbanym ogrodem, a
      od chwili, gdy stał się rekompensatą za straty poniesione przez ciotkę w innej,
      nagle obcej części świata, rósł sobie szczęśliwie, dziko i radośnie. Jak
      wszystko, co ciotkę otaczało. Dotyczyło to także przedmiotów. Całego ich
      mnóstwa, będącego pozostałością po familii wspomnianego grafa, oraz nowszych,
      zbieranych przez ciotkę trochę bez ładu i składu, lecz z prawdziwą pasją
      kolekcjonera wszystkiego – od pamiątek rodzinnych, po zwykłe śmieci. I to
      właśnie było najwspanialsze w tym domu, że nigdy nie było się pewnym, na co się
      człowiek natknie w jakimś kącie: na srebrną papierośnicę po grafie Von und Zu,
      czy na stary siennik po Iwanku, ostatnim ukochanym psie ciotki, po którym wciąż
      nosiła w sercu tak ciężką żałobę, że nie mogła zdecydować się na jego następcę.
      A w ramach zaspakajania instynktu opiekuńczego, dokarmiała, leczyła i hołubiła
      całe tabuny okolicznych sierot, niezależnie od gatunku, z ludzkimi włącznie.
      Ciotka Helena była nietuzinkowym, wspaniałym człowiekiem, po prostu. Wszystko
      to sprawiało, że w każde wakacje leciałam tam, jak na skrzydłach, lekceważąc
      młodzieżowe kolonie, obozy i inne zbiorowe atrakcje. Właściwie - tłukłam się
      przez pół Polski pociągiem, którego siłę napędową stanowił wspaniały, dymiący i
      stękający z wysiłku parowóz. No i pewnego razu, wraz ze mną, wsiadła do
      przedziału zła godzina...
      Późno popołudniowe drzemki należały u ciotki do codziennego rytuału, do
      którego, o dziwo, przystosowywałam się natychmiast po przyjeździe, chociaż w
      domu żadna siła, oprócz ciężkiej choroby, nie byłaby w stanie położyć mnie w
      dzień do łóżka. Tego dnia również senność zmogła mnie natychmiast po zjedzeniu
      kopiastej góry kopytek ze skwareczkami i zasnęłam martwym bykiem, nie słysząc
      wychodzącej ciotki, która po odbębnieniu swojej porcji króciutkiej drzemki,
      udała się na codzienną partyjkę remika do księdza proboszcza.
      Z głębokiego snu obudził mnie dziwnie długotrwały chrobot w zamku, jakby ten co
      w nim grzebał miał alkoholowe trudności z trafieniem kluczem do jego dziurki.
      Czyżby ciotka, w przypływie nagłego szaleństwa, aż tak dała się ograć księdzu,
      że ten ugościł ją swoją słynną nalewką, o której krążyły legendy, ale dotąd
      nigdy żadna świecka osoba nie dostąpiła zaszczytu jej skosztowania? Nawet
      jeśli, to wątpliwe, by poświęcił aż tyle specyfiku, ciotka miała mocną głowę.
      Ciche skrzypnięcie drzwi zastopowało moją chęć zerwania się z łóżka, celem
      zobaczenia zalanej ciotki. To nie mogła być ona. Ona zawsze, nawet po ciężkiej
      przegranej w karty, wchodziła do domu z mocnym trzaśnięciem drzwiami. I śpiewem
      na ustach. Błysk latarki w korytarzu utwierdził mnie w tym przekonaniu na mur i
      spowodował nagłą jasność w moim umyśle i jeszcze większą panikę - Jezus Maria,
      włamywacze...! Wiedzą, że ciotki nie ma! Wyniosą wszystko! Wejdą tutaj i
      pozbędą się świadka, czyli mnie...! Pewnie dadzą mi w łeb, albo uduszą...!
      Matko kochana, uciekać! Schować się gdzieś...! Dzwonić na milicję...! Ratunku!
      Z tego wszystkiego sparaliżowało mnie całkiem i nie zdążyłam się ruszyć, ani
      otworzyć gęby. Ciche szuranie dobiegało teraz z salonu, do którego przylegał
      mój pokój, czyli bandyci zaraz tu wejdą i koniec pieśni. Przestanę się dobrze
      zapowiadać. A rodzina tak na mnie liczy... I co? Będę leżeć, jak ta owca i
      czekać na rzeź? W dodatku słuchając spokojnie, jak oprawcy wybebeszają dom
      ukochanej ciotce? O nie, żadne takie! Jak zginąć, to z honorem...
      cdn.
      • groha Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 03:45
        Zerwałam się z łóżka, usiłując nie zgrzytnąć ani jedną zabytkową sprężyną i na
        paluszkach udałam się w stronę drzwi, pewnie po to, żeby skrócić swe męki i dać
        się zabić od razu, ale jedno skrzypnięcie deski w korytarzu zmiotło mnie z
        powrotem do pokoju i ulokowało za ciężką, pluszową kotarą, ozdabiającą wielkie
        weneckie okno. Za którym, nawiasem mówiąc, było jeszcze całkiem jasno, bowiem
        pogodny, letni zmierzch zapadał powoli i z wielkim ociąganiem, jak zwykle. Po
        co więc tym bandziorom latarki? Chyba, że cierpią na kurzą ślepotę. Ilu ich w
        ogóle jest? W tym momencie serce skoczyło mi do uszu – ślepy, czy nie, jeden z
        nich właśnie wchodził do pokoju... Pewnie usłyszał to moje serce, które
        zasuwało, jak młot parowy... Szmery dobiegające z drugiej strony kotary,
        sugerowały jednak, że ten ktoś ma w nosie moje dudniące organy, bo właśnie
        zajął się odsuwaniem szuflad w komodzie. Czyli stanął tyłem do okna, inaczej
        nie ma prawa mu się udać wyjąć żadnej z nich. Były ogromne, wypaczone i
        ciężkie, jak diabli... Spojrzałam ostrożnie przez dziurkę przy ozdobnym
        frędzlu. Był sam! Jeden! Średnio wielki, w jakiejś czarnej szmacie na głowie,
        dlatego pewnie ślepy. I jakiś słaby chyba, bo szarpał się z górną szufladą, aż
        mu ta szmata odskakiwała, a mebel ani drgnął. W takim tempie, to mu do jutra
        zejdzie, ma jeszcze trzy do wyszarpania... Oderwałam na chwilę wzrok od dziury
        i wtedy zobaczyłam broń. Stała w kącie za kotarą, na malutkie wyciągnięcie
        ręki. Dwa starej, solidnej roboty, mosiężne karnisze, zakończone z obu stron
        czymś w rodzaju frymuśnych, ozdobnych szpikulców. Obok, na parapecie, w
        wiklinowym koszyku, piętrzyła się cała góra żabek na kółkach, a na podłodze
        kłębił się kołtun mocno poszarzałych firanek. Niewątpliwie rzuconych tam przez
        ciotkę i zapomnianych natychmiast po zawieszeniu nowych. Wspaniały wybór broni
        na chwilę mnie ogłuszył, po czym złapałam po jednej sztuce do każdej ręki i z
        furią ruszyłam do ataku na wroga...
        - O kur... – zdążył tylko jęknąć, gdy końcem karniszowej dzidy walnęłam go na
        oślep, starając się jednocześnie zarzucić mu na łeb sieć ze skłębionej firanki.
        Udało się tylko dlatego, że właśnie klęczał, szarpiąc się z drugą szufladą od
        dołu i nie spodziewał się ataku. Na wszelki wypadek walnęłam go jeszcze raz w
        tę szmatę na łbie, żeby mu coś głupiego do niego nie przyszło i na chwilę
        zapanował spokój. Bandzior leżał na brzuchu, nieruchomy i niegroźny, jak
        żuczek... Oddychał, czyli był całkiem żywy, tyle, że chwilowo całkowicie
        pozbawiony mocy przerobowych. No, teraz szybko związać wieprza i dzwonić po
        milicję! Niestety, nic odpowiedniego do wiązanie nie miałam pod ręką, a wieprza
        wolałam mieć na oku, by w razie jego ocknięcia, niechcący nie doszło do zamiany
        ról. Może i nie należał do wybitnych siłaczy, ale na pewno był o wiele
        silniejszy ode mnie. Żabki!! To nie było jakieś współczesne barachło, nie
        mogące utrzymać leciutkiej, jak piórko, tiulowej firanki, lecz porządne,
        wielkie krokodyle, których ostre zęby prędzej zżarłyby grubą kotarę, niż ją z
        siebie wypuściły. Po krótkiej chwili, to samo zrobiły z nogawkami spodni i
        rękawami łobuza, zagryzając je i łącząc w pary na mur. No, może na mały murek.
        Na wszelki wypadek, spięłam nimi także tę szmatę, która przy bliższych
        oględzinach okazała się jakąś rozwleczoną czapką, z kokonem firanki, żeby
        padalec nie mógł ruszyć łbem, bo właśnie zaczął i skończył mi się materiał
        unieruchamiający. Luźne kółko bez żabki, które pozostało nie wykorzystane,
        pasowało akurat do włożenia w nie obu kciuków i ostatecznego obezwładnienia obu
        brzydkich rączek, więc wbiłam je bez litości, troszkę na siłę, nie zważając na
        dźwięki dochodzące z wnętrza szmat. A na koniec złapałam krzesło i ustawiwszy
        je okrakiem nad delikwentem, opadłam na nie z wielką ulgą. Nie zapominając o
        ponownym uzbrojeniu się w karnisz.
        - Cicho! Bo zabiję! – wrzasnęłam i dźgnęłam lekko w ruszający się pod krzesłem
        tyłek, który natychmiast znieruchomiał.
        Teraz dzwonić po milicję! Telefon był w salonie... Ale jak zejść z tego krzesła
        i zostawić to bydlę samopas? Gdyby tak udało się tę dzidę oprzeć jednym
        kłującym końcem na jego odwłoku, a drugi koniec zaklinować w tej najwyższej,
        wysuniętej szufladzie... Udało się. Po chwili znów siedziałam na krześle nad
        bandytą i czekałam na stróżów prawa. Mogłam się nawet powachlować kawałkiem
        firanki, ręce miałam przecież wolne. Unieruchomiony karnisz przygważdżał, żabki
        trzymały, a firanka omotywała, jak należy, czyli odwalały za mnie całe
        pilnowanie, aż miło było patrzeć.
        Panowie milicjanci w liczbie dwóch, którzy po kwadransie przybyli na miejsce
        włamania, starali się ze wszystkich sił zachować powagę i na wybuch
        nieokiełznanej radości pozwolili sobie dopiero po załatwieniu wszystkich
        formalności i załadowaniu do milicyjnej Nyski sprawcy rzeczonego czynu, którym
        okazał się częsty gość miejscowego posterunku, niejaki Kobył Jan, syn Rudolfa i
        Anieli, uporczywie uchylający się od uczciwej pracy, za to nie stroniący od
        kieliszka. Najwięcej czasu zmitrężyli przy uwalnianiu kciuków rzeczonego Kobyła
        z mosiężnego kółka, zastanawiając się nawet, czy nie wezwać na pomoc ślusarza,
        ale w końcu, przy pomocy mydła i oleju rzepakowego, jakoś udało im się je
        zastąpić normalnymi kajdankami. Do przesłuchania mnie, jako świadka jednak nie
        doszło, bowiem pan władza zdołał tylko zapytać:
        - Jak... – i spojrzawszy na karnisz, który wciąż trzymałam w ręce, jak dzidę,
        na kłąb firanki spienionej u mych stóp, jak brudna fala oraz na rozsypane
        dookoła żabki, szczerzące ząbki, jak krokodylki, wydał z siebie dziwny dźwięk i
        uciekł do ogrodu. A kolega natychmiast podążył jego śladem i zataczając się ze
        śmiechu, spadł z dwóch ostatnich schodków i tam już pozostał, wijąc się, jak
        dżdżownica i kwiląc, jak majowe ptaszę.
        Otrzeźwiał dopiero wtedy, gdy usiadła na nim ciotka Helena, która potknęła się
        o jego nogi, gdyż wracała z remika u księdza proboszcza w jeszcze doskonalszym
        nastroju, niż zwykle i śpiewała sobie wesolutko: gdyy mi cieebiee
        zaaabraaaknieee.... ta ra ra ra...
        Koniec.
        • woloduch1 Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 04:19
          Sliczne opowiadanko! Brawo Groha! Biiiiiiiiis!!!

          Pozdrawiam

          Woloduch
          • groha Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 12:24
            Na widok tego "iiiiiiii" przypomniał mi się słynny dialog: co tak piszczy? O,
            przestało... smile))
            Dziękuję Wołoduchu, fajnie, że Ci się podoba. Uroczy pastisz, nieprawdaż? wink))
            Cóż, trzeba sobie jakoś zabijać ten czas bez nowych książek Guruy. A nie
            pozabijałbyś go sobie tak samo, co? Czytać też lubię, pasjamismile
            • asia.sthm Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 12:44
              Cud miod ultramaryna smile)))
              U mnie zabki od dzis nazywaja sie krokodylki, juz na stale sie przechrzcily.
              Grohus, dzieki za ukrokodylkowanie mi soboty.
              smile)
              • groha Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 12:58
                Ależ proszę bardzo, Asiu, dla Ciebie - wszystko! Mam jeszcze takie piranijki do
                trzymania prania, oraz malutkie szczypawki, niestety, bez ząbków smile
                • asia.sthm Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 19:58
                  > trzymania prania, oraz malutkie szczypawki, niestety, bez ząbków smile

                  piranijki przyjmuje bez szemrania...szczypawki tez, bo przeciez one nie maja
                  zabkow, wiec sie nie czepiam. Szczypawki maja szczypeczki, po co im zabki?

                  Uwazam ,ze powinnac opatentowac owe nazwy. Przyjmuja sie tak latwo, ze glupio
                  sie na tym nie wzbogacic.
                  • lylika Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 20:08
                    > Uwazam ,ze powinnac opatentowac owe nazwy. Przyjmuja sie tak latwo, ze glupio
                    > sie na tym nie wzbogacic.
                    ...
                    Pojutrze jadę do Urzędu Patentowego i zrobię to za Grohę. Oczywiście na Jej rzecz.
                    • asia.sthm Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 20:12
                      > .. jadę do Urzędu Patentowego i zrobię to za Grohę. Oczywiście na Jej rzecz.

                      Jej czy nasza wspolna, TWCH... na jedno wychodzi , co nie?
                      • lylika Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 20:36
                        asia.sthm napisała:

                        > > .. jadę do Urzędu Patentowego i zrobię to za Grohę. Oczywiście na Jej rze
                        > cz.
                        >
                        > Jej czy nasza wspolna, TWCH... na jedno wychodzi , co nie?

                        ...
                        Javisst.
            • woloduch1 Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 19:12
              Ty, Groho, to jak ten rotmistrz: posil, prosil i uprosil... Juz masz, We
              wlasciwym watku. I nie mow potem ze Ci umknelo...

              Pozdrawiam

              Woloduch
        • lylika Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 06.01.07, 19:40
          Olej rzepakowy przebił wszystko. Nawet nazwisko włamywacza. Umarłam ze śmiechu, no umarłam i będziesz winna mojej śmierci.
          • edeka5 Re: Opowiadanko trzecie, cz. 2 i ostatnia 07.01.07, 20:52
            Grohuś, dopiero dzisiaj dopchnęłam się do forum i zamarłam z wrażenia, że przegapiłam nowe opowiadanko. Ja poproszę o jeszcze. Taka bezczelna będę.
            A olej rzepakowy jest lepszy od oleju słonecznikowego i sojowego, ze względu na odpowiedni stosunek kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6. Właśnie wróciłam z wykładów w IŻŻ wink
            • groha Re: Zaraz będzie :) 08.01.07, 12:08
              Edeko, poważnie tak jest z tym olejem rzepakowym?? No, patrzcie państwo, w
              życiu bym się nie spodziewała. A jesteś pewna, że wykładowca nie lobbował na
              rzecz krajowych producentów rzepaku? Pardon, ale cholercia, człowiek taki jakiś
              nieufny się teraz zrobił...
              Jeśli zaś chodzi o opowiadanko, to bardzo proszę, zaraz niżej zamieszczam. Mnie
              dwa razy powtarzać nie trzebasmile)
    • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.1 08.01.07, 13:22
      W jaki sposób całemu towarzystwu udało się uzgodnić takie szczegóły, jak termin
      i miejsce spotkania, tego nie sposób opisać. Szczególnie, że nie było ono
      zwyczajne, lecz wyjazdowe, czyli wręcz niemożliwe do realizacji. Trwało to
      wprawdzie dosyć długo, ze dwa lata z kawałkiem, ale w końcu się udało, co
      zgodnie zostało uznane za najprawdziwszy cud.
      Bo już sam pomysł był niemal czystym szaleństwem – postanowiono wspólnie
      przepłynąć większy kawałek świata, czyli ruszyć na Mazury, śladami Tereski i
      Okrętki. Z wiernym zachowaniem istotnych szczegółów, czyli: z namiotami,
      kajakami, materacami dmuchanymi, wędkami, patelniami itd. Posiłkując się
      pamięcią Xkropki, znającej całą lekturę na pamięć, wspólnymi siłami sporządzono
      listę koniecznych akcesoriów, dokładną mapę terenu i plan całej wyprawy,
      ustalono miejsce oraz datę spotkania, i sprawa zaczęła nabierać rumieńców. Na
      wyraźną sugestię Goposa zrezygnowano jednak ze wspólnego łapania okazji na
      rozgrzanej szosie w pobliżu Łomży, zgadzając się, że to już byłoby zbyt wielkie
      ryzyko. Biorąc pod uwagę znaczny upływ czasu, który sprawił, że ruch
      samochodowy, w porównaniu z tamtą czerwcową niedzielą, znacznie wzrósł, za to
      wyraźnie spadła jakość obyczajów, istniała realna obawa, że moglibyśmy już
      nigdy się nie spotkać. Co najciekawsze, w tym zgoła szaleńczym przedsięwzięciu
      zdecydowała się wziąć udział tak liczna rzesza członków TWCh, że koleżanka
      Małża zgłosiła nowy problem: otóż bohaterki były tylko dwie, a na każdym kroku
      napotykały bariery nie do pokonania, więc co będzie, gdy zwalimy się tam taką
      czeredą i czy nie zaszkodzimy przyrodzie. Problem upadł, gdy koleżanki
      Bumbeckie, ekspertki w dziedzinie kajakarstwa i tamtych okolic, stwierdziły, że
      nie zaszkodzimy, bo po pierwsze: my już wiemy, gdzie są rezerwaty, a po drugie,
      przecież znamy się na ochronie przyrody, jak na wszystkim, czyli doskonale. Co
      więcej, na rozwalanie kamiennych kopców raczej nie mamy co liczyć, więc różne
      utrudnienia oraz inne niespodziewane atrakcje mogą być dla nas jedyną rozrywką.
      Oprócz machania wiosłami, rzecz jasna. Czyli jakoś to będzie. Wszelkie wahania
      wzięły w łeb, gdy swoje uczestnictwo potwierdzili przedstawiciele sekcji
      zagranicznych, ze szwedzką, brytyjską i kanadyjską na czele. Już sama
      perspektywa zobaczenia na własne oczy Wołoducha sprawiła, że całe towarzystwo
      ogarnął dziki entuzjazm. Oraz wiara, że w takim składzie, to możemy wszystko,
      innej możliwości nie ma. Wprawdzie Stara Gropa usiłowała łagodnie perswadować,
      że powinniśmy raczej wierzyć w ślepe szczęście, niż w zbiorowy rozsądek, ale w
      końcu poddała się większości, najprawdopodobniej uznawszy, że Opatrzność zwykle
      czuwa nad wariatami, więc może i nad nami się zlituje.
      Wreszcie nadeszła ta jedyna, wymarzona i niepowtarzalna chwila, która
      spowodowała, że małe pole namiotowe z parkingiem, położone między drogą ze wsi
      Surwile, a brzegiem Mamr, zaczęło przypominać miejski plac targowy w godzinach
      szczytu. Malowniczo kotłujący się tłum samochodów, pakunków, ludzi, na przemian
      padających sobie w objęcia i rozwlekających przywiezione mienie, oraz ogólnie
      panujący rejwach sprawiły, że wkrótce cały teren otoczył wianuszek
      zafascynowanych zjawiskiem gapiów, zlatujących się z całej okolicy. A było na
      co popatrzeć i czego posłuchać...
      - Wszelki duch... Wołoduch! – wrzeszczała mała, obcięta na jeża blondyna przy
      kości, która co chwilę, dyskretnie masowała sobie odwłok. Widocznie jej
      drętwiał.
      - Asia, ależ masz piękny ten ogonek...! – tubalnym głosem wołał postawny brunet
      z bujnym wąsem, dusząc w objęciach fertyczną kobietkę z imponującym warkoczem.
      - Lyliiiika, masz huszt? Będziesz smażyć hyby? Podobno najlepsze są z husztu! –
      dopytywał arystokratycznym głosem młody szatynek w nienagannym ubranku,
      niecierpliwie szarpiąc za rękaw szczupłą kobietę w cudnej blond peruce, która
      nie zwracała na niego żadnej uwagi, zajęta podtykaniem czegoś pod nos brunetki,
      stojącej spokojnie obok.
      - Edeko, jak myślisz, czy to masło nadaje się jeszcze do czegoś? Edeko!
      - Edytaaa! Gdzie naleewkiiii? – wołały dwie dziewczyny z głębi rozbebeszanego
      bagażnika.
      - Cholera, ruptury dostanę! – denerwowała się trzecia, wywlekając na trawę
      jakiś wór gigantycznych rozmiarów.
      - Jezu, zapomniałam wędki...!! – jęczała rozdzierająco drobna w okularkach,
      siadając z rezygnacją na wielkim kretowisku.
      - Stara Gropo! Stara Gropo! Stara Gropo! – rozlegało się po całym parkingu.
      Zrozumiałe więc, że w tym pandemonium nikt nie zwrócił uwagi na młodego faceta
      w granatowej koszulce z napisem: Poczta Polska, który stał sobie tuż nad wodą i
      nie niepokojony przez nikogo, z zapałem oglądał całe towarzystwo, zerkając co
      chwilę do wielkiego notatnika, jakby dla porównania, czy stan faktyczny zgadza
      mu się z opisem...
      c.d.n.
      • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.1 08.01.07, 13:47
        O Jezisicku, o jerumpajtasz jakie to pasjonujace !!
        Grohus, czy ktos ci juz mowil jaka Ty jestes wspaniala ??
        No ludzie !! Nastepna epopeja nam sie szykuje ! Nastepny Nobel !

        PS. Blagam, nie pozwol mi z upiaszczonym tylkiem wystapic. Zawsze tylko z
        otrzepanym. Dziekuje pieknie.
      • woloduch1 Re: Opowiadanko czwarte, cz.1 08.01.07, 16:48
        Piekne, naprawde piekne! Teraz nie daj nam czekac zbyt dlugo na dalszy ciag,
        prosze...

        Pozdrawiam

        Woloduch
        • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 02:03
          O nocnym zwiedzaniu jeziora Mamry nawet mowy być nie mogło, gdyż nie istniała
          taka siła, która przerwałaby bankiet powitalny, jaki rozpoczął się natychmiast
          po rozbiciu namiotów i porzuceniu przywiezionego sprzętu pływającego na stertę
          pod pustą budką z napisem: WOPR. Nikomu nawet do głowy nie wpadło, żeby tracić
          czas na jego rozpakowywanie, składanie i wodowanie, więc wyjątkowo zgodnie
          zdecydowano odłożyć te upojne zajęcia do jutra. Panująca jednomyślność aż biła
          po oczach i wręcz zapraszała złą godzinę, by w końcu nadleciała...
          Zrozumiałe więc, że następny dzień, równie słoneczny i piękny, dla większości
          zaczął się dopiero koło południa. Wprawdzie znalazły się ranne ptaszki, które o
          godzinie 8 rano, dziarskim głosem chciały zarządzić pobudkę i różnymi sposobami
          wjeżdżając na abicję koleżanek i kolegów, zachęcały do realizacji wcześniej
          podjętych planów, ale nie spotkało się to z żadnym odzewem, gdyż zmęczone
          towarzystwo spało martwym bykiem i nic nie było go w stanie przerwać, nawet
          trąby jerychońskie. Powitalną balangę trzeba było odespać i cześć.
          - Co za idiota położył taką piękną rybę na słońcu? – zgorszyła się Lylika,
          która pierwsza oprzytomniała na tyle, by zabrać się za przygotowanie śniadania.
          Albo obiadu, wszystko jedno. Na dwóch koślawych deskach, udających stół, wśród
          resztek po nocnym bankiecie, leżał dorodny, choć mocno już zmatowiały od gorąca
          szczupak, szczerząc ostre zęby w swoim ostatnim, smutnym uśmiechu.
          - O Boże, będziemy go jeść...? – zapytała słabym głosem Groha, starając się nie
          patrzeć rybie w zmętniałe oczy.
          - Najlepszy jest w galarecie – oznajmił Groh rozmarzonym tonem, zaglądając
          rybie w skrzela – Ale chyba nie ten. Jemu już nic nie pomoże...
          - Po pierwsze, chciałabym wiedzieć, kto, kiedy, gdzie i na co zdążył go złowić –
          zapytała spokojnie Stara Gropa, usiłując patrzeć jednym okiem na szczupaka, a
          drugim ogarnąć całe towarzystwo, które zdążyło się już zebrać wokół stołu.
          - A, to faktycznie niewiele... – mruknął ktoś niewyraźnie i natychmiast umilkł.
          Jakoś nikt nie kwapił się z odpowiedzią, co świadczyć mogło tylko o tym, że
          obecni raczej nie mieli z rybą nic wspólnego. Przecież każdy głupi leciałby z
          triumfalnym wrzaskiem, gdyby udało mu się złowić taką sztukę i chwaliłby się
          zdobyczą na lewo i prawo.
          - Po drugie – jak zwykle spokojnie ciągnęła Stara Gropa – Chciałabym wiedzieć,
          gdzie jest Wołoduch.
          - Pewnie jeszcze w namiocie. Odsypia różnice czasowe. Wstanie za 6 godzin –
          poinformował uprzejmie Baron, patrząc jednocześnie ze wstrętem na rybę –
          Zróbcie z nią coś. Ona za chwilę zacznie się rozkładać!
          - O, patrzcie, jaki delikacik się znalazł. Zróbcie! Służba w domu została,
          niestety – zauważyła Edyta z podejrzaną słodyczą w głosie – A samemu sprzątnąć
          zwłoki nie łaska?
          - Czyje zwłoki, na litość boską?! – szepnęła ze zgrozą zaspana Małża, którą
          ominęła pierwsza część przedstawienia.
          - Bezdomna rybka nam się tutaj zalęgła – uspokoił ją Gopos – Termin
          przydatności do spożycia jej wygasł i właśnie zaczyna się dyskusja nad
          sposobem utylizacji. Może potrwać. Pijemy herbatkę?
          - Pewnie, że pijemy. Albo kawkę. A najchętniej mleczko. No, to raz-dwa!
          Wyrzucamy to rybie truchło z powrotem do wody, czy zakopujemy? – ponagliła
          towarzystwo Asia, wachlując się warkoczem, bo problem, podobnie jak południowe
          słońce, rzeczywiście stawał się palący.
          - A może poszukać jakiegoś biednego psa, albo kota? Pożywiłoby się biedactwo –
          nieśmiało zauważyła Never.
          - O nie! W życiu! – zaprotestowały jednocześnie M.Bumbecka i Groha – Zeżre, a
          potem zdechnie w męczarniach!
          - Pewnie, lepiej niech zdechnie z głodu... – zauważył z przekąsem Gastonlemiel
          i uskoczył w cień przed ich wzrokiem, który łącznie miał siłę rażenia co
          najmniej 1 megatony - Harpie...
          - Zostało trochę kiełbasy z ogniska, nie będziemy karmić zwierzątek ościstą
          padliną – zauważyła Marzenka z godnością, na co Goonia, sprawiająca dotąd
          wrażenie mało przytomnej, prawdopodobnie z powodu wspomnianej przez Barona
          różnicy czasowej, pokiwała głową z takim rozmachem, że walnęła wyżej
          wymienionego prosto w nos, na co ten, o dziwo, nie zwrócił żadnej uwagi. Bowiem
          wyłączył się chwilowo z towarzystwa, kontemplując przepastny lazur nieba i
          cudny błękit wody.
          - Dobra, nie bij mnie, zaraz wyrzucę, zaraz – zamamrotał tylko z
          roztargnieniem, nie odrywając wzroku od jeziora.
          - Mrowisko! Szukajmy mrowiska! – nagle przypomniała sobie Jotka i spojrzała z
          satysfakcją na Xkropkę, która tylko życzliwie się uśmiechnęła.
          - A może byśmy jednak coś zjedli? – zapytał Sławek, który z saperką w dłoni
          wyłonił się zza krzaków, gdzie obaj z Grohem zdążyli po cichu i z powodzeniem
          uporać się z rybim problemem.
          - O, zapomnieliście o papierze spod tej rybeczki! On też śmierdzi! –
          poinformowała ich Edeka, biorąc w dwa palce lekko rozmoczoną płachtę papieru –
          Zaraz, coś tu...
          - Gdzie. Jest. Wołoduch. – nagle głos Starej Gropy przedarł się na pierwszy
          plan i zabrzmiał, jak trzask łamanych kości.
          Reakcja była natychmiastowa. Wszyscy, jak jeden mąż, rzucili się do namiotu
          Wołoducha. Po chwili komisyjnie stwierdzono następujący stan rzeczy: namiot
          stał, wypełniony po brzegi rzeczami osobistymi, samochód z lotniskowej
          wypożyczalni wraz z innymi wygrzewał się na parkingu, jak na patelni, nie
          rozpakowany sprzęt pływający leżał nie tknięty na stercie. Lecz po samym
          Wołoduchu nie było śladu, ni popiołu...
          W ciszy, która z powodu lekkiego ogłuszenia sytuacją zapadła na małą chwilkę,
          nagle rozległo się głośne westchnienie Edeki, która z wypisanym na twarzy
          niedowierzaniem, wpatrywała się w brudny kawałek papieru.
          - Słuchajcie, tutaj pod tą rybą ktoś coś nabazgrał...
          Stara Gropa łagodnie wyjęła jej z rąk wymiętą płachtę i głośno przeczytała:
          - Nie wzywać policji, bo Wolowy Duch zginie.
          c.d.n.
          • woloduch1 Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 02:55
            No, no, no... Juz bylo dobre, a teraz jest jeszcze lepsiejsze. A te pytania,
            ktore sie same nasuwaja...

            1. Zemsta mafii ubeckiej? Ten pan w koszulce pocztowej... czyzby Pawlak?
            2. Zemsta mafii (Cosa Nostra)? Ta ryba...
            3. Zemsta niepiszacych? Wreszcie mozna osobiscie dopasc tego malkontenta!
            4. Zemsta piszacych? W koncu niemal zawlaszczyl watek...
            5. Mistyfikacja? Woloduch sie gdzies schowal i teraz smieje sie w kulak...
            6. Hapening? Ktos sobie robi jaja z Woloducha? A moze z TWCh?
            7. Gurua zbiera materialy do kolejnej ksiazki?
            8. Ktos niezaproszony na impreze sie msci?
            9. Ktos, kto do tej pory milczal na forum, chce sie ujawnic? I to z hukiem...

            Pytania mozna mnozyc, ale lepiej poczekajmy na ten ciag dalszy, ktory, jestem
            tego pewien, nie moze sie doczekac, kiedy wreszcie nastapi...

            Pozdrawiam

            Wolowy Duch (dobrze, ze nie Wolowa D...)
            • bumbecki Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 09:53
              Wołowy Duch jest the best smile)))
              Groha - bravo smile))
              jedna uwaga - palące słoneczko potrafi wygnać z namiotów największych
              śpiochów ... czasem tylko na wodzie można wytrzymać. Tak było na Sawicy gdzie
              upał wyganiał nas o 7 rano, mimo, że spać chodziliśmy prawie o świcie smile)
              • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 12:11
                O ludzie, toz to kryminal !
                Porwali Woloducha i teraz okup beda chcieli.
                Grohus, a Ty wiesz co sie z nim stalo czy tez mroki ?
                • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 13:30
                  Pewnie, że wiem, co się z nim stało, bo ja sobie zawsze najpierw w głowie
                  układam. I z tym właśnie, to kurczę u mnie jest najcięższa robota, żeby
                  posprzątać trochę... smile) Jednego tylko nie jestem pewna - czy zmieszczę się w
                  planowanym tryptyku, bo niechcący, jakby trochę mi się rozrosło. A w ogóle, to
                  miała być ta obiecana bajeczka dla Wołoducha... smile
                  Bumbecko, przecież my jesteśmy przewidujące towarzystwo, więc postawiliśmy
                  namioty w cieniu drzew i krzewów. Przed bankietem! smile)
                  • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 13:42
                    Przed bankietem to cien byl gdzie indziej. smile))
                    A w ogole to ja sie wogole nie czepiam. Zgadzam sie w namiocie ugotowac jesli
                    trzeba przywitanie odespac.
                    • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:01
                      asia.sthm napisała:

                      > Przed bankietem to cien byl gdzie indziej. smile))

                      Wiedziałam, jak słowo daję, wiedziałam, że to napiszesz smile)) Naprawdę, przed
                      sekundą miałam zamiar wspomnieć, że wieczorem sprawdziliśmy, gdzie rano będzie
                      cień i takie tam, ale mi się nie chciało. Boże, co za towarzystwo! My już nawet
                      jednakowo myślimy... smile))))
                      • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:10
                        A ja wiedzialam, ze wiedzialas ale bardzo mi sie chcialo to napisac. W oczach
                        mi stanelo jak to uzgadniamy przed bankietem. Nawet w uszach mam cala
                        dyskusje...bo dluga byla.
                        smile))))))))
                        • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:19
                          Chmielewskie bliźniaki jednojajowe my som, to dlatego smile)
                          • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 17.05.07, 22:59
                            Podbijam, bo mi sie przypomnialo big_grin
                            Wie ktos jak robi zyrafa ??

                            Ps zarty zartami ale taki piekny watek trzeba podbic.Ja jak ten bumerang z ta
                            zyrafa wink....bo nadal nie wiem
                            A tak naprawde to dla Gastonlemiela podbijam, niech ma.
                            • lylika Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 18.05.07, 08:12
                              Dobrze, że Ci się przypomniało. Może będzie jakieś opowiadanko? smile
            • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 13:53
              woloduch1 napisał:

              > Wolowy Duch (dobrze, ze nie Wolowa D...)

              A zaśbym tam śmiała spekulować na temat miejsc aż tak intymnych... Wołoduchu,
              ale nie obraziłeś się, prawda? To nie będzie żaden paszkwil, jeno coś w rodzaju
              pomnika, jak babcię kocham! Papierowego. Jeśli ktoś zechce sobie wydrukować,
              rzecz jasna. Z tymi pytaniami, to dobrze kombinujesz, ciepło, ciepło... Ale
              jeszcze nie całkiem gorącosmile
              • stara.gropa Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:21
                "głos, który zabrzmiał jak trzask łamanych kości"

                No dziekuję bardzo. Od dziś milczę jak grób.
                • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:34
                  Jezus Maria... Stara Gropo, to była tylko taka przenośnia literacka, nie majaca
                  nic wspólnego z rzeczywistością! A miałam napisać: gałęzi, cholera jasna, to
                  mnie jakieś licho podkusiło... Zresztą, też nie byłoby dobrze chyba. Obiecuję
                  więc, że taki incydent już się więcej nie powtórzy. Z drugiej strony,
                  przepraszam bardzo, że zapytam: Stara Gropo, czy można milczeć jeszcze
                  badziej? smile
                  • stara.gropa Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:51
                    Obiecuję
                    > więc, że taki incydent już się więcej nie powtórzy.

                    Niech się powtórzy!!! Błagam!!!
                  • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:53
                    Jezus Maria... Stara Gropo, to była tylko taka przenośnia literacka...

                    To sie nazywa onomatopeja - pamietam ze szkoly wink))))
                    Ze mna dzis sie nie da wytrzymac. Jutro bedzie lepiej.
                    • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 15:05
                      Asiu, nie mówi się: ono ma to peja, tylko: ono ma to pecha, tak bardziej z
                      hiszpańska brzmi wink))
                • edyta95 Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:47
                  cudo cudowne
                  w oczach mi stoi Edeka trzymająca papier w dwóch palcach, minę jej widzę
                  plastycznie piszesz Grohuś smile
                  brakuje mi tylko psów Marzenki B
                  • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 14:59
                    Uffff... Bo już myślałam, że z tego bolącego kręgosłupa, to całkiem na mózg mi
                    coś padło i zaczęłam stąpać po zbyt kruchym lodzie... smile)
                    Kurczę, ja jestem wzrokowiec cholerny, a dotąd nie miałam szczęścia widzieć na
                    własne oczy nie tylko psów Marzenki, ale kotów i gołębia również. O samych
                    Bumbeckich, to już nawet nie mówię sad
                    • bumbecki Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 16:11
                      psy, jak i reszta zwierzynca, nie kajakują smile)
                      co do cienia to ja się nie czepiam smile) tylko tak plastycznie piszesz, że mimo,
                      że styczeń to przypomniał mi się ten czerwcowy spływ, gdy po raz pierwszy
                      nikogo nie trzeba było poganiać do pakowania, tylko każdy z obłędem w oku
                      leciał do kajaczka aby tylko szybciej na wodę się dostać smile) Mimo, że namiociki
                      stały w cieniu drzew ... smile ale to była pogoda smile))
                    • april02 Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 16:23
                      Groho, jak zwykle wspaniale smile
                      Tak sobie kombinuję, ze może to Robin podrzucił rybkę, z tym, że on to dawał
                      już chyba wędzone smile Ale może mu się nie chciało, albo co?
                      Czekam na więcej smile
                      • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 09.01.07, 17:42
                        Aprilku, a u Ciebie jak? Bo czytałam o tych swołoczach i zgubionej wenie, ale
                        może chociaż jedno już wróciło do normy? Bez Luśki smutno, jak chol... no,
                        bardzo (pardon, coraz częściej muszę się gryźć w język, żeby nie używać wyrazów
                        brukowanych, bo mi się strasznie cisną, nie wiem czemu). Ze mną jest akurat
                        tak, że nie chwaląc się, boże Broń, akurat zdrowotnie trochę ze mną nie tego i
                        do żadnych ruchowych wysiłków się nie nadaję, czyli - mogę sobie siedzieć i
                        pisać do woli. Po prostu trochę bardziej mnie połamało, niż zwykle, więc mam do
                        wyboru - leżeć i kwiczeć, albo siedzieć i pisać. Jakoś to pierwsze mnie
                        brzydzi, wolę się rozbawić i Was, nadziejam, też troszkę, przy okazji. Macie
                        wtedy tak świetne działanie przecibólowe, że niech się wszystkie reklamowane
                        środki schowają! smile
                        • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 01:46
                          - No co się wygłupiacie? To nie miały być „Boczne drogi”, tylko „Większy
                          kawałek świata”! – pierwsza zaprotestowała April i to natychmiast wszystkich
                          odblokowało. Zresztą, w tym towarzystwie milczenie nigdy nie trwało długo, a
                          moment zaskoczenia zwykle był krótki, jak błyskawica. I na tym też polegał ich
                          nieodparty urok...
                          - I co, mamy go szukać na Dolnym Śląsku, czy w Szczecinie? To już lekka
                          przesada, naprawdę...
                          - E, sam wróci, jak Teresa. Ciekawe tylko, czy też jeździ po okolicy ze ścierką
                          na plecach...
                          - A to ostrzeżenie na rybie, to sam nabazgrał tak dla hecy, żeby nas w konia
                          zrobić?
                          - Na jakiej rybie? Na rybie nic nie było!
                          - Jakie nic? Łuski były! Zmarnowała się, bo jej nie oskrobał i nie wypatroszył,
                          głupek jeden.
                          - Kto, na litość boską?
                          - Słuchajcie, a może Wołoduch zna jakiegoś milionera w Kanadzie?
                          - A co, byłaś po niego na lotnisku i widziałaś kraciaste walizki panny Edyty?
                          - Przyznać się, kto wymyślił ten idiotyzm, bo zamorduję! Ja chcę wreszcie na
                          kajak!
                          - A kto ci broni? Leć i zobacz przy okazji, może siedzi gdzieś w krzakach i
                          czeka, aż go znajdziemy. Przy ognisku młodość mu się przypomniała, to kto wie,
                          może podchodów też mu się zachciało. Czarna Stopa, cholera jasna...
                          - Jezus Maria! A może się utopił?! Przecież my nawet nie wiemy, czy on umie
                          pływać!
                          - Spokojnie, w Kanadzie wszyscy umieją.
                          - Dobra, wygłupy wygłupami, ale mnie się ta ryba z tą kartką jakoś dziwnie
                          razem kojarzą...
                          - No, jedno i drugie śmierdzące, jak diabli.
                          - Kurcze, a może on coś wie i tego... Komuś się naraził?
                          - Ja też sporo wiem i co? Nawet mi podwyżki nie chcą dać...
                          - Skąd wiesz, może Wołoduchowi dali?
                          - W łeb?
                          - Nie, podwyżkę.
                          - Rany, uspokójcie się! Chętnie uwierzę, że to tylko żart, chociaż nie wydaje
                          mi się w stylu Wołoducha. Wygląda na poważnego faceta...
                          - A co, poważnych nie porywają?
                          - E, z wąsami i brodą, to każdy poważnie wygląda...
                          - Kurczę, to szkoda, że nie mam co zgolić, od razu czułabym się młodziej.
                          - Jak to, naprawdę nikt tego wcześniej nie zaplanował? To nie jest takie, że
                          gaszą światło i wołają: suprise??
                          - Matko kochana, zaraz oszaleję...
                          Wreszcie po długiej dyskusji, w atmosferze przypominającej giełdę nowojorską w
                          czasie gorącej sesji, powoli i z wielkim trudem, do wszystkich zebranych
                          dotarło, że zniknięcie kolegi nie było zaplanowaną częścią programu i nikt z
                          obecnych nie ma z nim nic wspólnego. Czyli Wołoduch znikł sam z siebie, lub
                          przy pomocy sił obcych. Wobec tego, należy się tym przejąć i rozpocząć jakieś
                          działania. Policja odpada, nawet bez rybiego ostrzeżenia, bo na nich jeszcze za
                          wcześnie. Po kilku godzinach od momentu zaginięcia żaden nawet długopisem nie
                          ruszy, nie mówiąc o innej części ciała. I to nie z lenistwa, lecz z winy
                          przepisów. Trzeba więc szukać na własną rękę, gdzie i jak się da, choćby po to,
                          żeby nie siedzieć bezczynnie.
                          Obiado-kolację zjedzono szybko i byle jak, a po godzinie na polu namiotowym
                          zostały tylko straże, tzn. Asia i Groha, które zgodnie stwierdziły, że z
                          różnych względów należy im się spokojniejsza robota, więc popilnują całego
                          dobytku z największą przyjemnością, a nawet tak ekstraordynaryjnie, że wszyscy
                          opryszkowie, ostrzący sobie na niego zęby, już powinni zacząć się modlić, by
                          ich bozia miała w swojej opiece. Reszta towarzystwa, nader sprawnie i bez
                          większych protestów, została podzielona przez Starą Gropę na grupy, które
                          natychmiast udały się w różne strony większego kawałka świata, celem jego
                          przeszukania, zdobycia języka, i co najważniejsze: znalezienia ukradzionego,
                          czy też zgubionego Wołoducha. Dwie grupy kajakowe, pod dowództwem Bumbeckich i
                          Sławka, postanowiły spenetrować jeziora Mamry i Dargin, a jeśli kondycja
                          pozwoli i ciemność nie zapadnie zbyt szybko, to może nawet zahaczyć o Dobskie i
                          Kisajno. Grupa piesza, pod dowództwem Groha, miała za zadanie oblecieć tyle
                          najbliższych wsi, na ile im nóg starczy i wypytać tubylców, czy nie wpadł im w
                          oko błąkający się facet z brodą. A przy okazji i odrobinie szczęścia - kupić
                          trochę dzikiego białka w postaci jajek od kur grzebiących. Grupa czwarta,
                          złożona z Barona, Goposa i Starej Gropy, postanowiła objechać samochodem całe
                          to wodne szaleństwo dookoła, poczynając od Sztynortu, przez Węgorzewo, aż do
                          Giżycka, zaglądając wszędzie tam, gdzie da się wjechać, albo gdy coś wyda im
                          się podejrzane. Istniało więc duże prawdopodobieństwo, że jak dobrze pójdzie,
                          wrócą dopiero pod koniec wakacji...
                          Jak można było przypuszczać, w tym całym przedsięwzięciu jedynie ciemność
                          zaczęła zapadać zgodnie z planem. Astronomicznym zresztą. Najdłuższe dni w
                          roku, na jakie niechcący natrafiono ze względu na odgórnie narzucony termin
                          wyprawy, sprzyjały ekipom poszukiwawczym aż nadto. Wracały bowiem wraz z powoli
                          zapadającym mrokiem, z wielkimi pęcherzami na różnych częściach ciała, obolałe
                          od wysiłku fizycznego i ochwacone ze szczętem. Niestety, bez Wołoducha. Jedynie
                          ekipa samochodowa i obie strażniczki, świeżutkie, jak wieczorna rosa, nie
                          zważając na panujące ciemności, nadal były gotowe do działania. Reszta
                          towarzystwa stanowczo odmówiła jakichkolwiek wysiłków, a niektórzy użyli nawet
                          słów budowlanych, by dosadniej zaznaczyć, gdzie mają taki urlop. Całą akcję
                          poszukiwawczą należało więc wstrzymać i poczekać spokojnie, co przyniesie jutro.
                          Niestety, okazało się ono całkiem do kitu...
                          c.d.n.
                          • woloduch1 Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 02:44
                            Cudne! Juz sie nie moge doczekac dalszego ciagu! On MUSI nastapic i to szybko!

                            Pozdrawiam

                            Woloduch
                            • edyta95 Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 08:30
                              nooooooo i.........
                              Grohuś i co, i co?
                              • g0p0s Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 13:56
                                Faaajnesmile
                                • stara.gropa Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 14:04
                                  To zabrzmiało jakbyś ziewałsmile)
                                  • g0p0s Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 14:12
                                    Ależ gdzież tamsmile
                                    • maalza Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 15:21
                                      bumbecki napisała:
                                      > psy, jak i reszta zwierzynca, nie kajakują smile)

                                      Miałam takiego, co kajakował. Wsiadał sobie do kajaczka i oglądał Boży świat z
                                      wody.

                                      Piękne!
                                      Kiedy będzie dalsza częśc? Groho, to jest znęcanie się nad ludźmi. To jak wtedy
                                      gdy odcinek serialu kończy się napisami końcwymi w samym środku mrożącej krew w
                                      żyłach akcji. Tylko tutaj nie ma nawet "W następnym odcinku..." smile
                                      • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.4, przedostatnia 10.01.07, 15:47
                                        Proszę bardzo, bez żadnego zanęcania i znęcaniasmile

                                        Obolałe towarzystwo wstało późno, w mocno skwaśniałych humorach, absolutnie
                                        niechętne do aktywnego działania i wszelkiego przymusu. Słońce, tuż po
                                        wschodzie, co chwilę chowało się za nie wróżące nic dobrego chmury, przez co
                                        wcale nie zrobiło się chłodniej, lecz jeszcze bardziej parno i duszno. Część
                                        jaj, zakupionych u miejscowej baby, okazało się zbukami, choć policzyła za nie,
                                        jak za świeżo wyjęte kurom spod ogonów. A Wołoducha nadal nie było.
                                        Za to sprawozdania z wczorajszej wyprawy okazały się ciekawe i jak zwykle nie
                                        całkiem na temat. I jak zawsze mocno ożywiły zebranych, pozwalając im zapomnieć
                                        o bolących purchlach oraz zakwaszonych mięśniach. Duże znaczenie miał również
                                        fakt, iż uczestnictwo w zarządzonej przez Szefową naradzie produkcyjnej, nie
                                        wymagało żadnego ruchu kończynami.
                                        - Ledwo uszliśmy z życiem na tych Mamrach – zaraportował Sławek – Ale za to
                                        pobiliśmy rekord szybkości i zdążyliśmy przelecieć całe, w te i nazad.
                                        Przyczepił się do nas gdzieś przy Małej Kępie i pruł przez połowę jeziora. Już
                                        myślałem, że mi ręce z zawiasów wyskoczą. Dziewczyny też zasuwały, jak zawodowe
                                        kajakarki, a ten wciąż siedział nam na tyłku...
                                        - Ktoś was gonił ślizgaczem, czy atomową łodzią podwodną? – zainteresowała się
                                        Dzidka.
                                        - Łabędziem. Znaczy ten, no, łabędź. Marzenka mówi, że naruszyliśmy jego teren.
                                        One tam gniazdują i teraz mają małe. Samiec nas pogonił, aż bryzgi szły.
                                        Podobno taki bydlak, jak się rozeźli, to jednym machnięciem skrzydła może
                                        człowiekowi nogę złamać...
                                        - Trzymałeś nogi na burcie? – zapytała Lylika z zaciekawieniem.
                                        - I przy okazji moczył sobie odciski! Przestańcie się czepiać głupot –
                                        przerwała A.Bumbecka – My też namachaliśmy się, jak galernicy, udało nam się
                                        przelecieć przez całe Kisajno. Miodek, znaczy Gastonlemiel, zdenerwował nawet
                                        kilka łabędzi i nic z tego. Wołoducha nigdzie nie było.
                                        - Gaston, co zrobiłeś łabędziowi? – surowo zapytała Goonia.
                                        - Poszaleli z tymi łabędziami... Myśleliście, że Wołoduch porzucił ludzki ród i
                                        zadekował się w jakimś gnieździe, czy jak? – zdenerwowała się Edyta.
                                        - Cisza! Grupa piesza, proszę bardzo. Zauważyliście coś ciekawego? –
                                        wprowadziła porządek Stara Gropa.
                                        - Poziomki. Całe masy – poinformował Groh i natychmiast się zreflektował – To
                                        znaczy znaleźliśmy paru tubylców, przyznali się, że robili tu wczoraj za gapiów.
                                        - Tak po dobroci? – zdziwiła się Asia.
                                        - Nie, pięty musieliśmy im podpiekać – zażartował sobie makabrycznie Groh.
                                        - O matko... – jęknęła Małża – Dobrze, że tego nie widziałam. Akurat zbierałam
                                        takie pachnące, żółte kwiatki przy drodze... Tutaj jest przepięknie!
                                        - Co z tymi tubylcami? – przerwała spokojnie Edeka.
                                        - Byli, ale nie wytrzymali do końca i udali się do domu prędzej, niż my do
                                        namiotów – kontynuował Groh – Wołoducha w ogóle nie kojarzą, bo przyznali, jak
                                        czekista czekiście, że na chłopów nigdy nie patrzą. Wolą baby. Z widoku naszych
                                        pań wydawali się bardzo zadowoleni.
                                        - Kwestia gustu – mruknął jakiś męski głos i zamilkł spłoszony.
                                        - A my, proszę państwa, dokonaliśmy wspaniałego odkrycia – poinformowała
                                        wszystkich Stara Gropa – Wiecie, co znajduje się niedaleko stąd, w Sztynorcie
                                        Dużym, na tym półwyspie między Mamrami, a Kirsajtami? Cudo! Prawdziwe cudo!
                                        - Owszem, ładne cacko – przytaknął Gopos, a Baron tylko przewrócił oczami, żeby
                                        zaznaczyć swój zachwyt.
                                        - Wiem! Pewnie zabytkowy cmentarz! – zawołała Edeka.
                                        - Do cmentarza na szczęście nie dotarliśmy. Czasu nie wystarczyło. I tak nóg
                                        dzisiaj nie czuję – odpowiedział Gopos.
                                        - Leciałeś za samochodem? – zapytała ze współczuciem Groha.
                                        - Słuchajcie, ja mówię poważnie – musicie to zobaczyć! Jedna z najpiękniejszych
                                        rezydencji pruskich! Świetnie zachowana. Pałac, park, dworek myśliwski! Dawna
                                        własność Lehndorfów – wymieniała z podnieceniem Stara Gropa.
                                        - Wspaniała posiadłość! Wreszcie czułem się, jak u siebie w domu – dodał
                                        skromnie Baron, dostarczając zebranym miłej rozrywki.
                                        - Dobra, zobaczymy to cacko na pewno. A potem gdzie pojechaliście?
                                        - Nigdzie. Wróciliśmy, bo ciemno się robiło – odpowiedział spokojnie Gopos za
                                        Starą Gropę, która milczała, jak grób.
                                        - Aha. Jednym słowem, przetrząsnęliście teren w celu poszukiwania Wołoducha,
                                        jak się patrzy... Czyli wielka chała – z przekąsem zauważyła Lylika i nagle
                                        krzyknęła z trwogą – Rany boskie...! Tam...! Z tyłu!
                                        Zza lasu wychodziło właśnie coś potwornego: sino-czarna, ponura płachta, która
                                        w szybkim tempie podążała w ich stronę, zagarniając resztki jasnego dnia, jak
                                        flejtuch brudną ścierą okruszki ze stołu. Za nią stał już mur wody, a przed nią
                                        leciał suchy wicher, którego pierwsze podmuchy właśnie docierały nad jezioro,
                                        kładąc trzciny na płask, burząc gładką taflę i nerwowo tłukąc krótką falą o
                                        brzeg. Na którym w jednej minucie rozpętało się prawdziwe piekło. Na razie
                                        suche. Spanikowanemu towarzystwu nagle sypnęło piaskiem po oczach i gołych
                                        łydkach, jak pejczem, dołożyło świstem po uszach i przygięło wszystkich do
                                        ziemi, jak stare drzewa. Które też szarpane bez litości, protestowały głośnym
                                        skrzypieniem i całym wachlarzem dostępnego, drewnianego lamentu. Przy tej całej
                                        przyrodniczej orkiestrze, ludzki krzyk, brutalnie wpychany w gardła przez
                                        szaleńcze podmuchy wiatru, przypominał raczej nieśmiały pisk myszy...
                                        - Namiotyyy...!
                                        A namioty, rozbijane wczoraj szybko i byle jak, fruwały sobie w najlepsze, jak
                                        kolorowe, nadęte balony, siejąc swoją zawartością dookoła i rozwłócząc nawet
                                        najintymniejsze części osobiste, bez żadnego uszanowania.
                                        Jak każda prawdziwa, letnia burza, tak i ta trwała krótko, lecz usuwanie jej
                                        skutków okazało się, jak zwykle, tak pracochłonnym zajęciem, że zajęło
                                        poszkodowanym całą resztę dnia. Aż do późnych godzin nocnych trwało wielkie
                                        suszenie, wyławianie z wody porwanego dobytku, szacowanie strat i plucie sobie
                                        w brodę, że wszyscy, jak jeden mąż, chyba do reszty zgłupieli, skoro dali się
                                        tak omamić słonecznym dniom i podle pozwolili się zaskoczyć zwykłej, letniej
                                        burzy, jak ostatnie, miejskie papucie. No, to teraz mają. Braki w łatwo
                                        fruwających fragmentach odzieży przede wszystkim.
                                        Jasne było nie tylko wypogodzone niebo na zachodzie, ale również i to, że o
                                        akcji poszukiwawczej nawet nikt nie pomyślał. Owszem, namiot Wołoducha,
                                        nawiasem mówiąc: jeden z niewielu rozbitych porządnie, dzięki czemu nie
                                        ucierpiał w nawałnicy, został komisyjnie sprawdzony pod tym kątem i tyle. Do
                                        niczego więcej, po prostu nikt już nie był zdolny. Postanowiono tylko, o dziwo
                                        znów jednogłośnie, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, czyli przez noc
                                        Wołoduch się nie zmaterializuje, to nie ma już na co czekać i trzeba wejść z
                                        akcją poszukiwawczą na drogę służbową. Czyli prosto mówiąc, jutro należy
                                        zawiadomić policję i cześć. Z tym postanowieniem udano się na zasłużony
                                        odpoczynek do swoich przytulnych, choć nieco jeszcze wilgotnych namiotów i na
                                        tym skończył się dzień drugi wymarzonej eskapady.
                                        Zaś śliczny, świeży poranek, pachnący, ciepły i rozświergotany ptaszętami, jak
                                        odpust kościelny przekupkami, został obejrzany z właściwej strony nie tylko
                                        przez dojarki krów z pobliskich gospodarstw, ale także przez tych, którym to
                                        zajęcie źle się kojarzyło. To znaczy - do samego udoju raczej nie mieli nic, za
                                        to do jego pory prezentowali stosunek wybitnie niechętny, a nawet wrogi. Tym
                                        razem, na równe nogi postawiło ich coś, co straszliwie wyło, muczało i wydawało
                                        odgłosy, jak całe stado rozbrykanych krów, ale mleka nie dawało na pewno.
                                        Przypominało raczej rękodzieło szalonego pasjonata mechaniki pojazdowej,
                                        któremu było wszystko jedno z czego je wykona - z puszki po konserwach, czy z
                                        makulatury, byle tylko jakoś jeździło.
                                        - Jak pragnę zdrowia... Pan Samochodzik! - zaszeptał
                                        • groha Re: Opowiadanko czwarte, cz.4, przedostatnia 10.01.07, 15:57
                                          - Jak pragnę zdrowia... Pan Samochodzik! – zaszeptał czyjś głos z przejęciem.
                                          Po czym zapadła króciutka cisza, spowodowana wyłączeniem silnika tak trafnie
                                          określonego pojazdu, i nagle rozległ się nie mniej okropny, wielogłosowy,
                                          przejmujący wrzask, najpewniej zanotowany przez najbliższy sejsmograf:
                                          - Woołooduch!!!
                                          c.d.n.

                                          P.S. Nie zmieściło się, wylogowuje mnie co chwilę, idę coś zjeść, by ukoić
                                          nerwy. Jeśli gazeta i Szanowni pozwolą, rzecz jasna.
                                          • edeka5 Re: Opowiadanko czwarte, cz.4, przedostatnia 10.01.07, 22:47
                                            groha napisała:
                                            > idę coś zjeść, by ukoić nerwy. Jeśli gazeta i Szanowni pozwolą, rzecz jasna.

                                            Widocznie nie jestem szanowna, bo chcę dalej.
                                            Grooohaaa, ile czasu można jeść???
                                            Wiem, że należy jeść powoli, dokładnie żując każdy kęs, ale bez przesady.
                                            Mam nadzieję, że nie zaszkodziło Ci coś? Daj głos. Nie musi być paszczowo, może być klawiszowo.
                                      • bumbecki Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 10.01.07, 15:57
                                        też takie znam ale ... i tak 2 sztuki ludzkie ledwo sie mieszczą z bagażami do
                                        kajaczka ....

                                        wink)
                                        • ida14 Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 11.01.07, 00:36
                                          Buuu, a ja na wakacjach nie zostałam przewidziana? sad((
                                          • bumbecki Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 11.01.07, 09:49
                                            Chcesz do kajaczka ?? smile)
                                          • maalza Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 11.01.07, 10:17
                                            ida14 napisała:

                                            > Buuu, a ja na wakacjach nie zostałam przewidziana? sad((

                                            Iduś, Ty pewnie będziesz tą, która porwała Woło Duchasmile. To mój typ na
                                            zakończenie.
                                            • ida14 Re: Opowiadanko czwarte, cz.3 11.01.07, 12:01
                                              Zgadzam się smile Chciałam go miec na wyłączność i podstępnie porwałam. Dla
                                              zmylenia przeciwnika nazwałam go Wołowym Duchem i wywiozłam na Ponidzie. Teraz
                                              będziecie jeździc po całęj Polsce, żeby go odbic smile
                        • april02 Re: Opowiadanko czwarte, cz.2 11.01.07, 22:28
                          Wobec tego życzę zdrowia smile To, że TWCH jest lepsze niż morfina to już dawno
                          stwierdziłam (tej pierwszej jeszcze nie próbowałam, ale nie przychodzi mi
                          aktualnie na myśl nic bardziej antybólowego tym drugim natomiast raczę się jak
                          tylko mogę smile).
                          Luśka wróci, wróci. Musi w końcu do spółki z Józkiem odkryć mordercę
                          Restaricka smile To znaczy ja już wiem kto to jest ale trzeba do tego dojść
                          klasyczną kryminałową drogą. Ślady, śledztwa, śledzie i te inne smile
                          A co do Twoich opowiadanek, to już Ci to kiedyś pisałam ale powtórzę; nie wiem
                          jak Ty to robisz (pewnikiem to talent jest za to odpowiedzialny), ale czytając
                          Twoje teksty czuję jakbym tam była i to wszystko widziała na własne oczy smile
                          Teleportacja normalnie smile Cała skrzecząca rzeczywistość mi znika sprzed nosa.
                          Wielkie dzięki smile I czekam na więcej ale nie śmiem poganiać smile
    • goonia Re: Opowiadanka do porannej kawy 11.01.07, 00:14
      Pani Guniu, Pani Guniu! Slyszy mnie pani? Co z Toba?! Dobrze sie czujesz?
      Glosy i ruch w biurze, dotarly do niej niemal jednoczesnie. Do calkowitej
      przytomnosci doprowadzily ja dwie twarze, znajdujace sie dziwnie blisko jej
      wlasnej.
      Hm.... co jest, co sie stalo?....... W porzadku, jak najbardziej. Ale skad taki
      pomysl, nic mi przeciez nie jest. Starala sie odpowiedziec wszystkim na raz,
      odsuwajac sie nieco.
      Zdumione twarze rowniez uczynily ruch w tyl, niepewne co tu sie wlasciwie
      stalo. Przybyly przeciez z checia niesienia pomocy, schodzcej na pozor
      wspolpracownicy. Z padolu tego na drugi.
      Sama Gunia rozejrzala sie nieco blednym wzrokiem, nie bardzo pamietajac co
      zaszlo. W jednej chwili wpatrywala sie zachlannie w monitor a
      potem.................Aaaaaaaa! To wina Grohy! krzyknela, wpedzajac kolezenstwo
      w pokoju w jeszcze wiekszy niepokoj.
      Zwariowala - ktos szepnal. Teraz to juz na bank. Albowiem dziwne zachowanie u
      Guni nie bylo niczym nadzwyczajnym. Czesto chichotala i ocierala ukradkiem
      zalzawione oczy. Ale dzisiaj to nie byl nieszkodliwy chichot, to byl
      najprawdziwszy odglos duszacej sie osoby! A teraz twierdzi, ze nic jej wogole
      nie bylo. Swieci Panscy miejcie litosc.
      Wiecie, strasznie mi glupio - zaczela Gunia. Przepraszam, ze tak was
      nastraszylam, ale to ze smiechu. Znaczy, ze smiechu mi sie tak zrobilo.
      Czytalam dialog, ktory napisala internetowa Groha z towarzystwa i to przez nia.
      Bo talent ma jak nie przymierzjac Gurua, i spostrzzegawczosci, i blyskotliwosc,
      i lekkosc klawiatury. Coraz to na forum zamieszcza wesole opowiastki, albo
      takie co sie po nich lezka w oku kreci. Wogole duzo takich talentow w
      Towarzystwie, no ale dzis to chyba malo odporna bylam, bo calkiem mi tchu ze
      smiechu zabraklo. I czym bardziej chcialam powietrz zaczerpnac, tym gorzej mi
      szlo. I w koncu nie wiem co sie stalo, bo zobaczylam Was.
      Uff, to juz jasne. Mielismy to samo, westchnal duch Edeki, tak tak, szepnal
      ojciec zalozyciel. Ale terez juz mozemy sie smiac do rozpuku. Dzieki Groszko.
      • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 11.01.07, 00:40
        Gooniu!

        Witaj w gronie powaznie piszacych! Tak trzymaj!

        Pozdrawiam

        Woloduch

        P.S. Na najblizszym spotkaniu ustawie sie w kolejce po autograf!

        W.
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 11.01.07, 13:25
      Guniu, wielka, gorąca buźka! Witaj wśród piszących inaczej smile)
      A wszystkich czytających bardzo przepraszam za brak czytadła do dzisiejszej
      kawy. Dzisiaj miało być zakończenie, ale wyszedł malutki poślizg, albowiem, gdyż
      wczoraj, zamiast siedzieć, musiałam leżeć, a dzisiaj siedzę, za to z pisaniem
      leżę. Otóż bowiem zainstalowano mi wreszcie nowiutką przeglądarkę, więc sobie
      przeglądam. No, nie mogę się oprzeć. Matko, jak mi wszystko śmiga! Więc
      zakończenie opowiadanka będzie chyba dopiero do wieczornej herbatki. Albo do
      jutrzejszej kawy... smile
      • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 11.01.07, 13:32
        Ja poczekam tak grzecznie jak nigdy dotad nie udalo mi sie grzecznie czekac.
        smile))
        Wielka goraca buzka ... po wsiech.
      • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.01.07, 00:12
        Wczorajsza ranna kawa minela bez lektury...
        Wczorajsza wieczorna herbata minela bez lektury...
        Dzisiejsza ranna kawa minela bez lektury...
        Dzisiejsza wieczorna herbata (dla mieszkajacych w Polsce) minela bez lektury...
        Czy i moja minie?
        A jesli tak, to czy bedziemy musieli czekac as do najblizszego piatku, 13-go?

        Pozdrawiam

        Woloduch
        • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.01.07, 01:06
          Ależ skąd! No, przepraszam, jak nie wiem za ten poślizg, ale popatrz sam, jakie
          ja mam od dwóch dni warunki do zakończenia tego najważniejszego, bądź co bądź,
          ostatniego odcinka: najpierw rozgrzebano mi komputer, potem musiałam się go na
          nowo uczyć, po czym mnie położyło, bo za długo siedziałam. Następnie wiatr
          pozbawił mnie śmietnika oraz prądu elektrycznego, z tym, że to drugie już jest,
          za to nie ma wody. Nagle i niespodziewanie. Ani ciepłej, ani zimnej, zero nul. A
          ja bez herbaty i kawy nie żyję, nie mówiąc o innych koniecznościach, do których
          woda jest mi niezbędna. I co siądę, żeby popisać o tych Mazurach, to od razu
          myślę: a tam tyle tej wody dookoła... No, sam powiedz, dałbyś radę pisać w
          takich nieludzkich warunkach? Się po prostu nie da! Wola boska i skrzypce, jak
          mówią muzycy, gdy coś im nie gra. Ale już, już, już prawie kończę. Gdybym
          jeszcze nie musiała trzymać okien, które co chwilę wiatr próbuje wyrwać z
          korzeniami...
          • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.01.07, 01:23
            No rzeczywiscie, masz trudnosci... Ale wielcy pisarze nie poddawali sie latwo i
            bez walki. Jeden taki pisal w pokoju, przy ktorym cela klasztorna stwarzala
            pozory luksusu. Drugi taki nie przerywal pisania, az odlozyl na bok czterdziesta
            (chyba) zapisana karte (a pisal recznie). Jeszcze inny przez trzy dni bez
            przerwy opisywal oberka i tak byl tym zmeczony, ze po wyjsciu z pracowni dal
            morda w trociny. Kolejny... och, przyklady mozna mnozyc. Zadne tam glupie
            wiaterki czy brak wody im nie przeszkadzaly... No ale to bylo dawno temu i
            prawda... Ta dzisiejsza mlodziez to tylko idzie na latwizny...

            Pozdrawiam

            Woloduch
            • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.01.07, 01:31
              Od tej chwili możesz mnie opierniczać, zawstydzać, wjeżdżać mi na ambicję,
              proszę bardzo, pozwalam. Za tę młodzież, wszystko Ci wybaczę smile)
              • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 13.01.07, 01:53
                Ze slupkow w innych watkach wynika ze niemal wszyscy sa wobec mnie mlodzieza. Ty
                tez.

                Pozdrawiam

                Woloduch
        • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy 14.01.07, 00:10
          I znowu minal dzien czekania...
          Zaczynam odliczanie:
          T minus 80!

          Pozdrawiam

          Woloduch
          • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy, cz.5, końcowa 14.01.07, 01:21
            Jakim cudem nie został od razu rozniesiony na strzępy, nie wiadomo. Pewnie
            ocalił go granitowy spokój i kompletne milczenie, z jakim przyjmował szarpanie
            za odzież i grad zasypujących go pytań. Ze świętą cierpliwością i z twarzą
            brodatego pokerzysty przeczekał ten pierwszy, zmasowany atak, który rozpoczął
            się natychmiast, gdy tylko udało mu się opuścić tę puszkę na kółkach i stanąć
            wśród ulubionych ulubieńców, po czym odwrócił się do nich tyłem i zaczął z niej
            wywlekać kogoś mającego jeszcze większe kłopoty z opuszczeniem piekielnej maszyny.
            - Ida!
            Podczas, gdy damska część towarzystwa trzymała w swoich pazurkach smukłą
            blondynkę i nieco mniej już spokojnego Wołoducha, pozostała męska część
            towarzystwa zgromadziła się wokół pojazdu i oddała się ulubionemu zajęciu, czyli
            kontemplowaniu gruchota.
            - Wygląda, jakby miał napęd na cztery koła. Młyńskie – stwierdził Groh.
            - Albo na siłę woli właściciela. Dużą musi mieć – dodał Sławek.
            - Ładny inaczej – orzekł Gopos.
            - Rany boskie... Wygląda, jak zużyty katafalk – ocenił Baron.
            - Tylko nie żaden kafata... kalafa... Tylko nie żaden! – dudniącym głosem
            zakrzyknął młody mężczyzna w koszulce z napisem: Poczta Polska z wnętrza
            mechanicznego monstrum i energicznie szarpnął drzwiami, wyklepanymi w fantazyjny
            wzorek i ozdobionymi z zewnątrz gigantycznym skoblem. Być może, kiedyś służyły
            jako zamknięcie starej komórki na węgiel, do której dokonywano częstych włamań,
            bowiem zawiasy okazały się zużyte i kolejnego szarpnięcia nie wytrzymały. Klamka
            została w ręku szarpiącego, a reszta runęła z chrzęstem na trawę, pociągając za
            sobą właściciela, kawałek dachu oraz część nadkola.
            - No, to mamy skład złomu – oznajmił Gopos ze stoickim spokojem.
            - Odejdź pan! – odpowiedział młodzieniec, wygrzebując się spod sterty pogiętej
            blachy i żelastwa.
            - Może pomóc? Mam „Kropelkę” w bagażniku. Albo śliną...– Groh przyglądał się
            ruinie z powątpiewaniem .
            - Odejdź pan!! – powtórzył młody nieco histerycznie i nerwowo zajął się
            zbieraniem rozsypanych części.
            Więc odeszli. W samą porę, gdyż wszyscy siedzieli już przy kawie, której zażądał
            Wołoduch, oświadczając, że jednego złamanego zdania nikt od niego nie usłyszy,
            dopóki jej nie dostanie. Słowa, jak zwykle dotrzymał. Wobec tego, przystąpiono
            do zbiorowego przesłuchiwania Idy. Bez żadnej litości przyciśnięta do muru na
            okoliczność porwania Wołoducha oraz swego niespodziewanego przybycia z dalekiego
            Ponidzia, w dodatku tak oryginalnym środkiem lokomocji, robiła tylko duże oczy i
            co chwilę łapała się za głowę. W końcu udało jej się przedrzeć przez krzyżowy
            ogień pytań, przypuszczeń i dygresji.
            - Jakiego porwania? Ja nic nie wiem o żadnym porwaniu. I nie jechaliśmy żadną
            trumną, tylko wujek mnie przywiózł. Do Giżycka. Tam czekał na mnie Wołoduch. A z
            tym panem, to dopiero potem...
            - Zaraz! Hyyyyy... – rozemocjonowana do białości Asia, aż zakrztusiła się kawą i
            usiłując złapać oddech, zaczęła wymachiwać kubkiem, malowniczo dekorując
            najbliżej siedzących resztkami napoju.
            - Jezu, trafiłaś mnie prosto w oko – poskarżyła się cichutko Goonia.
            - W plecy! Walnij ją w plecy! – zawołał siedzący zbyt daleko Gopos.
            - Ręce do góry! – zakrzyknęła Stara Gropa.
            Odruchowo podnieśli je wszyscy. Oczywiście oprócz Asi, która nie usłyszała
            rozkazu, bowiem łapała oddech. Puszczając mimo uszu licznie wnoszone pretensje
            do Szefowej, żeby na drugi raz uprzedzała, albo co, bo tu niektórzy mają
            stargane nerwy i mogą zareagować nieadekwatnie, lub skończyć zawałem, wrzasnęła
            nieco ochryple:
            - Cicho! Ida! Jak to: Wołoduch na ciebie c z e k a ł?
            Wołoduch nadal udawał, że nie o nim mowa. Od czasu do czasu podkręcał wąsy,
            przecierał okularki i całkiem spokojnie kończył drugą kawę. Tylko raz
            zachichotał szatańsko, gdy padło słowo „porwanie”, ale nikt nie zwrócił na to
            uwagi.
            - No, czekał, bo tak się umówiliśmy. W ostatniej chwili okazało się, że wujek
            jedzie do Olsztyna, więc może trochę nadrobić drogi i podrzucić mnie do Giżycka.
            A Wołoduch obiecał, że mnie stamtąd zabierze, żebym się sama nie musiała błąkać
            po tych Mazurach. No, więc jestem. Fajna niespodzianka, prawda? – zapytała
            niewinnie Ida.
            - Jak cholera... – mruknęła Groha.
            - Ja nadal nic nie rozumiem – szczerze wyznała Małża.
            - Mam nieodparte wrażenie, że nie tylko ty – pocieszyła ją April.
            - Chwila! Wołoduch! Nie dawajcie mu już tej kawy, bo mnie chyba zaraz szlag
            trafi! Co to za mistyfikacja była z tym porwaniem? Gadaj natychmiast! Wszystko
            przeżyję, ale tej zmarnowanej ryby, to ci nigdy nie daruję! – zdenerwowała się
            Lylika i sięgnęła po drugiego papierosa, zapominając o pierwszym, który właśnie
            zaczął wypalać dziurę w stołowej desce.
            - Tak, tak, Wołoduchu, prosimy o wyjaśnienia – jak zwykle spokojnie poprosiła
            Stara Gropa.
            - Na piechotę szedłeś do tego Giżycka? – zainteresował się Sławek.
            - A tego tam od zrujnowanego katafalku na kółkach, to skąd wytrzasnąłeś? –
            wpadła mu w słowo Edyta.
            - I po co było nas tak straszyć? – łagodnie zapytała Never z czarującym uśmiechem.
            - Straszyć, to ja go zacznę po nocach, jeśli natychmiast nie zacznie mówić po
            kolei, jak człowiek. Wszyscy – cisza!! Wołoduchu! Więcej kawy nie zjisz, znaczy
            tego... nie dostaniesz. Zeznawaj, co to wszystko było, bo nie ręczę za siebie!
            Szukaliśmy cię po tym całym krajobrazie, jak głupki, rąk i nóg nie czujemy,
            policję mieliśmy już wzywać, a ten Sfinksa udaje! Mów! Natychmiast!
            c.d.n.
            • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy, cz.6 ostatnia 14.01.07, 01:54
              Furia Grohy oraz determinacja i upór reszty towarzystwa, nigdy nie wróżyły nic
              dobrego, więc i teraz w końcu zrobiły swoje. Wołoduch usiadł wygodnie,
              uśmiechnął się pod wąsem, wziął głęboki oddech i spokojnie oznajmił:
              - Ja nic nie wiem.
              - O Jezu... – zakwiliła siedząca na kocu Małża i padła na wznak.
              - To znaczy teraz już wiem – szybko sprostował Wołoduch – To wszystko przez
              Winetou...
              - Kogo?! – reakcja tłumu była nadzwyczaj zgodna.
              - Trzymajcie mnie ludzie... – mruknęła Lylika, sięgając po następnego papierosa.
              - No, tego tam, nie wiem, jak mu naprawdę na imię – Wołoduch machnął głową w
              kierunku kupy złomu i zawołał – Winetou! Pozwól na chwilę! Czas wyjaśnić bladym
              twarzom, dlaczego mnie porwałeś.
              Młodzieniec z ociąganiem porzucił składanie luźnych, słabo pasujących do siebie
              części, wytarł ręce w koszulkę z coraz mniej widocznym napisem: Poczta Polska i
              ze strachem spojrzał w ich kierunku. W niczym nie przypomniał dzielnego Winetou,
              za to bladą twarz i owszem.
              - Ja... nie tego... Aleś pan wymyślił! Poresztą to tylko... Samo jakoś wyszło...
              - Dobra, dobra, siadaj tutaj, nikt ci krzywdy nie zrobi, prawda, proszę
              koleżeństwa? – bardziej stwierdził, niż zapytał Wołoduch, pokazując mu wolne
              miejsce na kocu.
              - To się jeszcze zobaczy – powiedziała Stara Gropa.
              - Lubimy tańce indiańskie – rzuciła dygresją Goonia, podając młodemu kubek z kawą.
              - No więc..?? – ponagliła Edyta, przyglądając się z uwagą, jak porywacz,
              trzęsącymi się rękami usiłuje donieść kawę do ust. Jej wzrok najwidoczniej mu w
              tym nie pomagał.
              - No więc, wstałem sobie rano, żeby w samotności wziąć odświeżającą kąpiel w
              jeziorze – zaczął gawędziarskim tonem Wołoduch, wywołując natychmiastową ciszę
              – Lubię takie śliczne poranki. Miałem więc zamiar nacieszyć się nim, dopóki nie
              wstaniecie i nie zacznie się ten normalny jazgot...
              - Co?!!
              - Chciałem powiedzieć – miły gwar. Pierwotnie planowałem zaraz potem wsiąść w
              samochód i wyskoczyć po Idę. Faktycznie, to miała być nasza wspólna niespodzianka.
              - Nader wspaniale wam się udała – mruknął Baron.
              - Tymczasem, trafiła mi się lepsza okazja. Tam, za tym cypelkiem, spotkałem
              tutejszego rybaka, z którym miło sobie pogawędziłem i który bardzo chętnie
              zgodził się popłynąć swoją łajbą do Giżycka i z powrotem. To od niego ta śliczna
              rybka, którą zmarnowaliście...
              Lylika zamarła z oburzenia, potem prychnęła gniewnie i już miała ostro
              zareagować na tę zniewagę, ale Wołoduch ciągnął dalej.
              - Dał ją zamiast reszty, bo nie miał mi czym wydać. Specjalnie położyłem na
              stole, żeby ten, kto wstanie pierwszy, od razu ją zobaczył. Szczupak, jak byk,
              prosto z wody, szkoda... Trudno, nie przypuszczałem, że to wstawanie tyle wam
              zajmie i że takie z was ślepe komendy. OK. OK. Nie ślepe. Widzące inaczej! No
              więc, pomyślałem, że Idzie też będzie przyjemniej popływać łajbą, niż znowu tłuc
              się samochodem. Byłem pewny, że wrócimy z tego rejsu, zanim ktokolwiek zauważy,
              że mnie nie ma. No i wrócilibyśmy, gdyby nie Winetou.
              Młodzieniec zamarł z pustym kubkiem w ręce i zaczął sprawiać wrażenie
              umierającego. Wprost widać było, że jedynym jego pragnieniem jest stać się
              niewidocznym i bezwonnym.
              - Pływał tym po Niegocinie? – zapytał z ciekawością Gopos, kiwnąwszy głową w
              stronę gruchota.
              - Nie. Podobno kiedyś próbował, ale śruba mu odpadła zanim dojechał nad jezioro.
              Złapał nas obok przystani, gdy jedliśmy lody. Grzecznie się przedstawił, jako
              miłośnik mojej twórczości, lektur Guruy i wszystkich książek w ogóle. A w
              szczególności Pana Samochodzika i Winetou. To już wiecie, skąd ten pseudonim i
              miłość do tego miłego autka, nie? Powiedział, że zna mnie z forum, które czyta
              regularnie, wie o naszym spotkaniu i w ogóle – zaszczyt go spotka wielki, jak
              stąd do Kanady, gdy pozwolimy mu się odwieźć. No, to pozwoliliśmy, czemu nie
              zrobić bliźniemu przyjemności, jak można. Zwolniłem rybaka i...
              - Nie baliście się wsiąść do tej trumny? – zaciekawiła się Edeka, na co
              młodzieniec wyraźnie się żachnął i spojrzał na nią z wyrzutem. Ale nadal bał się
              odezwać.
              - A wiesz, że gdy ją zobaczyłem, to zaczęło mi się to wszystko jeszcze bardziej
              podobać? Słońce, jeziora, samochód, prawie jak z Nienackiego... Młodość,
              wakacje, przygoda... Ech...
              Wołoduch zapatrzył się na moment w jezioro. I wszyscy doskonale zrozumieli, co
              czuł i nagle poczuli to samo. Tęsknota za tym, o czym mówił, wprost zawisła w
              powietrzu. A po chwili poleciała przez Śniardwy, jezioro Drwęckie, aż hen, nad
              Jeziorak... I wszystkim przeszło, jak ręką odjął. Bo jaka znów tęsknota, skoro
              przecież, do diabła, już tutaj są i po to wszystko właśnie przyjechali!
              - Z chęcią więc przystałem na krótką przejażdżkę po okolicach. Nigdy nie
              widziałem Niedźwiedziego Rogu, na przykład. Wiec pojechaliśmy. On tam mieszka –
              pokazał na wciąż bladego nieszczęśnika - No, a potem nas zamknął, bo nie mogłem
              spełnić jego największej prośby...
              - O rany... – rozległo się czyjeś westchnienie i wszyscy spojrzeli na młodego,
              który wzdrygnął się nerwowo, skulił się w sobie i niewiele brakowało, by całkiem
              znikł w trawie.
              - Zaraz, jak to was zamknął? To on ma tam w tym jakimś rogu zamczysko z lochami?
              Asia nie zwracała uwagi na młodego, konsekwentnie usiłując uzyskać pełny obraz
              sytuacji.
              - Niedźwiedzim – podpowiedział Gopos.
              - Co niedźwiedzie? Te lochy? Słyszałam o jaskini, ale o lochach nigdy – zdziwiła
              się Asia.
              - Róg. Niedźwiedzi. Ten z zamczyskiem tego tam – machnął głową w stronę trawy .
              - Aha. Wszystko jedno. O rogatym niedźwiedziu też nic nie wiem. Dałeś mu się
              wciągnąć do lochów? – przyjrzała się z niedowierzaniem Wołoduchowi.
              - Tak. I robiłem podkop szydełkiem, a Ida pomagała mi kawałkiem półmiska.
              Normalnie nas zamknął, w swoim domu. W pokoju na piętrze. W oknach kraty, bo
              turyści podobno kradną. Wstąpiliśmy po drodze, kawy mieliśmy się napić, wziąć
              jakieś części zapasowe do tego jego pudła i jechać tutaj. A wtedy zatrzasnął
              drzwi i oświadczył, że karmić nas będzie i poić, ale nie wypuści, dopóki nie
              spełnię tej jego prośby...
              - A ja chciałabym wiedzieć, kiedy napisał tę durną wiadomość i podrzucił ją
              rybie. Bo kto, to już się domyślam – przerwała mu Edeka i pomachała brudną
              płachtą papieru młodzieńcowi przed nosem. Wyglądało na to, że biedak nie
              przetrzyma tego seansu...
              - I nazwał cię Wołowym! Duchem, ale brzmi... podobnie - dodała A.Bumbecka.
              - Ciekawe, jak chciał cię zaginąć - zainteresował się Gopos.
              - E tam. Nasz przyjaciel Winetou bał się, że od razu ściągniecie mu na głowę
              policję, a chciał sobie troszkę z nami pobyć. Znaczy ze mną szczególnie –
              zachichotał Wołoduch - W ogóle, to całkiem sympatyczny facet. Idzie bajki na
              dobranoc opowiadał. Stojąc po drugiej stronie drzwi. I kakao rano jej zrobił. Z
              pianką. Dbał o nas, jednym słowem. Lubię takich oryginałów. Kiedy w końcu
              zrozumiał, że nie mogę spełnić jego prośby, zaraz nas wypuścił, grzecznie
              przeprosił i tutaj przywiózł. Dużo nam o sobie opowiadał. Zaprzyjaźniliśmy się,
              prawda?
              Młodzieniec kiwnął głową i coś na kształt nadziei zakiełkowało mu w oczach.
              Odważył się nawet wyprostować i wygładzić koszulkę. I zapatrzył się w
              kontynuującego opowieść Wołoducha, jak w święty obrazek.
              - Po pracy, którą stracił na wiosnę, została mu tylko ta koszulka, ale nie
              rozpił się z nudów i nie stoczył, jak inni. Skonstruował sobie to ustrojstwo i
              postanowił jeździć mazurskimi śladami swoich ulubionych bohaterów, a szczególnie
              pana Samochodzika i jego przyjaciela Winetou. Obleciał je szybko, bo to w końcu
              jego strony i zatęsknił za większą przygodą. I wtedy przeczytał o naszym
              spotkaniu. Nie interesował go szlak Tereski i Okrętki, bo te tereny zna od
              dziecka, poza tym, musiał oszczędzać pojazd, który sypał się, jak stare próchno,
              co widać na załączonym obrazku. Za to zaświtała mu myśl, że dzięki mnie, mógłby
              odmienić swoje życie.
              • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy, cz.6 koniec! 14.01.07, 02:18
                Gdybym tylko zechciał spełnić jedną jego prośbę...
                - Jaką, do zakaźnej, parszywej cholery! Wyduś wreszcie! Jaką?! – Baron nie
                wytrzymał napięcia.
                - Ciii.... – uspokoiła go Stara Gropa - Winetou nam powie, prawda? Co chciałeś
                od Wołoducha? To tajemnica, czy możesz nam powiedzieć?
                Na policzki młodego wypłynął lekki rumieniec, dzięki czemu, przy odrobinie
                dobrej woli, można było zauważyć pewne dalekie podobieństwo do dalekiego
                krewnego Apaczów, a może Siuksów, wszystko jedno. Do czerwonoskórych w każdym
                razie. Spokojny głos Starej Gropy najwyraźniej wpłynął na niego kojąco, więc
                zapytała jeszcze łagodniej:
                - O co prosiłeś Wołoducha?
                Wtedy Winetou wyprostował plecy, popatrzył na wszystkich zebranych i poważnie
                odpowiedział:
                - O adres Dziadka...

                Koniec.

                P.S.1. No, to tyle o wyprawie śladami Tereski i Okrętki, oraz o Wołoduchu,
                Winetou i zaśmierdniętym szczupaku. Spokojnie, więcej już o tym nie będzie smile
                P.S.2. Edeko, pewnie, że masz prawo do fanaberii. Otóż, w pierwotnym
                zamierzeniu, to miała być "Bajeczka dla Wołoducha", ale skoro adresat
                stwierdził, że w tym wątku ona się nie liczy, to ja już teraz sama nie wiem, co
                to jest... smile
                • woloduch1 Re: Opowiadanka do porannej kawy, cz.6 koniec! 14.01.07, 02:31
                  Groho kochana!
                  Chyba klawiatura odmowi mi posluszenstwa, bo jest zalana lzami. Poplakalem sie
                  ze smiechu. A coz to za sliczne opowiadanie! I Towarzystwo w kupie, i jeziora, i
                  Tereska z Okretka, i Pan Samochodzik i Winnetou! Do tego jeszcze cudowny watek
                  kryminalny! No a te wszystkie odnosniki zarowno do ksiazek Guruy jak i do
                  naszych probek! No a pointa zwalila mnie z nog! Uchylam kapelusza, padam
                  plackiem i bije czolem, o Mistrzyni!
                  No a przede wszystkim dziekuje z calego serca!

                  Pozdrawiam

                  Woloduch

                  P.S. Ale faktycznie, to nie jest w konwencji bajeczek...

                  W.
                  • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy, cz.6 koniec! 14.01.07, 20:33
                    ....O ludzie!!...
                    Po calym usapanym dniu lece jak kot z pecherzem patrzec czy tu sie cos
                    rozwiklalo, a tu wszystko tak pieknie rozwiklane, ze nawet mi sie nie snilo.

                    Grohus, jestes wielka. A tak sie balam ze komus wlos z glowy spadnie.
                    Padnijmy sobie w ramiona. Winnetou pierwszy na pozarcie moich ramion.

                    smile))))
                    Ludzie, jakie tu talenty !
                    Kim Wy tak naprawde jestescie? Hee?
    • edeka5 Opowiadanko czwarte 13.01.07, 20:41
      Dopóki opowiadanko czwarte jeszcze nie jest dokończone, to ja mam fanaberię.
      Poproszę o nadanie mu jakiegoś tytułu.
      • edeka5 Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 02:33
        groha napisała:
        > P.S.2. Edeko, pewnie, że masz prawo do fanaberii. Otóż, w pierwotnym
        > zamierzeniu, to miała być "Bajeczka dla Wołoducha", ale skoro adresat
        > stwierdził, że w tym wątku ona się nie liczy, to ja już teraz sama nie wiem, co
        > to jest... smile

        Ooo, jak mi się udało zajrzeć na forum w odpowiedniej chwili.
        Duża buźka, Grohuś, za całe opowiadanko.
        Fanaberyjna jestem dalej. Czy może być tytuł "Wyprawa śladami Tereski i Okrętki"?
        • groha Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 02:50
          Pewnie, że może być. Była "Wyprawa śladami Stasia i Nel", może być śladami
          Tereski i Okrętki, a nawet powinna. Mnie wszystko jedno. Ja tak się cieszę, że
          Wy się cieszycie, że reszta nie jest ważna. Idę spać szczęśliwa, że udało mi się
          Was troszkę rozbawić. Kłaniam się nisko! Niech Wam będzie na zdrowie, dobre
          ludzie smile
          • edeka5 Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 02:57
            groha napisała:
            > Niech Wam będzie na zdrowie, dobre ludzie smile

            I Tobie też, dobra i utalentowana kobieto smile))

            A tytuł sobie już dopisałam. Przecież to zostanie dla potomnych.
          • edeka5 Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 02:59
            groha napisała:
            > Kłaniam się nisko!

            Nie przesadzaj z tym nisko. Kręgosłup ma być w pozycji wyprostowanej.
            • ida14 Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 20:58
              No wiecie co!? Miast porywac zostaje porwana! Człowiek kończy siedemnastke za
              miesiąc, a tu dziecko z niego robią! Bajki!Wypraszam sobie! Jetsem oburzona!

              A tak szczerze to opowiadanko cudnesmile I ta smukła blondynka big_grin... MAm pytanie,
              czy odpowiednik Winetou też egzystuje na Forum? Bo ja ostatnio mało bywam, a
              nie kojarze tej postaci ze "starymi". Musze wiedziec kogo sie obawiac

              Groho czy ja tz mogę liczyc na jakąś bajeczke lub opowiadanko? Wszak nie
              odmówisz córeczce!
      • bumbecki Re: Opowiadanko czwarte 14.01.07, 21:05
        Groho - jesteś fantastyczna !!! smile)
        rewelacja !! smile)
        • lylika Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 08:27
          Dorwałam się do opowiadania, pożarłam i jeszcze nie mogę ochłonąć z wrażenia. Muszę to wydrukować i przeczytać jeszcze raz tak "książkowo", może mi przejdzie stupor. Groha, no wiesz co... Ty osiem godzin dziennie siedź i pisz. Na całym etacie a nie na na jakieś zlecenia czy godziny nadliczbowe. No musisz, po prostu musisz. Nie masz wyjścia. smile
          • lylika Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 15:37
            Właśnie byłam zajęta drukowaniem i oprawianiem opowiadania Śladami Tereski i Okrętki. Wychodzi mi, że stanowczo brakuje ilustracji. I tu proszę Grohy proszę się nie wykręcać i nie opieszalać tylko machnąć eleganckie ilustracje do opowiadania. Nie ma przebacz. smile))
            • groha Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 15:50
              Lyliko, ale ja się specjalizuję wyłącznie w płaczkach. Specjalistą od portretów,
              to tutaj jest Gopos. Wybitnym! smile
              • lylika Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 16:10
                To nie chodzi o portrety, chociaż możesz poprosić G0p0sa o takowe - jeśli chcesz, a o ilustracje ogólnie. Plenery, postaci, sytuacje itepe, itede. Nie mów, że nie wiesz o co chodzi. Żadnych wymówek nie przyjmujemy. Zobaczysz, całe Towarzystwo stanie za mną murem i powie, że ilustracje są KONIECZNE. Twoje ilustracje. smile
              • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 16:20
                Grohus, Ty wszystko umiesz ! Odmaluj nas wszystkich, niech nam w pięty pojdzie,
                niech nas poskręca z zachwytu.
                BLagam, w bloto mogę plackiem pasc jesli chcesz.
                smile))))))))))))
                • groha Re: Opowiadanko czwarte 18.01.07, 20:38
                  Oszalały... Musi od tego wiatru smile))))
                  • g0p0s Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 11:16
                    To nie wiatrsmile
                    Chcesz, żeby wszyscy występowali jako góralki na tle Tatr?
                    • lylika Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 11:36
                      A może byś tak jakoś intensywniej poparł mój pomysł na ilustracje Grohy i sam się włączył z firmą portretową. W razie czego góry i góralskie stroje się wykasuje. smile
                      • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 12:45
                        Grohus, komiksa zrob !!
                        Kreske masz dobra, wszyscy widzieli !
                        Gopos niech potem wszystkim korale dorysuje.... i bedzie wilk caly, a owca ze
                        smiechu padnie. Ucieszymy sie jak nie wiem.

                        U nas nie wieje ,wiec dobrze gadam smile)
                        • groha Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 14:57
                          asia.sthm napisała:

                          > Grohus, komiksa zrob !!

                          Znaczy takie coś, jak Tytus, Romek i Atomek? OK, może być. Ale bez portretów. Bo
                          nie mam modeli pod ręką, a z tych pamięciowych, to raczej nigdy nic dobrego nie
                          wynika smile)
                          • lylika Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 15:07
                            Róbta co chceta Groha. Tylko róbta Groha, róbta. Nam tu się już łydki trzęsą z niecierpliwości.smile
                          • asia.sthm Re: Opowiadanko czwarte 19.01.07, 22:10
                            > Znaczy takie coś, jak Tytus, Romek i Atomek? OK, może być.

                            Ludzie, jak sie sie ciesze !!! Mam dar przekonywania az milo popatrzec smile)
                            Grohus, jestes wielka! A nie mowilam?
    • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 12:42
      Mykland szedł wzdłuż porośniętego bluszczem muru, wbijając dłonie w kieszenie
      płaszcza i kryjąc się za postawionym kołnierzem. Latarnie oświetlały drżące
      kałuże i zacinający deszcz.
      -Za chwilę wejdę pod gorący prysznic a potem zasiądę ze szklaneczką whisky –
      pomyślał i przyspieszył kroku.
      Kolejne skrzyżowanie zastopowało go czerwonym światłem. Wbił niecierpliwie
      wzrok w sygnalizator i zaklął pod nosem. Po drugiej stronie przejścia stała
      kobieta w długim, lśniącym płaszczu. Jej głowę skrywał kaptur. Stała
      nieruchomo, nie reagując na ruch uliczny. Wyglądała, jakby czekała, zupełnie
      nie mając zamiaru przechodzić na drugą stronę. Podmuch wiatru zerwał jej z
      głowy kaptur. Mykłand ujrzał migdałowe, zielone oczy, które nagle wypełniły
      przestrzeń między nimi. Przez plecy przemknął mu dreszcz. Światło zmieniło
      barwę i Mykland zrobił pierwszy krok. Kobieta stała nieruchomo. Spuścił głowę i
      z walącym w piersi sercem ruszył przez jezdnię, która nagle nabrała rozmiarów
      autostrady. Stawiając stopę na przeciwległym chodniku podniósł wzrok. Kobieta
      wpatrywała się w niego, jednak jej oczy nabrały niebieskiej barwy, tak mocnej ,
      że aż szmaragdowej.
      -Myklandzie- powiedziała niskim i spokojnym głosem – Nieskończenie długo
      czekałam tu na ciebie. Jej dłoń sunęła w kierunku ramienia Myklanda i zacisnęła
      się na materiale rękawa. Zaskoczenie odebrało mu głos.
      - Skąd pani wie, jak się nazywam ?– zapytał lekko chrypiąc. Oczy nieznajomej
      ściemniały, wchodząc w piwny odcień.
      - Każdy zna twoje imię. Każdy, kto chce poznać Tajemnicę.
      Mykland mrużył oczy, źle widział w wilgotnym powietrzu, omiatany raz za razem
      reflektorami przejeżdżających aut.
      - Nie rozumiem o co pani chodzi, proszę mnie puścić- odparł starając się
      odebrać ramię.
      - Przecież dobrze wiesz, Ty i Sue. Oboje wiecie. Myśli są tak samo materialne
      jak domy, które nas otaczają.
      Mykland odruchowo rozejrzał się dookoła. Budynek na przeciwległym rogu
      skrzyżowania uginał się lekko w kierunku jezdni. Rozciągliwe jak guma okna
      żarzyły się w uścisku jak rozpalona stal. Wieczorne światło nabrało jasności ,
      jakby sterowane przez oświetleniowca. Cała sceneria nabrała cech teatralnej
      rzeczywistości. Przestraszonym wzrokiem spojrzał na przechodniów. Nikt na nic
      nie zwracał uwagi.
      - Co się tu dzieje? –spytał nerwowo- Czego pani ode mnie chce! Proszę zostawić
      mnie w spokoju! Oczy nieznajomej powróciły do zielonej barwy. Blask wydawał się
      przygaszony, wyraźnie posmutniała.
      - Będziesz chciał mnie odszukać. Nie jesteś jeszcze gotowy- odpowiedziała.
      Odwróciła się na pięcie, schowała głowę w kapturze i odeszła.
      Mykland przyglądał się jej przerażony ale i zaciekawiony. Świat dookoła wydawał
      się wracać do normalności. Wbił na powrót dłonie w kieszenie i nagle wyrwał
      jedną z nich w popłochu. Coś go wyraźnie oparzyło. Ostrożnie zajrzał do środka.
      Na dnie, wśród codziennych śmieci tkwił płaski klucz. Mykland wsunął ponownie
      dłoń. Klucz był jeszcze gorący ale dało się go wyjąć bez szkody dla skóry.
      Położył go na otwartej dłoni. Płaski klucz typu yale nie wyróżniał się niczym
      szczególnym, jednak na odwrocie widniał wytłoczony wzór i napis „leśny uskok
      23”.
      Mykland zamknął dłoń w pięść i wsunął do kieszeni. Poczuł, że natychmiast musi
      znaleźć się w swoim domu, domu który z pozoru powinien zapewnić mu
      bezpieczeństwo. Ruszył przed siebie.
    • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 12:55
      Krzysiek... mróz po krzyżu mi przeszedł. No to luuu, ciąg dalszy prosimy.
      • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 13:39
        Krzysiek, sluchaj sie Lyliki.
        O matko, wlosy mi stanely deba....macie pojecie jak to wygladawink
    • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 14:21
      Mykland stanął pod bramą XIX –wiecznej kamienicy. Bliskość domu uspokoiła jego
      oddech i myśli. Niedawne spotkanie nabrało cech przywidzenia. Zamknął za sobą
      kute drzwi i ruszył windą w górę. Klucz w zamku przekręcił się z lekkim
      chrobotem i jego oaza stanęła otworem. Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie.
      Stał w mroku, wsłuchując się w ciszę domu. Sięgnął do włącznika i przekręcił.
      Światło kinkietów oświetliło długi przedpokój. Mykland stał nadal oparty o
      drzwi i nie wierzył własnym oczom. To nie było jego mieszkanie.
      Czuł, że ogarnia go paraliż, który zaraz uniemożliwi mu oddychanie. Ostrożnie
      otworzył drzwi i wyszedł na podest klatki. Do ostatniej chwili trzymał się
      naiwnej myśli, że pomylił piętra, ale w głębi wiedział, że to go nie uratuje.
      Na drzwiach widniał metalowy numer jego mieszkania, przed drzwiami leżała
      wycieraczka z długim włosiem, którą przywiózł z wycieczki do Polski. Na
      metalowych stojakach stały kwiaty, które wspólnie z sąsiadką, pania Abberwill
      pielęgnowali każdego niedzielnego poranka.
      Pani Abberwill!- pomyślał i zastukał nerwowo w jej drzwi. Sąsiadka otworzyła ,
      jej strój zdradzał, że niedawno wróciła do domu.
      - Witam panie Mykland- gestem zaprosiła go do środka.
      - Nie, nie- odparł – Nie chcę pani przeszkadzać, mam tylko prośbę – nietypowość
      sytuacji mieszała mu myśli – Wyjdę na wariata- przemknęło mu przez głowę.
      - Słucham panie Mykland, czy cos się stało ? – okulary pani Abberwill błyskały
      z zaciekawieniem
      - Tak. Nie, Nie, już sam nie wiem, ale czy może pani wejść do mnie na chwilę?
      - Tak, oczywiście, widzę że jest pan bardzo zdenerwowany- sięgnęła za siebie po
      klucze i zatrzasnęła drzwi
      Mykland ponownie otworzył zamek i wszedł do przedpokoju. Pani Abberwill, nieco
      zaniepokojona jego stanem weszła za nim.
      - Czy coś się stało ? – zapytała ponownie.
      Mykland przyglądał jej się natarczywie.
      - Pani Abberwill, czy tu wszystko jest OK? – zapytał
      Sąsiadka niepewnie spojrzała na niego i omiotła wzrokiem przedpokój.
      - Ktoś pana zalał?- spytała- Nie widzę plam na suficie ani żadnych szkód, chyba
      że dalej w domu. Mam nadzieje, że nie uszkodziły się pana cenne meble? –
      zapytała z niepokojem i weszła dalej.
      Mykland niepewnie kroczył za nią rozglądając się po nieznanym wnętrzu.
      - Wydaję mi się, że wszystko jest w porządku – odparła kobieta- Ale może ja nie
      zwracam na to uwagi? Czy panu cos zginęło?
      Mykland usiadł w dużym skórzanym fotelu. Skóra zaskrzypiała.
      - Nie wiem pani Abberwill, chyba jestem przemęczony, cos mi się zdawało.
      - Musi pan odpocząć- odparła poprawiając okulary- Kupiłam wspaniałą sałatkę u
      Grety, może zjemy razem? Chyba, że ma pan inne plany na wieczór.
      - Nie wiem, dziękuję za zaproszenie, ale musze najpierw pozbierać myśli-
      odparł - Jeżeli to pani nie przeszkadza może zapukam później.
      - Niech pan weźmie gorącą kąpiel, postawi pana na nogi, a jak się pan poczuje
      samotny, to zapraszam do mnie – odparła. Mykland podniósł się z fotela.
      - Niech pan siedzi- odparła -Sama trafię do drzwi. Wychodząc odruchowo
      poprawiła niewielki obraz wiszący na ścianie.
      Mykland usłyszał trzask zamykanych drzwi. Siedział nadal w płaszczu w fotelu i
      rozglądał się po pokoju.
      - Czy ja zwariowałem? – pomyślał- To istne szaleństwo!
      Wstał i rozejrzał się za telefonem. Aparat stał na niskim stoliku. Telefon był
      dokładnie taki, jaki kupił pół roku temu. Niepewnie włączył klawisz szybkiego
      wybierania. W słuchawce głucho brzmiał sygnał oczekiwania. Głośnik zachrobotał
      i rozległ się damski głos
      - Słucham? - Mykland czuł jak miękną mu nogi.
      - Sue! Dzięki Bogu! Sue! Tu się dzieje coś strasznego, ja nic nie rozumiem!
      Sue! Musisz mi pomóc!
      - Myki – odparła spokojnie i czule- Ja ci nie mogę pomóc.
      Mykland poczuł dreszcz na plecach
      - Ale Sue! Tu się dzieją dziwne rzeczy! Ja nic nie rozumiem! Musimy się
      spotkać! Pomóż mi!
      - Myklandzie- przerwała Sue- Sam musisz się dowiedzieć co się stało z twoim
      życiem. Ja nie mam prawa wejść do twojego świata. Nie mogę. Ja jestem tylko
      Głosem.
      Połączenie zostało przerwane
      - Sue! Sue! – Mykland krzyczał do pustej słuchawki - Sue!
      Zimny pot pokrył całe jego ciało. Wilgotna koszula kleiła się do pleców.
      - Sue…- szepnął
      Zdjął płaszcz, zucił na podłogę, zdarł z szyi krawat i rozpiął koszulę.
      Otworzył drzwi balkonu i zaczął łapać powietrze jak człowiek uratowany z
      topieli. Na ulicy trwał zwyczajny wieczorny gwar. Z kawiarenki naprzeciwko
      dolatywał brzęczący szum rozmów i zapach kawy, ulicą przejeżdżały samochody,
      gdzieś szczekał pies.
      Mykland odwrócił się w stronę pokoju i po raz pierwszy dokładnie przyjrzał się
      wnętrzu. Jego nowoczesne, minimalistyczne meble zastąpiły sprzęty w stylu Art
      deco. Ściany pokrywała tapeta w geometryczne wzory, w rogu pokoju stała ogromna
      skórzana kanapa, stanowiąca komplet do fotela. Na ścianach wisiały obrazy w
      kosztownych ramach. Mykland oderwał się od okna i ruszył w głąb mieszkania.
      Pozostałe pomieszczenia urządzone były w identycznym stylu. Podszedł do szafy w
      sypialni i otworzył podwójne drzwi. W środku wisiały jego rzeczy, garnitury,
      koszule, buty. Ruszył na rekonesans pozostałych pomieszczeń. Szafki, komody i
      półki zawierały jego osobiste rzeczy. Przedmioty w szufladach ułożone były tak,
      jak je zostawił wychodząc z domu. Lodówka zawierała ulubione napoje i
      przekąski. Na marmurowym blacie stała filiżanka, z której pił poranną kawę,
      tyle tylko, że rano zostawił ją na blacie ze stali. Wrócił do salonu i usiadł w
      fotelu. Przyglądał się obrazom wiszącym na ścianach. Dziwne pejzaże i martwe
      natury nie nasuwały mu żadnych skojarzeń. Spojrzał na obraz, który pani
      Biddwell poprawiła wychodząc od niego. Poczuł ucisk w czaszce i kolejne krople
      potu na czole. Wstał i podszedł by przyjrzeć się dokładniej. Niewielki obraz
      przedstawiał kobietę w długim, błyszczącym płaszczu idącą ulicą w potokach
      wieczornego deszczu. Jej głowę osłaniał kaptur.
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 14:40
      Straszne... To znaczy, nie opowiadanie, które jak wszystko, co wychodzi spod
      Twej klawiatury, Baronie, jest fascynująco-intrygujące, ale ta atmosferka...
      matko kochana! Mroczność mnie jakaś ogarnęła, ciary chodzą mi po plecach i boję
      się wyjść na ulicę. Ale chcę dalej, chcę! A co tam, bardziej już i tak nie
      osiwieję. Dawaj, Baronie! Tylko nie każ zbyt długo czekać w tym napięciu, bo
      wiesz, zdrowie mam już trochę nie tego...
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 14:56
        Mniam, mniam. Smakowity kąsek. Dreszczowiec jak się patrzy, bardzo stosowny do tej wyjącej wichury. Jeśli tylko tempo publikacji nie osłabnie to już zacieram rączki.smile
        P.S. Baronie, czy Ty już masz internet w domu?
    • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 17:01
      Mykland wpatrywał się w obraz jakby czekał, aż kobieta odwróci się i odpowie mu
      na kłębiące się w głowie pytania. Ciszę pokoju przerwał dzwonek telefonu.
      Wzdrygnął się i podszedł do aparatu. Po chwili włączyła się automatyczna
      sekretarka. Usłyszał nagrywający się męski głos:
      - Mykland, czy ty już masz Internet w domu? Przesłałem ci dokumenty, jeżeli
      znajdziesz czas przejrzyj je przez weekend. Dzwoniła Sue, że wyjeżdżacie na
      parę dni, daj znać jak wrócisz.
      Głos przebrzmiał w przestrzeni, a on wpatrywał się w migający wyświetlacz.
      - Nigdy nie miałem Internetu w domu- pomyślał – Nie znam tego głosu a Sue nic
      nie mówiła o wyjeździe. Podniósł słuchawkę i wybrał jej numer . Automatyczny
      głos poinformował o braku takiego numeru. Wybrał ponownie, jednak usłyszał to
      samo. Szarpnął nerwowo szufladę stolika i wyjął jej wizytówkę. Wbił numer,
      cyfra po cyfrze.
      - Nie ma takiego numeru. Nie ma takiego numeru – brzmiało mechanicznie.
      Odłożył słuchawkę i przeszedł do gabinetu. Mimo, że stojące biurko w niczym nie
      przypominało jego szklano-stalowego arcydzieła, konstrukcja obu była prawie
      identyczna. Zasiadł w fotelu i uniósł część blatu. W płaskiej szufladzie tkwił
      laptop. Sprawdził podłączenie modemu i włączył komputer. Program pocztowy
      zaczął w zawrotnym tempie ściągać kolejne wiadomości. Wszystkie były od tego
      samego nadawcy. Ich liczba przekroczyła sto. Mykland otworzył pierwszą z
      nich. Wiadomość zawierała plik graficzny, przedstawiający bajkowy domek Baby
      Jagi. Drzwi domku pulsowały rytmicznie. Mykland najechał na nie myszką i
      otworzył. Obraz pokazał animowany pokój, zastawiony starymi sprzętami, w
      kominku w zawieszonym garnku coś bulgotało. W kącie stał wysoki stolik, na
      którym obok otwartej książki siedział kot i wpatrywał się w Myklanda. Jego oczy
      co chwilę zmieniały barwę. Próbował wywołać reakcje programu myszką, jednak kot
      okazał się złym tropem. Najechał na otwartą księgę, która wypełniła cały ekran
      komputera. Strony zawierały jedno zdanie, powtarzające się wielokrotnie „
      Czasem nawet przyjaciół z Japonii zaskoczysz wiedzą o daniu o którym nie
      słyszeli”.
      Mykland czuł pulsujący ból głowy. Zagadki mnożyły się z każdą chwilą i
      początkowy strach zaczęła zastępować wściekłość.
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 20:10
        Znaczy się masz internet w domu! Nareszcie.
        Słuchaj, ja muszę koniecznie zobaczyć to biurko. smile
        • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 22:13
          a ja kota !
          Krzychu, niech ci nie daj Panie Boze passa nie przejdzie.
          Odtanczymy cos, byleby nie przeszlo. Pliiizzz
          • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 23:32
            Po prostu - niesamowite, świetne, fantastyczne!
            Asiu, Baronowi nie przejdzie, zobaczysz. Na takim poziomie, to już nie w kij
            dmuchał - wena mu spokoju nie da, choćby nie wiem co. Mam nadzieję, że już
            siedzi mu na karku i nie pozwala myśleć o niczym innym. Zdolna bestyjka z tego
            naszego Barona. Żeby jeszcze nie był taki narowisty i naprawdę założył sobie w
            domu Internet, to osobiście byłabym zdrowsza. Bo już mnie głowa boli, gdy
            pomyślę, że na następny odcinek trzeba pewnie czekać do poniedziałku sad
            • edeka5 Re: Opowiadanka do porannej kawy 19.01.07, 23:59
              Też się obawiam, że godz.17 to jeszcze praca a nie dom. Ale jak ma już swój dom to i Internet założy - nie wytrzyma. Przynajmniej trzymam za to kciuki smile
              • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 20.01.07, 09:06
                Jeśli Baron już ma internet w domu a nic nam nie powiedział i tylko się z nami drażni, to grożą mu jak najdalej idące konsekwencje. Jeśli jeszcze nie ma, to musimy Go zmusić. Niech się nad nami nie pastwi dłużej.smile
                • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 22.01.07, 15:36
                  Baronie, gdzie dalszy ciąg opowiadania???
                  • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 22.01.07, 15:57
                    Będzie jutro, o ile zaraz mnie szlag w pracy nie trafi. Marzy mi się praca w
                    magazynie biblioteki tam, gdzie są tylko półki z książkami i winda. Bez ludzi i
                    telefonów.
                    • ida14 Re: Opowiadanka do porannej kawy 22.01.07, 23:16
                      MATRIX!!!
                      tylko czekam az bedzie, nio łejkap i der is noł spun (uwielbiam pisac w wersji
                      czytanej, nie gniewajcie sie) tongue_out

                      Lyliko tak sie broniłas przed Matrixem, a to opowiadanie baaardzo mi przypomina
                      klimat tego filmu (poczatek). Może ja jestem dziwna i to wcale nie jest
                      podobne, ale mnie przypomina tongue_out
                      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 23.01.07, 08:37
                        ida14 napisała:
                        > Lyliko tak sie broniłas przed Matrixem
                        ...
                        Ja się nie broniłam przed Matrixem. Obejrzałam, ale nie wpadłam w zachwyt. Opowiadanie Barona natomiast, podoba mi się bardzo. smile
    • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 23.01.07, 18:54
      Wsunął dłonie we włosy i zastanawiał się nad sytuacją w której się znalazł.
      Gdzieś w dalekich obszarach mózgu czuł, że powinien wiedzieć co znaczy to
      zdanie. Podniósł wzrok na ekran monitora i systematycznie zaczął otwierać
      wiadomości. Wszystkie zawierały tajemniczy dom Baby Jagi. Wpatrując się w ekran
      poczuł, że coś zakłóca ciszę mieszkania. W pewnym momencie dotarło do niego, że
      ktoś dobija się do drzwi. Wyszedł do przedpokoju i zwolnił zasuwkę. W półmroku
      klatki schodowej stała Sue.
      -Sue! – krzyknął i złapał kobietę w objęcia.
      -Panie Mykland! – odparła kobieta- Co pan robi?!
      Głos nie pasował do Sue. Wypuścił kobietę z objęć i spojrzał zamglonym
      wzrokiem. Przed nim stała pani Abberwill.
      -Co się z panem dzieje?! – spytała zaniepokojona- Usłyszałam tak straszny krzyk
      z pańskiego mieszkania, myślałam, że cos się panu stało!
      -Nic mi nie jest- odparł- Nie krzyczałem .
      Pani Abberwill przyglądała mu się z przerażeniem.
      -Panie Mykland! Pan jest zupełnie siwy !
      Mężczyzna cofnął się do wnętrza mieszkania i spojrzał w lustro. Jego własne
      odbicie przeraziło go na wskroś. Tafla lustra odbijała widok starego mężczyzny
      z siwymi włosami i z pooraną bruzdami twarzą.
      -Pani Abberwill – odparł zduszony- Niech mnie pani ratuje.
      Kobieta stała na progu jego mieszkania. Widok mężczyzny, którego znała od ośmiu
      lat przerażał ją, jednak czuła, że w tej chwili ten rosły i zawsze pewny siebie
      człowiek jest zagubiony jak dziecko.
      -Już dobrze – odparła- Wszystko się ułoży, nie ma takiej rzeczy na świecie,
      której nie można logicznie wytłumaczyć.
      Mykland odsunął się od drzwi i wszedł do wnętrza mieszkania nie zwracając uwagi
      na kobietę. Pani Abberwill podążyła za nim. W salonie Mykland zwalił się na
      skórzaną kanapę, jakby stracił władzę w nogach. Kobieta usiadła obok niego i
      położyła jego głowę na swoich kolanach. Mężczyzna zaczął płakać. Łkanie
      wstrząsało całym jego ciałem.
      -Nie wiem kim jestem , gdzie jestem, co się ze mną dzieje – mówił między
      jednym spazmem a drugim- Czuję się jakby odebrano mi siebie samego i rzucono
      na środek oceanu.
      Kobieta głaskała go po głowie. Za każdym razem, gdy jej ręka przeczesywała jego
      włosy, wracały do poprzedniej barwy.
      -Myśli są tak samo materialne jak domy, które nas otaczają- odparła prawie
      szeptem.
      Mykland poczuł, jak przerażenie mrozi mu szpik w kościach. Bał się poruszyć
      lecz mimo upiornych słów, które właśnie usłyszał nie mógł wyzwolić się spod
      hipnotyzującego dotyku kobiety.
      -Tak naprawdę nikt z nas nie wie gdzie jest i kim jest, rzeczywistość staję się
      fikcją a fikcja rzeczywistością, nie każdy człowiek potrafi dostrzec tę
      różnicę, ale ty masz dar. Jesteś u progu odkrycia Tajemnicy. Masz odwagę ją
      znaleźć, wystarczy poszukać w sobie.
      Mężczyzna czuł, jak krew w jego żyłach zaczyna krążyć ze zdwojoną siłą a myśli
      nabierają klarowności.
      -Wiesz, co robić.
      Mykland podniósł głowę z kolan kobiety i podniósł się z kanapy.
      -Wiesz co robić – powtórzyła
      Mykland podszedł do balkonowych drzwi. Przestrzeń wypełniająca świat była
      absolutnie niema. Rzeczywistość przepełnila się doskonałą ciszą. Nie słyszał
      unoszącego się powietrza, drgania cząsteczek ani wibrowania atomów. Otworzył
      drzwi i wyszedł na balkon. Świat dookoła stał w miejscu. Przed oknem zawisł w
      bezruchu przelatujący gołąb, ruch na ulicy zatrzymał się jak stop klatka, czuł,
      że jego myśli i zmysły zwalniają z każdą sekundą. Mykland podszedł do
      balustrady i wysunął przed siebie rękę. Koniuszki palców natrafiły na
      przeszkodę, zasłonę z prawie niewyczuwalnego muślinu. Delikatnie zaczął zwijać
      materiał w dłoni. Mimo, że jego ciężar przypominał ołów Mykland wiedział, że
      bez wysiłku zwinie rzeczywistość i zamknie ją w dłoni. Widzialny świat
      marszczył się i łamał. Światło i cienie zamieniały się miejscami, rzeczy i
      ludzie znikali w groteskowym suple. Kolejny ruch jego palców zwijał poły
      świata, który znał i za każdym drgnieniem jego dłoni ukazywała się doskonała
      nicość.
      -To Początek – pomyślał- Jeśli uda mi się zamknąć świat w dłoni będę mógł
      wszystko zacząć od nowa.
      -Myklandzie – usłyszał głos za sobą – Nie jesteś jeszcze gotowy. Masz klucz do
      Tajemnicy, musisz nauczyć się jak go użyć.
      Nie zwalniając uchwytu odwrócił się. Na miejscu pani Biddwell siedziała
      zielonooka kobieta w błyszczącym płaszczu.
      -Masz na imię Kasjopeja – powiedział.
      Kobieta uniosła się i podeszła do niego.
      -Dlaczego właśnie ja? – zapytał
      -A dlaczego nie ? -odparła – Jesteś taki sam jak każdy inny, życie to pasmo
      przypadkowych zdarzeń, nie wierz w to, że zostałeś Wybrany, po prostu padło na
      ciebie.
      -Czy mogę się z tego wyplątać?
      -A czy nie będzie cię dręczyć do końca życia pytanie , co było dalej ?
      -Czy cos mi grozi?
      -Tak. Odkrycie Prawdy.
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 23.01.07, 21:11
      Krzysiu... O matko kochana... Zatchnęło mnie i nie mogę się ocknąć,a ciary
      chodzą mi po plecach, o tak: ciaaarrrr, ciaarrr...
      Mam ochotę Cię pogłaskać, mogę? Bo przytulić chyba bym nie śmiała jednak... Jak
      nie przepadam za takimi klimatami, bo się ich po prostu boję (chyba przez te
      nieogarnięte obszary własnej jaźni, a może przez myśli, które są tak samo
      materialne, jak domy...), tak teraz to wszystko odszczekuję: hau, hau, hau i
      wołam: to jest świetnie napisane! Wprawdzie osiwienie Myklanda ani trochę nie
      poprawiło mi nastroju, a nawet wręcz przeciwnie, ale nic to. Jak sobie pomyślę,
      że osobiście znam Barona, który potrafi TAK opisać zwijanie rzeczywistości, to
      mi od razu lepiej... Brawo, Krzyśku!
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 23.01.07, 21:20
        Jestem bardzo za zwinięciem części rzeczywistości. Tej która mnie kłuje w siedzenie i inne części ciała. Krzysiek, zwijaj! smile
        Ale opowidanie rozwijaj, rozwijaj, rozwijaj...
        • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 23.01.07, 22:26
          Czy jak jedna rzeczywistosc sie zwinie to pod nia bedzie druga ?
          Wolalaby to wiedziec zanim ktos mi ja zwinie. wink

          Baronie, to jest bomba ! Poczekam grzecznie na reszte, ale nie daj czlowiekowi
          osiwiec z niecierpliwosci.
          • maalza Re: Opowiadanka do porannej kawy 24.01.07, 11:32
            Krzyśku, jestem pod wrażeniem. naprawdę. Jonathan Carroll to Ci może tylko buty
            czyścićsmile
            Przestraszyłam się na dzieńdobry. Od dzisiaj nie wracam do domu z myślą, że
            zaraz będe w domu i napije się herbatki i wszystko będzie dobrze. Takie mysli
            zawsze sie kończą czyms zupełnie odwrotnym smile
            • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 24.01.07, 11:34
              He, he, he! W końcu odkryliście moją Tajemnicę, kto mnie natchnął wink
              • maalza Re: Opowiadanka do porannej kawy 24.01.07, 11:51
                big_grin Tak trzymaj!
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 24.01.07, 12:07
      Drogi, a zdolny Baronie! Ja nie chcę być podła małpa, ale powiedz tej, co Ci na
      ramieniu siedzi i do uszka szepce, że to są jakieś bluźniercze praktyki.
      Wyłączność na natychanie ma Gurua! wink
      • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 24.01.07, 12:21
        Nikt nikomu nie bluźni. Zapewniam. Natchnieniem do pisania wogóle zarządza
        Gurua, siedząca na prawym ramieniu, natomiast jesli chodzi o temat, to Caroll
        wyłazi zza kołnierza i szepce do ucha lewego. Jak na razie Natchniacze sie nie
        spotkali i do rekoczynów nie doszło. Nie widzą się chyba wzajemnie z powodu
        garba smile))
    • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 27.01.07, 15:09
      Ja jestem nieopisanie spokojny człowiek. Spokojnie sobie czekam, czekam i czekam, ale nawet najspokojniejszy człowiek popada w leciutką nerwację jeśli czeka za długo. Nie tylko człowiek z resztą. Chodzi o to, że opowiadanie Grohy zostało przeze mnie a raczej przez drukarkę ślicznie wydrukowane. Zakupiona została elegancka okładka, półskórek to nie jest, ale zawsze. Wszystko złożone sto czterdzięsi osiem, tfu, co ja piszę, wszystko złożone czeka na spięcie do kupy i do okładki. A czeka, bo Groha tak się opieszla z obiecenymi ilustracjami, że cierpliwość po trochu staje choleryczką. Ja rozumiem, że wena, muza i takie tam różne co to artyści bez tego nic, ani w ząb. To może jakieś czary, tańce indiańskie, ziółka /niekoniecznie legalne/ czy inne podniety zastosować by Aśćka mogła, żeby wreszcie wywiązać się z obietnicy.
      Ścielę się miękkim podnóżkiem i fotografiją dołączam, na dowód żem nie gołosłowna a opowiadanie smutne czeka.
      img253.imageshack.us/img253/2761/070127slonecznasobotanw1.jpg
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 27.01.07, 15:12
        Tak się przejęłam, że napisałam by i żeby w jednym zdaniu. Masło maślane. Widzisz Groha, ża głupoty od tego czekania dostaję!
        • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 27.01.07, 18:51
          O świętyjackuzpierogami... Lyliko, jaką masz cudnie haftowaną serwetę! wink))
          A to na niej, to naprawdę moja pisanina? Matko, to już się biorę za te
          ilustracje, już. Może choć na jednej nie wyjdzie mi płaczka... smile)
          • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 27.01.07, 22:37
            groha napisała:
            > O świętyjackuzpierogami...
            ...
            O właśnie, od lat się zastanawiam i wypytuję wszystkich, dlaczego Z PIEROGAMI?
            Do tej pory nikt mi nie umiał wyjaśnić.
            Ktoś jego wie?
            • asia.sthm Re: Opowiadanka do porannej kawy 27.01.07, 22:43
              Swiety Jacek zawsze byl z pierogami...dlatego zostal moim patronem.
              Widocznie zerty byl i nasza Luske znal.
    • 36krzysiek Re: Opowiadanka do porannej kawy 08.02.07, 15:22
      Mykland przyglądał się kobiecie. Jej oczy były niezmiennie zielone, patrzyła na
      niego badawczo.
      - Przyjdź do mnie – powiedziała.
      Mężczyzna stał nieruchomo.
      - Jutro rano będę na ciebie czekać.
      - Czy będzie jeszcze jakieś jutro? – pomyślał
      - Oczywiście- odparła, jakby czytała w jego głowie- Będzie jutro, pojutrze i
      kolejne dni. Ale to jakie one będą zależy tylko od ciebie. Powinieneś się
      przespać- powiedziała i dotknęła lekko jego twarzy. Mykland zamknął oczy lecz
      już po chwili je otworzył. Pokój wypełniało światło poranka a on czuł się
      wypoczęty, jak po spokojnie przespanej nocy.
      Dzień zmienił perspektywę postrzegania minionych wydarzeń. Za oknem panował
      codzienny gwar i tylko mieszkanie trwało nadal w zmienionej postaci. Gdyby nie
      obce meble mogłoby się wydawać, że to był tylko dziwny sen.
      Mężczyzna wszedł do kuchni i zaczął przygotowywać kawę. Mocny prysznic postawił
      go na nogi. Na blacie obok srebrnej cukiernicy leżał klucz.
      - No tak- pomyślał- Nie powinno mnie już dziwić, że przedmioty same pojawiają
      się i znikają. To nadal nie jest świat, który znałem
      Podniósł klucz z blatu i zaczął obracać go między palcami. Podszedł do okna i
      w dziennym świetle przyglądał się z uwagą grawerunkowi. Napis nie budził w nim
      żadnych skojarzeń ani tym bardziej wątpliwości. Wyraźnie wynikało, że jest to
      adres drzwi, do których będzie pasował. Skupił się na studiowaniu
      skomplikowanego ornamentu, przypominającego celtyckie wzory. Wzór składał się
      głównie z esów i floresów i prawdopodobnie stanowił jedynie ozdobny ornament.
      - A za tymi drzwiami czeka Kasjopeja- wypowiedział na głos.
      Dokończył kawę i ubrał się.
      - Ciekawe, czy w tym świecie funkcjonują taksówki – pomyślał i wybrał na
      słuchawce numer ulubionej korporacji
      - Słucham- zabrzmiało po drugiej stronie
      - Chciałbym zamówić taksówkę
      - Kurs do Leśnego Uskoku? – zapytała dyspozytorka
      - Tak – odparł i pomyślał - Nie zdziwię się, jeżeli podjedzie samochód bez
      kierowcy
      - Ależ oczywiście, że z kierowcą! – kobieta odpowiedziała stanowczo - Nie
      możemy narażać naszych klientów na niebezpieczeństwo. Taksówka będzie za
      dziesięć minut- połączenie zostało przerwane.
      Mykland zszedł wyszedł z kamienicy. Gwar i zapachy ulicy otoczyły go,
      wprawiając w dobry humor. Lęki nocy gdzieś się rozwiały. Przy krawężniku
      zatrzymał się ciemnozielony citroen. Mykland przyjrzał mu się z uznaniem. Jego
      ulubiony model DS z lat sześćdziesiątych. Wsiadł do wnętrza, które pachniało
      fabryczną nowością.
      - Piękny dzień się zapowiada! – zagaił kierowca.
      Mykland spojrzał na jego profil, mężczyzna odwrócił się do niego i uśmiechnął
      - Tak – odpowiedział Mykland- Wyjątkowo dziś pięknie.
      Kierowca nie zapytał o cel podróży tylko pewnie ruszył przed siebie.
      Po dwóch kwadransach jazdy zaczęli opuszczać miasto. Zabudowania pojawiały się
      coraz rzadziej. Widok z okien zapełniały rozległe łąki i kępy lasu. Mykland nie
      mógł sobie przypomnieć tych okolic, choć często podróżował samochodem i
      wszystkie drogi wyjazdowe były mu dobrze znane.
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 08.02.07, 15:33
        No tak, to było do przewidzenia. Zgubiłeś TEN klucz i dlatego pytałeś o wytrych. smile
        • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 08.02.07, 15:50
          I TEN samochód miał prawo mieć letnie opony. Gdyż Citroen to był, nie Romeo. Nie
          Alfa Romeo wink)
      • april02 Re: Opowiadanka do porannej kawy 09.02.07, 22:25
        Co dalej?! Jak nie lubię SF to to mi się podoba smile
        Ha, widzę że mamy podobne upodobania. Ten DS powinien być czarny. Koniecznie smile
        Mam jedno pytanie, czy fakt, że sąsiadka ma dwa nazwiska ma tu jakieś głębsze
        znaczenie?
    • lylika Baronie! 18.02.07, 19:50
      Ja tu nie widzę dalszego ciągu opowiadania. Ale może ja coś z oczami mam. smile))
      • lylika Re: Baronie! 23.04.07, 11:14
        Co się stało z Myklandem? Pan Baron chyba coś jego wie...
        • 36krzysiek Re: Baronie! 23.04.07, 11:19
          Błąka się gdzieś między ustami a brzegiem pucharu...
    • groha Re: Opowiadanka do porannej kawy 25.04.07, 00:16
      Żeby na naszym forumie nie było o co oka zaczepić przy porannej kawie, to
      skandal jakiś jest. No, ludzie kochane, nie róbcie mi tak... Przecież o jednym
      słuchowisku, to prawie, jak o suchym pysku (przepraszam Cię bardzo, Lyliko, ale
      sama powiedz, nie mam racji?). Upadek obyczajów, tyle powiem Szanownym. Mnie
      paluszki czasem jeszcze świerzbią, żeby coś tu wrzucić, ale zaraz sobie myślę: a
      po co? czyta to ktoś? a nawet jeśli, to i tak się nie odezwie, bo za dużo z tym
      zachodu, to co mu będę głowę zawracać, lepiej niech sobie gazetę spokojnie
      poczyta do tej kawy, na pewno będzie miał z tego większy pożytek... A już o tym,
      że kiedyś znów wymyślimy coś do wspólnego śmiechu i zabawy, żeby osłodzić i
      uatrakcyjnić trochę ten nasz żywot forumowy, to nawet nie marzę. No, chyba, że
      nowe kadry kiedyś mnie zaskoczą, co daj Boże, amen. Nowe kadry słyszą? Proszę,
      zaskoczcie! Bo poranna kawa, choćby najlepsza, bez lektury forumowej twórczości,
      to już nie kawa. To prosto mówiąc - lura.
      • lylika Re: Opowiadanka do porannej kawy 25.04.07, 11:15
        groha napisała:
        ...Mnie paluszki czasem jeszcze świerzbią, żeby coś tu wrzucić, ale zaraz sobie myślę: a po co? czyta to ktoś? a nawet jeśli, to i tak się nie odezwie, bo za dużo z tym zachodu, to co mu będę głowę zawracać, lepiej niech sobie gazetę spokojnie poczyta do tej kawy, na pewno będzie miał z tego większy pożytek...
        ...
        Groho,
        -czytam,
        -odezwę się,
        -nie zawracasz mi głowy,
        -z gazety nie ma większgo pożytku niż do pakowania śledzi (do wychodka za sztywna i brudzi)
        Myślisz, że dla mnie jednej pisać nie warto? Może jeszcze ktoś chętny się znajdzie. smile

        P.S. Jeśli myślisz, że się wyłgasz z napisania zaległych piosenek i ilustracji do opowiadania, to mnie jeszcze nie znasz. Będę sto razy bardziej upierdliwa, czepialska i bezwzględna niż Eulalija w Rankingu. smile))
        • goonia Re: Opowiadanka do porannej kawy 26.04.07, 01:11
          popieram Lylike w pelni,
          - gazety nie czytam, bom rano nie zdolna a jak oprzytomnieje to juz jestem w
          pracy. Moge czytac ksiazke, ale dopiero od polowy drogismile
          - opowiadanka czytam jak laska internetowa dziala w pracy, lub tez do kolacjismile
          czyli jeszcze lepiej bo sie dzien konczy podwojna uczta.
          - zapraszam do klawiatury
          • woloduch1 Upiorny pazdziernikowy drugi piatek 10.08.07, 02:10
            W pastwie dunskim cos psuc sie zaczyna... Te slowa, napisane niemal 400 lat temu
            z biegiem czasu nabraly innego znaczenia i w koncu zaczely po prostu oznaczac,
            ze gdzies cos jest nie tak jak trzeba. Tak tez stalo sie i w TWCh, o ktorym sama
            pani Joanna napisala w swojej "Autobiografii" (tom 6.) "Co za ludzie!". Nie,
            nie, nikt sie z nikim nie poklocil, nie powstaly zadne grupy rozlamowe ani nic
            takiego! Po prostu na uzywanym przez TWCh forum systematycznie malala ilosc
            postow, pomijajac oczywiscie takie jak "Dzien dobry" albo "Wyjezdzam". Proby
            naprawy sytuacji stykaly sie z odpowiedziami typu "Jestem zawalona robota",
            "Walcze z Tepsa", "Nie mam nic ciekawego do powiedzenia" czy nawet "Rzeczywiscie
            oczekujecie mojej aktywnosci z TEJ strefy czasowej?". Nawet tradycyjne
            comiesieczne spotkania zaczely co nieco szwankowac. Nie, nie, odbywaly sie z
            regularnoscia zegarka, ale coraz wiecej czasu wymagalo ustalenie miejsca. Odkad
            stalym miejscem przestala byc "Szpulka" na Placu Trzech Krzyzy (samo w sobie
            wydarzenie owiane mgla tajemnicy), kazde kolejne spotkanie musialo byc
            negocjowane w bardzo dlugich i zawiklanych watkach (prawde mowiac, z miesiaca na
            miesiac coraz dluzszych i coraz bardziej zawiklanych). Juz zaistnienie spotkania
            sierpniowego graniczylo z cudem. Spotkanie wrzesniowe (ktorego uzgadnianie
            zaczeto w dzien po spotkaniu sierpniowym) bylo cudem prawdziwym, potwierdzonym i
            udokumentowanym. Dzien pozniej otwarto nowy watek zatytulowany "Spotkanie
            pazdziernikowe", ktorego pierwszy wpis brzmial: "Gdzie?". Oczywiscie niemal
            natychmiast doczekal sie odezwu z adresami, ale adresy te byly rozrzucone.
            Targowek, Wola, Ochota, Mokotow, Praga, "Wszystko jedno gdzie, byle blisko
            dworca" - w sumie na trzy dni przed impreza padlo 43 propozycje. Wlasciwie to
            64, ale te 21 podrzucily sekcje pozastoleczne - podrzucajac takie miejsca jak
            "Wierzynek" w Krakowie, "Karczma Slupska" w Opolu, "Fregata" w Kolobrzegu i
            "Krak" w Toronto. Trzeba przyznac, ze piec z nich zawieraly propozycje w
            Warszawie, ale po blizszym przyjrzeniu okazalo sie, ze trzy juz nie istnieja,
            jedna jest w remoncie, a nikt nie wyrazil ochoty na pojscie do "Fukiera". Co
            wiecej, nikt nie wyrazil ochoty na pojscie gdzie indziej, niz sam zaproponowal.
            Co spowodowalo zlosliwe komentarze sekcji lokalnych, albowiem na zdeklarowanych
            uczestnikow przypadalo 2.6875 zaproponowanego miejsca. Na dwa dni przed
            spotkaniem zdesperowana Szefowa podjela (tradycyjnie) decyzje odgorna, ale...
            nikt sie jej nie podporzadkowal. Nastapil imaps, zwany rowniez patem. Wygladalo
            na to, ze spotkanie nastapi w 16-tu miejscach rownoczesnie i konwersacja odbywac
            sie bedzie za pomoca komorek. Ostatni dzien przed spotkaniem wypelnily nerwowe,
            acz bezskuteczne negocjacje. I wtedy ostro wkroczyly do akcji sekcje zamorskie:
            nowozelandzka, szwedzka i kanadyjska. Zaproponowaly one odbycie spotkania metoda
            antypucharowa. Metode pucharowa kazdy zna - spotykaja sie dwie sztuki, jedna
            odpada a druga przechodzi dalej. I tak az do skutku, kiedy zostana tylko dwie
            sztuki. Metoda antypucharowa miala zas polegac na tym, ze dwie sztuki spotykaja
            sie w miejscu polozonym w polowie odleglosci pomiedzy miejscami startu, po czym
            razem udaja sie na spotkanie (znowu w polowie drogi) z druga para, po czym w
            czworke... a nastepnie w osemke... spotykaja sie z druga osemka w polowie.
            Ustalono, ze sekcja nowozelandzka dokona losowania par (nie bylo rozstawiania!),
            zas sekcje szwedzka i kanadyjska beda pilotowac spotkania. Kazdy z uczestnikow
            mial podac adres pocztowy kogos (wspolmalzonka/przyjaciela/sasiada -
            niepotrzebne skreslic), ktory przez caly wieczor bedzie w domu odbierac poczte i
            telefony oraz poda wybrany (i obowiazujacy!) adres wybranego lokalu. O 18:00
            wszyscy maja sie stawic w miejscach startowych, po czym maja dzwonic do swoich
            wspolmalzonkow/przyjaciol/sasiadow - niepotrzebne skreslic po dalsze instrukcje.
            Sekcja nowozelandzka przeprowadzila losowanie par, zas sekcje szwedzka i
            kanadyjska powiesily sobie na scianie mapy Warszawy. Ku zdumieniu wszystkich,
            pomysl zostal nie tylko przyjety, ale przyjety entuzjastycznie. O godzinie 17:00
            Szwecja i Kanada mialy 16 adresow zupelnie sobie nieznanych osob. O 18:00
            otwarly zapieczetowana koperte... a nie, przepraszam, nieotworzony list sekcji
            nowozelandzkiej i przystapily do wysylania informacji. Metoda losowa, jak to
            metoda losowa - splatala pare figli. Jednym z nich bylo spotkanie dwojga
            uczestnikow startujacych z punktow najblizszych sobie, a drugim - dwojki
            najdalszych. W kazdym razie, o 19:00 wszystkie dwojki sie juz spotkaly i
            nastapilo rozeslanie kolejnych informacji. O 19:45 cztery czworki dowiedzialy
            sie o kolejnych miejscach spotkan, a o 20:30 dwie osemki uzyskaly koncowa
            lokalizacje. Wywolalo to drobny szok, albowiem miejscem docelowym okazal sie
            Plac Trzech Krzyzy, ale po stronie przeciwnej od "Szpulki". O 21:00 cala grupa
            wreszcie sie spotkala i zdecydowala (zgodnie!!!!) pojsc do Szpulki". Kiedy juz
            usiedli, Szefowa zagaila zebranie:
            - Ale sie porobilo!
            A cztery godziny pozniej na forum pokazaly sie pierwsze sprawozdania i
            fotografie. Zapadlo rowniez ustalenie, ze o kolejnych miejscach spotkan beda
            decydowac sekcje zamorskie - ta sama metoda, albo nieco ulepszona. No i okazalo
            sie, ze kolejne (listopadowe) spotkanie ma sie odbyc w Kandaharze... Ale to juz
            zupelnie inna historia...
            • lylika Re: Upiorny pazdziernikowy drugi piatek 10.08.07, 07:12
              Ooo... do porannej kawy zreanimowana Sekcja Kanadyjska. Jak miło.
              Okazuje się, że nawet nasz sposób umawiania się może być tematem na opowiadanie.smile
            • asia.sthm Re: Upiorny pazdziernikowy drugi piatek 10.08.07, 09:46
              smile))))))
              Jak lubie Woloducha !
              Woloduch slyszy?

              Kawa, glupia cholera, wylala mi sie od tego lubienia...nie szkodzi ,
              lece po scierke.
              Piatkowego piatku wszystkim.
              • groha Re: Upiorny pazdziernikowy drugi piatek 10.08.07, 12:30
                smile)) O, i to jest świetny, męski sposób na skrzeczącą rzeczywistość, hihi,
                zdecydowanie lepszy, niż najpiękniejsza babska awanturka. Duża buźka, Wołoduchu!
                • 36krzysiek opowiadanko do porannej kawy 01.09.07, 16:30
                  Przez przednią szybę zobaczył łuk drogi. Samochód delikatnie wszedł
                  w wiraż. Zakręt sprawiał wrażenie, jakby nie miał końca. We
                  wstecznym lusterku zobaczył oczy kierowcy, które wyraźnie się do
                  niego uśmiechały. Samochód wjeżdżał w coraz gęstszy mrok, który
                  sprawiał wrażenie szybko zapadającego zmierzchu. Kierowca włączył
                  światła. Reflektory omiatały drogę przed nimi, która cały czas
                  biegła po łuku.
                  - Jeździmy w kółko –pomyślał
                  Refleksy światła wyłaniały las wzdłuż drogi. Drzewa stały
                  nienaturalnie blisko siebie, tworząc ścianę. Mykland przykleił twarz
                  do szyby i spojrzał w górę. Prędkość samochodu sprawiała, że
                  przestrzeń nad nimi robiła wrażenie tunelu. Mykland wytężył wzrok.
                  Dach nad drogą tworzyły ciasno zbite konary drzew.
                  • lylika Re: opowiadanko do porannej kawy 01.09.07, 19:14
                    Hurrra! Mykland wrócił. Tylko niech uważa, na miłość boską!
                    • groha Re: opowiadanko do porannej kawy 02.09.07, 20:27
                      No, wreszcie pan Baron nas uraczył ulubionym dalszym ciągiem, dziękujemy, ach,
                      dziękujemy! Przeczytałam do wieczornej kawy i trochę się obawiam, czy mi się ten
                      tunel dzisiaj nie przyśni, ale nic to. Gorzej będzie, jeśli pan Baron zostawi
                      nas teraz na dłuższy czas z Myklandem jeżdżącym w koło. Możemy nie dać rady bez
                      Aviomarinu, a ja mam na to świństwo uczulenie, więc bardzo proszę, Baronie,
                      niech on szybko przestanie się kręcić i jedzie dalej, dobrze? Byle nie
                      pociągiem, byle nie pociągiem! wink
    • woloduch1 Powrot 28.01.08, 04:21
      Kiedy po dlugich i ciezkich cierpieniach zasnalem wreszcie w Panu, przezylem spore rozczarowanie. Szedlem dlugim tunelem w strone jasnosci i cieszylem sie na spotkanie z rodzicami, dziadkami, grupka przyjaciol... Tymczasem, kiedy wreszcie wstapilem w jasnosc, nie czekal na mnie nikt. Rozejrzalem sie dookola. Nie bylo nikogo na ogromnej, pustej przestrzeni, ktora przypominala mi... wlasciwie niczego mi nie przypominala... skrzyzowanie jakiejs gigantycznej poczekalni z laka? Nikogo nie bylo na tej ogromnej, pustej przestrzeni koloru, ktorego nie moglem zidentyfikowac, o fakturze, ktorej tez nie moglem zidentyfikowac. Rozgladalem sie wokol przez dobra chwile az wreszcie dotarlo do mnie, ze jestem sam. Ruszylem wiec pomalu przed siebie, nie majac pojecia dokad i po co ide.
      - A, tu jestes! - odezwal sie jakis glos za mna.
      Odwrocilem sie gwaltownie i ujrzalem wysoka postac. Postac owa nosila brode i dobrotliwy usmiech.
      - Panie! - schylilem sie w poklonie, ale postac nie pozwolila mi upasc na kolana i podniosla mnie natychmiast.
      - To niepotrzebne, przeciez i tak nie jestem twoim Panem - powiedziala postac i widzac moje oslupienie dodala - Jestem Aryman. Co zreszta i tak nie ma najmniejszego znaczenia.
      Kompletnie nic nie rozumialem. A wiec moja religia byla falszywa i teraz skazany zostane na wieczna kare? Przeciez to nie moja wina! Aryman chyba wyczul moje przerazenie, bo przyjrzal mi sie uwaznie i westchnal.
      - Musiales miec ostatnio ciezkie przezycia, bo jakos nie mozesz dojsc do siebie. No nic, chodzmy na sad.
      Nagle zanalezlismy sie w biurze. Na biurku stala waga i lezaly trzy kartki papieru. Aryman obszedl biurko i usiadl w fotelu, mnie wskazujac proste krzeslo. Usiadlem na brzezku, a On wzial pierwszy z papierow i rzucil okiem najpierw na niego, a potem na mnie.
      - Zgadza sie - powiedzial i podniosl pozostale kartki. Jedna polozyl na jednej szalce wagi, a druga na drugiej. Waga zaczela sie chybotac, raz w jedna strone, raz w druga.
      - Wczytuje twoje dobre i zle uczynki - powiedzial wyjasniajaco Aryman.
      Waga tymczasem chybotala sie, ale coraz wolniej. W koncu zielona szalk opadla na dol, zas czerwona powedrowala do gory.
      - Ocena pozytywna - mruknal Aryman. - No to co, jestes gotowy do powrotu?
      - Do... do... do powrotu? - wyjakalem zaskoczony - do powrotu dokad? Panie Boze Arymanie - dodalem pospiesznie.
      - Na ziemie oczywiscie. Coz to, nic nie pamietasz?
      - No, pamietam, cale moje zycie...
      - Tylko jedno? A poprzednie?
      - Po... po... poprzednie?
      - Poprzednie. Teraz bedzie twoj sto trzynasty powrot.
      - Powrot?
      - Sluchaj no, czy ty sie dobrze czujesz? Przeciez to nie pierwszy raz jestes tutaj w tej sytuacji. Chwileczke - rzucil okiem na kartke. - No tak, u mnie jestes po raz drugi, ale masz juz za soba Zeusa, Posejdona, Jahwe, Allacha, Ra, Nemezis, Astarte, mam wszystkich wyliczac?
      - Ale ja zupelnie nic nie rozumiem! To w koncu ktora religia jest prawdziwa?
      - No tak. Dobrze. Zrobie ci krotki kurs wprowadzajacy, a wlasciwie przypominajacy. Wszystkie religie sa prawdziwe. I wszyscy Mniejsi Bogowie. Wszechmogacy stworzyl nas, tak ja i ten swiat i Wszechswiat i wszystkie inne Wszechswiaty. Jestesmy w Jego imieniu zarzadcami - tylu religii, ile wy tam na Ziemi sobie stworzycie. Ilosc duszy na Ziemi jest stala - tak jak stala jest ilosc Many, ktora je podtrzymuje. Obecnie ilosc ludzi na swiecie osiagnela stan maksymalny - no i zaczely sie klopoty. Chyba o nich wiesz?
      Wytezylem pamiec.
      - Czy chodzi o te gwaltownie rosnaca ilosc martwych urodzin, ktora zaczela martwic naukowcow? - spytalem niesmialo.
      - Oczywiscie! Nie ma wolnej duszy w chwili narodzin - nie ma zycia.
      - Ale przeciez... dziecko ma dusze od chwili poczecia...
      - Bzdura! Dziecko otrzymuje dusze wraz z pierwszym oddechem! Zawsze tak bylo i zawsze tak bedzie! Inaczej populacja Ziemi nie przekroczylaby nigdy liczby ludnosci Francji. A tak - mamy tyle ile mamy. Niestety, nie mozemy miec wiecej - przynajmniej na razie.
      - Co znaczy na "na razie"?
      - Kiedy ludzkosc wyjdzie w Kosmos i zasiedli inne planety - ilosc dostepnej Many wzrosnie.
      - Aha, rozumiem - i wlasnie w tej chwili wrocila mi pamiec. Faktycznie, juz sto trzynascie razy zylem na Ziemi. I kim to nie bylem? Mysliwym polujacym na mamuty, hurysa w haremie padyszacha, azteckim kaplanem, chinskim wiesniakiem w epoce Ming, katem miejskim, Pigmejka, branka Krzyzowca, niewolnikiem budujacym piramide, Kozakiem, mnichem buddyjskim, ladacznica w Pompei, ech, dlugo by wymieniac. Jednakze nigdy nikim, kto wszedl na karty historii...
      Aryman popatrzyl na mnie uwaznie i usmiechnal sie.
      - Widze, ze sobie przypomniales. No to jak, jestes gotow na nastepna szanse?
      - Jestem.
      Aryman usmiechnal sie i zrobil lekki gest. Znalazlem sie w znowu w szpitalu, ale tym razem na sali porodowej. Lekarz wlasnie oczyszczal noworodkowi drogi oddechowe i dal mu klapsa. Dziecko gwaltownie zaczerpnelo tchu i poczulem sie wessany...
      Zabolalo mnie gdzies siedzenie wiec chcialem ostro zaprotestowac, ale uslyszalem tylko wrzask noworodka.
      - Zdrowe pluca - uslyszalem i znowu przestalem pamietac.

      Pozdrawiam

      Woloduch
      • groha Re: Powrot 28.01.08, 14:24
        Mój Boże... Arymanie, Jahwe, wsio rawno - doczekałam! Dziękuję. I Tobie też
        Wołoduchu smile Bardzo! Pięknie napisane i takie... takie... nadziejne (w
        odróżnieniu od bez, którego, co tu kryć, mam już potąd! potąd! a może i jeszcze
        wyżej). Nadziejne, bo możliwość wyboru się rysuje, i szansa na kolejne
        człowieczeństwo jednak, a nie, na przykład, na bycie krętkiem bladym, albo
        jakimś innym paskudnym robalem. Wprawdzie nigdy nie wiadomo, która opcja może
        okazać się dla delikwenta bardziej dotkliwą karą za grzechy - bycie glistą,
        przykładowo, czy branką Krzyżowca, ale z ludzkiego punktu widzenia to drugie
        łatwiej mogę sobie wyobrazić, mimo wszystko. Dlatego natchnęło mnie to spokojnym
        optymizmem, Wołoduchu. Zawsze to jakaś szansa na przyszłość. Byle nie
        bezkręgowcem, byle nie...
        O rozkosznej przyjemności wynikającej z samej możliwości przeczytania tutaj
        czegoś takiego, nawet nie wspominam. Moja wielka jest, jak ta przestrzeń o
        niezidentyfikowanej fakturze, po prostu. Dziękuję smile
        • ida14 Re: Powrot 28.01.08, 15:05
          Podoba mi sie. Jednak moje poglady troche sie roznia.
          • lylika Re: Powrot 28.01.08, 15:16
            Bardzo ładne.
            Ciekawe które ja mam teraz życie. smile
        • woloduch1 Re: Powrot 28.01.08, 21:49
          Po pierwsze: czas byl na podniesienie watku, bo szkoda, zeby taki fajny watek
          odszedl w niebyt archiwum. I zapraszam wszystkich do AKTYWNEGO w nim udzialu.
          Po drugie: od dawna jestem zdania, ze znacznie ciekawsze w religiach sa punkty
          wspolne, a nie przeciwienstwa. Punkty wspolne nie wywolaja wojny, a
          przeciwienstwa... wystarczy przeczytac historie.
          Po trzecie: poniewaz i tak nic nie wiadomo (mowie tu o dowodach, a nie
          wierzeniach) o tym, co sie po smierci stanie - wszystko jest mozliwe. Zarowno
          kretek blady, ebola lub plaziniec, jak i maz (lub zona) stanu. Wolalbym jednak
          jakies ludzkie wcielenie.
          I wreszcie po czwarte: dziekuje.

          Pozdrawiam

          Woloduch

          P.S. A gdyby tak przybrac postac ostrygi i zostac spozytym przez Gurue? Nie
          mialbym chyba nic przeciwko temu...

          W.
          • lylika Re: Powrot 28.01.08, 22:28
            A po piąte: zobowiązuję się pisać, opowiadanko na każdy poniedziałek... smile)
            • lylika Re: Powrot 28.01.08, 22:29
              Tu mi niepotrzebny przecinek wlazł. To musi być robota diabła. Litery użera, przecinki dodaje. Czego on chce?
              • ewa9717 Re: Powrot 28.01.08, 22:41
                Ładne. Tak mi czasem coś po głowie chodzi i wcale nie są to insekty,
                może to te hurysiojakiestam migawki? smile))

                "Wszystkie religie są tylko rożnymi scieżkami prowadzącymi na szczyt
                tej samej góry" - skleroza albo ten złosliwiec na A, za chińskiego
                boga nie pamiętam, czyje to. Moze ktoś pamieta?
            • woloduch1 Re: Powrot 28.01.08, 22:41
              Naprawde sie zobowiazujesz, Lyliko?
              Bo ja na pewno nie. Jest duzo wiecej piczacych, ja tam juz swoja norme
              wyrobilem, a nawet przekroczylem. Czas na innych stachanowcow.

              Pozdrawiam

              Woloduch
              • woloduch1 Re: Powrot 28.01.08, 22:44
                PiSzacych, na litosc Boska! Przepraszam za literowke!

                Pozdrawiam

                Woloduch

                P.S. Ostatnio mi sie ich coraz wiecej przytrafia. Ciekawe dlaczego?

                W.
                • asia.sthm Re: Powrot 28.01.08, 23:14
                  Spiczygniew sie klania - to on takie bezecne literowki
                  produkuje smile)))))
                  • bbbzyta Re: Powrot 29.01.08, 08:04
                    Tak tak, to na pewno Spiczygniew! smile))))))))))
            • cytrynka6543 Re: Powrot 29.01.08, 17:48
              lylika napisała:

              > A po piąte: zobowiązuję się pisać, opowiadanko na każdy
              poniedziałek... smile)


              Oh,jak się cieszymy,Lyliko,wieszczu/-owo/ ty nasza!
              To może wrócimy do Chmielewszczan? Jakoś tak nagle nam to
              słuchowisko umarło. A szkoda.
              • lylika Re: Powrot 30.01.08, 08:00
                > To może wrócimy do Chmielewszczan? Jakoś tak nagle nam to
                > słuchowisko umarło.
                ...
                Nie mam mocy wskrzeszania umarłych. smile)
      • cytrynka6543 Re: Powrot 29.01.08, 17:53
        Ach...!
        Wołoduchu,czuję się odrodzona.
        Nie w wersji niemowlęcej,ale jednak!
        Tego mi było trzeba!
        P.S. Tylko niech mnie nikt po siedzeniu nie klepie! smile))
        • ewa9717 Re: Powrot 29.01.08, 19:38
          No to zostaje ciumkanie po brzuszku.
          • cytrynka6543 Re: Powrot 29.01.08, 19:44
            Nie,nie zgadzam się na żadne ciumkanie po brzuszku! Nie!!!
            • 36krzysiek Re: Powrot 23.09.08, 21:00
              Mykland mnie świerzbi od paru dni. Łazi za mną, w plecy puka wink
              • lylika Re: Powrot 23.09.08, 21:02
                To mu otwórz natychmiast skoro puka!
                • 36krzysiek Re: Powrot 23.09.08, 22:10
                  Rozbłysk światła poraził go tak mocno, że błyskawicznie zamknął
                  oczy. Wyjechali z tunelu. Dookoła rozpościerała się równina, bez
                  drzew i zarośli, porośnięta jedynie trawą. Pofalowana teren sprawiał
                  wrażenie jakby nie miał końca ani początku. Samochód zwolnił i
                  kierowca wjechał w polną drogę. Mykland obserwował okolicę. W oddali
                  dostrzegł punkt, który sprawiał wrażenie intruza w tym doskonałym
                  świecie. Czuł, że to cel podróży. Z każdą sekundą czarny kleks rósł,
                  choć nadal nie można było określić czym jest. W końcu dało się, przy
                  wysiłku wyobraźni, dojrzeć w nim dom. Czuł całym sobą nieopisaną
                  niecierpliwość by znaleźć się na progu. Samochód zatrzymał się na
                  podjeździe. Dom stał samotnie w pustej przestrzeni jakby zostawiony
                  na chwilę. Otaczał go biały płot z drewnianych sztachet, trawnik
                  przycięty w szachownicę ozdabiały rabaty z różnymi gatunkami
                  kwiatów. Mykland wysiadł z samochodu.
                  - Będzie pan tu szczęśliwy- powiedział kierowca uśmiechając się do
                  niego- Wszyscy są tu szczęśliwi! - zaśmiał się i odjechał. Mykland
                  odprowadzał go wzrokiem zastanawiając się ile czasu zajmie, zanim
                  zniknie za horyzontem. Wsunął rękę w kieszeń marynarki i wyjął
                  klucz. Wszedł po kamiennych schodkach i stanął przed drzwiami. Przy
                  drzwiach wisiała tabliczka z polerowanego mosiądzu. Leśny Uskok.
                  Myklad przyłożył ucho do drzwi. Z wnętrza nie dochodziły żadne
                  dźwięki. Obracał w dłoni klucz i choć ogromna pokusa kazała mu go
                  użyć, to strach przed tym co zastanie w środku paraliżował rękę.
                  Przyłożył drugie ucho i odskoczył jak szalony. Na poręczy ganku
                  siedział biały kruk. Przypatrywał mu się, przekręcając główką raz w
                  jedną, raz w drugą stronę. Mykland zszedł tyłem po schodkach i
                  stanął przed domem. Kruk nie spuszczał z niego oka. Zadarł głowę i
                  spojrzał w okna. Wszystkie były zamknięte. Postanowił obejść dom i
                  znaleźć tylne wyjście. Okna były zamknięte a na tyłach nie było
                  drugich drzwi. Gdy wrócił kruka już nie było. Mykland otworzył dłoń
                  i spojrzał na klucz.
                  - Nie mam wyjścia - pomyślał- Nie będę do końca świata stał przed
                  tymi drzwiami!
                  Zamek wydał ciche kliknięcie i dom stanął otworem. Urządzony był w
                  klasycznym, angielskim stylu. Ściany zdobiły boazeria i obrazy, na
                  podłogach leżały dywany.
                  - Jest tu kto? - zapytał- Jest tu kto?! Jego głos odbił się od
                  ścian, jednak nie wywołał żadnej reakcji. Ostrożnie zaczął obchodzić
                  parter. Salon, kuchnia, jadalnia, wszystkie pomieszczenia utrzymane
                  w nienagannym porządku, jak w prospekcie reklamowym, jednak puste i
                  bez śladu życia. Powoli zaczął wspinać się na piętro. Sypialnia po
                  sypialni prezentowały się identycznie, różniły je jedynie kolory
                  ścian. Trafił na schowek i drzwi na strych. Dom był pusty. Zszedł do
                  kuchni i zajrzał do lodówki. Opakowania i produkty robiły wrażenie
                  dopiero co przyniesionych ze sklepu. Jedynie butelka mleka miała
                  odsunięty kapsel i była napoczęta. Wyjął ją i postawił na blacie.
                  Była jedynym dowodem, że ktoś tu był przed nim, że ten dom nie jest
                  planem filmowym. Na piętrze trzasnęły drzwi. Mykland zerwał się ze
                  stołka i nasłuchiwał z walącym sercem. Ktoś szedł korytarzem,po
                  chwili kroki na schodach. Wpatrywał się w drzwi kuchni. Strach
                  przemieszany z ciekawością nie pozwoliły nogom wykonać tego, co
                  nakazywał mózg. Ucieczka.
                  • groha Re: Powrot 23.09.08, 22:53
                    "Wszyscy są tu szczęśliwi" - zaśmiała się też Groha i poszła bać się do swojej
                    sypialni... smile
                    • asia.sthm Re: Powrot 23.09.08, 23:33
                      ooooo, juz wróbelki zaczynaja krakac
                  • lylika Re: Powrot 26.09.08, 12:21
                    No i co dalej z tym mlekiem?
                    • 36krzysiek Re: Powrot 26.09.08, 14:49
                      Później, panie Janie kochany, później, teraz nie mogę, zarobiony
                      jestem!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka