mankencja
01.11.05, 19:11
Spotykamy się w Bilbao, na stacji metra San Mamés. Jest duszno, powietrze to
suma ciepłych ludzkich oddechów i nic więcej. czuję się obco, bo i jestem
obca, nie wpisuje się w ten ciemnowłosy tłum o brązowych oczach i grubych
rysach, który raz mówi „sí”, a raz „bai”, który wita się „hola”, ale
żegna „agur”.
Nie jestem stąd i mój język brzmi tu nieskładnie i dziwnie, z bladymi śladami
znajomych słów, zupełnie tak, jak dla mnie euskera. Nie wiem, gdzie kończy
się jeden wyraz, a zaczyna drugi. Nie muszę – mój szkolny kastylijski buduje
słabą nić porozumienia, gdy mi jej potrzeba.
Z przeciwnej strony odjeżdża pociąg do Etxebarri – z hukiem niknie w mroku
tunelu, jarzy się jeszcze tylko czerwona tablica informacyjna z tyłu wagonu.
Trochę się boję – w tej kakofonii – że półkoliste sklepienie nie wytrzyma, że
wyłożona jasnymi, chyba szarymi, kafelkami, zalana zimnym sztucznym światłem,
stacja zamieni się, jak wiele już rzeczy, w zawalony gruzem dół, że z tych
ludzi – i ze mnie, między innymi – zostanie tylko krwawa miazga i połamane
kości. Uśmiecham się do siebie.
Wtedy on patrzy na mnie – ma oczy jak każdy inny, nie jest nikim szczególnym –
tak, jakby chciał nawiązać kontakt, powiedzieć mi: „To wiesz” albo „Ty
wiesz”, nieważne, w jakim języku. Potem wsiada do pociągu i siada przy oknie.
Jego usta poruszają się w cichym, ostatecznym „agur” czy „adiós”. Czego to
dotyczy? Rozglądam się wokół. Zostawił reklamówkę, wypchaną, w ułamku chwili
uświadamiam sobie, czym.
Wstaję, chcę biec do wyjścia. Nogą potrącam pakunek. Myślę coś bardzo złego w
moim ojczystym języku, długie, krwiste przekleństwo. Jeszcze chwila i mnie
nie będzie; tu, albo wcale, a wszystko to zależy wyłącznie ode mnie.
Reklamówka przewraca się. Wypada z niej zeszyt, bułka, kostka tego ich
żółtego sera, który tak mi nie smakuje (co nie ma teraz najmniejszego
znaczenia), pomidory, które toczą się po peronie. Chyba jest tam coś jeszcze…
A może nie ma… Nie wiem. Uciekam.
Dopadam schodów. Wpadam na kogoś, albo to ktoś wpada na mnie. Tracę równowagę
i lecę do tyłu.
Chwilę potem, a może trochę, kilka minut, później, patrzę na zamazany obraz
kogoś pochylonego nade mną. To on, jestem prawie pewna. Mówię coś bez ładu i
składu, popełniam rażące gramatyczne błędy. „Tranquila, mujer” – odpowiada –
„Tu nie ma sensu podkładać bomb”.
Słyszę huk i kończy się moja przytomność. Chyba, że kłamał, i oto dla mnie
kończy się wszystko.