klee
22.07.04, 02:29
Wybrałem się dziś do kina na "Być i mieć". Film mi się podobał. Jest bardzo
mądry i pogodny. Przypomina jednak nieco "Ponette" - utrzymany w podobnej
atmosferze (może "utrzymany" to niewłaściwe słowo, ewokuje podobną atmosferę)
i cechuje go chyba nieco analogiczna poetyka. Środki takie jak filmowanie
otoczenia z poziomu dziecka, niemal brak muzyki w filmie czy selektywne
kadrowanie obecne szczególnie w początkowych sekwencjach, a zmuszające widza
do przyglądania się z bliska jednej postaci, mimo że wie, iż wokół dzieją się
inne interesujące rzeczy, o czym świadczą sygnały takie jak choćby odgłosy
rozmów dobywające sie spoza kadru - łączą ten obraz z "Ponette" (o ile
zawodna pamięć nie zniekształciła w moim umyśle tego ostatniego). Podobnie,
dla obu filmów typowe są duże zbliżenia (unikanie planu ogólnego w "Być i
mieć" dotyczy pomieszczenia klasowego). Kilka tych analogii jest, no a mnie
właśnie "Ponette" podobała się nieszczególnie, przynajmniej nie na tyle, bym
mógł podzielać te wszystkie głosy zachwytu krytyki (choć nagrodę specjalną
przyznaną temu filmowi na festiwalu w Cannes poniekąd rozumiem), z jakimi
spotkał się ten utwór. No bo poza próbą (moim zdaniem nie do końca udaną)
zmierzenia się ze stosunkowo rzadko poruszaną w kinie tematyką i usiłowaniem
nowatorskiego potraktowania zagadnienia, nic w tym filmie godnego uwagi nie
znalzałem. W związku z powyższym nie wiem, co o tym myśleć. Filmy dość
podobne, a wywołują we mnie różne odczucia; jeden trafia w mój gust, drugi
średnio. Może to kwestia upływu tych kilku lat od premiery "Ponette" w
Polsce, może o to po prostu chodzi - że się postarzałem ;-)
Dzieci w kinie to w ogóle chyba interesujący i wdzięczny temat. Kiedy
oglądałem "Być i mieć", przypomniałem sobie natychmiast mój ukochany
obraz "Stand by me" Roba Reinera (na polski tłumaczony "Zostań przy mnie"
lub "Stań przy mnie"). Jest tak inny od obu wspomnianych francuskich obrazów!
I tak się zastanawiam, czy aby nie jest tak, że ten sposób opowiadania
odpowiada mi bardziej. Twórca "Być i mieć" przygląda się i pokazuje. Zbliża
się w tym do kina irańskiego, np. "Uniesienas wiatr". (Rozumiem, że tego
rodzaju porównania są na wyrost, wziąwszy pod uwagę, że francuska produkcja
jest tworem z pogranicza dokumentu i filmu fabularnego, jakkolwiek coś w tym
chyba jest.) Reiner zaś - w przeciwieństwie do reżysera "Być i mieć" -
zajmuje się tworzeniem, kreuje jakąś rzeczywistość. Może o to chodzi. Z
pewnością swą wyjątkowść zawdzięcza też "Stand by me" niezwykle utalentowanym
aktorom, którzy w nim zagrali i poprzez swój kunszt uczynili go znakomitym.
Nie tak utalentowane dzieci, ale tak utalentowani aktorzy właśnie (bo
zasługują oni w pełni na to miano, czego dowodzą m.in. ich późniejsze losy i
kontynuacja przygody z kinem) niesłychanie rzadko się przecież trafiają.
Sedno tkwi jednak chyba w tym, że Philibert opowiada o dzieciach, o ich
świecie i przeżyciach, Reiner zaś mówi o nas samych, o naszych wspomnieniach,
magii dzieciństwa, mitologizacji przeszłości, jak to mawiają moi znajomi
literaturoznawcy. Jeden z reżyserów chce nam pokazać nasze dzieci, a drugi
nas samych.
Myślę, że w jednym na pewno "Być i mieć" przewyższa filmy zza oceanu o klasę.
Chodzi mianowicie o sposób przedstawienia nauczyciela, pedagoga. No mamy z
tej Ameryki cudownego Keatinga ("Stowarzyszenie umarłych poetów") i nie mniej
wyjątkowego Seana Mcguire'a ("Buntownik z wyboru"), piękną Michelle Pfeiffer
w "Młodych gniewnych" czy Sidney'a Potier w "To Sir, with Love" (nie znam
polskiego tytułu)... No weźmy Keatinga (to najbardziej czytelny przykład).
Cudowny jest - człowiek misji, bohater, przyjaciel młodzieży, nonkonformista
i świetny pedagog. Ale zauważmy, że cecha, jaka przysługuje mu w najwyższym
chyba stopniu to widowiskowść, kontrowersyjność. A Philibert pokazuje w "Być
i mieć", że można inaczej. Nauczyciel w tym filmie (którego trudno uznać
właściwie za głównego bohatera, bo tym są dzieci) jest mądry, wspierający,
współczujący, wrażliwy, stanowczy etc. - tak niezwykły w swej zwyczajności!
Czy to nie o to chodzi w życiu? Może ktoś powiedzieć, że różnice pomiędzy
oboma bohaterami wynikają stąd, że jeden jest prawdziwy, realny, a drugi
należy wyłacznie do świata przedstawionego utworu filmowego. Jeśli w istocie
tylko o to by tu chodziło, to byłoby to cokolwiek smutne. Smutne dla
Keatinga, bo obnażałoby jego fikcyjność, pokazywało, że ktoś taki istnieje
wyłącznie w świecie wyobraźni, ale i smutne dla pana Lopeza, bo pokazywało,
że i tak się tu poprzez proste, ludzkie oddanie dzieciom i pracy nad
zwyczajność nie wybije. Według mnie jednak, to właśnie on się nad tę
zwyczajność wybija i staje się prawdziwym bohaterem.
Jak Keating nie do końca był świadomy ewentualnych konsekwencji swego sposbu
pracy z dziećmi, dał się ponieść idei, tak Lopez stoi twardo na ziemii, ale
doskonale zdaje sobie sprawę z własnej roli w życiu tych małych ludzi, którzy
go otaczają, z ważności swej misji, z odpowiedzialności; jest niezwykle
samoświadomym człowiekiem, po prostu mądrym, mądrym jak cały film i jego
tytuł, który brzmi tak przecież banalnie.
Aby już skończyć, napiszę tylko, że tego powinniśmy sobie chyba życzyć - aby
wszystkie filmy, trafiały do kin pod banalnymi tytułami, ale okazywały się
znakomitymi utworami.
Co myślicie?