Przedstawienie wbiło mnie w fotel, powaliło na łopatki, radykalnie
unieruchomiło z otwartą gębą i brakiem tlenu w płucach. Mieliśmy
miejsca w pierwszym rzędzie, bo dziewczyna, która to wyjście
organizowała, jest maniaczką musicali, ma na ich tle absolutnego
fioła i na przedstawienia w "Romie" przyjeżdża aż ze Świnoujścia. I
musi mieć to, co najlepsze

Poza tym, zabrała na "Koty" swoją
sześcioletnią córkę, i zależało jej na tym, żeby mała przeżyła
cudowny wieczór, i żeby ją koty "pomacały". Macały, a jakże
Zresztą nie tylko ją. Podchodziły do krawędzi sceny, wyciągały łapy,
drapały ludzi po kolanach, jednej pani zabrały torebkę i chwilę
bawiły się nią na scenie, dobrze, że torebka była zapięta...
I tu dochodzimy do sedna sprawy: one, te koty, tak się zachowywały
na scenie, że ja cały czas piszę o nich jako o kotach - a nie jako o
ludziach, aktorach odgrywających role kotów!
Nie dziwię się, że ten musical bije rekordy popularności, że na
przedstawieniach są tłumy, że szpilki nie wetkniesz, że na końcu
jest owacja na stojąco, że ludzie chodzą na to po kilka razy (sama
mam zamiar jeszcze kiedyś się wybrać). Szacunek, ogromny szacunek
dla ciężkiej pracy tych ludzi, zarówno tych na scenie jak poza
nią... Ja wiem, że to jest "Roma", wyższy poziom, wyższa szkoła
jazdy, umiejętności z górnej półki. Ale mimo to - GIGANTYCZNY
SZACUNEK.
Jeszcze mnie jedna rzecz zafascynowała

Otóż przez całe dwie i
pół godziny (prawie), każdy z tych kotów ani na ułamek sekundy nie
przestał być kotem.
Jest sobie jakaś tam scena zbiorowa, parę kotów śpiewa, kilka
tańczy, inne siedzą w różnych punktach sceny. Specjalnie
obserwowałam. Ani na moment, ani na sekundę, żaden nie
przybrał "ludzkiego" wyrazu twarzy, nie przyjął nieco mniej kociej
sylwetki, nie spojrzał "po ludzku". Nawet najdalej ukryty "kot
trzeciego planu" albo przez cały czas uważnie obserwował co się
dzieje, albo lizał łapki, albo mył pyszczek, albo drapał pazurkami
podłogę, albo zaczepiał sąsiedniego kota. Przez bite dwie i pół
godziny!
Po prostu - pełen profesjonalizm. I dlatego wiem, że wrócę jeszcze
do "Romy", nie tylko na "Koty". Już planujemy pójście na "Upiora w
Operze" (od marca zaczynają grać), poza tym kusi mnie "Akademia Pana
Kleksa", której zajawki oglądałam na ekranie na tle sceny przed
spektaklem...
A teraz przez cały czas katuję soundtrack z "Kotów", który nabyłam
sobie wczoraj po spektaklu

Wczoraj po powrocie do domu już go nie
włączałam, i słusznie, natomaist dzisiaj słucham, przypominam sobie,
i błyskawicznie uczę się tekstów na pamięć od pierwszego kopa