Dodaj do ulubionych

Bubloteka Szkorbuta

20.06.09, 19:04
Wieczór Pierwszy

COŚ MU ZROBIĘ, JAK GO ZŁAPIĘ…

Pozwólcie, że zacznę prowokacyjną tezą: przymuszanie wszystkich studentów do pisania pracy magisterskiej jest fundamentalnym błędem naszego systemu edukacji. Nauka bowiem, podobnie jak, na przykład, sport, jest pojęciem nadspodziewanie pojemnym. I tak, jak mistrz sumo nie powinien raczej dosiadać wyścigowego wierzchowca, podobnie niektórzy literacko i językowo nieogarnięci studenci, choćby i najwybitniejsi w studiowanych przez siebie dziedzinach, byliby o niebo szczęśliwsi (jak i świat cały wokół), gdyby nie kazano im swojego geniuszu upychać po uczelnianych bibliotekach.
Nieszczęście największe powstaje jednak wówczas, gdy takie niebożę, szczęśliwie urodziwszy i obroniwszy owo dzieło życia, stwierdza nagle w olśnieniu, że przecież właśnie napisało swoją pierwszą książkę! A skoro dostało za nią, na przykład, piątkę – to dlaczegóżby nie spróbować pisać dalej…?

Tylko jak tu pisać, żeby ktoś to zechciał wydrukować, a następnie żeby się to pięknie i z hukiem sprzedało? Zasadniczo istnieją dwa sposoby na sukces wydawniczy: pierwszy, dostępny niewielu szczęśliwcom, polega na byciu osobą popularną (Billem Clintonem, Tomaszem Lisem, Lechem Wałęsą, Michaelem Jacksonem, Britney Spears itp.). Sprzedaż i wysokie honorarium ma się wtedy zapewnione niejako z definicji. Większość świeżo upieczonych magistrów nie zalicza się jednak do tej kategorii. Pozostaje zatem sposób drugi: należy wybrać chwytliwy temat, atrakcyjny dla wystarczająco dużej grupy docelowej (np. seks, kryzys gospodarczy, skuteczne diety etc.).

Nasz dzisiejszy bohater – magister prawa Maciej Łuczak, niedoszły student łódzkiej „filmówki” – wziął na warsztat geniusz Stanisława Barei, twórcy wyśmienitych komedii czasów PRL-u. Materiału zebrał na tyle sporo, że starczyło go na aż trzy tytuły. A że rzecz wydawała się marketingowo atrakcyjna – wydawnictwo Prószyński i S-ka poszło, podobnie jak pan magister, na całość…

Przezornie kupiłem tylko jedną z trzech pozycji, na próbę. Błyszcząca, twarda oprawa, przejrzysta czcionka, liczne fotografie z ciekawym rozwiązaniem graficznym opisów, ilustracje Henryka Sawki, no i sam temat – wystarczająca salwa armatnia, by zachęcić do wydania 39 złotych. Lekturę, niestety, człowiek zaczyna zazwyczaj dopiero PO zakupie…

Rzecz (konsekwentnie nie brukam terminu „książka”wink podzielono na dziesięć rozdziałów. Każdy z rozdziałów opatrzono tytułem jednego z filmów Barei, pod tytułem znalazł się jakiś cytat z filmu. Przemyślana kompozycja, prawda? Prawda. Nawet, z przeproszeniem, g… prawda. Przede wszystkim: o dziwo, kolejne cytaty niekoniecznie pochodzą z filmów, które dają tytuły rozdziałom. I tak, na przykład, pod tytułem rozdziału pierwszego („Alternatywy 4”wink znajdujemy cytat z „Misia”. Treść rozdziałów również nijak nie nawiązuje do użytych tytułów (do cytatów też zresztą nie, podobnie jak i nie nawiązuje do samej siebie, ale o tym za chwilę). Podziału na rozdziały mogłoby właściwie wcale nie być, gdyż trudno tu mówić o jakiejś koncepcji treści w ramach całej produkcji, czy w obrębie poszczególnych rozdziałów właśnie. Coś, co mogło na pierwszy rzut oka sugerować kunszt kompozycyjny, okazało się być w rezultacie „wyrobem czekoladopodobnym”. CO JA GADAM?!!! Pamiętam z dzieciństwa wyroby czekoladopodobne – smaczne nawet były! A ta bryndza…

To COŚ w swojej treści jest nieudolnym zlepkiem całych sekwencji długich cytatów i opisów scen filmowych, przeplatanych gdzieniegdzie anegdotami z życia reżysera i oczywistymi informacjami o tym, czym była rzeczywistość PRL. Wkład intelektualny pana magistra ogranicza się głównie do zwrotów typu „z kolei”, „natomiast” czy „za to”. Z drugiej strony: może to i lepiej…? Na deser otrzymujemy przykłady absurdów z czasów obecnych, okraszone dalekimi od subtelności wtrętami o charakterze osobistych opinii autora, takich jak chociażby ta: „Parlament został jednak w końcu niestety wybrany.” Po deserze zaś nie zostaje nam nic innego, jak udać się pędem do łazienki i pochylić nad sedesem. Zawsze to jakieś katharsis…

***

Istnieje jeszcze trzeci, najbardziej kłopotliwy w realizacji przepis na sukces wydawniczy: należy napisać coś wybitnego, a następnie jakimś cudem wymusić lekturę na kimś, kto się zna, uchodzi za autorytet w dziedzinie literatury i pozna się na dziele. Do tego jednak potrzeba talentu i szczęścia, a te dane są (podobnie jak w pierwszym sposobie znane nazwisko) nielicznym. Z wołu orła nie wystrugasz…

Maciej Łuczak, „MIŚ czyli świat według Barei”, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2007
Obserwuj wątek
    • asia.sthm Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 19:36
      Dzieki, juz teraz nie dam sie nabrac. A mnie nabrac bardzo latwo.
      Jade niebawem (hUUUUrrrAA) do mojej ulubionej ksiegarni w Warszawie, obwachac
      wszystko co jest. No to juz troche madrzejsza jade wink
      • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:15
        > Jade niebawem (hUUUUrrrAA) do mojej ulubionej ksiegarni w Warszawie, obwachac
        > wszystko co jest
        ...
        Co to znaczy niebawem?
        • asia.sthm Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:23
          Uwaga: lece 19 lipca wieczorem i do 9 sierpnia bede szalec. Juz sie chwalilam w
          watku sierpniowego spotkania.

          Telefony te same co w zeszle lato.
          • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:32
            asia.sthm napisała:

            > Uwaga: lece 19 lipca wieczorem i do 9 sierpnia bede szalec. Juz sie chwalilam w
            > watku sierpniowego spotkania.
            ...
            Asiu, cieszę się jak nie wiem co, a może jeszcze bardziej. Tym razem potrzymasz mnie za łopatkę, cokolwiek miałoby to znaczyć. No, cieszę się jak szalona. Hip, hip hura!!!
            • asia.sthm Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:42
              Potrzymam cie chetnie za wszystko, tym razem lepiej mi wyjdzie.
              Hurra!
    • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:22
      >...należy napisać coś wybitnego, a następnie jakimś cudem wymusić lekturę na kimś, kto się zna, uchodzi za autorytet w dziedzinie literatury i pozna się na dziele.
      ...
      Ja na temat recencji książki:
      No, to masz kłopocik. Wołoduch się nie ujawnia, Groha zaszyła się w pieleszach a Edyta nie czyta dużych form. smile
      • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:24
        Za przeproszeniem: recenzji!
        • szkorbut.pl Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:29
          Kłopot? Eee tam. Ja już nie aspiruję. Tylko grzecznie realizuję program naszej
          niszowej radiostacji. wink
          • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:37
            Ja nie mówiłam o kłopotach i aspirowaniu, tylko kłopocikach na Forum.
            A recenzja miodzio. Lubię nie przeczytać książki z powodu rzeczowej recenzji osoby, z którą się zgadzam w poglądach i opiniach.
            • szkorbut.pl Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:41
              Do usług Szefowej! Obawiam się tylko, że z racji zadania wyjdę na ostatniego
              malkontenta - a tymczasem o wiele więcej mam do polecenia... No ale cóż. Jakoś
              to budziet. Raptem raz na tydzień... wink
              • asia.sthm Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 21:45
                Prosze ustawiac watek w drzewko. To trzymanie za wszystko bylo do Szefowej Lyliki.

                Szkorbuta trzymac nie trzeba, on sama chodzaca bezbolesna mlodosc jest, i Gurua
                go kocha, starczy mu.
                Szkorbut, ale jak cos boli to potrzymam.
                • romy_sznajder Misia posiadam 20.06.09, 22:56
                  Spiesze nadmienic, ze to pozycja z 2001, wiec moze autor juz dochrapal sie nastepnych fakultetow, albo nawet doktoratu.

                  Luczak wydal tez cos o Wniebowzietych, ale nie posiadam. "Misia" za to mam i odnioslam wrazenie, ze koncepcja konstrukcyjna ma oddawac tylko choronologie roznych wydarzen, a i to dosc luzno. Co do mieszania cytatow i faktow - wszystko wyjasnia pierwszy akapit. Skojarzyc rzeczy ze soba nie zwiazane, taki bareizm.

                  Mnie imponuje, ze ktos kto lubi te filmy, zechcial zebrac tyle cytatow, wspomnien i ciekawostek - i zdjec! sam zbior zdjec jest cenny - i wydac to jako calosc. Ja bym nie umiala, mimo ze takie "Dziewczyny do wziecia" Kondratiuka widzialam z 50 razy i znam na pamięc. Ale takie czasy, ze sie pisze na czas ksiazki i rach-ciach wydaje.
                  To o Barei to jest taki duzy reportaz, dobra reportersko robota. Literacko - rzeczywiscie nie bardzo. A ze Luczak az KSIAZKE wydal - no coz, niestety, zawsze ci, co robia kariere pod wlasnym nazwiskiem (czyli jako pisarz Luczak, a nie jako prawnik w korporacji) maja lekko przerosniete ego, no taki jest swiat.

                  Moze gdyby czytac te ksiazke ciagiem, "longiem", do poduszki (juz nie pamietam, jak bylo, bo mam te ksiazke od dawna), to by nudzila? Ale ona sie bardziej nadaje na prezent dla fana Berei, moze wlasnie jako album, gdzie tekst jest dodatkiem. Albo tak do czytania na kiblu przy robieniu kupy. Z calym szacunkiem, to ten rodzaj literatury, jak komiks, tygodnik opinii, ze mozna czytac kawalkami, fragmentami i tak jest wlasnie lepiej, bo sie odcinkami lapie klimat.

                  Zgadzam sie, ze styl miejscami nadety, nabzdyczony, jak na tematyke, ale tylko miejscami i po jakims czasie przestaje przeszkadzac. Zreszta styl to nie jest wina Wyzszej, Magisterskiej, Edukacji, tylko Edukacji Podstawowej, bo kaza nam od dzieciectwa pisac "wypracowania", a wypracowanie nie jest zadna forma literacka. To prawdziwa wada systemu edukacji, jaki ja pamietam.
                  Jednakowoz uwagi o pracach magisterskich sa arcytrafne. Tak wlasnie teraz jest, kazdy tylko mysli, jakby swoja pr.mgr. opublikowac. Kultura blogowa, psia ja mac.

                  ["Misia" klade na pralke. Bede czytac ....we fragmentach]
                  • szkorbut.pl Re: Misia posiadam 21.06.09, 01:33
                    romy_sznajder napisała:

                    >" Spiesze nadmienic, ze to pozycja z 2001, wiec moze autor juz dochrapal sie nast
                    > epnych fakultetow, albo nawet doktoratu. "


                    Recenzowałem wydanie II, rozszerzone, z 2007 r. Autor nadal pozostaje magistrem w swym prawniczym fachu, ale ja mu życzę choćby i dziesięciu habilitacji - byle nie z literatury stosowanej...
                    >
                    > "Luczak wydal tez cos o Wniebowzietych, ale nie posiadam."

                    Jak pisałem, wypocił się po trzykroć (jest jeszcze tom z "Hydrozagadką" w tytule).

                    ""Misia" za to mam i o
                    > dnioslam wrazenie, ze koncepcja konstrukcyjna ma oddawac tylko choronologie roz
                    > nych wydarzen, a i to dosc luzno."


                    ... ze wskazaniem na "luźno". Aż prosi się o jakąś anty-koncepcję.

                    "Co do mieszania cytatow i faktow - wszystko w
                    > yjasnia pierwszy akapit. Skojarzyc rzeczy ze soba nie zwiazane, taki bareizm."

                    Rozróżnijmy bareizm objawiający kunszt artysty oraz burdelizm obnażający bezlitośnie zwyczajny brak warsztatu pisarskiego. I nie obrażajmy ś.p. Mistrza.

                    > "Mnie imponuje, ze ktos kto lubi te filmy, zechcial zebrac tyle cytatow, wspomni
                    > en i ciekawostek - i zdjec! sam zbior zdjec jest cenny - i wydac to jako calosc
                    > ."


                    Nie wystarczy mieć pełną szafę ciuchów. Trzeba jeszcze umieć je na siebie włożyć.

                    "Ja bym nie umiala, mimo ze takie "Dziewczyny do wziecia" Kondratiuka widziala
                    > m z 50 razy i znam na pamięc."


                    Nie przejmuj się! Pan magister nadal nie umie, choć spłodził. Idę o zakład, że byłabyś w tym o niebo lepsza.

                    "Ale takie czasy, ze sie pisze na czas ksiazki i r
                    > ach-ciach wydaje."


                    Apeluję o nieużywanie terminu "książka" w tym kontekście. Gorąco apeluję!

                    > "To o Barei to jest taki duzy reportaz, dobra reportersko robota. Literacko - r
                    > zeczywiscie nie bardzo."

                    Dziewczyno!!!! Kapuściński się na katafalku przewraca!!! Trzeba cię będzie wykąpać w Wiśle o świtaniu, coby demony bluźniercze precz przepędzić!!!

                    Ocalam Twój glos: rzeczywiście, "tak do czytania na kiblu przy robieniu kupy" stosować to coś można. Należy tylko pamiętać o możliwych skutkach ubocznych - od zatwardzenia po nadmierną... wylewność...
                    • romy_sznajder Re: Misia posiadam 21.06.09, 02:05
                      Ops, wydawalo mi sie, ze polemika jest dopuszczalnasmile
                      Luzno i niekonfrontacyjnie dalam wyraz temu, ze mozna te ksiazke odberac
                      inaczej. No ale widac nie zrozumialam konwencji Bublotekismile Spoko wodza, wiecej
                      nie bedesmile

                      Musze sie tylko do jednego przyznac, sorry ze to ja krytykujesmile NIE cenie
                      Kapuscinskiego, najogledniej rzecz ujmujac. I wcale nie ze wzgledu na to, ze
                      byl TW. Przeciwnie, to mi go odbrazowilo troche, uczlowieczylo.
                      • szkorbut.pl Re: Misia posiadam 21.06.09, 02:15
                        Ależ polemizować! Polemizować! O to idzie w tej audycji! Audycja jest z udziałem
                        słuchaczy (czy też raczej czytaczy)! wink
                        • romy_sznajder Re: Misia posiadam 21.06.09, 03:23
                          Tak, taksmile

                          Nie no, spoko, rozumiem juz. Taki Reich-Ranicki, tylko "w radiu" na forum. Z humorem i lekko, ale jak powie, ze zle, to klamka zapadla. I to jest bardzo dobra koncepcja, bo choc wymaga stanowczosci, to GUST jest przeciez czyms niepodlegajacym dyskusji. Sie nie podoba i kropka.

                          Sluchacz moze wyglosic polemike, co nam tylko zwiekszy atrakcyjnosc audycjismile Ze kontrowersyjnasmile
                          Tak trzymac, dobranockasmile
              • lylika Re: Bubloteka Szkorbuta 20.06.09, 22:07
                szkorbut.pl napisał:

                > Do usług Szefowej! Obawiam się tylko, że z racji zadania wyjdę na ostatniego
                > malkontenta - a tymczasem o wiele więcej mam do polecenia... No ale cóż. Jakoś
                > to budziet. Raptem raz na tydzień... wink
                ...
                Ty się nie zniechęcaj. Wspaniale zrecenzowałeś i masz zapewnione nieczytanie. Ja mam wielką prośbę, o przeczytanie i zrecenzowanie książki Elfiriede Jelinek p.t. Pożądanie. Jeśli nie masz, pożyczę.
                • szkorbut.pl Re: Bubloteka Szkorbuta 21.06.09, 01:03
                  Łomatko! Litości!

                  Właśnie z bólem przedzieram się przez Jelinkową "Pianistkę". Jeśli "Pożądanie"
                  jest w podobnym guście, to polecam w ciemno - jednak tylko tym, którzy gotowi są
                  na literaturę ciężkiego kalibru...
                  • kocio_pierzaczek Asiu! 21.06.09, 18:13
                    Rany kota, może i mnie potrzymasz za kręgosłup? Byle w lipcu,
                    błagam, bo "z dniem 1 sierpnia jestem wyjechana"!
                    • asia.sthm Re: Asiu! 21.06.09, 19:07
                      Slysze i juz lece z propozycja - Potrzymam cie w bramie.

                      Drugie lipcowe moze sie odbyc w drugiej polowie po 19-tym, oki? ja do Bramy moge
                      czesto, zerna jestem i was spragniona.
                      • kocio_pierzaczek Re: Asiu! 22.06.09, 14:50
                        Tak! Tak! Byle jeszcze w lipcu. Może uda się przyprowadzić pewnego
                        elegancika z pomarańczowej koszulce. Uprzedzam, może być ryk. wink
                        • asia.sthm Re: Asiu! 22.06.09, 15:15
                          > elegancika z pomarańczowej koszulce. Uprzedzam, może być ryk. wink

                          Fajnie, mnie ryki nie straszne, tez umiem ryczec wink

                          PS. Bubloteczny watek zrobil sie baboteczny, nie moja wina.
                          Przepraszam Szkorbuta, ale tu zawsze taki pieprznik, nie od dzisiaj.
                          • kocio_pierzaczek Re: Asiu! 22.06.09, 15:19
                            Dygresja rządzi. Asiu, już się nie mogę doczekać.
                            • edyta95 Re: Asiu! 22.06.09, 15:54
                              jeśli młody ma się pokazać na drugim lipcowym to spoko, już mam
                              czym go przekupić
                              • migos Re: Asiu! 23.06.09, 19:11
                                > już mam czym go przekupić

                                tylko tym razem ŻADNYCH zapalniczek! Krętek bladych też lepiej nie,
                                mogą być za to złote muchy, alibo boczne drogi. A, studnie przodków
                                też może sobie odpuść... Rozumiesz, bhp.
                                • edyta95 Re: Asiu! 23.06.09, 22:24
                                  a scyzoryk? szwajcarskismile
                                  • eulalija Re: Asiu! 23.06.09, 22:33
                                    Ostatnio przekupiłaś wiertarką do strusia, masz koparkę??
    • szkorbut.pl Wieczór Drugi 27.06.09, 10:06
      WIEEEEEELKA KRZYWDA

      Czy zauważyliście w swoim zachowaniu, Szanowni Słuchacze, zadziwiającą
      prawidłowość, która każe odwlekać korzystanie z pewnych szczególnych możliwości,
      gdy się je ma powszednio, na wyciągnięcie ręki? Ja, na przykład, mieszkając od
      wczesnego dzieciństwa nad morzem, widywałem to morze od wielkiego dzwonu.
      Trwonimy bezinteresowne dary losu, a to brzydko! Przywlokła się ta prawidłowość
      za mną i do stolicy, toteż czasem podejmuję wysiłek, by z nią powalczyć. I tak,
      parę lat temu, w pewien letni weekend, spiąłem się w sobie i wyruszyłem zwiedzać
      Żelazową Wolę…

      Wyobraźmy sobie tę wycieczkę: niczego złego się nie spodziewając jedziemy do
      miejsca, w którym, w skromnych warunkach, w budyneczku będącym raptem oficyną
      nieistniejącego już dziś dworku, przyszedł na świat syn guwernera, Fryderyk
      Chopin. Próbujemy sobie odgadnąć wygląd tego miejsca. Bryłę oficyny znamy z
      wszechobecnych fotografii. Skarbkowie, właściciele majątku, przędli raczej
      cienko, a zatem otoczenie powinno wyglądać skromnie – acz schludnie. Jako
      „sanktuarium”, sam budynek będzie zapewne pełen pamiątek i mebli z epoki (nie ma
      cudów: przez dwie wojny, kilku właścicieli i komunizm przechować dom z
      oryginalnym wyposażeniem byłoby mistrzostwem świata). Na zewnątrz zaś drzewa,
      krzaczki, alejki – tak, jak dwieście lat temu. Nic prostszego, jak przyzwoicie,
      niewielkim kosztem utrzymaną zielenią oddać klimat miejsca…

      Wysiadam z busa. Parking (zrozumiałe), kilka budek z prowiantem (trudno się
      dziwić, skoro tak nietrudno zarobić). Brama z kasą biletową. Wrr… OK., rozumiem,
      przełykam z trudem. Wstęp do parku ileś tam, park z oficyną trochę więcej.
      Płacę, rzecz jasna, te trochę więcej. Za bramą… Szlag jasny mnie trafia. Po
      lewej stronie alejki zauważam kobylaste, drewniane, pseudozakopiańskie
      straszydło z pamiątkami, obstąpione obowiązkowo przez grupę japońskich turystów
      z aparatami fotograficznymi u szyj. Nie mogli tego tałatajstwa ciepnąć przed
      bramę? Na parking? Do rowu? W kosmos???

      Nic to. Zamykam na moment oczy, żeby nie widzieć, mijam, dochodzę do budynku.
      Przed budynkiem ciąg dalszy radosnego rozmachu: pamiątkowy głaz, pamiątkowe
      popiersie, pamiątkowy pomnik. Ten ostatni – klęczący Chopin w brązie – ma
      wytarte, wręcz wyświecone kolana – przez tych, co wierzą, że poklepanie geniusza
      po rzepce zmieni ich życie na lepsze. Jakąś godzinę później, zanim opuszczę
      miejsce doznawszy uprzednio kolejnych wstrząsów, westchnę z żalu, że nie
      mieszkam w pobliżu. Słowo daję: przychodziłbym tam codziennie i tarłbym z
      zapałem – aż któregoś pięknego poranka oba Fryderykowe półdupki zalśniłyby
      blaskiem oślepiającym w promieniach wschodzącego słońca!

      Wchodzę do wnętrza oficyny – i z ulgą zwiedzam kolejne, urządzone bez nachalnego
      przesytu (o dziwo!) pomieszczenia. W jednym z nich za chwilę rozpocznie się
      recital. Jakiś student z warszawskiej akademii muzycznej będzie grał utwory
      Chopina. Repertuar wywieszono na drzewach przed domem i na drzwiach wejściowych.
      Fortepian stoi w niewielkim saloniku wychodzącym na taras. W saloniku ustawiono
      kilkanaście krzeseł, reszta słuchaczy siada na tarasowych ławkach. Pogoda
      piękna, okno otwarte zapewnia przyzwoity odbiór dźwięków. Salonik nie jest
      jeszcze zapełniony po brzegi, więc postanawiam pozostać w środku. Tu jednak
      niespodzianka: za taki przywilej trzydzieści złotych się należy! Cena jak za
      przyzwoity koncert doświadczonego artysty, dawany w o wiele lepszych warunkach
      przyzwoitej sali koncertowej. Wypinam się na ofertę, wychodzę. Przystaję przy
      tarasie. Jakaś dama zapowiada koncert, przepraszając jednocześnie, że „artysta”
      w ostatniej chwili zmienił dwie trzecie repertuaru (czytaj: nie doćwiczył i
      teraz szyje, czym może).

      Chromoląc taki serwis, postanawiam zwiedzić plener… i dostaję apopleksji po
      pięciu minutach: mostki, strumyczki, skalniaczki, amerykańskie sosny,
      kalifornijskie jodły, japońskie, do ciężkiej cholery, berberysy, chińskie
      pigwowce… Tylko afrykańskich baobabów, o dziwo, nie znalazłem. Brnąc w ten
      botaniczno-dendrologiczny licheń rozglądałem się niepewnie, tylko czekając, aż
      spośród gałęzi jakiegoś kolejnego egzotycznego wynalazku wysunie się szyja,
      dajmy na to, trzyletniej żyrafy. Niech ja pieprzem porosnę, jeśli w takich
      dekoracjach dorastał i tworzył młody Frycek!!!

      Ów pamiątkowy głaz, o którym wspomniałem wcześniej, jest hołdem oddanym
      entuzjaście, który w międzywojniu zwiózł do Żelazowej Woli wszystkie te badyle i
      pozasadzał je z pasją na – bagatela – trzech hektarach wokół oficyny. Nazywał
      się ów profesor znacząco: Franciszek KRZYWDA-Polkowski. I niech to nazwisko
      wystarczy za cały mój komentarz do wycieczki.

      Jako ludzkość jesteśmy beznadziejni, moi drodzy. Od samego początku historii
      pojawiają się między nami jednostki szczególne, skupiające na sobie uwagę ogółu;
      od samego początku historii te jednostki, tak jak i cała reszta nas, po pewnym
      czasie z tego świata schodzą; tymczasem my, przez tyle tysięcy lat, nie
      wypracowaliśmy w sobie jak dotąd sposobu, czy też może raczej nie osiągnęliśmy
      właściwej zgrabności w przechowywaniu o tych jednostkach należnej pamięci. I to
      się na niektórych z nas, moi mili, niestety, rykoszetem odbije. Dobrze chociaż,
      że dopiero pośmiertnie…
      • lylika Re: Wieczór Drugi 28.06.09, 17:50
        W uzupełnieniu dodam, że na klombach nie rosną malwy, konwalie czy powoje tylko niecierpki nowogwinejskie, hosty i tropikalne kanny.

        https://img193.imageshack.us/img193/7104/zelazowawola.jpg

        A jak tam "aromaty z Utraty"? smile
        • ewa9717 Re: Wieczór Drugi 28.06.09, 19:25
          Ja taki szok "kulturowy" przeżyłam na odpicowanym światowo i
          kolorowo moim ukochanym dziedzińczyku Ossolineum. Dobrym genom
          zawdzięczam, że nie padłam na zawał.
        • szkorbut.pl Re: Wieczór Drugi 28.06.09, 22:44
          Tego wrażenia akurat nie zapamiętałem, więc chyba nie capiło. Amatorom mocnych
          wrażeń wonnych polecam natomiast wycieczkę nad ciek wiślany w Nieszawie. O ile
          przez 13 lat nie zaszły tam jakieś pozytywne zmiany...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka