soze75
19.07.14, 18:23
Witajcie
Wiem, ze zapewne spotkam sie tu z pogarda i ponizeniem, zwlaszcza ze strony kobiet jak przypuszczam, ale moze rowniez zabierze glos ktos obiektywny, a moze nawet w podobnej sytuacji.
Oto moja historia
Mam 38 lat.
Pochodze z rodziny z przemoca, w domu zaznalem znecania ze strony matki. Byly to rozne wymysle techniki lamiace moja psychike. Szkoda czasu na opisywanie tego, ale moje dziecinstwo to potworny koszmat. Mysle ze matka jest w najelpszym razie bardzo silnie zaburzona a moze nawet i jest to jakas choroba psychiczna, ktora okresowo pojawia sie i zanika - cos w rodzaju borderline ew. jakas psychoza. Ojca nigdy nie bylo, a gdy byl sterroryzowany byl przez matke. Jakkolwiek byl duzo od niej dla mnie lepszy to i tak byl bardzo opresyjny i wymagajacy. Pierwsza nauka zegarka czy rower to potworne przezycia, ktore pamietam do tej pory. Jego zlosc i odrzucenie ze jestem glupi i nie moge sie nauczyc. Do tej pory pamietam ten lęk.
Zycie mialem ciezkie, poniewaz ponizenie, odrzucenie i znecanie sie znalazlo odbicie w zerowym poczuciu wlasnej wartosci, nawracajacej depresji i ciaglej bardzo silnej nerwicy. Cale zycie chodzilem na rozne terapie, bralem leki glownie antydepresyjne ktore troche pomagaly. Miedzy ludzmi nie moglem sie odnalezc, moja fobia spoleczna i lekowosc byly przewaznie dla nich albo odrzucajace albo smieszne. Czesto bylem obiektem drwin i odrzucenia, zupelnie jak w domu.
Mysle i wiem ze mam lekka forme borderline i tak wygladaly moje zwiazki, z poczatku bardzo trudne potem jakos sie to toczylo. Rozpadaly sie przewaznie po 2-3 latach. Nie bede narzekal na kobiety z ktorymi bylem, byly rozne ale przewaznie albo ona albo ja mielismy dosyc.
4 lata temu poznalem kobiete, po roku ozenilem sie z nia. Wielokrotnie mowilem jej ze nie chce i nie moge miec dziecka bo nie udzwigne tego ciezaru. I fizycznie i psychicznie. Mowilem i tlumaczylem ze skonczyc sie to moze albo samobojstwem albo w najlepszym wypadku popadne w jakas chorobe psychiczna.
Wiem ze dla normalnych zdrowych ludzi to dziwne, niezrozumiale, ale czulem ze tak bedzie i bedac odpowiedzialnym czlowiekiem wielokrotnie to powtarzalem i kladlem na to nacisk. Zona miala i ma corke z pierwszego malzenstwa, teraz jest to juz nastolatka.
Kupilismy dom za jakies oszczednosci moje i jej, wlasnorecznie go wykonczylem i zylismy sobie jakos. Nie bylem moze szczegolnie szczesliwy ale znalazlem swoje miejsce....
Seks nie byl dla mnie wazny jak kiedys, bylo ok. Moje prosby wzgledem zony o zalozeenie spirali jakos dziwnie umykaly, naciski byly zbywane. Seks praktycznie przestal istniec bo w obawie o ciaze nie chcialem go. No i stalo sie. Moja zona zaszla w ciaze, co do tego ze ze mna nie mam watpliwosci. Teraz moj syn ma 10 miesiecy.
Od momentu gdy dowiedzialem sie ze moja zona jest w ciazy praktycznie zaczalem zapadac sie coraz glebiej. Pojawily sie b silne leki, depresja wzmogla sie i w okolo miesiac stalem sie wrakiem wraka....Nie potrafilem sie z nia rozstac ani sklonic jej ku aborcji. Mijaly miesiace a ja popadalem praktycznie w obled. Przestalem sie myc, zaczalem palic - dwie paczki dziennie. Moj swiat rozpadl sie na kawalki, jednakze ciagle uparcie walczylem ze soba i z konfliktem wewnetrznym. Na krotko przed porodem doznalem niebywalego upokorzenia ze strony rodziny mojej zony. Dodam ze moja zona praktycznie zyje u nich, bo tam pracuje, w domu rodzicow. Szczegolow z wiadomych wzgledow nie moge napisac. Dosc powiedziec ze rodzina ponizala mnie i nasmiewala sie ze mnie ze nie mam samochodu (sprzedalem aby dokonczyc drobne rzeczy w domu na przyjscie na swiat synka). Szydzili i wysmiewali sie ze mnie przy alkoholu przez cala noc w obecnosci mojej zony i kuzynow. Bardoz to przezyla, plakala itp - byla tuz przed porodem. Chodzilo glownie o sprawy materialne ale takze o inne. Moze zrobili to dlatego ze nie chlam z nimi piwa, nie swojaczylem sie i nie mam audika tedeika w skorze. Nie moglem i nie moge zrozumiec takiego postepopwania. Pomoglem tej rodzinie w pewnej bardzo waznej kwestii wykorzystujac swoje znajomosci, w zasadzie dzieki mojej interwencji jej czlonek umknal rakowi, czyli de facto ocalilem tej osobie zycie, a przynajmniej przedłużyłem. I to wlasnie ona byla prowodyrem calego zajscia.
Moj syn przyszedl na swiat. Pojawil sie w domu a ja patrzac na niego czulem rozpacz i smutek ktorego nie sposob jest opisac. Kochalem go i kocham od samego poczatku ale potoku uczuc nie moglem i nie moge zniesc.
Teraz ma 10 miesiecy, przez ten czas bylem miesiac na oddziale terapii nerwic na terapii zaburzonej osobowosci ale nie bylo to miejsce i typ terapii dla mnie, wiec odszedlem stamtad.
Jestem w domu ale nie moge juz tego wszystkiego zniesc, pojawila sie potworna zlosc do zony, pretensja o wszystko o rodzine, sytuacje w ktorej sie znalezlismy.
Wiem, wiem to moja robota itd itp ale prawda jest taka ze jesli tu zostane skonczy sie to kiepsko predzej czy pozniej, poniewaz zapadam sie coraz bardziej. Otoczenie w ktorym sie znajduje ciagnie mnie jak kamien na dno. Codziennosc, koniecznosc obcowania i slucahania o jej rodzinie.....
Dodatkowo pomimo wszystko rozpoczalem prace, w domu, tak jak zawsze pracowalem.
Nie chce zdradzac szczegolow ale jest to praca przy komputerze, na wlasny rachunek. Problem w tym ze natlok bodzcow i ciagle wtykanie palca w moje rany uniemozliwia mi praktycznie prace. Do tego opiekuje sie moim synkiem bo zona pracuje.
Nie mam juz sily, nie jestem supermanem, nie moge robic wszystkiego, nie mam sily mierzyc sie z oczekiwaniami wobec mnie, pracowac i opiekowac sie dzieckiem.
Nie wiem co robic, chodze na terapie ale po 20latach terapii raczej nie mam nadzei na zmiany. Mysle ze to tylko uluda ze cos moge wiecej zrobic. Pewnie pozostane juz tak poraniony do konca zycia.
Wiem ze moge zyc normalnie, w miare normalnie. Cale zycie pracowalem w domu i wiodlo mi sie nie najgorzej. Sporo podrozowalem.
Teraz nie mam juz sil. Kocham mojego syna, nienawidze rodziny mojej zony. Wszystko zlalo mi sie w calosc i nie moge juz z zona nawet rozmawiac.
Nie wiem czy napisalem to jasno ale jestem w takiej sytuacji ze kazda minuta w domu jest potwornie bolesna. Natlok oczekiwan i bodzcow niszczy mnie i spycha nieustannie w rozpacz. Boje sie ze skonczy sie to samobojstwem podczas ktoregos z kryzysow.
Mam takie przypuszczenie ze gdybym odszedl z domu, wynajal choc pokoj teraz to moglbym sie jakos od tego odbic. Praca ktora wykonuje daje szanse na dobre pieniadze, jednak aby je zarobic trzeba jak wszedzie i zawsze PRACOWAC. Cale dnie ciezko pracowac.
Siedzac w sytuacji w ktorej jestem nie podniose sie.
Bardzo boje sie podjac taka decyzje, czuje paraliz i lek przed zmiana.
Napiszcie mi, co myslicie.
Prosze tylko o rzeczowe posty, ponizanie mnie do takich sie nie zalicza.