Dodaj do ulubionych

Lem o "Solaris": kawałek kina

IP: *.DECF.Berkeley.EDU 06.02.03, 05:32
Solaris byl w USA totalna porazka... Nie odrobil nawet kasy
wydanej na jego promocje.....
Obserwuj wątek
    • Gość: neo Re: Lem o IP: *.waw.cdp.pl / 62.181.175.* 06.02.03, 14:55
      Gość portalu: siraloS napisał(a):

      > Solaris byl w USA totalna porazka... Nie odrobil nawet kasy
      > wydanej na jego promocje.....

      Tak, ale w USA szanse mają tylko hollywodzkie papki.
      Zaawansowane filmy nigdy nie są łakomych kęskiem dla komercji.
      W USA przepis na kasowy film: co 2 minuty trup, troche sexu,
      kilkanascie wybuchów, 2,3 domy rozwalone, pościg za śmigłowcem,
      pościg samochodowy, korupcja w policji, mafie narkotykowe i nic
      wiecej!!!
      • frolix Re: Lem o 06.02.03, 15:52
        Gość portalu: neo napisał(a):
        > W USA przepis na kasowy film: co 2 minuty trup, troche sexu,
        > kilkanascie wybuchów, 2,3 domy rozwalone, pościg za śmigłowcem,
        > pościg samochodowy, korupcja w policji, mafie narkotykowe i nic
        > wiecej!!!

        Teraz jest jasne, dlaczego obie części "Władcy pierścieni" były w USA na topie.
        Te co-dwie-minutowe trupy, seksy, wybuchy, śmigłowcy, pościgi, korupcje,
        narkotyki.

        flx
        • Gość: ania Re: Lem o IP: *.icpnet.pl 08.02.03, 16:06
          frolix napisał:

          > Gość portalu: neo napisał(a):
          > > W USA przepis na kasowy film: co 2 minuty trup, troche sexu,
          > > kilkanascie wybuchów, 2,3 domy rozwalone, pościg za
          śmigłowcem,
          > > pościg samochodowy, korupcja w policji, mafie narkotykowe i
          nic
          > > wiecej!!!
          >
          > Teraz jest jasne, dlaczego obie części "Władcy pierścieni"
          były w USA na topie.
          >
          > Te co-dwie-minutowe trupy, seksy, wybuchy, śmigłowcy, pościgi,
          korupcje,
          > narkotyki.
          >
          > flx
          Czego jak czego, ale trupów we Władcy pierścieni nie brakowało
          • frolix Re: Lem o 08.02.03, 16:14
            Gość portalu: ania napisał(a):
            > frolix napisał:
            > > Gość portalu: neo napisał(a):
            > > > W USA przepis na kasowy film: co 2 minuty trup, troche sexu,
            > > > kilkanascie wybuchów, 2,3 domy rozwalone, pościg za
            > śmigłowcem,
            > > > pościg samochodowy, korupcja w policji, mafie narkotykowe i
            > nic
            > > > wiecej!!!
            > >
            > > Teraz jest jasne, dlaczego obie części "Władcy pierścieni"
            > były w USA na topie.
            > >
            > > Te co-dwie-minutowe trupy, seksy, wybuchy, śmigłowcy, pościgi,
            > korupcje,
            > > narkotyki.
            > >
            > Czego jak czego, ale trupów we Władcy pierścieni nie brakowało

            Nie co dwie minuty.

            flx
            • Gość: Kokos Re: Lem o IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 20.02.03, 10:26
              Frolix jesli myslisz ze Wladca to cos wiecej niz jedna wielka
              komercha to jestes w duzym bledzie!Sex jest w postaci nadmiernie
              rozbudowanego watku milosnego,ktorego prozno szukac w
              ksiazce,trupy sa nie co dwie minuty ale co 30sek i nie
              pojedynczo ale calymi stadami.Odpowiednikiem wybuchow w filmach
              sensacyjnych tu sa efekty,ktore stanowia praktycznie jedyna
              tresc filmu,poscig tez mamy,a co do narkotykow to takze we
              Wladcy jest klasyczny motyw walki dobra ze zlem(policjanci
              kontra handlarze=druzyna kontra mordor)
              • frolix Nazgul Hawk Down Re: Lem o 20.02.03, 14:31
                Gość portalu: Kokos napisał(a):
                > Frolix jesli myslisz ze Wladca to cos wiecej niz jedna wielka
                > komercha to jestes w duzym bledzie!

                Nie myślę, więc nie jestem.

                > Sex jest w postaci nadmiernie
                > rozbudowanego watku milosnego,ktorego prozno szukac w
                > ksiazce,trupy sa nie co dwie minuty ale co 30sek i nie
                > pojedynczo ale calymi stadami.Odpowiednikiem wybuchow w filmach
                > sensacyjnych tu sa efekty,ktore stanowia praktycznie jedyna
                > tresc filmu,poscig tez mamy,a co do narkotykow to takze we
                > Wladcy jest klasyczny motyw walki dobra ze zlem(policjanci
                > kontra handlarze=druzyna kontra mordor)

                Wiesz, odpowiedniki to każdy sam sobie według swoich skojarzeń znajdzie.
                Nazgule mogą kojarzyć się ze śmigłowcami, a pierścień z atomówką.

                flx
      • Gość: kpsting Re: Lem o IP: *.new-york-02rh15rt-ny.dial-access.att.net 07.02.03, 04:40
        Szanse na box office i oscary maja holywoodzkie papki, a jakze. Niemniej jednak
        Soderbergh liczyl sie z tym, ze Solaris nie zarobi na siebie. Fox tez sie z tym
        liczyla, i moze nawet byli tego pewni... a jednak pozwolili mu zrobic te
        adaptacje. Glupi ludzie moga ogladac filmy w USA ale glupi ludzie nie kreca
        filmow w USA. Ta madrzejsza czesc zdaje sobie doskonale sprawe, ze ambitne
        filmy (najczesciej nisko- i sredniobudzetowe produkcje) sa niezbedne...
      • Gość: ten_no Re: Lem o IP: *.dsl.sndg02.pacbell.net 09.02.03, 04:18
        Gość portalu: neo napisał(a):

        > Gość portalu: siraloS napisał(a):
        >
        > > Solaris byl w USA totalna porazka... Nie odrobil nawet kasy
        > > wydanej na jego promocje.....
        >
        > Tak, ale w USA szanse mają tylko hollywodzkie papki.
        > Zaawansowane filmy nigdy nie są łakomych kęskiem dla komercji.

        To prawda, ale w tym wypadku akurat uwazam, ze "Solaris" Soderbergha jest slaby. Tzn. oczywiscie lepszy niz typowa hollywoodzka produkcja, ale jest to film z jedna fatalna wada: rezyser usiluje osiagnac wysoki poziom (cokolwiek by to nie znaczylo), nie osiaga go, ale nie zdaje sobie z tego sprawy. Efektem jest plytkie, zadowolone z siebie dzielko.

        Podobny problem byl z "AI" Spielberga, ktory w bardzo podobny sposob skupil sie na niezbyt istotnym problemie (robot, ktory sie niby "uczlowiecza" - Soderbergh skupil sie na pseudo-problemie pt. "kto jest kto"), zamiast sie skoncentrowac na ludziach reagujacych na chlopca-robota, a zwlaszcza na matce. Duzo by o tym gadac...

        W ogole to dziwie sie tylko, dlaczego jak do Lema zglosil sie geniusz (niejaki Andriej Tarkowski) to Lem go (oraz jego film) formalnie zadreczyl i zamordowal swoimi obiekcjami, a jak sie do Lema zglosil facio z Hollywood, to Lem oddal mu kontrole nad filmem z pocalowaniem reki. Nieladnie.
        • frolix Re: Lem o 20.02.03, 14:32
          Gość portalu: ten_no napisał(a):
          > W ogole to dziwie sie tylko, dlaczego jak do Lema zglosil sie geniusz
          (niejaki
          > Andriej Tarkowski) to Lem go (oraz jego film) formalnie zadreczyl i
          zamordowal
          > swoimi obiekcjami, a jak sie do Lema zglosil facio z Hollywood, to Lem oddal
          mu
          > kontrole nad filmem z pocalowaniem reki.

          Bo Lem się starzeje. I pieniądze nie śmierdzą. I film chciał zobaczyć.

          flx
    • jachozna jakie Solaris????????? 07.02.03, 12:12
      Ja nie wiem jak możn mieć taki tupet, że by się brać za taką literaturę.
      Amerykański film który ponoć jest adaptacją "Solaris" Pana Stanisława Lema ma
      niewiele wspólnego z tym o czy jest książka rzeczonego. To, że film się nie
      sprzedał nikogo nie powinno dziwić i to nie dlatego, że jest zbyt ambitny dla
      amerykanów O NIE! Ten film jest poprostu zbyt gówniany żeby ktokolwiek chciał
      go kupić. Soderbergh porwał się z motyką na "SOLARIS". Tak wielkiemu reżyserowi
      jak Andrej Tarkowski, któremu pomagali Strugaccy nie udało się oddać tego co
      jest w "Solaris". A co dopiero amerykanom. Można jedynie ubolewać, że to coś
      zejdzie szybko z ekranów kinowych.
      • Gość: navoika Re: jakie Solaris????????? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 09.02.03, 00:42
        To byl ktos z was na tym filmie, czy nie? Zastanawiam sie czy pojsc, czy sobie
        dac spokoj i chetnie poznalabym wasze opinie. Ksiazke czytalam wprawdzie dawno,
        ale planuje odswiezyc lekture, po obejrzeniu filmu.
        • Gość: lammanski Re: jakie Solaris????????? IP: *.wesola.sdi.tpnet.pl 09.02.03, 06:01
          Gość portalu: navoika napisał(a):

          >Zastanawiam sie czy pojsc, czy sobie
          >dac spokoj

          idz, ja tez pojde. potem sobie opowiemy.
          po to jest kino.

          • Gość: Rafał Widziałem film IP: *.acn.waw.pl 09.02.03, 16:14
            Efekty wizualne (nie specjalne) zapierają dech, ale sam film
            wydaje się strasznie płaski i pozbawiony sensownego przesłania.
            O co w nim tak na prawdę chodzi to zupełnie nie zrozumiałem.
            Zakończenie to czarna magia. Po co siedziałem tyle czasu na tym
            filnie, to nie wiem.
            Początek jest ekscytujący. Zawiązanie akcji bardzo sprawne.
            Powolne odsłanianie intrygi na najwyższym poziomie, a potem już
            tylko gorzej. Niekończące się rozmowy między doktorkiem a jego
            żoną, sceny w bezruchu pokazywane z kilku ujęć jedno po drugiem
            i nagle koniec filmu - jaki był finał to nie wiem - po prostu
            nie zrozumiałem, czy oni wrócili na Ziemię, czy nie, czy
            przeżyli czy umarli i są w niebie.
            Całość kręci się wokół żony głównego bohatera. Niespójność
            wątku miłosnego i tła SF jest porażająca. Brak jest jakichkowiek
            innych wątków. Początek filmu jest zrobiony w najlepszym stylu
            SF z czasów odysei kosmicznej i niewątpliwie jakościowo należy
            do super klasyki. Nie ogląda się go, lecz zostaje się
            wchłoniętym. Ale potem film wypluwa nas z siebie razem z resztką
            niestrawionych niedopowiedzeń i niezakończonej fabuły. Bardzo
            denerwujące.
            A jak wasze wrażenia? Chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o
            filmie to piszcie. Ja na pewno kupię sobie książkę i dowiem się
            o co tak na prawdę chodzi w całej historii.
            • Gość: K. Re: Widziałem film IP: serwer:* / 192.168.1.* 20.02.03, 12:12
              Gość portalu: Rafał napisał(a):

              > Efekty wizualne (nie specjalne) zapierają dech, ale sam film
              > wydaje się strasznie płaski i pozbawiony sensownego przesłania.
              > O co w nim tak na prawdę chodzi to zupełnie nie zrozumiałem.
              > Zakończenie to czarna magia. Po co siedziałem tyle czasu na tym
              > filnie, to nie wiem.

              Pomyśl trochę, nie trzeba być bardzo przenikliwym, żeby dojść do tego, o co w
              tym wszystkim chodzi

              > Początek jest ekscytujący. Zawiązanie akcji bardzo sprawne.
              > Powolne odsłanianie intrygi na najwyższym poziomie, a potem już
              > tylko gorzej. Niekończące się rozmowy między doktorkiem a jego
              > żoną, sceny w bezruchu pokazywane z kilku ujęć jedno po drugiem
              > i nagle koniec filmu - jaki był finał to nie wiem - po prostu
              > nie zrozumiałem, czy oni wrócili na Ziemię, czy nie, czy
              > przeżyli czy umarli i są w niebie.

              A spodziewałeś się walk robotów i gwiezdnych wojen? - to nie ta półka.

              > Całość kręci się wokół żony głównego bohatera.

              ja myślę, że jednak wokół głównego bohatera w większym stopniu.

              Niespójność
              > wątku miłosnego i tła SF jest porażająca. Brak jest jakichkowiek
              > innych wątków. Początek filmu jest zrobiony w najlepszym stylu
              > SF z czasów odysei kosmicznej i niewątpliwie jakościowo należy
              > do super klasyki. Nie ogląda się go, lecz zostaje się
              > wchłoniętym. Ale potem film wypluwa nas z siebie razem z resztką
              > niestrawionych niedopowiedzeń i niezakończonej fabuły.

              Zakończenie było wyłożeniem kawy na ławę - jaśniej nie dało sie tego pokazać.

              Bardzo
              > denerwujące.
              > A jak wasze wrażenia? Chcecie się czegoś więcej dowiedzieć o
              > filmie to piszcie. Ja na pewno kupię sobie książkę i dowiem się
              > o co tak na prawdę chodzi w całej historii.

              Sądzę, że tam fajerwerków też nie będzie.



              Ale oczywiście mogę się mylić... Każdy ma prawo do swojego zdania, i
              powsztrzymam się od arbitralnych ocen. Ja uważam, że warto ten film zobaczyć.
              Tyle.Pozdrawiam,
              K.
          • navoika Re: jakie Solaris????????? 09.02.03, 19:59
            Po przeczytaniu postu Rafala, chetnie poslucham twojej opowiesci o tym filmie.
            Chyba, ze gdzies sprzedaja polowki, albo lepiej cwiartki biletow skoro dobry
            jest tylko poczatek.
            • Gość: lammanski Re: jakie Solaris????????? IP: *.wesola.sdi.tpnet.pl 10.02.03, 01:38
              navoika napisała:

              >Po przeczytaniu postu Rafala, chetnie poslucham twojej opowiesci
              >o tym filmie.

              jak tylko wroce z kina. a wybiore sie tuz po premierze.

              • Gość: kinomanka Re: jakie Solaris????????? IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.02.03, 21:31
                Moim zdaniem jest to jeden z niewielu filmow na ktore obecnie warto wydac pieniadze na bilet do kina. Zakonczenie
                nie jest niezrozumiale, jesli sie pomysli...Film jest bardzo madry i mysle, ze sie nie sprzeda. Nie rozumiem tylko
                dlaczego reklamuja go jako film komercyjny, skoro takim nie jest?

                Ale... Oklaski oczywiscie dla Lema, dla rezysera - niekoniecznie. Nie znam sie, ale mam wrazenie ze mozna bylo film
                zrobic lepiej.

                Czy pojsc? - KONIECZNIE. Uprzedzam. Dla amtorow chodzenia do kina dla popcornu - nie polecam.
                • Gość: Bart(ek) bez entuzjazmu, ale warto obejrzeć IP: 216.116.53.* 13.02.03, 22:18
                  No, wcale nie wiem, czy taki mądry, ale nawet nieźle się ogląda. Przede
                  wszystkim wydaje się, że najnowsze "Solaris" oparto nie na powieści Lema, lecz
                  na filmie Tarkowskiego; obie "adaptacje" w podobny sposób zmieniają
                  zakończenie, u pana S. w skali mikro u pana T. w skali makro, ale jednak
                  wywołuje to taki sam efekt zaskoczenia, zamknięcia jakiejś pętli. To czego Lem
                  celowo pewnie nie chciał dopowiedzieć, obaj reżyserowie wykrzykują w stronę
                  widowni tuż przed końcowymi napisami. W sumie film pana S. lepiej ogląda się
                  niż film pana T., który, nie dość że niemiłosiernie długi, to nie potrafi
                  zainteresować osobą bohatera, jego przeżyciami, w jakimś ludzkim, a nie
                  kosmicznym wymiarze. Aktorzy przemieszczają się w kadrze, stają i wygłaszają
                  długie filozoficzne monologi, a czas płynie i płynie. Pod tym względem dzieło
                  pana Tarkowskiego chyba jeszcze bardziej oddala się od powieści Lema, gdzie
                  bezkresowi planety-oceanu przeciwstawiona jest klaustrofobia stacji kosmicznej
                  z jej brakiem prywatności, zakręconą załogą, wydarzeniami jak ze złego snu, co
                  dostarcza Lemowi materiału do analizy etycznych wyborów, pytań o naturę
                  rzeczywistości i inne takie ;-).

                  Polecam najnowsze Solaris, ale bez szczególnego entuzjazmu. Film dobry, ale
                  niekoniecznie bardzo mądry; fajnie się ogląda, ale na kolana nie rzuca. No i te
                  różne małe bajery z Ikei w charakterze futurystycznych rekwizytów!

                  Pozdrawiam,
                  Bart(ek)
            • Gość: lammanski Re: jakie Solaris????????? IP: 62.233.238.* 17.02.03, 02:24
              no i bylem.

              asceza.
              cicho, pusto, dwa kolory, cztery takty muzyki.
              czas sie nie spieszy.
              jest odpowiednio.

              i dlugo jest odpowiednio... podobno nudno... moze? to chyba zalezy, czy
              zdecydowac sie na patrzenie czy na aktywna obserwacje.

              polecam z zastrzezeniem: trzeba byc wyspanym i nie spieszyc sie.
      • Gość: Kagan Re: jakie Solaris????????? IP: *.vic.bigpond.net.au 14.02.03, 12:16
        jachozna napisała:
        Ja nie wiem jak możn mieć taki tupet, że by się brać za taką literaturę.
        Amerykański film który ponoć jest adaptacją "Solaris" Pana Stanisława Lema ma
        niewiele wspólnego z tym o czy jest książka rzeczonego. To, że film się nie
        sprzedał nikogo nie powinno dziwić i to nie dlatego, że jest zbyt ambitny dla
        amerykanów O NIE! Ten film jest poprostu zbyt gówniany żeby ktokolwiek chciał
        go kupić. Soderbergh porwał się z motyką na "SOLARIS". Tak wielkiemu reżyserowi
        jak Andrej Tarkowski, któremu pomagali Strugaccy nie udało się oddać tego co
        jest w "Solaris". A co dopiero amerykanom. Można jedynie ubolewać, że to coś
        zejdzie szybko z ekranów kinowych.
        K: No coz, byl krecony na podstawie marnego tlumaczenia
        z j. francuskiego i przez fachowcow od filmow o milosci...
        Moze Spielberg by zrobil cos dobrego z "Solaris"
        (np. jak "Minority Report" w/g P.K. Dick'a)...
        Kagan
        mywebpage.netscape.com/ljkel2/lem01.html
    • Gość: on Re: Lem o IP: *.poznan.sdi.tpnet.pl 14.02.03, 14:13
      Amerykańskie półgłówki nie lubią myśleć (nie tylko w kinie)
      • Gość: Kagan Re: Lem o IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 07:36
        Gość portalu: on napisał(a):
        Amerykańskie półgłówki nie lubią myśleć (nie tylko w kinie)
        K: Ale Solaris made in USA to b. marny i wrecz nudny film...
    • Gość: Kagan Re: Lem o 'Solaris': kawałek kina IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 07:49
      Nudny romans w kosmosie - Recenzja filmu “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i
      James’a Cameron’a
      Idąc 27 lutego roku 2003 na australijską premierę hollywoodzkiej wersji
      “Solaris” starałem się jak mogłem, aby nie przynieść ze sobą na salę kinową
      żadnych uprzedzeń. Wynikało to z faktu, iż nie tylko znałem wcześniejsze
      recenzje tego fimu, ale też znam dość dobrze twórczość tych obu filmowców.
      Reżyser Steven Soderbergh jest znany głównie z “Sex, Lies, and Videotape”,
      filmu, powiedzmy sobie to szczerze, nudnawego i pretensjonalnego. Jednakże
      największy zawód sprawił mi producent “Solaris”, James Cameron (trzeba
      pamiętać, że w USA to producent, a nie reżyser, jest prawnie autorem filmu).
      Cameron jest znany z takich produkcji jak “The Terminator”, “Terminator 2”,
      “Aliens” (“Obcy”), “The Abyss” (“Głębia”) czy wreszcie “Titanic”.
      Sądząc po
      tym ostanim filmie, można było się spodziewać, iż “Solaris” zostanie
      sprowadzone de facto do wątku miłosnego (dość ważnego w powieści Lema, choć
      zdecydowanie w niej drugoplanowego). Niestety, “Solaris” Steven’a
      Soderbergh’a i James’a Cameron’a to coś znacznie gorszego niż “love story in
      space” (“romans w przestrzeni kosmicznej”), to jest po prostu nudne,
      rozwlekłe i pretensjonalne pseudo-romansidło, grane w sztucznym, teatralnym
      stylu przez marnych aktorów: George’a Clooney’a (Krisa Kelvina) i Nataszę
      McElhone (Rhey’ę, właściwie Harey, o czym będzie mowa później),i na dodatek
      źle wyreżyserowany i nienajlepiej zmontowany (liczne dłużyzny, nic nie
      wnoszące nawet do nastroju filmu).

      Według Soderbergh’a “Solaris” to `a combination of “2001” and “Last Tango In
      Paris"’ (`kombinacja “2001” i “Ostatniego tanga w Paryżu”’). Dla mnie to zaś
      raczej marne naśladownictwo arcydzieła Kubrick’a, w stylu owego, jakże
      przereklamowanego, a tak naprawdę, to równie nudnego jak “Solaris”,
      “Ostaniego tanga”. W filmie “Solaris” właściwie nic się nie dzieje. George
      Clooney pokazuje w nim conajmniej dwa razy swoją pupę, co bynajmniej nie
      ratuje filmu. Sceny miłosne są zbyt odważne, aby film był bez ograniczeń
      wiekowych, ale zbyt mało odważne, aby zaciekawić właściwie kogokolwiek. Z
      filozoficznego przesłania powieści Lema właściwie nic nie ocalało: kiedy
      zaczyna się ciekawa dyskusja na temat Boga, i nawet wspomniana jest opinia
      papieża, fonia zostaje natychmiast wyciszona, aby - broń Boże - nie zmusić
      widzów do myślenia… Jednym z powodów, iż filozoficzna głębia powieści została
      zgubiona przez Soderbergh’a i Cameron’a jest fakt, iż scenariusz został
      napisany przez Soderbergh’a na podstawie marnego tłumaczenia tej powieści na
      angielski (Joanna Kilmartin i Steve Cox przetłumaczyli “Solaris”, na dodatek
      dość niechlujnie, nie z polskiego, a z francuskiego tłumaczenia, stąd owe,
      jedyne dotąd, angielskie tłumaczenie powieści Lema, zawiera mnóstwo błędów i
      przeinaczeń, w tym nawet nazwisk bohaterów).

      Jak już wspomniałem, dwójka głownych bohaterów gra w sztucznym, teatralnym
      stylu. Zamiast dialogów mamy deklamacje, zamiast gry aktorskiej jeno jej
      nędzne namiastki (przykładowo. scena “rezurekcji” Rhei-Harey, jest
      niezamierzonie komiczna z powodu fatalnego aktorstwa Nataszy McElhone). Voila
      Davis jest niezła w roli czarnoskórej uczonej, doktora Gordona – sęk w tym,
      iż jest to postać nieistniejąca w powieści Lema. Została ona wyraźnie
      wprowadzona “na siłę” przez Soderbergh’a , aby film był politycznie poprawny
      (o ile dobrze pamiętam, to w powieści Lema występuje murzynka, ale jest ona
      tworem planety “Solaris”, i nie jest naukowcem, a prześladowcą jednego z
      wyraźnie bialych uczonych z załogi stacji). Ulrich Tukur jest również dośc
      dobry w roli Gibariana, a własciwie jego “ducha” (Gibarian popełnia
      samobójstwo tuż przed przylotem Kelvina), ale jest to rola wyraźnie drugo-,
      jak nie trzecio-planowa. Jeremy Davis jako Snow (Snaut) jest nieco lepszy niż
      Clooney czy McElhone, ale to przenież nie jest żaden powód do dumy…

      Od aktorstwa Clooney’a i McElhone chyba jeszcze gorsza jest reżyseria
      Soderbergh’a. Film po prostu się rozłazi, brak mu tempa, napięcia a przede
      wszystkim owego nastroju tajemniczej grozy, która uderza praktycznie z każdej
      strony powieści Lema czy też jest wyraźnie obecna w pamiętnej ekranizacji
      Tarkowskiego z roku 1972. Soderbergh starał sie naśladować Kubrick’a, stąd
      początek i zakończenie “Solaris” jest marną kopią “2001”. Brak funduszy na
      efekty specjalne rozłożył zaś ten film do końca. Wnętrze stacji i urządzenia
      znajdujące się w niej są na poziomie końca XX wieku i początku XXI, zaś
      techologia podróży kosmicznych o jakieś conajmniej 100 lat w przyszłość.
      Nieszczęściem Soderberg’a jest to, iż jego film ukazał sie po takich filmach
      jak “Minority Report” (“Raport mniejszości) Spielberg’a (według opowiadania
      Philip’a K. Dick’a), czy też niedawnych adaptacjach dzieł H.G. Wells’a (jego
      “Niewidzialnegp człowieka” i “Maszyny czasu”). Stąd oczekiwania publiczności
      są obecnie wysokie, i nikogo już nie sa w stanie zadowolić efekty specjalne
      na pozoomie “Milczącej gwiazdy” (“Astronauci’) Maetzig’a (1960) czy też
      “Testu pilota Pirxa” Piestraka (1979), a znacznie gorsze (szczególnie, jeśli
      wziąć pod uwagę upływ ponad 30 lat), niż w radzieckiej ekranizacji “Solaris’
      z roku 1972.

      Miłośnikom science fiction czy też historii miłosnych zdecydowanie odradzam
      “Solaris” Soderbergh’a, chyba, iż chcą się zanudzić na śmierć - na senasie w
      kinie “Southland Village Cinema” na przedmieściu Melbourne, który zaczął się
      27 lutego 2003 roku 2003 o godzinie 10:35 rano, tylko ja i osoba mi
      towarzysząca (ta ostania przez grzeczność) wytwaliśmy do końca… Polecam
      natomiast ten film studentom sztuki filmowej (aby zobaczyli, jak się się nie
      powinno kręcić filmów), oraz miłośnikom zdecydowanie złych, szmirowatych
      filmów, szczególnie z gatunku “science fiction i fantasy”, do którego to,
      niewiadomo czemu, zakwalifikowano ten zdecydowanie nieudany romans
      Soderbergh’a i Cameron’a, marny romans, który nie tylko nie dorasta do pięt
      klasie powieści Lema, ale jest o kilka klas gorszy niż klasyczna ekranizacja
      Tarkowskiego z roku 1972. Jako iż Lem był wyraźnie niezadowolony z wersji
      Tarkowskiego, jestem niezmiernie ciekawy, co sądzi on o “dziele” Soderbergh’a
      i Cameron’a. Obawiam się tylko, iż milionowe honorarium, które dostał on za
      prawa do sfilmowania “Solaris” zostało wypłacone nie tylko pod warunkiem, iż
      nie bedzie się on wtrącał do filmowania tej powieści, ale tez, iż nie będzie
      on publicznie wyrażać negatywnych opinii o fiasku “dzieła” Soderbergh’a i
      Cameron’a…

    • Gość: Marecki czy mógłby ktoś łaskawie ocenić moją analizę filmu? IP: *.acn.waw.pl 12.03.03, 01:14
      Mniemam, że sama elita tutaj sie wypowiada, więc niech owa rzuci
      okiem na tekst i albo zbeszta albo uzna...
      www.filmweb.pl/fokom.xml?aa=15&oo=0




      • Gość: TEXT Re: czy mógłby ktoś łaskawie ocenić moją analizę IP: *.vic.bigpond.net.au 12.03.03, 07:00
        Felietony - felieton
        SOLARIS - Wielkość urojona czy próżnia doskonała? Zmagania z formą Stevena
        Soderbergha.
        "A Walk through a S"
        SOLARIS czyli: Stanisław, Scenariusz i Scenografia, a także Steven Soderbergh,
        Stacja-Szpital i Sex. Wszystko na S jest w tym filmie doprawdy wspaniałe!
        Zwłaszcza Schizofreniczny Snow (książkowy Snaut) czy Sceny Snów. Zamiast
        Systematyki Lema i Symetriad mamy ich Symboliczny Synonim. W filmie czuć
        Samotność, Smutek i Strach. Są też Spekulacje, Szaleństwo i Śmierć. Czasem
        jednak Sentymentalizm (jak to w Hollywood). Polecam lekturę i film, a jak się
        komuś nie spodoba - Sznur. ;)

        S jak scenariusz
        Steven Soderbergh poszedł w kierunku, którego nikt się nie spodziewał, a już
        najmniej sam Lem. Dzięki temu powstał obraz o wiele ciekawszy niż dosłowna
        wizualizacja książki, której większość się spodziewała (Ja też). Mamy tu do
        czynienia z poetycką impresją, a nie mierną adaptacją jak "Raport Mniejszości"
        lub "Wehikuł Czasu". Nie jest to także dosłowne przeniesie na ekran jak "Harry
        Potter" czy "Władca Pierścieni", które są po prostu adaptacjami zręcznymi.
        Soderbergh określił swój film jako połączenie "Odysei Kosmicznej 2001" z
        "Ostatnim Tangiem w Paryżu". Lem skomentował to prosto - "Co ma piernik do
        wiatraka? (...) Nie chciałem redukować treści książki do obrazów samego tylko
        człowieka (reduced to human concepts, ideas or images) Dlatego zatytułowałem
        książkę 'Solaris' a nie 'Love in Outer Space'". Podzielałem opinię Lema do
        momentu, w którym ujrzałem pierwsze sceny filmu. Okazało się bowiem, że piernik
        ma i to dużo do wiatraka. To nie Love Story czy Thriller lecz doskonała
        psychodrama. I mimo, że "historia z alkowy" zastąpiła tu problem kontaktu z
        nieludzkim, to oglądając między wierszami, czuć ducha powieści. Doskonała jest
        także muzyka, określona jako mieszanka Ambient i Psychodelic. Przypomina ona
        dosłownie: zbiór dźwięków i szumów, i to odróżnia ją od typowej muzyki jaką
        można spotkać w większości filmów. Cliff Martinez, nadworny muzyk Soderbergha,
        nie brzmi jak Ligeti czy Stockhauzen, ale pasuje idealnie. Ścieżka ma dwa
        motywy przewodnie: motyw dla Solaris i motyw Krisa Kelvina. Pierwszy sprawia
        wrażenie zawieszenia w bezczasie, w którym dokonuje się nieokreślony proces
        penetracji umysłu; drugi, ze swoistym rytmem, może kojarzyć się z "czasem
        przeciekającym przez palce". Sfera dźwięku - dam za to głowę - jest
        odpowiednikiem owej milczącej obecności oceanu, przepełniającej stację Lema.

        Soderbergh zbliża się swym filmem do klasyki. Do czystej, traktującej widza z
        powagą klasyki, a nie do infantylnej, zgrabnie opowiedzianej, przezroczystej
        fabułki. Jak to określa Piotr Zawojski - "Nie pozwala nam zapomnieć czym może
        być kino, a czym dziś tak rzadko bywa. Głębokim, metafizycznym przeżyciem".
        Zgodność z literackim pierwowzorem polega tu nie na sfilmowaniu akcji, lecz na
        przełożeniu pozornie nieprzekładalnych sekwencji prozy na język samych obrazów
        i dźwięków. To największa zaleta filmu. Mamy tu szereg doskonałych, długich
        sekwencji, bez ani jednego słowa, czasem są to obrazy, czasem złożone sceny.
        Specyfika ich odbioru nie polega na o b e j r z e n i u , lecz na o b c o w a n
        i u z materiałem podsuniętym, zaproponowanym widzowi. Jak Kris, który w książce
        Lema uczył się niemego dialogu z otchłanią oceanu, tak MY musimy nauczyć się
        odbierać obrazy, które podsuwa nam reżyser. Odkrywać znaczenia, relacje,
        nawiązania - jednak ten wymóg czyni obecną wersję Solaris, tak jak i poprzednią
        - filmem nie dla wszystkich.

        Andriej Tarkowski we własnej adaptacji książki z roku 1972, opisał dramat
        człowieka i dramat poznania poprzez pryzmat własnych wspomnień, domu rodzinnego
        i kultury wschodniej, rosyjskiej (obecnej w symbolice), Amerykanin podszedł
        prościej, eksponując historię miłosną. Jednak relacje bohaterów nie są wcale
        proste i wchodząc głębiej w temat, dostrzegamy w nich niemoc człowieka wobec
        samego siebie. Czym są bowiem obrazy które obserwujemy? Za Lemem: "to, czegośmy
        chcieli: kontakt z inną cywilizacją. Mamy go, ten kontakt! Wyolbrzymiona jak
        pod mikroskopem nasza własna, monstrualna brzydota, nasze błazeństwo i wstyd !!!

        Film zaskoczy nawet tych, którzy dobrze znają książkę. I nie tylko układem
        fabuły, co przede wszystkim formą. Opowieść ma eliptyczną konstrukcję i wraca w
        pewnym sensie do punktu wyjścia. (Ulubiony motyw Tykwera czy Kieślowskiego).
        Pytania zostały postawione, czegoś doświadczyliśmy, lecz nie uzyskaliśmy
        jednoznacznej odpowiedzi. To rzadki przypadek, kiedy f o r m a w tak dużym
        stopniu staje się elementem dopełniającym treść - jeśli nie równoprawnym. Lem w
        swojej książce wyszedł od niemocy nawiązania kontaktu z nieludzkim - Soderbergh
        pokazał brak kontaktu między ludźmi samymi. To on definiuje charakter
        montażowy. Dlatego historia jest fragmentaryczna, rwana, miejscami niejasna.
        Stąd też wszystkie głosy krytyczne o braku spójności i beznadziejnym montażu.
        Jednak Flashbacki, sekwencyjność scen i rwany montaż to właśnie obraz naszych
        myśli, obraz "wysepek pamięci", trudno więc wymagać od nich spójności. A cała
        opowieść, jest być może tylko chwilą wspomnień bohatera i jednocześnie
        nieskończonym w swych możliwościach momentem ludzkiego umysłu, w którym może
        się zawrzeć cały dramat życia...

        Soderbergh pozostaje wierny książce, lub raczej - pozostaje z nią w zgodzie.
        Czyni to jednak w sposób całkowicie odmienny od wersji Tarkowskiego i zapewne,
        od oczekiwań samego Stanisława Lema. A obawy pisarza - jak najbardziej słuszne
        - na szczęcie się nie sprawdziły. Za Lemem: "Byłbym bardziej zaskoczony niż
        ktokolwiek inny, gdyby amerykański "Solaris" okazał się dziełem udanym.
        Największą bolączką science-fiction jest bowiem jego infantylizm. Zwycięża duch
        czasu - genius temporis, a wiec komercyjność, 'spłyciarstwo'. A Amerykanie to
        najwięksi 'spłyciarze'.
        S jak Steven Soderbergh...
        Marek "Marecki" Sadziński
      • Gość: Kagan Re: czy mógłby ktoś łaskawie ocenić moją analizę IP: *.vic.bigpond.net.au 12.03.03, 07:53
        Od razu zaznaczam, ze jestem specjalista od Lema
        mywebpage.netscape.com/ljkel2/lem01.html
        mywebpage.netscape.com/stanislawlempl/
        a nie od kina czy nauki o literaturze...
        Nie mniej oto moje uwagi: Twoja recenzja jest po prostu do doopy...
        1. Styl przewaza w niej nad trescia. Komputerowy poeta z CYBERIADY Lema,
        napisal byl genialny poemat na "C" ("Cyprian cybertoman cynik, ceniac czule,
        czarnej cory cesarskiej cud ciemnego ciala, ciagle cytra czarowal, czerwieniala
        cala... itd.), ale ty nie jestes mlodym Staszkiem Lemem...
        Wiec te twoje cwiczenia na "S" sa dla mnie tylko pretensjonalne, i obliczone na
        tani efekt. Ale coz, to kwestia gustu... :(
        2. Ten film nie jest bynajmniej ciekawy, a wrecz nudny, to sa po prostu marnie
        zagrane i marnie wyrezyserowane popluczyny po 2001 Kubricka...
        - "Raport Mniejszosci" i "Wehikul Czasu" to nie byly "mierne adaptacje", a
        bardzo dobrze zrobione i wrecz genialnie zagrane filmy, na ktorych nie bylo
        czasu na nude, jak na "Solaris" Soderbergha. Ten ostani do piet nie dorasta
        Spielbergowi, a Clooney to nie jest, niestety, ani Tom Cruise, ani tez Jeremy
        Irons (Morlok z TIME MACHINE)...
        3. SOLARIS Soderbergha to tylko marny romans w kosmosie (Love Story in Space) a
        nie zadna psychodrama. To jest tylko nudny romans, Soderbergh zgubil glowne
        przeslanie ksiazki, mianowicie problem kontaktu z zupelnie obcym nam
        intelektem, a takze problem tzw. ulomnego boga... Wiadomo, Hollywood boi sie
        narazic klerowi...:(
        4. Nigdzie tez nie moglem wyczuc w tym filmie owego "ducha powiesci". W tym
        filmie nic, poza tytulem czy nazwiskami (niektorych tylko) bohaterow nie
        przypomina powiesc- Lema!
        5. Muzyka. Dla mnie byla ona wrecz przerazliwie plaska, i podobnie ocenila
        ja moja partnerka, absolwentka szkoly muzycznej... Zupelnie nie oddawala owa
        muzyka tego tajemniczego nastroju kosmosu czy ksiazki Lema. Ot, taki "muzak",
        jak w windzie, i nic wiecej... :(
        6. Nie widze w filmidle Soderbergha zadnych stycznych punktow z ksiazka Lema.
        Nalezy pamietac, ze Soderbergh krecil ow film na podstawie tlumaczenia SOLARIS
        na angielski z francuskiego, stad mamy Rheye a nie Harey, jak u Lema, itd.
        Polecam lekture tego tlumaczenia aby zobaczyc, ze scenariusz nie byl napisany
        wedlug Lema, a wedlug Kilmartin, Coxa i anonimowego tlumacza
        SOLARIS na francuski... :(
        7. Piszesz: "Lem w swojej ksiazce wyszedl od niemocy nawiazania kontaktu z
        nieludzkim - Soderbergh pokazal brak kontaktu miedzy ludzmi samym".
        OK. Ale po co nazwal Soderbergh ten nieudany film "Solaris"? Jak chcial
        nakrecic romans, to po co mu byla planeta "Solaris" z jego tajemniczym, obcym
        nam, intelektem? To tak, jak niektorzy jada do Zakopanego, aby
        tam caly czas siedziec w kawiarniach, jakby w Warszawie czy Krakowie
        brakowalo owych kawiarni... Sztafaz SF Soderberghowi wyraznie przeszkadzal, po
        co sie wiec bral on za powiesc SF? Aby ja doszczetnie splycic i zrobic z niej
        nudny romans w kosmosie?
        8. Napisales tez: "historia jest fragmentaryczna, rwana, miejscami niejasna.
        Stad tez [te] wszystkie glosy krytyczne o braku spójnosci i beznadziejnym
        montazu". Tu sie zgadzam. Montaz jest rzeczywiscie beznadziejny, wrecz
        amatorski... :( Nie dorabiaj wiec teorii do zlego warsztatu Soderbergha.
        On nakrecil film tak, jakby byl schizofrenikiem (a moze nim jest, co by
        wiele tlumaczylo)...
        9. Napisales tez : "Soderbergh pozostaje wierny ksiazce, lub raczej - pozostaje
        z nia w zgodzie". Tu sie absolutnie NIE zgadzam! Z powiesci
        SF z silnym filozoficznym podtekstem i wyraznie drugoplanowym watkiem
        milosnym, zrobil on nader nudny a przewlekly romans... Porownaj z "The
        Quiet American" wedlug powiesci Greena. Tam tez byl watek milosny, i zostal on
        w filmie, ale nie jako pierwszoplanowy, a drugoplanowy! "The Quitet
        American" to powiesc polityczna, i film tez taki pozostal (stad tez polezal on
        dosc dlugo na polkach, mimo dokonalych rol Michaela Cainea i
        Brandona Frasera)...
        10. OGOLNIE: Dziekuje za adres ciekawej strony o filmach...
        Twoja recenzja, jak i film, spodoba sie zapewne garstce zawodowych
        krytykow, ale, na szczescie, to nie oni decyduja o gustach publicznosci...
        Inaczej to bysmy sie na smierc zanudzili w kinach, a przemysl filmowy
        by zbankrutowal. Pol biedy, ze prace starcili by tacy marni wyrobnicy
        jak Soderbergh czy Clooney, ale ta reszta, co potrafi robic filmy?
        I co Lem zawinil Ameryce, ktora ostanio tak goraco popiera, ze go ukarali
        taka marna filmowa wersja jego najbardziej znanej powiesci?
        Niestety, ale sto razy wole film Tarkowskiego...
        Kagan
        • Gość: Kagan PS od Kagana IP: *.vic.bigpond.net.au 12.03.03, 08:19
          PS: Piszesz: "I jeszcze jedno. Imiona bohaterów zostaly zmienione nie dla
          potrzeb filmu, lecz w oryginalnym tlumaczeniu ksiazki na jezyk angielski
          (na którym zapewne bazowali twórcy). Harey jako Rheya (Natascha McElhone), Kris
          jako Kris, w filmie Chris (George Clooney), Sanut jako Snow (Jeremy Davies),
          Gibarian - Gibarian (Ulrich Tukur). Sartoriusa, obecnego jeszcze
          w scenariuszu, zastapila pózniej Dr. Helen Gordon (Viola Davis). Wczesna wersja
          skryptu dostepna w sieci, daje mozliwosc przesledzenia zmian jakie zaszly do
          finalnej wersji filmu."
          I tu sie ujawnia twoja ignorancja! Scenariusz filmu Soderbergha zostal napisany
          na podstawie tlumaczenia dokonanego NIE z polskiego, a z
          francuskiego przekladu tej ksiazki przez Joanne Kilmartin i
          Steve'a Cox'a. To oni, albo tez i francuski tlumacz, przekrecili
          Harey na Rheye, czy Snauta na Snowa. A ta czarnoskora uczona to
          "contradition in terms". Jak wiadomo, czarnoskorego fizyka ze swieca
          nie znajdziesz, po prostu murzyni nie maja glowy do nauki (science)...
          Zostala ona wprowadzona jako wymog tzw. politycnej poprawnosci (political
          corectness). Tyle, ze zdarzaja sie czarnoskorzy politycy czy glinarze, ale nie
          czarnoskorzy fizycy. Stad Soderbergh idiotycznie znieksztalcil intencje Lema (w
          powiesci, owszem, wystepuje murzynka, i to calkiem spora, ale jako ow "gosc"
          nachodzacy jednego z naukowcow, bodajze Snauta, a nie uczona).
          Na koniec rada: jak nie masz o czyms pojecia, to sie nie kompromituj, i to
          na dodatek publicznie... :(
          Kagan
          mywebpage.netscape.com/stanislawlempl/
    • Gość: Michal Re: Lem o IP: *.sa.bigpond.net.au 16.03.03, 21:20
      Gość portalu: siraloS napisał(a):

      > Solaris byl w USA totalna porazka... Nie odrobil nawet kasy
      > wydanej na jego promocje.....

      To dobrze, w Stanach, za komercyjna porazka, czesto chowaja sie
      dobre filmy.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka