a.adas
24.01.07, 01:05
Tegoż pisarza miałem odhaczonego od dawna, ale do jego ksiązki zajrzałem
dopiero pod wpływem wpisu Naszego Kochanego Moderatora (Niech żyje i 100
lat!). I nie żałuję.
Bouvier jest uznawany za pisarza specjalizującego się w relacjach z podróży.
W połowie lat 50. (albo trochę wcześniej) wybrał się w samochodową wyprawę do
Azji. Przez Jugosławię, Turcję, Afganistan dotarł do Indii, a następnie
przeprawił się na Cejlon. Na tej wyspie spędził bodaj dwa lata, wspomnienia z
tego okresu (książka została napisana 30 lat później) stanowią rdzeń
omawianego tomu. Może się mylę, ale pierwszej części wyprawy jest chyba
poświęcone "Oswajanie świata".
Słyszymy słowo "podróżnik" i kogo widzimy? Zawodowca-reportera goniącego za
sensacją? Turystę "zwiedzajacego" świat zza szyb autobusu? A może człowieka
tak zafascynowanego obcą odkrywaną kulturą, że aż idealizujacego ją i
przemilczającego wszystko co nie pasuje do slicznego obrazka? Bouvier nie
pasuje do żadnej z tych kategorii. Najbardziej (przynajmniej w tej ksiażce)
przypomina podupadłego byłego urzędnika kolonialnego. Przejawia się to choćby
w tym, ze od pewnego momentu używa sformułowania "nasza wyspa" lub "nasza
ulica".
Jego trwanie na wyspie to ciągłe zmagania z upałem, obserwacja przeróżnych
owadów, wysłuchiwanie monologów (w wykwintnej angielszczyźnie) miejscowych
czarnoskórych urzędników i sprzedawców oraz nocne spotkania ze zjawą jezuity.
Hmm, czyli nic się nie dzieje? No, w sumie nic. Ale jak to jest napisane! I
jak genialnie oddaje atmosferę końca świata (białego człowieka).