Dodaj do ulubionych

"Być i mieć" - dzieci w kinie EU i USA

22.07.04, 02:29
Wybrałem się dziś do kina na "Być i mieć". Film mi się podobał. Jest bardzo
mądry i pogodny. Przypomina jednak nieco "Ponette" - utrzymany w podobnej
atmosferze (może "utrzymany" to niewłaściwe słowo, ewokuje podobną atmosferę)
i cechuje go chyba nieco analogiczna poetyka. Środki takie jak filmowanie
otoczenia z poziomu dziecka, niemal brak muzyki w filmie czy selektywne
kadrowanie obecne szczególnie w początkowych sekwencjach, a zmuszające widza
do przyglądania się z bliska jednej postaci, mimo że wie, iż wokół dzieją się
inne interesujące rzeczy, o czym świadczą sygnały takie jak choćby odgłosy
rozmów dobywające sie spoza kadru - łączą ten obraz z "Ponette" (o ile
zawodna pamięć nie zniekształciła w moim umyśle tego ostatniego). Podobnie,
dla obu filmów typowe są duże zbliżenia (unikanie planu ogólnego w "Być i
mieć" dotyczy pomieszczenia klasowego). Kilka tych analogii jest, no a mnie
właśnie "Ponette" podobała się nieszczególnie, przynajmniej nie na tyle, bym
mógł podzielać te wszystkie głosy zachwytu krytyki (choć nagrodę specjalną
przyznaną temu filmowi na festiwalu w Cannes poniekąd rozumiem), z jakimi
spotkał się ten utwór. No bo poza próbą (moim zdaniem nie do końca udaną)
zmierzenia się ze stosunkowo rzadko poruszaną w kinie tematyką i usiłowaniem
nowatorskiego potraktowania zagadnienia, nic w tym filmie godnego uwagi nie
znalzałem. W związku z powyższym nie wiem, co o tym myśleć. Filmy dość
podobne, a wywołują we mnie różne odczucia; jeden trafia w mój gust, drugi
średnio. Może to kwestia upływu tych kilku lat od premiery "Ponette" w
Polsce, może o to po prostu chodzi - że się postarzałem ;-)

Dzieci w kinie to w ogóle chyba interesujący i wdzięczny temat. Kiedy
oglądałem "Być i mieć", przypomniałem sobie natychmiast mój ukochany
obraz "Stand by me" Roba Reinera (na polski tłumaczony "Zostań przy mnie"
lub "Stań przy mnie"). Jest tak inny od obu wspomnianych francuskich obrazów!
I tak się zastanawiam, czy aby nie jest tak, że ten sposób opowiadania
odpowiada mi bardziej. Twórca "Być i mieć" przygląda się i pokazuje. Zbliża
się w tym do kina irańskiego, np. "Uniesienas wiatr". (Rozumiem, że tego
rodzaju porównania są na wyrost, wziąwszy pod uwagę, że francuska produkcja
jest tworem z pogranicza dokumentu i filmu fabularnego, jakkolwiek coś w tym
chyba jest.) Reiner zaś - w przeciwieństwie do reżysera "Być i mieć" -
zajmuje się tworzeniem, kreuje jakąś rzeczywistość. Może o to chodzi. Z
pewnością swą wyjątkowść zawdzięcza też "Stand by me" niezwykle utalentowanym
aktorom, którzy w nim zagrali i poprzez swój kunszt uczynili go znakomitym.
Nie tak utalentowane dzieci, ale tak utalentowani aktorzy właśnie (bo
zasługują oni w pełni na to miano, czego dowodzą m.in. ich późniejsze losy i
kontynuacja przygody z kinem) niesłychanie rzadko się przecież trafiają.
Sedno tkwi jednak chyba w tym, że Philibert opowiada o dzieciach, o ich
świecie i przeżyciach, Reiner zaś mówi o nas samych, o naszych wspomnieniach,
magii dzieciństwa, mitologizacji przeszłości, jak to mawiają moi znajomi
literaturoznawcy. Jeden z reżyserów chce nam pokazać nasze dzieci, a drugi
nas samych.

Myślę, że w jednym na pewno "Być i mieć" przewyższa filmy zza oceanu o klasę.
Chodzi mianowicie o sposób przedstawienia nauczyciela, pedagoga. No mamy z
tej Ameryki cudownego Keatinga ("Stowarzyszenie umarłych poetów") i nie mniej
wyjątkowego Seana Mcguire'a ("Buntownik z wyboru"), piękną Michelle Pfeiffer
w "Młodych gniewnych" czy Sidney'a Potier w "To Sir, with Love" (nie znam
polskiego tytułu)... No weźmy Keatinga (to najbardziej czytelny przykład).
Cudowny jest - człowiek misji, bohater, przyjaciel młodzieży, nonkonformista
i świetny pedagog. Ale zauważmy, że cecha, jaka przysługuje mu w najwyższym
chyba stopniu to widowiskowść, kontrowersyjność. A Philibert pokazuje w "Być
i mieć", że można inaczej. Nauczyciel w tym filmie (którego trudno uznać
właściwie za głównego bohatera, bo tym są dzieci) jest mądry, wspierający,
współczujący, wrażliwy, stanowczy etc. - tak niezwykły w swej zwyczajności!
Czy to nie o to chodzi w życiu? Może ktoś powiedzieć, że różnice pomiędzy
oboma bohaterami wynikają stąd, że jeden jest prawdziwy, realny, a drugi
należy wyłacznie do świata przedstawionego utworu filmowego. Jeśli w istocie
tylko o to by tu chodziło, to byłoby to cokolwiek smutne. Smutne dla
Keatinga, bo obnażałoby jego fikcyjność, pokazywało, że ktoś taki istnieje
wyłącznie w świecie wyobraźni, ale i smutne dla pana Lopeza, bo pokazywało,
że i tak się tu poprzez proste, ludzkie oddanie dzieciom i pracy nad
zwyczajność nie wybije. Według mnie jednak, to właśnie on się nad tę
zwyczajność wybija i staje się prawdziwym bohaterem.

Jak Keating nie do końca był świadomy ewentualnych konsekwencji swego sposbu
pracy z dziećmi, dał się ponieść idei, tak Lopez stoi twardo na ziemii, ale
doskonale zdaje sobie sprawę z własnej roli w życiu tych małych ludzi, którzy
go otaczają, z ważności swej misji, z odpowiedzialności; jest niezwykle
samoświadomym człowiekiem, po prostu mądrym, mądrym jak cały film i jego
tytuł, który brzmi tak przecież banalnie.

Aby już skończyć, napiszę tylko, że tego powinniśmy sobie chyba życzyć - aby
wszystkie filmy, trafiały do kin pod banalnymi tytułami, ale okazywały się
znakomitymi utworami.

Co myślicie?
Obserwuj wątek
    • klee Jak nie EU i USA, to może coś PL 23.07.04, 02:03
      Żałosne to nieco odpowiadać na własny post. No ale to przykre, że nie ma z kim
      porozmawiać na zadany temat. Drodzy Kinomaniacy, rozumiem, że wakacje i nic się
      w związku z tym nie chce, a pzoa dym duchota, no ale o sztuce zawsze warto
      porozmawiać, a i sił specjalnych na to nie potrzeba, jedynie chęci.

      Skoro mówicie "nie" kinu amerykańskiemum, czy europejskiemu, to może
      mielibyście ochotę pomówić o rodzimych produkcjach. No weźmy choćby "Weisera"
      Wojciech Marczewskiego. Tylko nie piszcie, proszę, o Jandzie czy Kondracie, ale
      o tych dzieciakach cudownych. No i w ogóle piszcie. A nie tylko Shrek i Shrek.
    • u_i Re: "Być i mieć" - dzieci w kinie EU i USA 23.07.04, 05:34
      Myślę, że to film o byciu o nauczycielem, o niezwykłej wartości tego zawodu.
      Rosnące i rozwijające się dzieci obrazują tę wartość. Film z punktu widzenia
      dziecka, tylko nieco starszego, to np. rosyjski "Powrót". Z "Ponette", na ile
      pamiętam, wyszedłem, bo nie mogłem znieść jego nachalności. "Stowarzyszenie
      umarłych poetów" to w końcu rzemiosło, choć przyjemne. Sam zwracasz uwagę na
      stonowanie "Być i mieć". Przez większość filmu nauczyciel, na ile jeszcze
      pamiętam, jest obecny głównie głosem. Tylko na koniec filmu kamera zwraca się w
      kierunku nauczyciela i wypowiada on kilka słów o sobie. W dramatyczny sposób
      podkreśla to treść filmu: wartość zawodu-posłania jest w dawaniu innym.
      • klee Ciężka artyleria 23.07.04, 18:03
        Czyli jednak o byciu nauczycielem... Jak zacząłem o tym myśleć w ten sposób, to
        dochodzę do wniosku, że ta teza rzeczywiście się broni, mimo że kłóci się (a
        może nie do końca) z moją wcześniejszą obserwacją, że głównym (zbiorowym)
        bohaterem filmu są dzieci. Dzięki za mądry i interesujący głos.

        "Powrót" - no tak to mocny strzał; prawdziwe, arystyczne kino. Pełen symboli,
        nie podaje widzowi wszystkich odpowiedzi, zmusza do wysiłku. Dla mnie bardzo
        słowiański, bo swoje dzieciństwo widzę nieco podobnie. Ta konkluzja jest jednak
        dość smutna, bo i film jest smutny, a gdy go odnieść do siebie - podwójnie.

        Zamieszczasz posty o tak późnej, czy tak wczesnej porze? :-)
        • u_i Powrót 24.07.04, 22:44
          klee napisał:

          > "Powrót" - no tak to mocny strzał; prawdziwe, arystyczne kino. Pełen symboli,
          > nie podaje widzowi wszystkich odpowiedzi, zmusza do wysiłku. Dla mnie bardzo
          > słowiański, bo swoje dzieciństwo widzę nieco podobnie. Ta konkluzja jest jednak
          >
          > dość smutna, bo i film jest smutny, a gdy go odnieść do siebie - podwójnie.

          Trzeba by go chyba z parę razy obejrzeć, żeby wyłapać niuanse. Zaskoczyło mnie,
          że świat przedstawiany oczami dziecka był, nietypowo dla filmów, niesłychanie
          poważny. W końcu problemy dziecka, z punktu widzenia dorosłego może nieistotne,
          są dla dziecka bardzo poważne, wstrząsające jego jestestwem. To też film o
          samolubstwie, że grupa przegrywa wobec zewnętrznych wyzwań, kiedy każdy członek
          jest zapatrzony w siebie.

          > Zamieszczasz posty o tak późnej, czy tak wczesnej porze? :-)

          Mam dość poprzewracany rozkład dnia.
          • klee Dziecięce problemy 25.07.04, 10:57
            Wcześniej napisałeś, że "Stowarzyszenie umarłych poetów" to wg Ciebie
            rzemiosło. Tak się nad tym zastanawiałem. Czy możesz napisać coś więcej; co
            konkretnie masz na myśli? Ja się oczywiście do pewnego stopnia z tym zgadzam,
            no ale różnie to można rozumieć.

            A co do "Powrotu", piszesz: "Zaskoczyło mnie, że świat przedstawiany oczami
            dziecka był, nietypowo dla filmów, niesłychanie poważny. W końcu problemy
            dziecka, z punktu widzenia dorosłego może nieistotne, są dla dziecka bardzo
            poważne, wstrząsające jego jestestwem." Mnie się zdaje, że w tym filmie jednak
            owa powaga jest stosunkowo obiektywna. Jak pisałem wcześniej, i mnie smutek
            tego filmu się udzielił, uważam, że jest nim przesiąknięty. Bo co by nie mówić,
            to jednak film o braku, o braku pod wieloma względami. Myślę, że ów smutek tego
            dzieciństwa nie zniknie, gdy bohaterowie dorosną. Zupełnie inaczej niż u
            Reinera, który w "Stand by me" pomieszał tego rodzaju - nazwijmy je umownie -
            obiektywne problemy z sytuacjami trudnymi typowo dziecięcymi, które raz, są
            źródłem komizmu, a dwa wywołują uśmiech pobłażania, bo wiadomo, że za kilka lat
            będzie się na nie patrzyło całkiem inaczej.

            I tego chyba nie rozumiem: "To też film o samolubstwie, że grupa przegrywa
            wobec zewnętrznych wyzwań, kiedy każdy członek jest zapatrzony w siebie." W
            jakim sensie? Do czego to odnosić?

            Pozdrowienia!

            • u_i Re: Dziecięce problemy 27.07.04, 19:20
              klee napisał:

              > Wcześniej napisałeś, że "Stowarzyszenie umarłych poetów" to wg Ciebie
              > rzemiosło. Tak się nad tym zastanawiałem. Czy możesz napisać coś więcej; co
              > konkretnie masz na myśli? Ja się oczywiście do pewnego stopnia z tym zgadzam,
              > no ale różnie to można rozumieć.

              Historia jest sentymentalna, taka, że po wyjściu z kina wszyscy będą się czuli
              podniesieni na duchu. Główną rolę gra gwiazdor, który pociągnie nawet słaby
              film. Sam Williams traktuje aktorstwo jako wyzwanie, w bardzo dosłowny sposób.
              Jest oczywiście wyśmienitny technicznie, ale traci z oczu fakt, że gra jest
              tylko środkiem. Tak napradę nie jest istotne, czy każdy szczegół jest w każdym
              końcu dopracowany - zamarkowanie często wystarczy.

              Zdając sobie sprawę z ogólnego obramowania filmu, miałem opory z pójściem na
              niego do kina, bo po co oglądać jak wiadomo co będzie. Po obejrzeniu byłem
              zadowolony, bo na skalę ryzyka, na które film się wystawiał, dobrze wychodził.
              Muszę jednak powiedzieć, że szczegóły już mi się zacierają.

              >
              > A co do "Powrotu", piszesz: "Zaskoczyło mnie, że świat przedstawiany oczami
              > dziecka był, nietypowo dla filmów, niesłychanie poważny. W końcu problemy
              > dziecka, z punktu widzenia dorosłego może nieistotne, są dla dziecka bardzo
              > poważne, wstrząsające jego jestestwem." Mnie się zdaje, że w tym filmie jednak
              > owa powaga jest stosunkowo obiektywna. Jak pisałem wcześniej, i mnie smutek
              > tego filmu się udzielił, uważam, że jest nim przesiąknięty. Bo co by nie mówić,
              >
              > to jednak film o braku, o braku pod wieloma względami.

              Nie wiem co masz na myśli.

              Myślę, że ów smutek tego
              >
              > dzieciństwa nie zniknie, gdy bohaterowie dorosną. Zupełnie inaczej niż u
              > Reinera, który w "Stand by me" pomieszał tego rodzaju - nazwijmy je umownie -
              > obiektywne problemy z sytuacjami trudnymi typowo dziecięcymi, które raz, są
              > źródłem komizmu, a dwa wywołują uśmiech pobłażania, bo wiadomo, że za kilka lat
              >
              > będzie się na nie patrzyło całkiem inaczej.

              Nie znam tego ostatniego filmu. Czy go polecasz i dlaczego?

              >
              > I tego chyba nie rozumiem: "To też film o samolubstwie, że grupa przegrywa
              > wobec zewnętrznych wyzwań, kiedy każdy członek jest zapatrzony w siebie." W
              > jakim sensie? Do czego to odnosić?

              W czasie takiego wyjazdu, grupa, zwłaszcza mało zgrana, wystawiona jest na
              szereg niebezpieczeństw. Skądinąd dziwiłem się, że matka na to szła, ale wyjazd
              na początku miał być krótki i pewnie jej zależało, żeby dzieci nawiązały kontakt
              z ojcem. Samochód może się popsuć lub zakopać na kompletnym odludziu. Łódż
              może zacząć puszczać wodę i zatonąć. Może ich zaskoczyć burza, wieża może się
              załamać, itd. Kiedy członkowie grupy, zamiast współpracować, koncentrują się na
              swoich własnych potrzebach lub, co więcej, zaczynają zajmować się wenętrznymi
              porachunkami, droga jest prosta do nieszczęścia. Ojciec, w sposób oczywisty,
              zajęty jest swoimi sprawami i oderwany myślami od dzieci. Gdyby zaczęli tonąć
              na środku jeziora, nie przypuszczam żeby wszyscy wyszli żywi. Młodszy syn
              przejęty jest sobą, a od ojca wymaga aby przystawał do jego wyobrażeniu o ojcu.
              Zaskakującym zwrotem w filmie, jest to że egoizm młodszego syna, najsłabszego a
              nie najsilniejszego w grupie, prowadzi do nieszczęścia.

              >
              > Pozdrowienia!

              Z pozdrowieniami
              • klee Zagadkowość 30.07.04, 20:52
                Nadal pozostajesz zagadkowy. Przyznam też, że trochę się zaczynam gubić. Z
                jednej strony stwierdzasz, że Robin Williams jest tak znakmomitym aktorem, że
                nada wartość nawet marnemu filmowi, a z drugiej piszesz, że jego sposób gry Ci
                nie odpowiada. To jak to jest? Odpowiedź na pytanie też właściwie nie padła. Bo
                na czym to rzemiosło ma polegać? Na tym, że hisotoria jest sentymentalna i
                optymistyczna (choć wcale nie jest, ale o tym za chwilę), na tym, że w głównej
                roli obsadzono gwiazdora? No pewnie to trochę świadczy o rzemieślnictwie, ale
                nie zawsze i nie jestem pewien, czy w tym przypadku. Poza tym - jak dla mnie -
                to trochę mało, ale nie trzeba się z moją opinią przecież zgadzać. No i to
                podniesienie na duchu, o którym wspominasz. Myślę, że bardzo trudno uzyskać je
                na tym filmie, bo przecież zakończenie jest tragiczne. Finalna scena powiewa co
                prawda optymizmem, no ale jest symboliczna. Sama historia ma smutne zkończenie.
                Myślę, więc że zatarło się w Twojej pamięci trochę więcej niż tylko
                szczegóły. ;-)

                "Stand by me", owszem, polecam bardzo. Jest poruszający, choć Ty pewnie
                powiedziałbyś, że sentymentalny (w pejoratywnym tego słowa znaczeniu), więc
                trochę polecać Ci go się obawiam. No ale warto obejrzeć choćby dla aktorów. To
                drugi atut. Zagrali naprawdę fenomenalnie. Dla mnie to czysta rozkosz, widzieć,
                do czego są zdolni na ekranie. No i w końcu to po prostu przyzowicie, bardzo
                przyzwoicie, bardzo poprawnie zrobiony film (czyli rzemiosło) ;-) Ale to
                rzemiosło tej klasy, że naprawdę sprawia przyjemność obcowanie z nim. Dla mnie
                to taki film-wzorzec w swojej klasie. Czasem warto zobaczyć coś takiego, by
                pomyśleć: "tak, tak właśnie robi się dobre kino". Dopiero bowiem wtedy, gdy się
                to wie, można - moim zdaniem - oddawać się tzw. kinu wysokoartystycznemu,
                poszukiwać, poszukiwać...

                No przyznam, że ja "Powrót" jednak inaczej postrzegam. Myślę, że nie należy go
                brać dosłownie. Mamy tam do czynienia z rzeczywistością wykreowaną i nie można
                na nią patrzeć z racjonalnego punktu widzenia. Nie należy utożsamiać naszej
                rzeczywistości z tą filmową. To, co w naszej jest istotne, tam nie gra żadnej
                roli, stanowi tylko jakiś pretekst. Ważne są natomiast inne elementy, które ta
                nowa rzeczywistość buduje. Inaczej też postrzegam bohaterów i relacje ich
                łączące. Myślę, że synowie nie są zaptrzeni w siebie - jak piszesz -, tylko w
                ojca. Bardzo są na nim skupieni, choć każdy w inny sposób. No a ich samych
                łączy wielka miłość. Mimo tego, że się stale sprzeczają i droczą, w chwilach
                krytycznych, w momentach granicznych mogą na siebie liczyć i ważniejsze jest
                dla nich dobro drugiego niż własne. To, co robi ojciec, jest w istocie pewną
                tajemnicą, jednak stwierdzenie, że nie chodzi mu o dobro dzieci jest nazbyt
                pochopne. Do nich przezcież przyjechał, z nimi wybrał się w podróż, kształtował
                je po swojemu (może nieudolnie - każdy różnie to oceni - ale na pewno w dobrej
                wierze), z ich powodu w końcu zginął. Też miałem wątpliwości podczas oglądania
                filmu, co on tak naprawdę do nich czuje, co o nich myśli. No ale pokazał na
                koniec, że kocha je bezgranicznie.
                • u_i Re: Zagadkowość 02.08.04, 06:30
                  klee napisał:

                  > Nadal pozostajesz zagadkowy. Przyznam też, że trochę się zaczynam gubić. Z
                  > jednej strony stwierdzasz, że Robin Williams jest tak znakmomitym aktorem, że
                  > nada wartość nawet marnemu filmowi, a z drugiej piszesz, że jego sposób gry Ci
                  > nie odpowiada. To jak to jest? Odpowiedź na pytanie też właściwie nie padła.

                  Williams jest aktorem, który jest bardzo dobry technicznie. Znakomicie wciela
                  się w różne postacie. Ale, przynajmniej dla mnie, nie niesie to dalszych
                  konsekwencji artystycznych – są to wyczyny sportowe. Jego sprawność jest
                  interesująca. Dlatego, trafiwszy na film, w którym gra, prawdopodobnie widz nie
                  będzie się nudzić. Jednakże, ja przynajmniej, nie spodziewam się wydarzenia
                  artystycznego. Już poza sprawą konkretnego filmu, udział Willimsa sugeruje film
                  sprawny, ale nic nadzwyczajnego, coś na co, ja przynajmniej, nie dałbym się
                  wyciągnąc z domu. Raczej udałbym się na coś gdzie twórcy, i ja,
                  podejmowalibyśmy realne ryzyko.

                  Bo
                  >
                  > na czym to rzemiosło ma polegać? Na tym, że hisotoria jest sentymentalna i
                  > optymistyczna (choć wcale nie jest, ale o tym za chwilę), na tym, że w głównej
                  > roli obsadzono gwiazdora? No pewnie to trochę świadczy o rzemieślnictwie, ale
                  > nie zawsze i nie jestem pewien, czy w tym przypadku. Poza tym - jak dla mnie -
                  > to trochę mało, ale nie trzeba się z moją opinią przecież zgadzać. No i to
                  > podniesienie na duchu, o którym wspominasz. Myślę, że bardzo trudno uzyskać je
                  > na tym filmie, bo przecież zakończenie jest tragiczne. Finalna scena powiewa co
                  >
                  > prawda optymizmem, no ale jest symboliczna. Sama historia ma smutne zkończenie.
                  >
                  > Myślę, więc że zatarło się w Twojej pamięci trochę więcej niż tylko
                  szczegóły. ;-)

                  Rzeczywiście nie pamiętam zakończenia (i innych szczegółów) i wyglądałoby, że
                  oskarżam film bezpodstawnie. Jednakże wydaje mi się, że się mylę w szczególe
                  technicznym, a nie w istocie schematyzmu fabuły.
                  Szlachetny/bezkompromisowy/odważny bohater jest gnębiony/nierozumiany przez
                  dyrekcję/obojętne społeczeństwo/szkołę (niepotrzebne skreślić). Historia ma
                  zakończenie szczęśliwe/nieszczęśliwe. Widzowie w jednoznaczny sposób litują się
                  nad niesprawiedliwie traktowanym co jest o tyle śmieszne, że ci niesprawiedliwi
                  rekrutują się ze społeczeństwa reprezentowanego przez widownię i jakoś w życiu
                  te oceny nie są podobnie jednoznaczne.

                  Zarówno sentymentalność fabuły jak i, zazwyczaj, wybór gwiazdora do głównej
                  roli, przynajmniej w kinematografii amerykańskiej, są kompromisami artystycznymi
                  ze strony reżysera. Gwiazdor dużo kosztuje i trzeba go dobrze wykorzystać, na
                  czym, zazwyczaj, cierpi treść. Kosztowny aktor, dodatkowo, radzi rezyserowi jak
                  kręcić film. Swoboda artystyczna reżysera ogranicza się wtedy do małej skali i
                  w ramach tej skali, na ile pamiętam swoje wrażenia, bo już nie szczegóły filmu,
                  film broni się dobrze.

                  > "Stand by me", owszem, polecam bardzo. Jest poruszający, choć Ty pewnie
                  > powiedziałbyś, że sentymentalny (w pejoratywnym tego słowa znaczeniu), więc
                  > trochę polecać Ci go się obawiam. No ale warto obejrzeć choćby dla aktorów. To
                  > drugi atut. Zagrali naprawdę fenomenalnie. Dla mnie to czysta rozkosz, widzieć,
                  >
                  > do czego są zdolni na ekranie. No i w końcu to po prostu przyzowicie, bardzo
                  > przyzwoicie, bardzo poprawnie zrobiony film (czyli rzemiosło) ;-) Ale to
                  > rzemiosło tej klasy, że naprawdę sprawia przyjemność obcowanie z nim. Dla mnie
                  > to taki film-wzorzec w swojej klasie. Czasem warto zobaczyć coś takiego, by
                  > pomyśleć: "tak, tak właśnie robi się dobre kino". Dopiero bowiem wtedy, gdy się
                  >
                  > to wie, można - moim zdaniem - oddawać się tzw. kinu wysokoartystycznemu,
                  > poszukiwać, poszukiwać...

                  Będę ostrożnie orientować się w możliwości obejrzenia tego filmu…

                  >
                  > No przyznam, że ja "Powrót" jednak inaczej postrzegam. Myślę, że nie należy go
                  > brać dosłownie. Mamy tam do czynienia z rzeczywistością wykreowaną i nie można
                  > na nią patrzeć z racjonalnego punktu widzenia. Nie należy utożsamiać naszej
                  > rzeczywistości z tą filmową. To, co w naszej jest istotne, tam nie gra żadnej
                  > roli, stanowi tylko jakiś pretekst. Ważne są natomiast inne elementy, które ta
                  > nowa rzeczywistość buduje. Inaczej też postrzegam bohaterów i relacje ich
                  > łączące. Myślę, że synowie nie są zaptrzeni w siebie - jak piszesz -, tylko w
                  > ojca. Bardzo są na nim skupieni, choć każdy w inny sposób. No a ich samych
                  > łączy wielka miłość. Mimo tego, że się stale sprzeczają i droczą, w chwilach
                  > krytycznych, w momentach granicznych mogą na siebie liczyć i ważniejsze jest
                  > dla nich dobro drugiego niż własne. To, co robi ojciec, jest w istocie pewną
                  > tajemnicą, jednak stwierdzenie, że nie chodzi mu o dobro dzieci jest nazbyt
                  > pochopne. Do nich przezcież przyjechał, z nimi wybrał się w podróż, kształtował
                  >
                  > je po swojemu (może nieudolnie - każdy różnie to oceni - ale na pewno w dobrej
                  > wierze), z ich powodu w końcu zginął. Też miałem wątpliwości podczas oglądania
                  > filmu, co on tak naprawdę do nich czuje, co o nich myśli. No ale pokazał na
                  > koniec, że kocha je bezgranicznie.

                  No, nie. Ja zarówno inaczej podchodzę do sposobu postrzegania filmu, jak i
                  konkretnej interpretacji. W ramach filmu obserwuję wydarzenia, ze wszelkimi
                  szczegółami. Przedstawienie jest fragmentaryczne – w życiu zazwyczaj taka jest
                  nasza wiedza nawet w odniesieniu do członków własnej rodziny. Można sobie
                  dopowiadać resztę, dziejącą się poza ekranem. Można też uogólniać treści
                  płynące z filmu. Ale w żadnym przypadku, w odniesieniu do tego, czy podobnego,
                  filmu, nie pozwoliłbym sobie na dowolność gdzie alegoria miałaby zniekształcać
                  samo poznanie filmowych wydarzeń.

                  Wydaje mi się, że film kręci się wokół egoizmu najmłodszego brata. Tak, w życiu
                  codziennym i w odbiorze konkretnego filmu, jak na Twoim przykładzie, jego
                  postępowania nie odbierałoby się jako egoizm. Zauważ jednak, że od pierwszej
                  sceny po końcowe, ta jakoby najsłabsza jednostka w filmie dyktuje innym ich
                  czynności. Matka włazi ściągać go z wieży, brat zmuszony jest do gonitw, ojciec
                  zostawia go na drodze by musieć po niego wracać itd. Ten strach przed skakaniem
                  z wieży jest typowym zachowaniem kogoś dogłębnie przejętego sobą. Ojca stosunek
                  do rodziny jest zdawkowy. W jakiejś recenzji czytałem, że ojciec może powracać
                  z więzienia czy obozu. Ale przecież ten ojciec jest znakomicie osadzony w
                  rzeczywitości, najwyrażniej lepiej niż sama przedstawiana rodzina, zupełnie nie
                  tak jak ktoś wyłączony na wiele lat z życia. Mnie wygląda na kogoś, kto ma
                  wręcz inną rodzinę a tą zajął się bo akurat jechał w okolicę albo mu po prostu
                  tak strzeliło do głowy. W ramach kaprysu zabiera dzieci, potem dochodzi do
                  wniosku, że może ich mieć na trochę dłużej bo nie będą przeszkadzać, a może
                  nawet posłużą za parawan przy załatwianiu spraw. Jest to niesprzeczne z tym,
                  że ma do nich przyjazny, choć nieco nieporadny stosunek. W końcu, nie jest w
                  sobie dać rady z synem, który wybucha. Gdyby miał do czynienia z tym synem na
                  codzień, nie doszłoby do tych wydarzeń. Starszy syn to oddzielny wątek -
                  przynajmniej w stosunkach społecznych, bardziej konstruktywna postać.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka