Wieczór Pierwszy
COŚ MU ZROBIĘ, JAK GO ZŁAPIĘ…
Pozwólcie, że zacznę prowokacyjną tezą:
przymuszanie wszystkich studentów do pisania pracy magisterskiej jest fundamentalnym błędem naszego systemu edukacji. Nauka bowiem, podobnie jak, na przykład, sport, jest pojęciem nadspodziewanie pojemnym. I tak, jak mistrz sumo nie powinien raczej dosiadać wyścigowego wierzchowca, podobnie niektórzy literacko i językowo nieogarnięci studenci, choćby i najwybitniejsi w studiowanych przez siebie dziedzinach, byliby o niebo szczęśliwsi (jak i świat cały wokół), gdyby nie kazano im swojego geniuszu upychać po uczelnianych bibliotekach.
Nieszczęście największe powstaje jednak wówczas, gdy takie niebożę, szczęśliwie urodziwszy i obroniwszy owo dzieło życia, stwierdza nagle w olśnieniu, że przecież właśnie napisało swoją pierwszą książkę! A skoro dostało za nią, na przykład, piątkę – to dlaczegóżby nie spróbować pisać dalej…?
Tylko jak tu pisać, żeby ktoś to zechciał wydrukować, a następnie żeby się to pięknie i z hukiem sprzedało? Zasadniczo istnieją dwa sposoby na sukces wydawniczy: pierwszy, dostępny niewielu szczęśliwcom, polega na byciu osobą popularną (Billem Clintonem, Tomaszem Lisem, Lechem Wałęsą, Michaelem Jacksonem, Britney Spears itp.). Sprzedaż i wysokie honorarium ma się wtedy zapewnione niejako z definicji. Większość świeżo upieczonych magistrów nie zalicza się jednak do tej kategorii. Pozostaje zatem sposób drugi: należy wybrać chwytliwy temat, atrakcyjny dla wystarczająco dużej grupy docelowej (np. seks, kryzys gospodarczy, skuteczne diety etc.).
Nasz dzisiejszy bohater – magister prawa Maciej Łuczak, niedoszły student łódzkiej „filmówki” – wziął na warsztat geniusz Stanisława Barei, twórcy wyśmienitych komedii czasów PRL-u. Materiału zebrał na tyle sporo, że starczyło go na aż trzy tytuły. A że rzecz wydawała się marketingowo atrakcyjna – wydawnictwo Prószyński i S-ka poszło, podobnie jak pan magister, na całość…
Przezornie kupiłem tylko jedną z trzech pozycji, na próbę. Błyszcząca, twarda oprawa, przejrzysta czcionka, liczne fotografie z ciekawym rozwiązaniem graficznym opisów, ilustracje Henryka Sawki, no i sam temat – wystarczająca salwa armatnia, by zachęcić do wydania 39 złotych. Lekturę, niestety, człowiek zaczyna zazwyczaj dopiero PO zakupie…
Rzecz (konsekwentnie nie brukam terminu „książka”

podzielono na dziesięć rozdziałów. Każdy z rozdziałów opatrzono tytułem jednego z filmów Barei, pod tytułem znalazł się jakiś cytat z filmu. Przemyślana kompozycja, prawda? Prawda. Nawet, z przeproszeniem, g… prawda. Przede wszystkim: o dziwo, kolejne cytaty niekoniecznie pochodzą z filmów, które dają tytuły rozdziałom. I tak, na przykład, pod tytułem rozdziału pierwszego („Alternatywy 4”

znajdujemy cytat z „Misia”. Treść rozdziałów również nijak nie nawiązuje do użytych tytułów (do cytatów też zresztą nie, podobnie jak i nie nawiązuje do samej siebie, ale o tym za chwilę). Podziału na rozdziały mogłoby właściwie wcale nie być, gdyż trudno tu mówić o jakiejś koncepcji treści w ramach całej produkcji, czy w obrębie poszczególnych rozdziałów właśnie. Coś, co mogło na pierwszy rzut oka sugerować kunszt kompozycyjny, okazało się być w rezultacie „wyrobem czekoladopodobnym”. CO JA GADAM?!!! Pamiętam z dzieciństwa wyroby czekoladopodobne – smaczne nawet były! A ta bryndza…
To COŚ w swojej treści jest nieudolnym zlepkiem całych sekwencji długich cytatów i opisów scen filmowych, przeplatanych gdzieniegdzie anegdotami z życia reżysera i oczywistymi informacjami o tym, czym była rzeczywistość PRL. Wkład intelektualny pana magistra ogranicza się głównie do zwrotów typu „z kolei”, „natomiast” czy „za to”. Z drugiej strony: może to i lepiej…? Na deser otrzymujemy przykłady absurdów z czasów obecnych, okraszone dalekimi od subtelności wtrętami o charakterze osobistych opinii autora, takich jak chociażby ta: „Parlament został jednak w końcu niestety wybrany.” Po deserze zaś nie zostaje nam nic innego, jak udać się pędem do łazienki i pochylić nad sedesem. Zawsze to jakieś katharsis…
***
Istnieje jeszcze trzeci, najbardziej kłopotliwy w realizacji przepis na sukces wydawniczy: należy napisać coś wybitnego, a następnie jakimś cudem wymusić lekturę na kimś, kto się zna, uchodzi za autorytet w dziedzinie literatury i pozna się na dziele. Do tego jednak potrzeba talentu i szczęścia, a te dane są (podobnie jak w pierwszym sposobie znane nazwisko) nielicznym. Z wołu orła nie wystrugasz…
Maciej Łuczak, „MIŚ czyli świat według Barei”, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2007