jachuw
15.02.07, 00:03
Od momentu, w którym Weiser "odbierał" procesję na Boże Ciało coś mi zaczeło
świtać. Potem było przeminienie, ostatnia wieczerza, wreszcie śmierć,
zmartwychwstanie i ponowne odejście w tunelu śmierci na Srebrzysku.
Niesamowicie przejmuje mnie ostatnia scena, gdy dorosły już bohater siedzi w
lisopadowy, deszczowy dzień koło nasypu i z rozpaczą patrzy w czarną czeluść
tunelu, którą kiedyś przemierzył z Weiserem...
Podzieliłem się moją hipotezą, ze znajomymi, którzy tę książkę czytali, ale
Dawidek, jako alegoria pierwszego, dziecinnego spotkania Huelle z Chrystusem w
pełnym hanzatyckich ech Gdańsku nie bardzo przypadł im do gustu.
A co wy na to?