Kupiłam wczoraj autobiografię Stefanii Grodzieńskiej mojej ukochanej
pod tytułem jak w tytule

Zabrałam do pracy z myślą, że podczas
przerwy na sniadanie czy lunch...
Błąd.
Po pierwsze - chyba sobie za bardzo dzisiaj nie popracuję.
Po drugie - mogę rechotać jedynie cichcem, a to sprawia, że trzęsą
się ścianki działowe boksów...
Ku zachęcie:
"(...) kilka lat temu, kiedy nadawano telefonicznie wypowiedzi na
temat Wigilii (...) oczekując na wejście na antenę - rzecz szła na
żywo - usłyszałam zakończenie poprzedniej rozmowy połączone z
zapowiedzią: - Czyli potwierdziło się, że w noc wigilijną zwierzęta
mówią ludzkim glosem. Za chwilę usłyszą państwo Stefanię
Grodzieńską."
"Radio (...) zaapelowało o ochotników do pomocy sanitariuszom (...).
Pobiegłam do najbliższego szpitala na Nowowiejskiej. Mieli już
wprawdzie komplet ochotników, ale ponieważ nie chciałam się
odczepić, zlitowali się i dali dużą butelkę kropli walerianowych
pouczając, że niektórzy histeryzują przy najmniejszej rance i że
takim mam dawać łyżkę tego czegoś z tej butelki. Ranni oganiali sie
przede mną, ale ja się nie poddawałam łatwo i na siłę im tę
walerianę wlewałam. Odtąd co dzień zjawiałam się, dostawałam butelkę
z łyżką i zaczynałam grasować po szpitalu. Na mój widok chodzący
ranni podawali sobie z ust do ust ostrzeżenie: 'Uciekaj, leci ta z
walerianą.'"