mister1
27.06.06, 10:14
Franc Fiszer to postać legendarna międzywojennej Warszawy. Filozof i smakosz,
przyjaciel artystów i poetów, bywalec kawiarni i rezydent ziemiańskich
dworów. Większość życia spędził na twórczym nicnierobieniu(1). Nigdy nie
zapisał swoich teorii, poglądów czy żartów. Wspomnienie o nim zachowało się
jedynie w relacjach, dziennikach ludzi z tamtych czasów. Jednym z takich
wspomnień jest „Moja wielka miłość” Izabeli Stachowicz. Ta niewielka
książeczka, licząca sobie 130 stron, jest swoistym hołdem i zarazem ciepłym
wspomnieniem o Francu, z którym Izabela, sama niesłychanie barwna i
oryginalna postać, zaprzyjaźniła się pod koniec jego życia.
Izabela Stachowicz poznała Franca Fiszera w 1930, po swoim powrocie po kilku
latach pobytu w Paryżu. Gdzie? Oczywiście w Ziemiańskiej, kawiarni
najbardziej uczęszczanej przez twórczą elitę Warszawy. Ona była młodą,
niespełna trzydziestoletnią kobietą, on miał ponad siedemdziesiąt lat. Tych
dwoje oryginałów natychmiast polubiło się. Izabela już pierwszego dnia
zaprosiła Fiszera do swojego domu, który wtedy dzieliła z mężem - Jerzym
Gelbardem, znanym w owym czasie architektem. Od tamtej pory Fiszer często nie
tylko obiadował, ale i pomieszkiwał w domu Gelbardów.
A tak oto Izabela Stachowicz opisuje pierwsze wrażenia:
„Drżąc z zachwytu wpatrywałam się w jego oblicze. Tyle lat spędziłam na
Montparnassie – tym jednym miejscu na ziemi, gdzie spotkać można dziwaków z
całego świata – malarzy, poetów, wariatów, oryginałów, pomyleńców. Nie!
Przysięgam! Takiego tam nie było! A teraz tu w Ziemiańskiej, w Warszawie –
siedział naprzeciw mnie w małym kapelusiku cokolwiek odchylonym na tył głowy –
w ustach trzymał fajeczkę. Głos jego wstrząsnął moją wyobraźnią. Jeśli to
nie był głos samego Jehowy, przemawiającego w krzaku gorejącym do Mojżesza,
to co najmniej głos proroków Eliasza, Hillela, Jeremiasza. A broda? Czarno-
zielona, o wszystkich odcieniach rdzawej czerwieni, miejscami przechodząca w
lekki seledyn. Mały nosek, nad którym lśniły szkła binokli, wielka ostrzyżona
kula głowy i kłęby niebieskiego dymu, rozsnuwającego się wokół jego twarzy.
Monumentalny tors godny dłuta Michała Anioła”(2).
Franc Fiszer niejako przejadł swój majątek ziemski i spędzał czas
pomieszkując u przyjaciół tudzież żywiąc się i goszcząc w ten sam sposób. Był
uwielbiany przez wielu dzięki swojej żywotności, humorowi i sposobowi bycia.
Erudyta i żartowniś oraz smakosz, nie interesował się sprawami przyziemnymi,
a dzięki licznym przyjaciołom nie musiał martwić się o tak zwany BYT, który
zgodnie z wyznawaną przez niego filozofią nie istniał. Hołdował bowiem
teorii, że świata jako takiego nie ma, istnieje on jedynie w licznych
interpretacjach każdego z nas, bo nikt z nas nie potrafi wyjść poza obręb
własnej świadomości(3).
Konsekwentnie Fiszer nie przywiązywał wagi do spraw materialnych, to, co
posiadał, stracił dzieląc się z innymi, a potem żył dzięki dobroczynności
przyjaciół.
Fiszer był znanym smakoszem i obżartuchem, jego potężna sylwetka o wybujałym
brzuchu zachowała się w licznych rysunkach z epoki. Książeczka Izabeli
Stachowicz jest ilustrowana kilkoma szkicami Feliksa Topolskiego,
przedstawiającymi charakterystyczną sylwetkę potężnego grubasa z bujną brodą
i nieodłączną fajką.
Szukając informacji o Francu Fiszerze w Internecie natrafiłam na
stwierdzenie, że postać Pana Kleksa była na nim właśnie wzorowana. Kto wie,
może rzeczywiście Fiszer zainspirował Brzechwę do stworzenia postaci
przeoryginalnego nauczyciela i czarodzieja.
Tak oto Izabela opisuje pierwszą kolację, na której gościł u niej Fiszer:
„Weronka wniosła na półmisku pieczoną kaczkę. Kaczka, wiadomo, ptak nieduży –
dla Jerzyka i dla mnie starczyłoby, ale...
- Co za wspaniale pachnąca kaczuszka – twarz Franciszka poczerwieniała.
Trzymając duży widelec do nakładania drobiu, Franciszek utkwił oczy w
półmisku. – Hm, nieporęcznie poćwiartowane – mruknął, odebrał z rąk Weronki
półmisek i postawił przed sobą.
- Ależ prosimy, prosimy, niech pan się nie krępuje, ja, ja jestem
niedysponowany, a Belusia, zdaje się, w ogóle nie lubi kaczki... – ratował
sytuację Jerzy.
- Cóż to za naiwne i niemądre stworzenie. Nie lubić kaczki. Można nie lubić
pewnych teorii, można nie lubić pewnych znajomych, można, cholera, nie lubić
kobiet. Ale kaczki? Od początku zaobserwowałem u niej niedorozwój
umysłowy”(4).
Pewnego dnia Franca potrąciła taksówka, w rezultacie miał złamaną nogę.
Taksówkarz próbował umknąć, ale został złapany i doprowadzony przez
przechodniów. A oto co relacjonował świadek, czyli pani Antosia - Izabeli:
„- Sprowadzono taksiówkarza, żeby nazwisko podał, że niby wedle sprawy
sądowej. A tu Franciszek tym swoim wielkim głosem, jak nie krzyknie: »-
Zadnego pretokołu. Zadnej policji. Zadnego procesu...«. I leżąc na chodniku,
wyciąga rękę do zielono-sinego ze strachu szofera: »Dziękuję ci, przyjacielu,
żeś mnie zostawił przy życiu« – powiada. – »Dziękuję ci, żeś mnie zostawił
przy życiu«”(5).
I jeszcze jeden fragment, który ośmielę się tu zacytować:
„Wróciłam do domu późno wieczorem (...). Otworzyłam kluczem frontowe drzwi. W
przedpokoju słyszałam już wspaniały baryton mojego przyjaciela.
Do kogo on o tej porze przemawia – Na palcach podeszłam pod uchylone drzwi do
pracowni Jerzyka. Moje zdumienie nie miało granic. Na krzesłach,
poustawianych w rzędy, rozsiadły się koleżanki i przyjaciółki Weronki i
Józefowej. Słowem, pokój był przepełniony wszystkimi kucharkami i pokojówkami
z kamienicy. Naprzeciw tej publiczności siedział w głębokim fotelu,
przytaskanym z mojego pokoju, Franciszek. Pięknie, z uczuciem czytał na
głos »Pana Tadeusza«. Słuchałam i ja. Bałam się poruszyć, nie chciałam
przerywać. Franek czytał dobrze mi znane strofy z taką miłością i wyczuciem
każdego słowa, że, zdawało mi się, słyszę na nowo odkrytego »Pana Tadeusza«.
Klara, leżąca obok fotela, podniosła łeb i nagle z wizgiem rzuciła się w
stronę drzwi. – Przed nią nie mogłam się ukryć. Przyjaciółki, koleżanki
Weronki powstały z miejsc, gorąco dziękując Franciszkowi za tak wspaniały
wieczór, tłoczno i rojno opuszczały pokój.
- Fantastyczne! Co za inteligencja, jaka wrażliwość tkwi w narodzie – Franek
upojony powodzeniem zacierał ręce. – A może by panna Weroncia podała dwie
herbaty i ten kawałek zimnego ozora, który zostawiłem z kolacji. Chciałbym
jeszcze, hm, hm, trochę z naszą panią porozmawiać.
W chwileczkę potem siedzieliśmy już przy stole.
- Czy wiesz – powiedział smarując musztardą duże płaty ozora. – Jedno słowo
tylko okazało się niezrozumiałe, »magnat« pomieszał im się z »magnesem«
i »nadmanganianem potasu«. Weroncia wyjaśniała, że »magnata« kupuje się w
aptece i on to zabarwia wodę na fioletowo”(6).
("Moja wielka milosc")