Dodaj do ulubionych

Opowiadanie "Tut Turu"

05.04.03, 18:39
"Tut Turu"
Kazio, ośmioletni rozberbolony maluch, obejrzał w telewizorze quiz dla
dzieci „Tut Turu”.
Tak mu się spodobała piosenka śpiewana w nadanym tam teledysku, że wyszedł na
ulicę i zaczął samodzielnie ją wykonywać, naturalnie z pewnymi innowacjami:
- Wszystkie twoje zasrane problemy rozwiązać pomooooożemy! Do naszego dołącz
chóru i zaśpiewaj: Tut Turu! Tut Tuuuuuuuuuuuuuuuru! Gdy cię przyprze coś do
muru - miej to w dupie i Tut Turu!
Tak się złożyło, że ulicą przechodził jego tatuś. Był funkcjonariuszem
Zakładu Oczyszczania Miasta. Miał 25 lat. Kiedy był uczniem pierwszej klasy
ogólniaka, nawiązał ognisty romans z koleżanką z klasy. Siadali obok siebie
na przerwach i wodzili za sobą maślanym wzrokiem. Wkrótce sprawy zaszły
stanowczo za daleko. Miejscowy sąd wyraził zgodę na ślub, którego udzielił
ojciec panny młodej - kierownik USC. Ksantypa (imię zmienione z przyczyn
obiektywnych) przerwała naukę w liceum, ale później dokończyła na
wieczorówce. Tomaszko (imię również zmienione) uczył się źle, łapał dwóje,
wagarował, pił jabcoki w kiblu, rzygał po kątach i ze szkoły wyleciał. Zajęli
się Kaziem.
Kiedy Kazio miał dwa lata, Tomaszko nadal się włóczył. Pewnego dnia Ksantypa
powiedziała mu:
- Słuchaj, palancie. (Trzask! Trzask! - wałkiem.) Jak długo zamierzasz tak
jeszcze robić? I tak mi się nie wykręcisz! (Łupu! Cupu!) Rozwodu nie
dostaniesz.
Tomaszko został przykładnym ojcem. Latał jak kot z pęcherzem po różne rzeczy.
Ale żyć z czegoś trzeba. Któregoś dnia Ksantypa znowu wzięła wałek i
rozpoczęła konwersację:
- Tomeeeeeeeeeek! Słuchaj, dzieciuchowaty palancie. (Ryms! - wałkiem. Pac!
Pac! Pac! Pac! - pięścią.) Piłeś. Tak, piłeś! (Ping! Pong! - wałkiem. Ram!
Pam! Pam! - pięścią.) Już nie pijesz. Nie pijesz! (Wytargała go za uszy) Nie
pijesz! I bardzo dobrze! Ale pieniądze się kończą! Rozumiesz?! Rozumiesz?!
(Sru! - wałkiem przez łeb.) Czy ty, palancie, słoniu, tępa pało, jesteś to w
stanie pojąć? Ty, który przepiłeś dolary ukradzione ciotce?
- Zapomniała o nich.
- Twoje szczęście! Dupa wołałaby taś taś taś! (Sy! Sy! Sy! - po dupie.)
Rozumiesz? (złapała go za nos) Co ty rozumiesz?
- Rozumiem.
- Pieniędzy trzeba. Idź coś załatw.
Tomaszko poszedł z kolesiami na włam. Zamalowali kioskarza w gębę i mieli
pełno szmalu. Tomek zaczął paradować w wietnamskich tenisówkach i sztruksowej
czapce, a Ksantypa w butach na dwunastocentymetrowym obcasie. Pewnego dnia
spadła ze schodów, złamała nogę i wybiła sobie dwa zęby. Ale gdy wyszła ze
szpitala, ze sztywną nogą, o lasce, poszła prosto do dentysty i za szmal z
nowego włamu zrobiła sobie nowy garnitur.
Wiodło im się nieźle. Tomek obrabiał kioski, a któregoś dnia (właściwie była
to noc) wybrał się na sklep RTV. Jeden z kolesiów, przełażąc przez dziurę w
ogrodzeniu, podarł sobie portki, a na dodatek potknął się i przewrócił,
wypuszczając niesiony w rękach rozpakowany telewizor (rozpakowali go w
sklepie i patrzyli na nocny program RTL). Telewizor eksplodował. Było to
około stu metrów od komendy policji. Złapali wszystkich. Tomek dostał dwa
lata bez zawieszenia, bo trafił na lichego papugę, co drzemał na rozprawie.
Wyszedł z napisem „Nie daruję ci tej nocy” wytatuowanym na plecach i myszą na
półdupku. Ksantypa pobiła go wałkiem. Wreszcie teść załatwił mu pracę w ZOM.
Tam Tomek dostał się pod przemożny wpływ niejakiego Wieńczysława K., typka
niezrównoważonego psychicznie, infantylnego politykiera, morfinisty,
miłośnika „trawki” i pasera. Wieńczysław dosyć szybko nakłonił go do
oglądania „Tut Turu”. W każdy czwartek o 9.30 razem oglądali ten program i
wspólnie go przeżywali. Każde spotkanie zaczynali słowami „Tut Turu”, używali
też tych słów nagminnie na określenie wszystkiego. Wieńczysław gryzł Tomaszka
w nos, przez co Ksantypa myślała, że robi „skoki na boki”. Pewnego dnia
zaprosił więc Wieńczysława do siebie, aby udowodnić żonie całkowitą
bezpodstawność owych podejrzeń. Wieńczysław dotkliwie pokąsał całą rodzinę i
przez ponad sześć godzin, pijąc samogon, jedząc pizzę i paląc papierosy z
marihuaną rozmawiał z Tomkiem o ”Tut Turu”. Ksantypa też spróbowała „trawki”.
Kazio chciał. Tomek był nawet skłonny mu dać, ale Wieńczysław powiedział, że
nie lubi częstować.
Nic więc dziwnego, że Tomaszko, spotkawszy swego syna na ulicy, śpiewającego
o „Tut Turu”, zaczął mu wtórować - głośno, przeciągle i z jodłowaniem. Rzucił
cały kram (śmieciarka ZOM) i prędko pobiegł z Kaziem do domu, poniesiony na
fali ekstazy wywołanej „Tut Turu”. Pobiegł do lodówki, zażył trzymane tam
LSD, które też nazywał „Tut Turu”, następnie włączył video i zasiadł z synem
przez telewizorem. Z dzikim wyciem zabrali się do oglądania „Tut Turu”.
Piotrków Trybunalski, 30 marca 1995 roku
Obserwuj wątek
    • nabokoff Re: Opowiadanie 'Tut Turu' 23.04.03, 04:56
      miałbym drobną uwagę dotyczącą stylistyki utworu:

      składasz słowa pomijając zupełnie pole semantyczne w jakim są osadzone,
      np: "wodzili za sobą maślanym wzrokiem"
      wodzić można kogoś za nos, można też za kimś wodzić wzrokiem, ALE NIE MAŚLANYM

      maślanym wzrokiem można się nawzajem obsamrować, nasmarować, potłuścić etc.,
      nawet oślimaczyć - ale nie wodzić

      wodzenie jest zogniskowane - maślaność rozlana

      te dwie właściwości nie mogą występować wspólnie w jednej klauzuli!

      uszanowanka

      naboku (off)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka