Dodaj do ulubionych

EMIL CIORAN

IP: ASK:* / 192.168.1.* 30.11.02, 00:14
Ze względu na poczucie humoru, paradoksy, prowokację intelektualną...

Nie wiem jak Was zachęcić...może tym...

"Gdyby nie myśl o samobójstwie, zabiłbym się natychmiast"
Obserwuj wątek
    • trzcina Re: EMIL CIORAN 30.11.02, 00:38
      Nie trzeba zachęcać, sam kusi;)
      Zachwyca mnie u Ciorana to, ze mimo deklarowanego przez niego skrajnego
      pesymizmu, mrocznej oceny rzeczywistoci i własnego w niej pobywania, lektura
      jego tekstów, rozmów z nim, zostawia uśmiech na twarzy, wcale nie taki gorzki.

      pozdrawiam
      t.)))
      • Gość: Frene W temacie... IP: ASK:* / 192.168.1.* 30.11.02, 00:44
        Znalazłam w sieci jakieś fragmenty...zobaczcie sami...





        . . .

        A P O K A L I P S A

        Ach, gdyby tak pewnego dnia wszyscy ludzie, mający coś do zrobienia bądź
        załatwienia, żonaci albo nie, młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, poważni
        albo lekkomyślni, smutni i weseli, opuścili swoje mieszkania i biura,
        rezygnując z wszelkich swoich obowiązków i zadań, i wyszli na ulice
        oznajmiając, że nic już nie będą robić... Wszyscy ci otępiali ludzie, którzy
        pracują bez żadnego sensu albo łudzą się, że wnoszą coś do wspólnego dobra
        ludzkości, którzy trudzą się dla przyszłych pokoleń zwodzeni najbardziej
        ponurą iluzją, wzięliby w takiej niepowtarzalnej chwili rewanż za całe swoje
        miałkie, jałowe i puste życie, za marnowanie czasu nie mające nic ze
        wzniosłości wielkiej przemiany. Piękne byłyby w moich oczach owe chwile, gdy
        nikt już nie potrzebowałby kłamliwych mrzonek ideałów, gdy nie byłoby już
        możliwe zadowolenie z bezpośredniego przeżywania życia, wszelka rezygnacja
        stałaby się iluzoryczna, ramy zaś normalnego życia pękłyby raz na zawsze.
        Wówczas wszyscy, co cierpią w milczeniu i nie śmią nawet westchnieniem
        objawiać swej goryczy, wznieśliby zbiorowy, pełen ponurych dysonansów krzyk,
        wrzask, od którego dziwnych tonów zatrzęsłaby się ziemia. Rzeki pobiegłyby
        wtedy szybciej, góry zachybotałyby się groźnie, drzewa odsłoniłyby korzenie
        niby odwieczną a wstrętną przestrogę, ptaki jęłyby krakać jak kruki,
        przerażone zaś zwierzęta rzuciłyby się do ucieczki, aż padłyby z wyczerpania.
        Unieważniono by wszystkie ideały, wierzenia uznano by za bzdury, sztukę - za
        kłamstwo, a filozofię - za żart. Wszystko dostąpiłoby wywyższenia i upadku.
        Spłachcie ziemi uleciałyby w powietrze i wiatr rozniósłby ją na wszystkie
        strony, rośliny kreśliłyby na tle nieba dziwaczne arabeski, zawiłe, groteskowe
        linie, poskręcane, przerażające figury. Podniosłyby się wirujące dziko ogniste
        trąby, cały świat napełniłby się barbarzyńskim łomotem, tak by nawet
        najmarniejsze żyjątko wiedziało, że koniec jest bliski. Wszystko, co jest
        formą, stanie się wówczas bezkształtem, chaos zaś pochłonie swym
        wszechobejmującym wirem wszelką strukturę, substancję i formę tego świata.
        Nastąpi obłąkańczy zamęt i potworny huk, przerażenie i eksplozja, potem zaś
        będzie już tylko wieczne milczenie i ostateczne zapomnienie. W tych końcowych
        chwilach życie człowieka osiągnie taką temperaturę, że cały nagromadzony dotąd
        przez ludzkość zasób uczuć - żalów, tęsknot, miłości, rozpaczy, nienawiści -
        wybuchnie z taką potęgą, iż nic już po tej eksplozji nie pozostanie. W takiej
        chwili, gdy wszyscy ludzie porzucą swoje zajęcia, gdy nikt już nie odnajdzie
        sensu w swoich miałkich obowiązkach, egzystencja zaś rozpadnie się pod naporem
        wewnętrznych sprzeczności - cóż jeszcze się ostoi prócz triumfu nicości i
        ostatecznej apoteozy niebytu?

        - Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy

        . . .



        . . .

        P R A C A

        Zwykle ludzie pracują za dużo, aby mogli pozostać sobą. Praca jest
        przekleństwem, ale człowiek z tego przekleństwa uczynił rozkosz. Praca ze
        wszystkich sił tylko po to, by pracować, znajdowanie radości w wysiłku
        przynoszącym zupełnie nieistotne dokonania, przekonanie, iż samorealizować się
        można jedynie w uprzedmiotowionej, nieprzerwanej pracy - wszystko to budzi
        sprzeciw, jest niezrozumiałe. Wytężona, nieustanna praca otępia, spłaszcza,
        niszczy osobowość. Przesuwa ona centrum troski i zainteresowania ze strefy
        podmiotowej w przedmiotową strefę rzeczy, na płaszczyznę mdłej obiektywności.
        Wówczas człowiek przestaje się interesować swoim osobistym przeznaczeniem,
        swoją wewnętrzną edukacją, podsycaniem tlącego się w nim światła osobowości,
        tak by zabłysło pełnym, ciepłym blaskiem; ważne są dlań tylko fakty i rzeczy.
        Prawdziwa praca, zamiast być aktywną, ciągłą transfiguracją, stała się
        wyłącznie eksterioryzacją, wychodzeniem z centrum bytu. Jest znamienne, że w
        świecie współczesnym praca ma charakter działalności wyłącznie zewnętrznej.
        Dlatego poprzez pracę człowiek urzeczywistnia nie siebie, lecz coś. Fakt, że
        każdy musi realizować jakąś karierę, wejść w jakąś formę życia, która niemal
        nigdy mu nie odpowiada, jest właśnie wyrazem tej tendencji do ogłupiania przez
        pracę. Musisz pracować, aby żyć - oto fatalność, która u człowieka jest o
        wiele boleśniejsza niż u zwierzęcia, jego bowiem aktywność jest tak
        organiczna, że nie oddziela jej od własnego istnienia, podczas gdy człowiek
        zdaje sobie sprawę z poważnego ubogacenia swojego jestestwa poprzez zespół
        form związanych z pracą. W gorączkowości, z jaką człowiek pracuje, przejawia
        się pewna jego gotowość do miłowania zła, gdy jest ono nieuchronne i częste. W
        pracy człowiek zapomniał też o sobie - jednak nie poprzez odzyskanie prostej,
        błogiej naiwności, ale poprzez graniczącą ze zidioceniem eksterioryzację.
        Przez pracę z podmiotu stał się przedmiotem, tzn. zwierzęciem obarczonym
        defektem mniejszej niż zwierzęca dzikości. Człowiek, miast zaistnieć w świecie
        jako jasna, słoneczna, promieniująca blaskiem osobowość, miast żyć dla siebie -
        nie w sensie egoizmu, lecz duchowego wzrostu -, stał się żałosnym, bezsilnym
        niewolnikiem dookolnej rzeczywistości. Gdzie w takim życiu miejsce na ekstazy,
        wizje i szaleństwa? Gdzie najwyższy obłęd, gdzie autentyczna rozkosz ze zła?
        Gdyż negatywna rozkosz z upojenia pracą ma w sobie coś z mizerii i codziennej
        przyziemności człowieka, coś ze wstrętnej, nąjpośledniejszej małostkowości.
        Dlaczego ludzie nie postanawiają skończyć za jednym zamachem z dotychczasową
        pracą, aby rozpocząć nową, w najmniejszym bodaj stopniu niepodobną do tej, co
        przedtem wysysała z nich wszystkie siły? Czy człowiek istotnie musiał wznosić
        piramidy, pałace, świątynie i zamki? Czy nie wystarczała mu subiektywna
        świadomość wieczności, świadomość całkowitego spełnienia się w nadświadomości?
        Jeśli coś potrafiła zniszczyć gorączkowa aktywność, nieprzerwana praca i
        zewnętrzne rozdygotanie, jest tym z pewnością zmysł wieczności. Praca to
        negacja wieczności. Im silniejszy jest pęd do uzyskiwania dóbr doczesnych, im
        bardziej jest intensywna praca zewnętrzna, tym trudniej dostępnym, bardziej
        oddalonym i trudniejszym do urzeczywistnienia dobrem staje się wieczność. Oto
        powód spłaszczenia perspektywy u wszystkich ludzi aktywnych i energicznych,
        beznadziejnej przyziemności ich myśli i uczuć.

        - Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy

        . .




        . . .

        ZASADA SZATAŃSKA W CIERPIENIU

        Na czym polega proces stawania się pesymistą? - Na znacznej częstotliwości
        depresji u człowieka, który ma akurat tyle energii, by w poszczególnych
        chwilach pozostawać przy życiu. Organiczna fatalność powoduje ciągłe depresje
        bez określonych przyczyn i bodźców zewnętrznych, tylko skutkiem głębokich
        zaburzeń wewnętrznych; te depresje tłumią puls energii, ustawicznie atakują
        korzenie życia i niszczą naiwną, instynktowną radość istnienia. Całkiem błędne
        jest twierdzenie, że ktoś staje się pesymistą wskutek jakiejś organicznej
        ułomności i słabości życiowego potencjału. W rzeczywistości nikt nie zmienia
        się w pesymistę, kto nie miał wcześniej w sobie tyle energii, by pragnąć życia
        żarliwie i z pasją, nawet jeśli ta żarliwość nie przebiła się do jego
        świadomości. Późniejszy proces dewitalizacji stanowi następstwo depresji.
        Wszelki niedobór u pesymisty jest następstwem depresji. Albowiem tylko u
        człowieka pełnego zapału, aspiracji i namiętności depresje okazują swoje
        erozyjne działanie i niszczą życie, tak jak morskie fale nadgryzają ląd. U
        zwykłego słabeusza depresje nigdy nie wiodą do napięć, paroksyzmów ani
        przesadnych reakcji, lecz do stanu obojętności i apatii, do powolnego
        gaśnięcia i spokojnej monotonii, które nie mogą rodzić osobistych i bolesnych
        reakcji właściwych pesymizmowi. Bycie pesymistą jest organicznym paradoksem
        rodzącym nieprzezwyciężalne, fatalne sprzeczności, które tłu
        • Gość: Frene C.d IP: ASK:* / 192.168.1.* 30.11.02, 00:54
          Bycie pesymistą jest organicznym paradoksem rodzącym nieprzezwyciężalne,
          fatalne sprzeczności, które tłumaczą tak głęboką żarliwość wszystkich
          pesymistów. Jakże by zresztą nie miało być organicznego paradoksu w tej
          kombinacji częstych depresji z nie mniej częstym zapałem? Bo to, że koniec
          końców depresje niszczą zapał i nadwerężają zasoby witalne, jest aż nadto
          oczywiste dla każdego, kto rozumie, że depresja to prawdziwy zamach na życie.
          Nie można z nimi skutecznie walczyć, co najwyżej można je chwilowo zlekceważyć
          oddając się intensywnie jakiemuś zajęciu albo rozrywce, ale potem pojawiają
          się znów w jeszcze ostrzejszej postaci. Organiczny paradoks pesymizmu może
          występować tylko u kogoś obdarzonego niespokojną witalnością. W miarę, jak
          słabną obronne mechanizmy życia, ten proces wchodzenia w śmierć coraz
          boleśniej odbija się w świadomości człowieka. Stajesz się pesymistą -
          pesymistą demonicznym, żywiołowym, zwierzęcym i organicznym - dopiero wówczas,
          gdy twoje życie w desperackiej walce z depresjami poniosło totalną klęskę.
          Wtedy w twojej świadomości pojawia się przeznaczenie jako forma
          nieodwracalności, która wypływa z esencji świata, jak gdyby pragnąc w sposób
          jeszcze boleśniejszy i przytłaczający pokazać nam wieloraką daremność tego
          życia.
          W rzeczy samej, musisz wpierw długo się zmagać z demonicznymi i negatywnymi
          siłami życia, żeby osiągnąć świadomość nieodwracalności, która z
          jednokierunkowości życia czyni jedynie drogę ku śmierci; w istocie jest to
          droga rozkładu. Jeśli po każdym życiowym doświadczeniu możesz powiedzieć:
          nigdy!, i po każdym zdarzeniu, po każdej próbie możesz powtórzyć to słowo,
          symbol definitywności i nieodwracalności - pewny to znak, żeś utracił
          wszystko, że jesteś już bardzo daleko od życia, bardzo zaś blisko nicości, w
          jaką wrzuca cię śmierć. Okropna jest myśl, że umierając tracisz raz na zawsze
          słoneczny dzień, jakiś uśmiech, przyjaciela; ale po tysiąckroć okropniejsze
          jest, że utraciłeś to wszystko jeszcze za życia, że o wszystkim, coś usłyszał
          i zobaczył, możesz po wiedzieć: nigdy, nigdy! Niczym w jakiejś absurdalnej
          duchowej podróży, która radykalnie oddzieliła cię od rzeczy, choć fizycznie
          znajdujesz się w bezpośredniej ich bliskości.

          Jak mógłbym przyjąć, że ja nie nadaję się do życia, skoro w rzeczywistości to
          życie nie nadaje się do mnie? Bo przecież jest całkiem możliwe, że przy innych
          formach życia, całkiem odmiennych od tych, na jakie jestem skazany, mógłbym
          być szczęśliwy, upojony, sycący się rozkoszami, których inni nawet nie
          podejrzewają! Dlaczego w myśli z siebie mam robić ofiarę, dlaczego w porządku
          wyobraźni nie mam przyjąć, iż mógłbym świetnie przystosować się do innej formy
          życia, do innej struktury egzystencji? A jeśli tak, to czemużby nie szukać
          całej winy w tym świecie, nie zaś we mnie? Świat powinien być w mniejszym
          stopniu nieodwracalny, w większym zaś - absurdalny, tak żeby mógł się
          zmieniać. Jak dotąd, jego absurdalność bywała tylko znikomo większa od jego
          przyziemności, toteż nie mam najmniejszych złudzeń. Mógłbym uwierzyć w ten
          świat, gdyby zmienił się dla mnie. Jestem zbyt dumny, aby zło świata widzieć
          jako zło we mnie. Aleja nigdy nie zmienię się stosownie do świata.

          - Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy



          T O T A L N E

          N I E Z A D O W O L E N I E

          Cóż to za przekleństwo spada na niektórych, że nigdzie nie mogą czuć się
          dobrze? Ani gdy świeci słońce, ani gdy go nie ma, ani z ludźmi, ani w
          samotności. Oto doprawdy coś niezwykłego: nie wiedzieć, co to dobry nastrój.
          Największymi nieszczęśnikami są ci, co nie mają prawa do nieświadomości. Mieć
          wysoce rozwiniętą świadomość, być w każdej chwili świadomym, w każdym momencie
          zdawać sobie sprawę z własnego położenia względem świata, żyć w ciągłym
          napięciu poznawczym - to być straconym dla życia. Poznanie jest dla życia
          utrapieniem, świadomość zaś to otwarta rana w rdzeniu życia. Czyż człowiek nie
          jest zwierzęciem wydanym na pastwę śmierci? I czyż nie jest tragedią bycie
          człowiekiem, to znaczy zwierzęciem wiecznie niezadowolonym, zawieszonym między
          życiem a śmiercią? Mam już serdecznie dość - albo raczej: jestem zupełnie
          zdruzgotany ciężarem - tego przywileju bycia człowiekiem. Gdybym tak mógł z
          miejsca zrezygnować; ale czym miałbym się stać - zwierzęciem? Przebytą drogą
          nie mogę pójść wstecz. Poza tym istniałoby ryzyko, że stanę się zwierzęciem
          obznajomionym z historią filozofii. Zostać nadczłowiekiem? - nie, to
          niemożliwe i głupie, to jakaś śmieszna mrzonka. Czy nie ma jakiegoś
          pośredniego rozwiązania, ot, czegoś w rodzaju nadświadomości? Czy nie można by
          żyć poza (nie zaś z tej strony, bliskiej zwierzęcości) wszelkimi złożonymi
          formami świadomości, poza niepokojami i udrękami, poza nerwową szarpaniną i
          przeżyciami duchowymi, w jakiejś sferze egzystencji, gdzie dostęp do
          wieczności nie byłby li tylko mitem? Co do mnie, składam dymisję z
          człowieczeństwa. Nie chcę już i nie mogę nadal być człowiekiem. Bo i cóż
          jeszcze mogę zrobić w tym charakterze? Pracować nad jakimś systemem społecznym
          i politycznym, albo unieszczęśliwić jakąś panienkę? Wyszukiwać niekonsekwencje
          w systemach filozoficznych albo działać na rzecz jakiegoś ideału moralnego
          bądź estetycznego? Wszystko to wydaje mi się zbyt mało. Zresztą gdyby nawet
          wydawało mi się czymś wielkim (jak to bywa niekiedy), i tak nie potrafiłoby
          mnie pociągnąć. Rezygnuję ze swojego człowieczeństwa, nawet jeśli na drabinie,
          po której zamierzam się wspinać, będę sam, samiuteńki. A zresztą, czyż nie
          jestem absolutnie sam w tym świecie, od którego nie oczekuję już nic? Gdzieś
          poza wszelkimi obiegowymi ideałami i zwykłymi formami, w jakiejś
          nadświadomości - może jeszcze dałoby się oddychać. Tam upojenie wiecznością
          rozpuściłoby wszystkie skazy tego świata i już nic, żaden problem ani żadna
          duchowa udręka, nie mąciłoby ekstazy wieczności, w której byt byłby równie
          czysty i niematerialny jak niebyt.

          - Emil Cioran, Na szczytach rozpaczy

          . . .





          . . .

    • dreaded88 Re: EMIL CIORAN 30.11.02, 16:40
      Czy "Zły demiurg" jest pełen poczucia humoru ?
      Nie zmienia to faktu, że warto poczytać sobie tego ultrareakcjonistę,
      będącego "przeciw wszystkiemu, co zdarzyło się po Adamie".
      Polecam też wydane przed ok. rokiem "Rozmowy z Cioranem", pokazujące jak gdyby
      bardziej ludzką jego twarz, nie ukrytą pod literacką stylistyką.
      • Gość: Dominikaaaaaa Re: EMIL CIORAN IP: *.skierniewice.vectranet.pl 12.01.14, 17:54
        "Rozmowy z Cioranem" są genialna lekturą. Od tego zaczęłabym czytanie Ciorana w ogóle.
    • Gość: Dominikaaaaaa Re: EMIL CIORAN IP: *.skierniewice.vectranet.pl 12.01.14, 16:11
      Uwielbiam Ciorana. Jeśli ktoś także, zachęcam do dyskusji: simonee.boue@gmail.com
      • solaris_1971 Re: EMIL CIORAN 12.01.14, 21:56
        Mnie Cioran przygnebia. Zwlaszcza " Na szczytach rozpaczy".
        Pozyczylam te ksiazke kolezance, ktora mi jej nie oddala. Po raz pierwszy nie mam tego komus za zle. Przeciwnie, jestem jej wdzieczna.
    • ja-tekla Re: EMIL CIORAN 13.01.14, 17:38
      Mnie Cioran nie przygnębia, czytam często i z przyjemnością od lat paru...
      Może dlatego, ze podobnie odczuwam i widzę ten świat wokół mnie. I podobny stosunek do ludzi mam jak Cioran... patrzę, rozglądam się i... eksterminacja: słowo-klucz, ech....
      • Gość: Dominikaaaaaa Re: EMIL CIORAN IP: *.skierniewice.vectranet.pl 16.01.14, 21:46
        Mnie też Cioran nie przygnębia.
        Uwielbiam Jego styl, Jego dosadność i konkret...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka