07.08.04, 09:31
Tego bladego, dusznego poranka nie zbudził mnie stercz-wiercipięta, wzorem
mnie z lat dziecięcych rządzący niepodzielnie w łóżku. W takich chwilach
dobrodusznie parodiując moją larwalną postać pokrzepiony snem rozkopuje
kołdrę i miętosi poduszki na sflaczałe worki, jakby do połowy wypełnione
gnijącymi pyrami, których ciepły, zawilgły opar odparza policzki odciskając
na nich wszelkie załomki pościeli, a niekiedy nawet, na co delikatniejszych
cerach, całą teksturę włókna. Nie wyrwało mnie też ze snu mrowienie lewej
stopy, powodowane najczęściej zmiętym prześcieradłem zadzierzgniętym wokół
kostki. Moją mamę rozczulało nieodmiennie owo ranne pobojowisko, kiedy w
sennym amoku potrafiłem wybebeszyć poduszkę i cisnąć gdzieś w kąt, wywlec
kołdrę z poszewki, owinąć się nią niczym śpiworem, którym tak właściwie ta
kołdra była, i wpełznąć pod biurko, by w chłodzie zapomnianych przez
odkurzacz ścian szukać ukojenia.
Obserwuj wątek
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:32
      Nie lubię łóżek. Nie wiem czemu, ale łóżka i posłania wszelakie, z racji swej
      natury nakazujące spoczywającym w nich takie, a nie inne ułożenie ciała,
      ograniczające w taki a nie inny sposób ruchy od zawsze zrażały mnie do siebie.
      Nie wydaje wam się czasem, że to tapczan układa was do snu, zsuwając was
      natrętnie między swoje szorstkie i zawsze za wąskie pośladki, tak jakby używał
      waszych zezwłoków do podtarcia się, albo jakiegoś gorszego bezeceństwa? O nie!
      Żaden mebel, ba! przedmiot żaden, nie będzie mi mówić, co robić! Czasem parskam
      kpiąco, widząc jak moją żonę fotel sadza na sobie, przekomicznie prostując jej
      grzbiet, stolik do kawy ostrożnie podsuwa jej złączone posłusznie kolana do
      siebie, a filiżanka chwyta ją mocno uchem za kciuk oraz palec wskazujący i
      opierając się na wielkim unosi smukłą dłoń, delikatnie pochyla do przodu jej
      równie smukłą szyję, a następnie jakimś niemym poleceniem, albo bezcielesnym
      tknięciem z jej ust czyni dzióbek, w który chlusta raz po raz gorącym, ciemnym,
      gorzkawym płynem.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:33
      Cóż, przyznać muszę, że z fizycznością świata ludzkiego i pozaludzkiego nie
      mam, oględnie mówiąc, najlepszych stosunków. Pomyśleć można by, że stąd się
      bierze mój rzekomy sprzeciw wobec świata, ale muszę temu stanowczo zaprzeczyć.
      Nie mam wcale buntowniczej natury, co najwyżej jestem nieokrzesany,
      przynajmniej jeśli chodzi o techniczno-namacalną sferę kultury. Jeśli
      kiedykolwiek przyjdzie wam zetknąć się z na wpoły zadbanym na wpoły
      niechlujnym, mrukliwym, wysokim mężczyzną o przesadnie pewnych siebie i przez
      to żałośnie niepewnych ruchach, który na dodatek wciągnąwszy w skarpetki
      nogawki wyjściowych spodni jedzie skrzypiącym rdzą i pozbawionym prawego pedału
      rowerem, trzymając przy tym w zębach pustą butelkę po „Nestea”, to możecie
      śmiało spytać, czy to przypadkiem nie ja. Oczywiście, jeżeli przemożną i
      niebaczną na moją zniechęcającą powierzchowność okazałaby się ochota nawiązania
      ze mną zdawkowej chociażby i absolutnie niezobowiązującej konwersacji.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:33
      O ile za dnia z ciężkim sercem przychodziło mi pogodzić się z tym, że rzeczy są
      dla moich palców, dłoni, ramion, oczu, ust, stóp, kolan i ud irytująco za małe,
      to znów przerażająco ogromne, nieznośnie bliskie, zbyt zdystansowane, za
      miękkie, twarde jak diabli, na tyle za wysokie lub za niskie, że rzadko kiedy
      udawało mi się wylądować na ziemi bez przenikającego do szpiku kości bólu
      podeszw; to mroczny nocy blask w moim oddzielonym chwilowo i częściowo od
      świadomości ciele budził zwinnego, psotnego chłopca, gardzącego zniewalającą
      wygodą brudnobeżowej rozkładanej kanapy dziecięcej i jednym kopnięciem
      pokazującym fałszywie przyjaznej kołderce, gdzie jej miejsce – takiego właśnie,
      jakim zawsze chciałem być.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:34
      Tego bladego, dusznego poranka zbudziło mnie moje własne, opuchłe z lekka i
      przyprószone chrypką gardło, oraz łechcące zwiewnie w kolana uczucie
      delikatnego rozgorączkowania. Kapryśna lipcowa aura bywa podstępną nosicielką
      zaraz wszelakich, szczególnie wtedy, kiedy niewłaściwie otulonym w martwej
      porze nocy ogląda się na wepchniętym w zmurszały kąt izby mieszkalnej
      piętnastocalowym telewizorze zmagania latynoskich piłkarzy z moją sennością.
      Podejmując daremne próby odchrząknięcia chrypiących złogów z mojej
      zesztywniałej krtani zapytuję siebie nie bez ironii w wewnętrznym głosie, czy
      warto tracić zdrowie na kibicowanie tej nierównej walce, której wynik jest z
      góry wiadomy. Nie wiedzieć czemu, zaproszeni do studia eksperci-insomniacy wraz
      z komentatorami-lunatykami mamią niedobitki telewidzów obietnicami blisko
      dwugodzinnych boiskowych emocji, obfitujących w zdarzenia niezwykłe i godne
      przytomnej uwagi. Przecież jeszcze nigdy w historii futbolu żaden team
      Urugwaju, czy Kolumbii, Argentyny nawet, albo i Brazylii na ten przykład nie
      sprostał mojej drużynie snów. Zawsze wygląda to mniej więcej tak: z rzadka i
      niespiesznie łypiąc na ekran zapiaszczonym okiem niweczę każdą zaczepną akcję
      wrażych piłkarzy, już to podwórkową kontrę, już to mozolnie budowany pozycyjny
      atak. Nieodmiennie bezradni niczym trampkarze młodsi przyglądają się ci wszyscy
      przereklamowani wirtuozi południowoamerykańskiego futbolu, kiedy moje
      ziewnięcia dominują grę w środku pola, szanując piłkę jak babcię i dziadka, aż
      wreszcie bezpardonowe, ocierające się o faul chrapanie demontuje szyki obronne
      przeciwnika, łapie bramkarza na wykroku i posyła bramkę
      wprost.................. w dłuuuuuuuugi róg łóżka.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:34
      Rozpraszająca się z wolna senność nie pozwoliła mi dłużej wylegiwać się. Na
      próżno zamykałem oczy usiłując wyszukać wewnątrz łomocącej z lekka czaszki
      chociaż jeszcze jeden kwadrans snu. Jaskrawość dnia wdzierająca się przez
      zasmużone szyby i pajęczynowe firany delikatnie, lecz nieubłaganie wywalała
      mnie z łóżka. Odrzuciłem na bok kołdrę wystawiając nagie, przegrzane ciało na
      działanie niewiele chłodniejszego odeń powietrza. Dzień zapowiadał się na
      kolejne wyzwanie, tym trudniejsze, że tak pięknie zapowiadające się dni nie
      tyle same się proszą, co nalegają, aby zdarzyło się w nich coś niezwykłego.
      Niestety, o połowiczne nawet przygody, tudzież średnio zabawne przydarzenia
      wcale nie jest łatwo takim emigrantom wewnętrznym jak ja. Nierozsądnie byłoby
      chyba serwować czytelnikowi sznyclów z delikatnie przerosłego tłuszczykiem
      mięsa moich własnych stanów psychicznych i zarzekać się przy tym, że
      smaczniejszej strawy duchowej próżno szukać w całym mieście. Chociaż, może na
      przekąskę dobre i to?
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:35
      Wstałem więc, proces wstawania rozciągając w czasie do karykaturalnych
      proporcji. Pierwsze dwadzieścia minut zwalania się z wyra zeszło mi na
      higienicznie wątpliwych zabiegach kosmetycznych, którymi nie zamierzam epatować
      czytelnika. Nie pamiętam dokładnie, co było potem, czy najpierw zbezcześciłem
      umywalkę, biorąc ją za pisuar, czy też zrobiłem to dopiero po rutynowym
      sprawdzeniu zawartości moich wszystkich wirtualnych kont pocztowych. W każdym
      bądź razie pozostałem jeszcze przez godzinę nagi, a łóżko zasłane. Oto wolność
      od tego, co boli. Dawnymi czasy tapczan o godzinie dwunastej gorszący swoją
      flejtuchowato wymiętą pościelą stanowił dla mnie niepojętość graniczącą z
      paranoicznym prawie uczuciem strachu, sprawiając, że moszna zapadała się w
      sobie, drażniąc przy tym mrowieniem i w ten oto sposób narzuciła mi
      skojarzenie poczucia śmiertelnego zagrożenia z płciowością. Czego się tak
      bałem? Przyczajonego w prześcieradle robala-ludojada, który żeruje tylko za
      dnia, by nocą kryć się w najgłębszych zakamarkach nieistnienia? Nie, mój strach
      był tak zwyczajny, tak typowy, tak trzeźwy mimo zapuchniętych oczu, zawilgłego
      czoła i wyostrzonego do granic możliwości słuchu, że po prostu wstyd o tym
      pisać bez ogródek, upiększeń i turpizmu. Bałem się, tak cholernie się bałem
      postaci w szarym mundurze wpadającej do domu znienacka. Nie tak znowu
      znienacka. Zawsze zdradzał ją hałas dwusuwowego silnika „Syrenki”, szybkie,
      miękkie uderzenia podeszw o lastrykowe schody, pobrzękiwanie zdobnego w
      referentkę pęku kluczy, nieodmiennie kończące się okropnym chrzęstem zamka i
      krótkim syknięciem otwieranych drzwi. Bałem się tego rumieniącego lico
      poczuciem winy wrzasku rudych wąsów i złych oczu, i jeszcze mocniej
      rumieniącego lico uderzenia otwartej dłoni. A dziś? Dziś nie boję się niczego:
      ani antycznych „Syrenek”, ani dźwięku kluczy, ani posiwiałego wąsa
      przytwierdzonego do twarzy zgarbionej coraz bardziej postaci, która wpada do
      mnie czasem nieproszona zwierzyć się ze swoich kolejnych miłosnych podbojów czy
      niepowodzeń i nawet słówkiem nie zająknie się na widok mojego ostentacyjnego
      burdelu, po mistrzowsku wypielęgnowanego na niespełna 25 metrach kwadratowych
      powierzchni mieszkalnej. Niektórymi tylko wieczorami nie daje zasnąć jakieś
      poczucie ciążącego nade mną fatum, które nie chce zmaterializować pod postacią
      żadnego potwora, niepokojąc tym bardziej. No i czasem jakieś zdarzenia dziejące
      się nie po mojej woli doprowadzają do szewskiej pasji, rodząc w głowie
      niedorzeczną spiskową teorię o sprzysiężeniu się wszystkich i wszystkiego
      przeciwko mnie. Zazwyczaj wystarczy zawyć przeciągle i obrócić się na drugi
      bok, aby przeszło. Chyba już jestem dorosły: wyrosłem z prostych, po
      zwierzęcemu zrozumiałych strachów, wrastając w dojrzałe, wysublimowane lęki i
      natręctwa.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:35
      Otworzyłem zatem zrudziałe pleksiglasowe drzwi prysznicowej kabiny, wstąpiłem
      na poszarzałą emalię brodzika, nie zważając na grzybiejące coraz śmielej
      krawędzie uszczelnione parciejącym silikonem, odkręciłem wodę i wkrótce moją
      niedobudzoną skórę spryskiwać poczęła idealnie ciepła, żelazista woda.
      Namydliłem się według nieodmiennego schematu, zaniedbując trudno dostępne
      regiony cielesnej powłoki, aby ich niedomycie zrekompensować nadmierną troską o
      higienę karku, pach, brzucha i krocza. Z czeluści nieobciążonego procesem
      ablucji umysłu wynurzyło się wspomnienie wczorajszej rozmowy z moim
      rodzeństwem, sztuk jeden. Otóż wąsata postać zaaferowana wpadła niedawno do
      mojej siostry, na gwałt potrzebując jakiegoś samoopalacza, pomady, pudru –
      czegokolwiek, co ukryłoby przed E., jego wielką, tragicznie zamężną miłością, z
      którą miał się spotkać po kolejny raz ostatni ślady miłosnych ukąszeń autorstwa
      A., jego nowej przyjaciółki. Nie wiadomo, czy przyjaciółka owa dała się ponieść
      nastrojowi chwili, czy też może, świadoma istnienia tej drugiej, uczyniła to z
      iście kobiecą perfidią, która lekkomyślność tylko udaje. W każdym bądź razie na
      lewej piersi ojca, tuż nad ciemnokarmelową brodawką wykwitła soczysta malinka,
      uwydatniona jeszcze bardziej daremną próbą zatarcia jej pumeksem. Moja starsza
      siostrzyczka chciała chyba obudzić we mnie szydercę tą historyjką ilustrującą
      nieporadność owdowiałych donżuanów dźwigających na grzbiecie piąty krzyżyk,
      więc wtórowałem jej w złośliwym naigrywaniu się ze starszego pana, z którego
      nie do końca wyniósł się jeszcze jurny a durny młodzieniaszek. Pewnie też
      siostrunia mściwą słodyczą satyry chciała wypłukać z siebie gorzkawy posmak
      wspomnienia o mamie, a może tak się po prostu sam z siebie ułożył program
      wypowiedzi, bezwładnymi ciągami skojarzeń prowadząc ją od poprzedniego
      bezsennego wieczora nawiedzonego maminymi obrazami do wizyty ojca-bałamuta
      następnego dnia.
    • mizogin Re: Fragmenty 07.08.04, 09:35
      Po tym przeradzającym się z wolna w grzeszny rytuał seansie synowskiej ironii –
      co, nie powiem, zaczyna mnie martwić, ponieważ wrzucony w jakiekolwiek rytuały
      czuję się cokolwiek nieswojo – postanowiliśmy z siostrą przejrzeć płytkę z
      cyfrowymi zdjęciami z wycieczki do jednego z niemieckich miast, jaką wąsata
      postać odbyła w towarzystwie nowej przyjaciółki. Być może szukaliśmy w
      rozdętych ponad zdrowy rozsądek plikach JPEG kolejnych przejawów obyczajowego
      komizmu tatusia, tymczasem poza fotkami banalnie rudego psa, nudziarsko
      czerwonej róży i kilkuosobowego towarzystwa płci mieszanej, któremu
      najwyraźniej zakłócaliśmy spokój biesiadowania odnaleźliśmy serię portretów
      młodszej córki A., całkiem haba-haba, wyobraźcie sobie, pełnej wdzięku szatynki
      o roziskrzonych, brązowych oczach i nie schodzącym z pełnych warg uśmiechu,
      której śmiało zaokrąglone osiemnastoletnie ciało kusiło naturalnym, szczerym
      erotyzmem. No i do tego parę zdjątek z jego udziałem. W tych rozmytych oczach,
      napiętej i cudnie opalonej twarzy, wąsatym uśmiechu, pod powierzchnią którego
      czaił się jakiś nieodgadniony grymas oraz w oficerskim brzuszku opiętym
      wciągniętą w spodnie podkoszulką dostrzegłem nieporadnego człowieka przejętego
      swoją rolą wyluzowanego kawalera z odzysku. Kontrast pomiędzy tchnącą naiwnym
      autentyzmem świeżością latorośli jego kochanki, a podtrzymywanym dwoma piwkami
      dziennie dobrym samopoczuciem kogoś, kto co najwyżej poczuć się może młodo
      sprawił, że zrobiło mi się go żal, chociaż wcale nie spuściłem z sarkastycznego
      tonu. „Nie zagrzeje tam długo miejsca” – mruknąłem do siostry.
    • mizogin Fragmenty 2 07.08.04, 09:36
      Parkowa ławka posadziła ją sobie na kolanach i rozleniwiała smyraniem po
      plecach, karku, za uszami sprawiając, że dziewczyna co chwila mrużyła oczy z
      nadmiaru przyjemności, której sprawcami potrafią być tylko parkowe ławki w
      samotne, pogodne popołudnie. Elegancka puszka piwa w bieli przysiadła się do
      niej i nie omieszkawszy poczęstować papierosem prowadziła z dziewczęciem w
      czerwonej bluzce intymną, choć nienatrętną pogawędkę. Razem ze słońcem
      przezierającym zza liści smukłych klonów zaczęliśmy się jej przyglądać.

      Ogarnęło mnie przyjemne uczucie niedowagi, kiedy na nią patrzyłem, raz śmiało,
      aby zredukować ją do spłoszonego podlotka, nie odgadującego jeszcze sensu tych
      wszystkich dziwnych zaczepek starszych panów, kiedy indziej zaś ukradkowo i
      szczeniacko, aby pozwolić jej urosnąć do trzydziestopięcioletniej kocicy
      ogołacającej męskie depozyty uczuć z wszelkiej gotówki oraz przedmiotów i
      papierów wartościowych.

      Dziewczyno ze snów o ostrożnie kuszącym spojrzeniu! Mógłbym cię zabrać stąd
      gdziekolwiek, oczarować nienachalnie prowadzonym flirtem, onieśmielić i
      rozbestwić zarazem bezgraniczną seksualnością, zaskoczyć kulinarnymi
      umiejętnościami, zaimponować rozległą wiedzą o filmie i współczesnej technice
      wojskowej, zmieszać znajomością poezji kobiecej duszy, by w końcu okazać się
      takim samym jak wszyscy wspaniali faceci: próżnym terrorystą psychicznym,
      bezradnym gawędziarzem, błyskotliwym męczyduszą, żałosnym bawidamkiem,
      rozplotkowanym narcyzem, a przede wszystkim zaręczonym po raz szósty
      rozwodnikiem nadużywającym używek. I po co by nam to było?

      Wstała, jakby znudzona moim milczącym monologiem. Półleżąc na ławce nie
      wyglądała tak nisko, krótkoszyjnie i płaskodupnie.
    • mizogin Fragmenty 3 07.08.04, 09:37
      Przezroczysty, przewiewny, niematerialny przemierzam świat własnych wspomnień
      tego, czego nie było a przytrafić się mogło i tego, co było a zdarzyć się nie
      powinno. W pogodnym milczeniu przyglądam się przechodzącym koło mnie, przeze
      mnie i mimo mnie bliskim, dalekim, znajomym, nieznajomym, krewnym i zupełnie
      obcym ludziom. Czas zawirował gdzieś i padł nieprzytomny ze zmęczenia -
      bezgłośnie huczące uśmiechy mienią się październikowym słońcem, a zastygłe
      sylwetki postaci rozdyma kwietniowy wiatr. Zamykam oczy i przykrywam dłońmi
      uszy. Przez palce prześlizguje się szelest zastygłych kroków, echa niebyłych
      rozmów i tętnienie pustych, zatłoczonych ulic. Pod powiekami jaśnieć poczynają
      pożółkłe migawki twarzy tych wszystkich wybyłych gdzieś osób, na których
      obecności mogło mi kiedykolwiek zależeć. Ze spokojem, a może zobojętnieniem
      czuję jak bezpowrotnie ulatują ze mnie myśli o nich. Nie słyszę już bartasowego
      rechotu, który w dużej mierze ukształtował moje wykręcone poczucie humoru.
      Przyjaznym szyderstwem strzelisty Misiu nie urabia mojego smaku ni poglądów,
      nie ogładza mnie towarzysko. Nie siedzę bezczelnie na stole licealnej
      jadłodajni, nie chwytam włosów w dwie kitki i nie macham nimi zaczepnie w
      stronę grubych warkoczyków Kopciuszka, powodując jej wesołość, która mnie
      przyprawiła o kilkumiesięczny smutek zadurzonego szczeniaka. Zziębnięty,
      podwędzony i niedospany po banickiej nocy spędzonej z Aśką w przystajennym
      domku nie przypatruje się, jak ta doskonale czująca się w roli opuchniętej,
      pobladłej, szalonej z nieustannego pragnienia ucieczki od jednego niewłaściwego
      faceta do drugiego przeklęta córka alkoholika sypie owsa koniom i miniaturowym
      kozom, które meczą dokładnie tak, jak człowiek imitujący kozie meczenie. Nie
      uwodzą mojego spojrzenia grzane ciepłem własnych ud, długie, kremowe z
      wyjątkiem zarumienionych opuszków palce Małgosławy, przejawiającej nieczęsty u
      dziewcząt o tak posągowych tyłkach zwyczaj nieskrępowanego oznajmiania
      rozmówcy, że właśnie idzie zrobić kupę. Moich nozdrzy nie wypełnia czosnkowo-
      mleczna woń alabastrowych piersi małej Louise i woniejąca ostro poweselną
      fatygą dłoń Mandarynki nie przemyka po mojej głowie. Nie wbijają mi się w palec
      okrutnie temperamentne zęby Joli, zamieszkałe w przepięknie oszpeconych ustach,
      które to usta ze znanym tylko sobie wdziękiem pieścić potrafiły ucho
      zmysłowym „r”, rozmlaskiwanym delikatnie na podniebieniu nie koniuszkiem, a
      środkową częścią języka.
      • mizogin Re: Fragmenty 3 07.08.04, 09:38
        Być może kiedyś jeszcze jakimś cudem spotkam się z nimi, a raczej z tym, co z
        nich pozostało; na przykład na jednym z tych niesławnych zlotów duchów
        organizowanych przez przedszkola, podstawówki, szkoły średnie i wszystkie te
        organizacje, o które przyszło mi się otrzeć, a które za nadrzędny cel stawiają
        sobie nawiedzanie mnie w snach. Pewnie z trudem rozpoznamy w sobie nawzajem
        tych, o których sami dawno zapomnieliśmy; i albo przyjmiemy się z uprzejmym
        chłodem, skąpiąc jeden drugiemu serdeczności, nienależnych przecież komuś, kto
        zaledwie przypomina dawnego kumpla; albo z właściwą takim rytuałom przesadą
        zaczniemy rozpamiętywać wspólne przeżycia, aż w końcu ktoś z nas poczuje
        zawstydzenie, jakby stroił sobie nieprzystojne żarty na pogrzebie drugiego.
    • Gość: Mirek Co to ma być? IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 09.08.04, 09:03
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka