mariusz.zary
19.07.05, 20:02
Kto prezydentem ?
Latoś nam obrodziło w kandydatów na najwyższy w państwie urząd. Można wręcz
mówić o wysypie prawdziwym, jak obecnie w lasach kurek ( czyli pieprzników
jadalnych, fachowo mówiąc ). Z tą delikatną różnicą, że wśród kandydatów nie
wszyscy są jadalni; ba, niektórzy są wręcz trujący. Kogóż tu bowiem mamy ?
A mamy przegląd prawie całego alfabetu. Aby nikogo specjalnie nie
wyróżniać, zajmę się nimi w porządku alfabetycznym.
Kandydatka na „B”, jako bezpartyjna, popierana przez demokratów.pl,
reprezentuje środowisko biznesu. Konia z rzędem temu, kto poda jakikolwiek
rozsądny powód, dla którego kandydatka, znana co prawda z mediów, zdecydowała
się wziąć udział w wyścigu, w którym szanse nawet nie na zwycięstwo, ale na
przyzwoity wynik dający przepustkę do aktywności w przyszłości, wahają się w
granicach błędu statystycznego. Namowy partii, która z powodu popierającego
ją, ale tylko po cichu, premiera, nie miała zbytnio kogo w wyścigu tym
wystawić, to chyba powód niewystarczający. Ale cóż, ludzie robią różne dziwne
rzeczy, żeby tylko zaistnieć. Nie są mi znane dalsze plany kandydatki na „B”,
jednak obawiam się, że niezależnie od rozmachu owych, start w obecnych
wyborach może jej przynieść więcej frustracji niż perspektywicznego pożytku.
O pieniądzach nie wspominam, gdyż, jak na środowisko związane z biznesem i
demokratami.pl przystało, nie będzie się chyba musiała martwić o to, czy
znajdą się chętni do zainwestowania. A ponieważ to czysty biznes, więc zdarza
się, że niektóre inwestycje nie są trafione.
Kandydat na „B”, jeszcze niedawno „jedyny” kandydat po lewej stronie,
sam siebie mianował „prawym człowiekiem lewicy”. Absolutnie nie biorąc pod
uwagę faktu, że dla zdecydowanej większości wyborców w Polsce jest li tylko
erzacem, produktem zastępczym, do czasu sprecyzowania się przez innego
kandydata, którego to właśnie kandydata kandydat na „B” prawie skutecznie
zniechęcił swoja pełną arogancji, pychy i nie liczenia się z nikim i z niczym
postawą. Miał w tym oczywiście swój cel, gdyż po majowej rezygnacji innego
lewicowego kandydata, chciał zebrać głosy całego lewicowego elektoratu i
osiągnąć to, o czym marzył od dawna, i czemu podporządkował swoje wszystkie
dotychczasowe działania – z rozłamem w partii włącznie. A tu klops, inny
kandydat, jak z zaświatów, wrócił i przewodzi stawce. Musiało to zrodzić, i
zrodziło, poczucie strasznej rozterki duchowej u „B”, gdyż obecnie sam już
nie potrafi sobie odpowiedzieć na pytanie : czy warto było ? Notowania partii
założonej w celu promowania „jedynego prawego na lewicy” dołują obecnie
poniżej progu wyborczego, notowania samego „B” spadły poniżej nie tylko jego
oczekiwań, ale i poniżej poziomu, którego nawet w najczarniejszych snach nie
chciał przewidzieć. A przecież to było takie proste. Nawet dziecko w tym
kraju wie o tym, że nasze społeczeństwo za zdradę nagradza tylko ludzi
prawicy.
Kandydat na „C” wkroczył ponownie do gry i od razu na starcie został
przez wszystkich ( oprócz kandydata na „R” ) pozostałych kandydatów odsądzony
od czci i wiary tylko z tego jednego powodu, że wkroczył. I nie dziwota, gdyż
strach, wszechobecny w naszpikowanych histeryczną wściekłością wypowiedziach
pozostałych uczestników gonitwy, wydaje się być dla nich wystarczającym
usprawiedliwieniem. To potrafię zrozumieć, że się boją, zresztą słusznie
skądinąd. Potrafię również zrozumieć wypowiedzi co poniektórych, po których
od dawna przestałem się spodziewać czegokolwiek sensownego. Nie rozumiem
jednak, jak ci, o których do tej pory myślałem, że nieobce im są dyplomacja i
zdolności sensownego artykułowania swoich poglądów, nagle zniżają się do
poziomu jeśli nie rynsztoku, to w najlepszym razie brukowca. Kandydat na „C”
jest przede wszystkim krytykowany za to, że śmie go popierać jakaś tam
partia. Oprócz kandydata na „R”, wszyscy inni też są popierani przez jakieś
tam partie, i nikt nad tym szat nie rozdziera. Ale przecież to nic innego,
jak obserwowana od dawna w kraju nad Wisłą „moralność Kalego”, występująca w
ilościach przekraczających hurtowe szczególnie wśród partii odwołujących się
do tzw. wartości, najczęściej chrześcijańskich. Problem polega na tym, że o
tych wartościach, oprócz mówienia o nich, nie mają oni ani zielonego, ani
bladego, ani żadnego wreszcie pojęcia. Nafaszerowane frazesami i kłamstwami
wypowiedzi nie tylko liderów, ale i tych, którzy w jakikolwiek sposób
chcieliby, chociaż na krótko, zabłysnąć w tym najlepszym ze światów,
pozwalają na uzyskanie cennego czasu antenowego w ilości od kilku sekund do
kilkunastu, w zależności od ich stopnia nasycenia bredniami i błotem. Szuka
się nieistniejących tematów zastępczych, gdyż tak naprawdę nie można się o
nic sensownego przyczepić- oprócz tego, że zmienił decyzję. I całe szczęście,
że zmienił. Jak sam kandydat stwierdził, czeka go teraz festiwal pomówień,
oszczerstw i nienawiści.
Kandydat na „G”, popierany jest głównie przez syna własnego,
wcielającego w życie treść przykazania „Czcij ojca swego i matkę swoją” w
sposób na tyle zaangażowany, że zabronił (!) dziennikarzowi TV podawania
informacji o wynikach sondaży, w których kandydat ojciec miałby zbyt mało
znaczące poparcie niewdzięcznego społeczeństwa. Nerwowe ruchy obydwu nasiliły
się po oficjalnym wejściu do wyścigu kandydata na „C”, co psuje szyki w
planach panów „G”. Zakładając, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, i
obserwując wyczyny młodszego „G” w Sejmie, komisji śledczej i w mediach,
można tylko być wdzięcznym kandydatowi, że młodszych „G” nie ma kilkunastu.
To, co próbuje w sposób nieco zawoalowany przedstawić nam kandydat jako swoją
wizję Polski, najlepiej widać w wyczynach i inicjatywach podejmowanych czy to
przez partię panów „G”, czy też przez ich przybudówkę – Młodzież
Wszechpolską, która później miałaby chyba się stać rodzajem gwardii
przybocznej, skrzyżowaniem Specnazu, Mosadu, Stasi i KGB w jednej postaci,.
Jedyne słuszne poglądy, jedyna słuszna wiara i jedyny słuszny wódz – reszta
się nie liczy. Kiedyś to już przerabialiśmy. Mam wrażenie, że państwo
wyznaniowe przy tym, co proponują „G”, to pestka.
Kandydat na „K”, dotychczasowy lider notowań uczestników wyścigu,
szczególnie dotkliwie odczuł włączenie się nowego zawodnika do zawodów. Nie
tylko stracił pozycję prowadzącego stawkę, ale wręcz został zdetronizowany w
sposób, który u człowieka ceniącego władzę ponad wszystko musi budzić
zrozumiałe uczucie zawiści, złości i chęci odwetu. I budzi. Problem polega na
realizacji tych uczuć. Ktoś, kto myli pojęcie autorytetu
( który chciałby posiadać ) z autorytaryzmem ( który prezentuje ) jest po
prostu groźny dla otoczenia. Zapędy autokratyczne kandydata, dokładnie
widoczne między innymi w sposobie kierowania ( a właściwie jego braku )
organizmem stolicy czy też wcześniej swoją partią lub ministerstwem,
pozwalają z wielką dokładnością przewidzieć, co może się dziać z naszym
krajem pod jego rządami. I o ile to, co ktoś robi we własnej partii, jest
tylko jego i członków partii sprawą, o tyle już sposób sprawowania władzy nad
narodem jest sprawą ogółu. Który, jak ostatnio można było dobitnie zauważyć,
zdecydowanie wybrał inny styl i inną osobowość. Mały człowiek ( i nie mówię
tutaj o wzroście ) z przesadzonymi ambicjami i żądzą władzy za wszelką cenę,
dodatkowo cierpiący na nieuleczalną odmianę rusofobii i choroby dekomunizacji
( ciekawe, czy w związku z dekomunizacją oddałby tytuły naukowe uzyskane za
PRL-u, gdyż przecież, jak sam mówi, w tamtych czasach nie udałoby się niczego
znaczącego osiągnąć bez jakiejś fo