mizogin
07.08.04, 09:31
Tego bladego, dusznego poranka nie zbudził mnie stercz-wiercipięta, wzorem
mnie z lat dziecięcych rządzący niepodzielnie w łóżku. W takich chwilach
dobrodusznie parodiując moją larwalną postać pokrzepiony snem rozkopuje
kołdrę i miętosi poduszki na sflaczałe worki, jakby do połowy wypełnione
gnijącymi pyrami, których ciepły, zawilgły opar odparza policzki odciskając
na nich wszelkie załomki pościeli, a niekiedy nawet, na co delikatniejszych
cerach, całą teksturę włókna. Nie wyrwało mnie też ze snu mrowienie lewej
stopy, powodowane najczęściej zmiętym prześcieradłem zadzierzgniętym wokół
kostki. Moją mamę rozczulało nieodmiennie owo ranne pobojowisko, kiedy w
sennym amoku potrafiłem wybebeszyć poduszkę i cisnąć gdzieś w kąt, wywlec
kołdrę z poszewki, owinąć się nią niczym śpiworem, którym tak właściwie ta
kołdra była, i wpełznąć pod biurko, by w chłodzie zapomnianych przez
odkurzacz ścian szukać ukojenia.