Dodaj do ulubionych

Literatura i paw

13.08.03, 13:15
Czy zemdliło was kiedyś od czytania jakieś ksiązki? Czy są książki tak
obleśne, że wywołują torsje? Jakie macie doświadczenia w tym zakresie?
Mnie mdliło przy "Nad Niemnem", więc przy stronie 63 musiałem odłożyć i już
nigdy więcej nie wróciłem do tej książki.
p.v.
Obserwuj wątek
    • agata_edziecko Re: Literatura i paw 13.08.03, 14:58
      Owszem, mdliło nie przy "Spóźnionych kochankach" Whartona. Wiele osób nawet
      niezbyt lubiących Whartona, polecało mi tę książkę, ale mnie mdliło od słodyczy
      tych dialogów, nie doczytałam nawet do połowy.
      • jottka niejakość 13.08.03, 18:34
        lecz ilość

        jak widziałam przed sobą te dziesiąt czy set książek do egzaminów, to
        natychmiast ogarniały mnie wszelkie objawy :((
    • Gość: xiontz Re: Literatura i paw IP: 193.0.75.* 10.09.03, 14:27
      to co wypisuje Gretkowska niejednego może zemdlić, wytrzymałem jednak.
      pozrdo xiontz
      • aise Re: Literatura i paw 11.09.03, 07:37
        ostatnio niejaki sorokin wywołał u mnie odruch wymiotny....
    • magdusia8 Re: Literatura i paw 11.09.03, 08:40
      panchovilla napisała:

      > Czy zemdliło was kiedyś od czytania jakieś ksiązki? Czy są książki tak
      > obleśne, że wywołują torsje? Jakie macie doświadczenia w tym zakresie?
      > Mnie mdliło przy "Nad Niemnem", więc przy stronie 63 musiałem odłożyć i już
      > nigdy więcej nie wróciłem do tej książki.
      > p.v.

      Współczuję ogromnie, jeśli "Nad Niemnem wydaje się książką "obleśną". Rozumiem,
      że ktoś nie lubi czytać. Rozumiem, że ktoś nie lubi czytać "Nad Niemnem". Ale
      książka OBLEŚNA?!!!
      Dziwny jest ten świat ...
      • panchovilla Re: Literatura i paw 13.09.03, 01:59
        ty pójdziesz górą, ty ojdzies górą
        a ja doliną...
        p.v.
        • magdusia8 Re: Literatura i paw 15.09.03, 08:36
          panchovilla napisała:

          > ty pójdziesz górą, ty ojdzies górą
          > a ja doliną...
          > p.v.
          Ale kiedy ja RZECZYWIŚCIE POSZŁAM GÓRĄ ...
          Pozdrowienia z wyżyn
          • panchovilla Re: Literatura i paw 15.09.03, 15:33
            No to gratulacje, mogę od dzisiaj zwracać się do ciebie Mistrzu...
            p.v.
            podaj choćby trzy powody dla których warto przeczytać "Nad niemnem"
            • magdusia8 Re: Literatura i paw 16.09.03, 10:00
              "Nad Niemnem" to bardzo nostalgiczna powieść. Dzieje się w ciekawym czasie i
              miejscu. Sporo można się z niej dowiedzieć o naturze kobiecej (ach, te
              nieśmiertelne globusy, które weszły do kanonu powiedzonek)! Świetna konstrukcja
              i ciekawa fabuła. Sam język, aczkolwiek nieco archaiczny, bardzo piękny.
              Dodam, że była to absolutnie ukochana powieść mojej Mamy, nie moja. Moja to "W
              poszukiwaniu straconego czasu" i o niej wolałabym dyskutować, tylko niestety na
              moje apele nie ma odpowiedzi ... Może wreszcie trafiłam na prawdziwego smakosza
              literatury? ... ;-)))))))
              • panchovilla Re: Literatura i paw 17.09.03, 13:26
                Więcej się dowiedziałem o kobietach z Tytusa, Romak i Atomak, a archaiczny
                język i śmieszne powiedzonka to wypisz wymaluj Pierwsa Księga ich przygód.
                pzdr.p.v.
                • magdusia8 Re: Literatura i paw 17.09.03, 13:39
                  No i na zdrowie! Mój synek, na przykład, wiedzę o kobietach i mężczyznach
                  czerpie z kresków w Cartoon i Fox Kids oraz bajek czytanych na dobranockę. Też
                  uważam, że wiedzę powinno się czerpać z każdego dostępnego źródła. Dla ciebie
                  literatura o poziomie nieco powyżej komiksów jest zbyt trudna i ja to jestem w
                  stanie zrozumieć. Może to kwestia wieku, wykształcenia, może tego, że ogólnie
                  rzecz biorąc czytać nie lubisz? Wsio rawno, jak mówia nasi przyjaciele. Dodam,
                  że de gustibus est non dispotandum, czyli nie to ładne, co ładne, tylko to, co
                  się komu podoba.
                  Na tym polega pluralizm ;-)))))))
                  Z serdecznym pozdrowieniem
                  Nałogowa czytelniczka nie lubiąca komiksów od urodzenia.
    • Gość: ryża małpa Re: Literatura i paw IP: *.lublin.mm.pl 11.09.03, 09:54
      Mdliło mie całkiem powaznie przy " Kiedy oślica ujrzała anioła" Nika Cave`a i
      przy " Plugawym ptaku nocy " jose Donoso :PPP
      • Gość: myszney Re: Literatura i paw IP: *.crowley.pl 14.09.03, 12:13
        Aviomarin potrzebny jest mi przy Gretkowskieji chwilami "pochwała macochy",
        chociaż książka ogólnie świetna. "Nad Niemnem" nie lubię, ale określenie tej
        książki jako "obleśnej" to chyba przesada.
        • Gość: JM Re: Literatura i paw IP: *.waw.cdp.pl / *.waw.cdp.pl 14.09.03, 12:54
          Panna Nikt Tomka Tryzny - ktos ma podobne doswiadczenia?
          • Gość: myszney Re: Literatura i paw IP: *.crowley.pl 14.09.03, 13:14
            Dlaczego?
    • Gość: kaska Re: Literatura i paw IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 14.09.03, 14:04
      "pachnidlo" Suskinda, choc sama ksiazka bardzo dobra........
      A nad Niemnem nie czytalam, i nie bede czytala NIGDY
    • Gość: bonzaj Re: Literatura i paw IP: *.waw.cdp.pl / *.waw.cdp.pl 14.09.03, 21:32
      Mnie zemdliło jak czytałęm opis jak sięrobi mydło z ludzi w "medalionach" i
      wogole jeszcze kilka opisów z tej ksiażki spowodowało żę mimo najszczerszych
      chęci musiałem przerwać czytanie na jakiś czas...
    • Gość: Kubeł Re: Literatura i paw IP: *.uwoj.wroc.pl 15.09.03, 12:02
      Ojej, taka długa lista? Nie wystarczy. Zemdliło mnie po 20 stronie
      Masłowskiej. I nie poszedłem za ciosem, nie czytałem dalej, mam delikatna
      sluzowke zoładka, nie moge, lekarz zabronil. Poza tym mdli mnie co i rusz w
      ksiegarni, ale wtedy po prostu nie kupuje. Strasznie mi bylo zle przy lekturze
      drugiego tomu Krzysia Siwczyka, a przy trzecim jeszcze gorzej.
    • e998 dobry paw nie jest zły 15.09.03, 16:16
      przy jerofiejewie mdli
      ale to jak!!!!!!!
      wspaniały paw
      wielobarwny
      obsceniczny
      paw nad pawie
      rzyg nad rzygi
      chlust nad chlusty
      bluźnierczy wysiew pohlastanego życia
      pełen radośnie afirmowanego zachlania i zatracenia

      czasem o to w literaturze chodzi
    • Gość: Monika Re: Literatura i paw IP: *.chello.pl 16.09.03, 02:02
      Czytała Kosidowskiego "Malowany ptak" czy cos takiego. Doszłam do sceny gwałtu
      na Cygance, gwałcili ją butelką, później ktoś w butelkę kopnął......... nie
      czytałam dalej, mdliło mnie i się popłakałam. Później się zastanawiałam czy to
      świetny pisarz czy okropny ? Książki więcej nie wzięłam do ręki.
      Pozdrawiam
      Monika
      • Gość: vin Pamietasz ? Przytaczam w calosci... IP: 213.56.66.* 16.09.03, 02:49
        Przyznam sie, ze nie najlepiej bylo ze mna po tej lekturze:
        JANKO MUZYKANT
        Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie
        położnicy, kręciły głowami i nad matką, i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa,
        która była najmądrzejsza, poczęła chorą pocieszać:
        - Dajta - powiada - to zapalę nad wami gromnicę, juże z was nic nie będzie,
        moja kumo; już wam na tamten świat się wybierać i po dobrodzieja by posłać,
        żeby wam grzechy wasze odpuścił.
        - Ba! - powiada druga - a chłopaka to zara trza ochrzcić; on i dobrodzieja nie
        doczeka, a - powiada - błogo będzie, co choć i strzygą się nie ostanie.
        Tak mówiąc zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż
        poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:
        - Ja ciebie "krzcę" w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na
        przezwisko Jan, a terazże, duszo "krześcijańska", idź, skądeś przyszła. Amen.
        Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i opuszezać
        chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako mogła, i
        płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: "myślałby kto, kocię
        nie kocię albo co!"
        Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się
        lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo zipał, ale zipał; aż w
        czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim
        takim zdrowiu doszedł do dziesiątego roku życia.
        Chudy był zawsze i opalony, z brzuchem wydętym, a zapadłymi policzkami;
        czuprynę miał konopną, białą prawie i spadającą na jasne, wytrzeszczone oczy,
        patrzące na świat, jakby w jakąś niezmierną dalekość wpatrzone. W zimie
        siadywał za piecem i popłakiwał cicho z zimna, a czasem i z głodu, gdy matula
        nie mieli co włożyć ani do pieca, ani do garnka; latem chodził w koszulinie
        przepasanej krajką i w słomianym "kapalusie", spod którego obdartej kani
        spoglądał, zadzierając jak ptak głowę do góry. Matka, biedna komornica, żyjąca
        z dnia na dzień niby jaskółka pod cudzą strzechą, może go tam i kochała po
        swojemu, ale biła dość często i zwykle nazywała "odmieńcem". W ósmym roku
        chodził już jako potrzódka za bydłem lub, gdy w chałupie nie było co jeść, za
        bedłkami do boru. Że go tam kiedy wilk nie zjadł, zmiłowanie Boże.
        Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki przy rozmowie z
        ludźmi palec do gęby wkładający. Nie obiecywali sobie nawet ludzie, że się
        wychowa, a jeszcze mniej, żeby matka mogła doczekać się z niego pociechy, bo i
        do roboty był ladaco. Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną rzecz
        był tylko łapczywy, to jest na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak tylko
        trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. Pójdzie, bywało, do boru za
        bydłem albo z dwojakami na jagody, to się wróci bez jagód i mówi szepleniąc:
        - Matulu! tak ci coś w boru "grlało". Oj! Oj!
        A matka na to:
        - Zagram ci ja, zagram! nie bój się!
        Jakoż czasem sprawiała mu warząchwią muzykę. Chłopak krzyczał, obiecywał, że
        już nie będzie, a taki myślał, że tam coś w boru grało... Co? Albo on
        wiedział?... Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta!
        Echo też... W polu grała mu bylica, w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż
        się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i
        pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój
        rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach.
        Zobaczył go tak raz karbowy, stojącego z rozrzuconą czupryną i słuchającego
        wiatru w drewnianych widłach... zobaczył i odpasawszy rzemyka dał mu dobrą
        pamiątkę. Ale na co się to zdało! Nazywali go ludzie "Janko Muzykant"!...
        Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały
        rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty piały
        po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie, jakie on
        i w tym nawet słyszał granie... Do kościoła matka nie mogła go brać, bo jak,
        bywało, zahuczą organy lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy tak mgłą
        zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły...
        Stójka, co chodził nocą po wsi i aby nie zasnąć, liczył gwiazdy na niebie lub
        rozmawiał po cichu z psami, widział nieraz białą koszulę Janka, przemykającą
        się w ciemności ku karczmie. Ale przecież chłopak nie do karczmy chodził, tylko
        pod karczmę. Tam przyczaiwszy się pod murem, słuchał. Ludzie tańcowali
        obertasa, czasem jaki parobek pokrzykiwał: "U-ha!" Słychać było tupanie butów,
        to znów głosy dziewczyn: "Czegóż?" Skrzypki śpiewały cicho: "Będziem jedli,
        będziem pili, będziewa się weselili", a basetla grubym głosem wtórowała z
        powagą: "Jak Bóg dał! jak Bóg dał!" Okna jarzyły się światłem, a każda belka w
        karczmie zdawała się drgać, śpiewać i grać także, a Janko słuchał!...
        Co by on za to dał, gdyby mógł mieć takie skrzypki grające cienko; "Będziem
        jedli, będziem pili, będziewa się weselili." Takie deszczułki śpiewające. Ba!
        ale skąd ich dostać? gdzie takie robią? Żeby mu przynajmniej pozwolili choć raz
        w rękę wziąć coś takiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słuchać, toteż i
        słuchał zwykle dopóty, dopóki głos stójki nie ozwał się za nim z ciemności: -
        Nie pójdzieszże ty do domu, utrapieńcze?
        Więc wówczas zmykał na swoich bosych nogach do domu, a za nim biegł w
        ciemnościach głos skrzypiec: "Będziem jedli, będziem pili, będziewa się
        weselili", i poważny głos basetli: "Jak Bóg dał! Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!"
        Gdy tylko mógł słyszeć skrzypki, czy to na dożynkach, czy na weselu jakim, to
        już dla niego było wielkie święto. Właził potem za piec i nic nie mówił po
        całych dniach, spoglądając jak kot błyszczącymi oczyma z ciemności. Potem
        zrobił sobie sam skrzypki z gonta i włosienia końskiego, ale nie chciały grać
        tak pięknie jak tamte w karczmie: brzęczały cicho, bardzo cichutko, właśnie jak
        muszki jakie albo komary. Grał jednak na nich od rana do wieczora, choć tyle za
        to odbierał szturchańców, że w końcu wyglądał jak obite jabłko niedojrzałe. Ale
        taka to już była jego natura. Dzieciaczyna chudł coraz bardziej, brzuch tylko
        zawsze miał duży, czuprynę coraz gęstszą i oczy coraz szerzej otwarte, choć
        najczęściej łzami zalane, ale policzki i piersi wpadały mu coraz głębiej i
        głębiej...
        Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które
        zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył
        najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek.
        Ale ta chęć nie wyszła mu na dobre.
        We dworze miał skrzypce lokaj i grywał czasem na nich szarą godziną, aby się
        podobać pannie służącej. Janko czasem podczołgiwał się między łopuchami, aż pod
        otwarte drzwi kredensu, żeby im się przypatrzeć. Wisiały właśnie na ścianie
        naprzeciw drzwi. Więc tam chłopak duszę swoją całą wysyłał ku nim przez oczy,
        bo mu się zdawało, że to niedostępna jakaś dla niego świętość, której
        niegodzien tknąć, że to jakieś jego najdroższe ukochanie. A jednak pożądał ich.
        Chciałby przynajmniej raz mieć je w ręku, przynajmniej przypatrzeć się im
        bliżej... Biedne małe chłopskie serce drżało na tę myśl ze szczęścia.
        Pewnej nocy nikogo nie było w kredensie. Państwo od dawna siedzieli za granicą,
        dom stał pustkami, więc lokaj przesiadywał na drugiej stronie u panny
        pokojowej. Janko, przyczajony w łopuchach, patrzył już od dawna przez otwarte
        szerokie drzwi na cel wszystkich swych pożądań. Księżyc właśnie na niebie był
        pełny i wchodził ukośnie przez okno do kredensu, odbijając je w kształcie
        wielkiego jasnego kwadratu na przeciwległej ścianie. Ale ten kwadrat zbliżał
        się powoli do skrzypiec i w końcu oświetlił je zupełnie. Wówczas w ciemnej
        głębi wydawało się, jakby od nich biła światłość srebrna; szczególniej wypukłe
        zgięcia oświecone były tak mocno, że Janek ledwie mógł patrzeć na nie. W onym
        blasku widać było wszystko doskonale: wcięte boki, struny i zagiętą rączkę.
        Kołeczki przy niej świeci
        • Gość: vin ciag dalszy - Pamietasz ? Przytaczam w calosci... IP: 213.56.66.* 16.09.03, 02:54
          Kołeczki przy niej świeciły jak robaczki świętojańskie, a wzdłuż zwieszał się
          smyczek na kształt srebrnego pręta...
          Ach! wszystko było śliczne i prawie czarodziejskie; Janek też patrzył coraz
          chciwiej. Przykucnięty w łopuchach, z łokciami opartymi o chude kolana, z
          otwartymi ustami patrzył i patrzył. To strach zatrzymywał go na miejscu, to
          jakaś nieprzezwyciężona chęć pchała go naprzód. Czy czary jakie, czy co?... Ale
          te skrzypce w jasności czasem zdawały się przybliżać, jakoby płynąc ku
          dziecku... Chwilami przygasały, aby znowu rozpromienić się jeszcze bardziej.
          Czary, wyraźne czary! Tymczasem wiatr powiał; zaszumiały cicho drzewa,
          załopotały łopuchy, a Janek jakoby wyraźnie usłyszał:
          - Idź, Janku! w kredensie nie ma nikogo... idź, Janku!...
          Noc była widna, jasna. W ogrodzie dworskim nad stawem słowik zaczął śpiewać i
          pogwizdywać cicho, to głośniej: "Idź! pójdź! weź!" Lelek poczciwy cichym lotem
          zakręcił się koło głowy dziecka i zawołał: "Janku, nie! nie!" Ale lelek
          odleciał, a słowik został i łopuchy coraz wyraźniej mruczały: "Tam nie ma
          nikogo!" Skrzypce rozpromieniły się znowu...
          Biedny, mały, skulony kształt z wolna i ostrożnie posunał się naprzód, a
          tymczasem słowik cichuteńko pogwizdywał: "Idź! pójdź! weź!"
          Biała koszula migotała coraz bliżej drzwi kredensowych. Już nie okrywają jej
          czarne łopuchy. Na progu kredensowym słychać szybki oddech chorych piersi
          dziecka. Chwila jeszcze, biała koszulka znikła, już tylko jedna bosa nóżka
          wystaje za progiem. Na próżno, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wołasz: "Nie!
          nie!" Janek już w kredensie.
          Zarzechotały zaraz ogromnie żaby w stawie ogrodowym, jak gdyby przestraszone,
          ale potem ucichły. Słowik przestał pogwizdywać, łopuchy szemrać. Tymczasem
          Janek czołgał się cicho i ostrożnie, ale zaraz go strach ogarnął. W łopuchach
          czuł się jakby u siebie, jak dzikie zwierzątko w zaroślach, a teraz był jak
          dzikie zwierzątko w pułapce. Ruchy jego stały się nagłe, oddech krótki i
          świszczący, przy tym ogarnęła go ciemność. Cicha, letnia błyskawica,
          przeleciawszy między wschodem i zachodem, oświeciła raz jeszcze wnętrze
          kredensu i Janka na czworakach przed skrzypcami z głową zadartą do góry. Ale
          błyskawica zgasła, księżyc przesłoniła chmurka i nic już nie było widać ani
          słychać.
          Po chwili dopiero z ciemności wyszedł dźwięk cichutki i płaczliwy, jakby ktoś
          nieostrożnie strun dotknął - i nagle...
          Gruby jakiś, zaspany głos, wychodzący z kąta kredensu spytał gniewliwie:
          - Kto tam?
          Janek zataił dech w piersiach, ale gruby głos spytał powtórnie:
          - Kto tam?
          Zapałka zaczęła migotać po ścianie, zrobiło się widno, a potem... Eh! Boże!
          Słychać klątwy, uderzenia, płacz dziecka, wołanie: O! dlaboga! szczekanie psów,
          bieganie świateł po szybach, hałas w całym dworze...
          Na drugi dzień biedny Janek stał już przed sądem u wójta.
          Mieliż go tam sądzić jako złodzieja?... Pewno. Popatrzyli na niego wójt i
          ławnicy, jak stał przed nimi z palcem w gębie, z wytrzeszczonymi zalękłymi
          oczyma, mały, chudy, zamorusany, obity, nie wiedzący, gdzie jest i czego od
          niego chcą? Jakże tu sądzić taką biedę, co ma lat dziesięć i ledwo na nogach
          stoi? Do więzienia ją posłać czy jak?... Trzebaż przy tym mieć trochę
          miłosierdzia nad dziećmi. Niech go tam weźmie stójka, niech mu da rózgą, żeby
          na drugi raz nie kradł, i cała rzecz.
          - Bo pewno!
          Zawołali Stacha, co był stójką:
          - Weź go ta i daj mu na pamiątkę.
          Stach kiwnął swoją głupowatą, zwierzęcą głową, wziął Janka pod pachę, jakby
          jakiego kociaka, i wyniósł ku stodółce. Dziecko, czy nie rozumiało, o co
          chodzi, czy się zalękło, dość że nie ozwało się ni słowem, patrzyło tylko,
          jakby patrzył ptak. Albo on wie, co z nim zrobią? Dopiero jak go Stach w
          stodole wziął garścią, rozciągnął na ziemi i podgiąwszy koszulinę machnął od
          ucha, dopieroż Janek krzyknął:
          - Matulu! - i co go stójka rózgą, to on - "Matulu! matulu!!", ale coraz ciszej,
          słabiej, aż za którymś razem ucichło dziecko i nie wołało już matuli...
          Biedne, potrzaskane skrzypki!...
          - Ej, głupi, zły Stachu! któż tak dzieci bije? Toż to małe i słabe, i zawsze
          było ledwie żywe.
          Przyszła matka, zabrała chłopaka, ale musiała go zanieść do domu... Na drugi
          dzień nie wstał Janek, a trzeciego wieczorem konał już sobie spokojnie na
          tapczanie pod zgrzebnym kilimkiem.
          Jaskółki świegotały w czereśni, co rosła pod przyzbą; promień słońca wchodził
          przez szybę i oblewał jasnością złotą, rozczochraną główkę dziecka i twarz, w
          której nie zostało kropli krwi. Ów promień był niby gościńcem, po którym mała
          dusza chłopczyka miała odejść. Dobrze, że choć w chwilę śmierci odchodziła
          szeroką, słoneczną drogą, bo za życia szła po prawdzie ciernistą. Tymczasem
          wychudłe piersi poruszały się jeszcze oddechem, a twarz dziecka była jakby
          zasłuchana w te odgłosy wiejskie, które wchodziły przez otwarte okno. Był to
          wieczór, więc dziewczęta wracające od siana śpiewały: "Oj, na zielonej, na
          runi!", a od strugi dochodziło granie fujarek. Janek wsłuchiwał się ostatni
          raz, jak wieś gra... Na kilimku przy nim leżały jego skrzypki z gonta.
          Nagle twarz umierającego dziecka rozjaśniła się, a z bielejących warg wyszedł
          szept:
          - Matulu?...
          - Co, synku? - ozwała się matka, którą dusiły łzy...
          - Matulu, Pan Bóg mi da w niebie prawdziwe skrzypki?
          - Da ci, synku, da! - odrzekła matka; ale nie mogła dłużej mówić, bo nagle z
          jej twardej piersi buchnęła wzbierająca żałość, więc jęknąwszy tylko: "O Jezu!
          Jezu!", padła twarzą na skrzynię i zaczęła ryczeć, jakby straciła rozum albo
          jak człowiek, co widzi, że od śmierci nie wydrze swego kochania...
          Jakoż nie wydarła go, bo gdy podniósłszy się znowu spojrzała na dziecko, oczy
          małego grajka były otwarte wprawdzie, ale nieruchome, twarz zaś poważna bardzo,
          mroczna i stężała. Promień słoneczny odszedł także...
          Pokój ci, Janku!

          *

          Nazajutrz powrócili państwo do dworu z Włoch wraz z panną i kawalerem, co się o
          nią starał. Kawaler mówił:
          - Quel beau pays que l'Italie.
          - I co to za lud artystów. On est heureux de chercher lá-bas des
          talents et de les protéger... - dodała panna.
          Nad Jankiem szumiały brzozy...
          Henryk Sienkiewicz
          pozdrawiam
          vin

    • Gość: Kubeł Re: Literatura i paw IP: *.opole.cvx.ppp.tpnet.pl 16.09.03, 04:53
      Dodam jeszcze bajki Andersena, Braci Grimm i tego pieprzonego "Antka", w którym
      kopcą ludzie w piecu Rozalkę. Jerofiejew tylko z pozoru jest afirmantem
      chlania. A "Malowanego ptaka" Napisał Kosiński a nie Kosidowski.
    • xkropka Re: Literatura i paw 16.09.03, 09:54
      Odpadlam przy "Kompleksie Portnoya" Rotha... Historia z wydrazonym jablkiem
      byla ohydna.
      Ale dziwne, bo np. Bukowski mnie nie rusza...
    • szkoda_lata Re: Literatura i paw 16.09.03, 15:48
      ale, sprecyzuj pancho, chodzi o odruchy wywolane zbyt dosadnie opisanymi
      oblesnymi opisami czy poprostu dennoscia (no, zlagodze - nuda) ksiazki?
      zaden opis mnie nie przyprawil o torsje, ani pachnidlo, ani regulamin tloczni
      win, natomiast faktycznie powiesci typu nad niemnem powoduja doznania tak
      dojmujacej nudy (vide flaki z olejem - moze to i obrzydlistwo?...), ze zaczynam
      sie strasznie denerwowac i nigdy nie czytam na sile
      p.s. gratuluje 'przypadku pefala' - caly watek to majstersztyk manipulacji,
      szczerze pozdrawiam
      • panchovilla Re: Literatura i paw 17.09.03, 13:29
        pefała nie znam, to jakiś nygus próbuje mi narobić koło pióra, co do rzygu,
        chodziło mi o odruch wtymiotny spowodowany obcowanioem z ksiązką.
        p.v.
    • Gość: Sade'iste Re: Literatura i paw IP: *.walbrzych.sdi.tpnet.pl 17.09.03, 16:11
      "120 Dni Sodomy" markiza de Sade- nie dla ludzi o slabych zoladkach.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka