Tym razem nie odchmielewskie, a moje własne. Się rehabilitowałam. W
ponoć znamienitej klinice. I co? I guzik z pętelką. No, może nie
taki całkowity guzik, ale pętelka jak najbardziej autentyczna

I
masaże były, i ćwiczenia, i codziennie z uporem teraz po 120
powtórzeń ćwiczeń różnistych, i.... I co? Jest dobrze, ale nie
beznadziejnie, jak mawiają anglosasi. No po prostu komfortu ruchu
brak. Wprawdzie mogę chodzić i nie leżę, ale czy to już do końca
życia będzie cały czas czuć???? Mój rehabilitant rzekł, że tak
będzie do osiągnięcia pewnego poziomu, a potem już tylko lepiej. Ale
ile, ile moja szanowna struna grzbietowa ma zamiar osiągać
ten "pewien poziom"?? Buuuu.... Po jaką ciężką cholerę ja poszłam na
tą salsę.....
Macie tak czasem? Po jaką ciężką cholerę zrobiłam(em) to czy tamto???