Dodaj do ulubionych

A GDZIE ŁYSIAK !?!

IP: *.walbrzych.cvx.ppp.tpnet.pl 06.09.03, 00:36

„NIKE” to porażka polskiej literatury! Skoro ma ona być nagrodą za literacką
twórczość, za najlepszą książkę, talent, oryginalność i zasłużoną artystyczną
popularność (ja przynajmniej tak ideę tego konkursu rozumiem) to jak wyjaśnić
ustawiczny brak wśród kandydatów do tej nagrody Waldemara Łysiaka – PISARZA,
jak mało kto naprawdę na tę nagrodę zasługującego. Łysiak to prawdziwa
literacka „perełka”, od dawna wyróżniająca się na naszym rynku wydawniczym.
Kiedy wreszcie skończy się osławiona już „antyłysiakowska zmowa
przemilczania”? Rewia kandydatów do „NIKE” jest co roku niemal ta sama
(obowiązkowo Miłosz i Szymborska). W tym roku można już zupełnie załamać
ręce. Kandyduje Dorota Masłowska – twórczyni humbuga hołubionego
przez „znawców” (ale wpadka Pilcha!). Autorka „Wojny polsko – ruskiej...”-
pseudointelektualnego bełkotu i pseudoartstycznego werbalnego dresiarstwa -
jest nominowana do nagrody literackiej, która w naszym kraju uchodzi za
prestiżową. Masłowska w przekonaniu kapituły bardziej zasługuje na
literackie laury niż najlepszy polski pisarz, od lat potwierdzający swoją
klasę, autor chociażby absolutnie mistrzowskiego „KIELICHA” (2002). Nie
wierzę! Jeżeli o nominacji i zwycięstwie w konkursie „NIKE” rzeczywiście
decyduje wartość artystyczna dzieła literackiego, a nie koniunkturalizm
i „polityczna poprawność” twórcy, to nieobecność Waldemara Łysiaka wśród
nominowanych do „NIKE” (w ciągu całej historii tej nagrody) uważam za
kompromitację polskiej krytyki literackiej i samego konkursu. Coraz bardziej
się przekonuję, iż nie mylił się Łysiak, kiedy w jednym z tekstów przeciw
cenzurze w III RP pisał: „Gangrena systemu opiniotwórczego, który (wskutek
zdominowania mediów III Rzeczypospolitej przez gangi czerwonych i różowych)
panuje już bite 10 lat - to "obieg zamknięty"(jak trafnie nazwał go Andrzej
Gelberg), gdzie "sami swoi" przydzielają "samym swoim" laury, pochwały,
stypendia, zezwolenia, recenzje, koneksje, pieniądze, okienka telewizyjne,
pseudodyskusje artystyczne, patenty i prezenty, rankingi i sponsoringi,
skolko ugodno, byleś grzecznie merdał ogonkiem i bił łapkami brawka
dyrygentom, czyli "rozprowadzającym" ("Olkom", "Lesiom", "Adasiom" et
consortes)”( 13-X-2000) .



Obserwuj wątek
    • Gość: Grzech Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 07.09.03, 13:01
      Gość portalu: pinkflojd napisał(a) m.in.:
      > „NIKE” to porażka polskiej literatury! Skoro ma ona być nagrodą za
      > literacką
      > twórczość, za najlepszą książkę, talent, oryginalność i zasłużoną artystyczną
      > popularność (ja przynajmniej tak ideę tego konkursu rozumiem) to jak wyjaśnić
      > ustawiczny brak wśród kandydatów do tej nagrody Waldemara Łysiaka – PISAR
      > ZA,
      > jak mało kto naprawdę na tę nagrodę zasługującego. Łysiak to prawdziwa
      > literacka „perełka”, od dawna wyróżniająca się na naszym rynku wyda
      > wniczym.
      > Kiedy wreszcie skończy się osławiona już „antyłysiakowska zmowa
      > przemilczania”? Rewia kandydatów do „NIKE” jest co roku niema
      > l ta sama
      > (obowiązkowo Miłosz i Szymborska). W tym roku można już zupełnie załamać
      > ręce. Kandyduje Dorota Masłowska – twórczyni humbuga hołubionego
      > przez „znawców” (ale wpadka Pilcha!). Autorka „Wojny polsko &
      > #8211; ruskiej...”-
      > pseudointelektualnego bełkotu i pseudoartstycznego werbalnego dresiarstwa -
      > jest nominowana do nagrody literackiej, która w naszym kraju uchodzi za
      > prestiżową. Masłowska w przekonaniu kapituły bardziej zasługuje na
      > literackie laury niż najlepszy polski pisarz, od lat potwierdzający swoją
      > klasę, autor chociażby absolutnie mistrzowskiego „KIELICHA” (2002).
      > Nie
      > wierzę! Jeżeli o nominacji i zwycięstwie w konkursie „NIKE” rzeczyw
      > iście
      > decyduje wartość artystyczna dzieła literackiego, a nie koniunkturalizm
      > i „polityczna poprawność” twórcy, to nieobecność Waldemara Łysiaka
      > wśród
      > nominowanych do „NIKE” (w ciągu całej historii tej nagrody) uważam
      > za
      > kompromitację polskiej krytyki literackiej i samego konkursu.

      Witaj Pinkflojd,
      zgadzam się z Tobą. Niebotyczna klaka robiona miernotom jest hiperkompromitacją
      tzw. krytyki literackiej.
      Nie ma praktycznie roku, by nie wydał czegoś rewelacyjnego. Od kiedy istnieje
      nagroda Nike, Łysiak mógł ją otrzymać za "Malarstwo Białego Człowieka" (t. 1 i
      2, 1997), lub za pozostałe sześć tomów błyskotliwej historii malarstwa
      światłocieniowego Zachodniej Europy, "Cena" (2000), "Stulecie kłamców" (2000) i
      ostatni, cudowny "Kielich" (2002).
      Zamilczanie, jakie ma miejsce od 1990 roku, nie zmienia tego faktu, że i tak
      pozostaje On jednym z gigantów literatury polskiej.

      Pink, wiesz doskonale, że Łysiak nie zostanie nominowany do tej nagrody, a
      nawet jeśli by tak się ziściło, to nigdy jej nie otrzyma, ale i tu, gdyby
      zdarzył się cud - nie odbierze jej. To Wilk. On nie przyjmuje nagród od
      blagierów.

      Jeśli nie byłeś na stronach Mu poświęconych, to zajrzyj na stronę
      www.lysiak.chrzanik.com, lub www.wyspy.prv (tu jest chyba jakaś przerwa).
      Pozdrawiam Cię serdecznie,
      Grzegorz Hajduk
      • Gość: ich1 Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.ists.pl / 192.168.0.* 07.09.03, 19:03
        To może mały konkursik dla fanów twórczości naszego największego pisarza,
        naszego "WILKA".
        Z jakiej ksiązki pochodzi poniższy cytat:
        "Jim skoczył do samochodu, ptrzyniósł duże pudełko prezerwatyw , wyjął jedną
        dla siebie, a drugą podał bliźniakowi. Natychmist otoczył go tłum klientów.
        (...)
        - Zwariowałeś, skurwi#elu! - ryknął Frost - Dwadzieścia dolców za jedną gumę?
        - To owiń sobie fiu#ta pięciodolarówką, będziesz miał tańszy kondonik(...)
        W każdym kraju i pod każdą szerokością geograficzną kobiety walczą o wyższą
        pozycję rozkraczając nogi.(...). Du#pa to ich jedyny instrument w walce
        hierarchicznej i karierologicznej, czarne białe, żółte, brązowe i czerwone,
        bez różnicy, różnić je może tylko regionalny folklor podawania sromu, ale to
        już wchodzi w zakres gimnastyki. Sa skazane na ten oręż, innego im natura nie
        dała, to biologiczny handicap"
        Przy okazji zwracam uwagę, że nasz geniusz pióra nie zna znaczenia
        słowa "handicap". Pozdrawiam.
        • Gość: Kon wyscigowy Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.MAN.atcom.net.pl 07.09.03, 21:18
          Handicap to obciazenie. Lysiak uzyl tego slowa wlasciwie. Biegam na Sluzewcu,
          to wiem.
          Pozdrawiam wszystkie klacze!
        • Gość: Grzech Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 08.09.03, 22:43
          Handicap to inaczej fory – Waldemar Łysiak, wbrew sugestiom, zna ten termin i
          użył go poprawnie w "Konkwiście" (zachęcam do pilnej lektury „Słownika wyrazów
          obcych”).
          Wychodzi na to, że Pan, geniusz krytyki, w ogóle nie zrozumiał, o czym jest
          tekst „Casablanki” w krótkiej dyspucie o kobietach prowadzonej przez komandosów-
          najemników (krótkiej, bo te prawdziwe były pod ręką, w dodatku „gotowe”). Nota
          bene, jakim językiem mówią do siebie zwykli żołnierze? Literackim? Zdania
          złożone, tryb przypuszczający, „proszę”, „dziękuję uprzejmie”, „och, jaki ładny
          pistolet, mój przyjacielu!”, „chciałbym dziś spotkać się z miłością mego
          życia”? A jak do najemników miał się zwracać prof. „Casablanca”? 11-zgłoskowcem
          czy może limerykiem? Wolne żarty! „Casablance” zresztą używanie języka prostych
          żołnierzy łatwo przyszło, gdyż był z natury skłonny do takich odzywek. Nie
          zmienia to tego, że wypowiedziane przez niego zdanie jest trafione, i oddaje
          istotę rywalizacji męsko-damskiej.
          Poza tym ten Pański wybiórczy cytat nie oddał sensu wypowiedzi. W
          powieści „Casablanka” mówi o "biologicznym handicapie", czyli o wyrównaniu
          szans kobiet przytłoczonych wyższością intelektualną mężczyzn. Uwielbiam takie
          wybiórcze cytowanie, które z cytowanego robi wulgarnego twórcę – w domyśle –
          który tak robi po to tylko, bo nie nic innego do przekazania - to sztuczka
          jarmarczna, która ma krótkie nóżki. Otóż to nieprawda: Łysiak nawet, jeśli
          używa takich zwrotów, to jest to tylko forma; gdyby to ktoś inny pisał powieść
          w stylu „Konkwisty”, to bez trzech k... i innych kawałków „mięsa” na jednej
          stronie, książka by nie powstała. Łysiak we wcześniejszych książkach udowodnił,
          że w swych dziełach, by stały się one przebojem księgarskim, nie musi używać
          tej formy. Jego czytelnicy doskonale o tym wiedzą.
          Podanie kilku przekleństw wyciągniętych z treści ma stanowić o wartości języka
          tego wybitnego polskiego pisarza? Wolnego! A co w takim razie zrobimy z Hłaską,
          Fredrą, Piaseckim i innymi, którzy „grając” swe frazy, stosowali taką, a nie
          inną stylistykę, pasującą do ich zamierzeń.
          Cała scena z murzyńskimi dziewczynami ma swą wagę – celne zdanie „Casablanki”
          (kto potrafi w kilku wersach tak opisać ludzki ring?), pokazanie wyższości
          odwiecznych prawd hormonalnych nad prawami ludzkimi. I to wszystko napisane na
          dwóch stronach językiem, którego Mu zazdrości całe stado literatów.
          Dla tych, którzy sądzą po komentowanej wypowiedzi, że język Łysiaka zastosowany
          przez niego w „Konkwiście” jest jakimś przekazem nieciekawym i
          nafaszerowanym „łaciną”, proponuję cytat całej sceny z „Konkwisty”, kultowej
          powieści, która miała w trzech edycjach ponad 150.000 nakładu (!), (wyd. I,
          Warszawa 1988, s. 136-137). Oto on:

          Niecałą milę dalej zatrzymała ich rzeka. Musieli ją przekroczyć, a nie
          wiedzieli gdzie, choć bliskość wsi mówiła, że bród jest niedaleko. Nadchodził
          zmierzch, „Mina” zdecydował się rozbić obóz. Nim strawa w kotłach uległa
          zagrzaniu, a namioty uzyskały sztywność pod wpływem lin, złożono im wizytę.
          Dwadzieścia kilka kobiet, a właściwie dziewcząt, usiadło na ziemi, kilkanaście
          jardów od skraju obozowiska, zgrabne jak kariatydy i prawie nagie, z płócienną
          ni to spódniczką, ni z mosiężnymi bransoletkami na nogach i przegubach rąk. Już
          we wsi Lerocque [„Mina” – G.H.] miał złe przeczucia, widząc ich urodę. Jeszcze
          się łudził, że przyszły tylko coś wyżebrać. Spojrzał na porucznika Takebo.
          − Czego one tu chcą? Po co przyszły?
          − Po luluputu. Chcą się z wami pieprzyć, dowódco − uśmiechnął się porucznik.
          − Ich mężowie wysłali je tutaj?
          − Nie, w tym plemieniu mężatka stanowi prywatną własność swego męża i nie może
          chodzić goło, ma spódnicę od pasa do kostek , po tym można ja odróżnić od
          dziewcząt, które są własnością wszystkich i mogą się rżnąć z kim mają ochotę.
          Teraz mają apetyt na was.
          Lerocque odwrócił się. Za jego plecami stało kilkudziesięciu mężczyzn, wszyscy,
          z ekipą geologów włącznie! Kilkadziesiąt par oczu pożerało, rozbierało,
          gwałciło czarne piękności. Dziewczęta zaczęły wstawać. Miały leniwe, ociężałe
          ruchy, a ich przydymione oczy znały dobrze umiejętność wymownego spojrzenia.
          Zakaz nic by tu nie dał; spróbował powstrzymać amok inaczej:
          − Proszę bardzo! – krzyknął. − Kto chce zdechnąć na AIDS, niech się bawi!
          To ich zmroziło, wiedzieli, że Afryka jest wylęgarnią AIDS. Nie przewidział
          sprytu braci Clayton, którzy byli w Afryce, cierpieli na męską odmianę
          nimfomanii i wiedzieli z gazet, gdzie zrodziła się AIDS. Jim skoczył do
          samochodu, przyniósł duże pudełko prezerwatyw, wyjął jedną dla siebie, a drugą
          podał bliźniakowi. Natychmiast otoczył go tłum klientów.
          − Jim, daj jedną! Stary, i dla mnie, i dla mnie!
          − Dwadzieścia dolców sztuka! – oznajmił Clayton.
          − Zwariowałeś, skurwielu! – ryknął Frost. – Dwadzieścia dolców za jedną gumę?!
          − To owiń sobie fiuta dwudolarówką, będziesz mieć tańszy kondonik – poradził mu
          niewzruszony Clayton.
          Znalazł nabywców, lecz raptownie jedna z dziewcząt podbiegła ku nim i zaczęła
          gestykulować, wykrzykując coś, czego nie rozumieli. Lerocque spojrzał na Takebo.
          − One nie chcą kondonów – wyjaśnił porucznik. – Możecie to schować, nie godzą
          się na to. One tu przyszły po prezent lub napiwek. One chcą urodzić jaśniejsze
          dzieci, wodzu, to zwiększy ich ważność i godność, to tutaj chluba, duma i
          honor. To jest walka o pozycję we wsi...
          − Nie tylko tutaj – wtrącił „Casablanca” – w każdym kraju i pod każdą
          szerokością geograficzną kobiety walczą o wyższą pozycję rozkraczając nogi. Nie
          musicie mieć kompleksów, poruczniku. Dupa to ich jedyny instrument w walce
          hierarchicznej i karierologicznej, czarne, białe, żółte, brązowe i czerwone,
          bez różnicy, różnić je może tylko regionalny folklor podawania sromu, ale to
          już wchodzi w zakres gimnastyki. Są skazane na ten oręż, innego natura im nie
          dała, to biologiczny handicap. Odkąd istnieje cywilizacja, nie narodził się ani
          żaden jeden Leonardo lub Napoleon czy Einstein w spódnicy...
          − Ken, stul dziób! – warknął Lerocque, przerywając tokowanie Lorninga
          [„Casablanki” – G.H.].
          Nie wiedział, co zrobić. Takebo wzruszył ramionami:
          − Tu nie ma AIDS, wodzu. AIDS jest dalej na północ, zaczyna się jakieś tysiąc
          mil stąd. Ci tutaj żyją długo i zdrowo.
          Lerocque uświadomił sobie, że może rozkazać prawie wszystko. Może gnoić za
          wzajemną antypatię tych dwóch, Polaka i Amerykanina. Może postawić szlaban
          przed Nortoltem. Może tłumić burdy, karać, nawet wieszać i rozstrzeliwać. Ale
          nie może powstrzymać stada głodnych samców. I siebie samego. To nie było w jego
          mocy.
          Chwycił za przegub rozgestykulowaną Murzynkę i zaprowadził do swojego namiotu.
          Koniec cytatu.

          Ponadto sam Autor w „Posłowiu na temat formy i treści” (s. 257 i nast.)
          wyjaśniał:
          „Pani Czytelniczko i panie Czytelniku. Jeżeli jesteś wielbicielką
          (wielbicielem) Joyce’a czy Prousta, to nie jesteś wielbicielką (wielbicielem)
          tego typu literatury, do którego należy „Konkwista”. Zgódź się jednak ze mną,
          iż nie ma w literaturze właściwszej formy sprzedawania prawd politycznych niż
          ta, którą zastosowałem dla „Konkwisty”. Proustem można rozbebeszyć człowieka aż
          do zakamarków, które ktoś kiedyś nazwał duszą; do krojenia politycznej anatomii
          i wyciągania na światło dzienne duszy politycznej, trzeba używać innych
          skalpelów. Intymność jaźni oraz intymność gier politycznych domagają się
          różnych opakowań na literackim straganie. Miłość można wmówić serenad
          • Gość: Grzech Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.zab.citynet.pl / 10.8.1.* 08.09.03, 22:46
            cd.
            różnych opakowań na literackim straganie. Miłość można wmówić serenadą, ale
            spróbujcie skaptować wyborców serenadą. <<Prawda jest kwestią formy>> (Wilde).
            Gatunki literackie są również kwestią czasów, w których żyją. Raymond Chandler
            stwierdził w 1949 roku (i nikt mu nie zaprzeczył), że nawet Szekspir, gdyby żył
            w XX wieku, przystosowałby się do niego pisząc scenariusze dla Hollywoodu i
            <<kryminały>> (...)”.

            W razie niejasności proszę o kontakt: grzechhajduk@poczta.onet.pl
            Grzegorz Hajduk
            • Gość: ich1 Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.ists.pl / 192.168.0.* 09.09.03, 00:14
              Dobrze, podyskutujmy. Zarzut plagiatu podtrzymuję. Co do szczegółów - podam za
              tydzień. Książka o którą mi chodzi jest dość trudno dostępna i nie jestem
              teraz pewien pisowni nazwiska autora. W ciągu siedmiu dni obiecuję sprawę
              przybliżyć. Co do handicapu: "Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych"
              Władysłwa Kopalińskiego: " Handicap: sztuczne wyrównanie szans silniejszego i
              słabszego przeciwnika w zawodach sportowych igrach(przez zróżnicowanie
              dystansu, obciążenia, punktów do zdobycia etc.), niekorzystne obciążenie,
              sytuacja utrudniająca dokonanie czegoś; por. for.""For: przywilej, przewaga
              początkowa(...)" Nawiasem mówiąc,słowo handicap pochodzi z języka
              angielskiego, gdzie oznacza właśnie dodatkowe obciążenie. Dla mnie jest
              oczywiste, że Łysiak źle posłużył się tym terminem. Co do wybiórczego
              cytowania: wydaje mi się, że - pomimo skrótów - oddałem sens fragmentu
              książki. Wydaje mi się, że poglądy "Casablanki" są Łysiakowi dość bliskie.
              Wolno mu, ale dla mnie nie jest to dodatkowy argument by uważać go za
              wybitnego pisarza(oględnie rzecz ujmując). Jeżeli chodzi o język najemników:
              najwybitniejszą książką na ten temat są m.zd. "Psy wojny" Forsytha, a tam
              próżno szukać takich fraz jak w cytacie. Czyli jednak można się bez nich obyć
              i napisać coś ciekawego. Jeżeli chodzi o nakłady: książki pani Grocholi też
              sprzedają się świetnie, tylko co z tego wynika? Na pewno nie to, że to wybitna
              literatura. I rzecz najważniejsza: każdy ma swój gust. Moim ukochanym
              pisarzem jest Flaubert. Wolno mi? Dlatego mogę nie mieć zbyt wysokiego
              mniemania o twórczości WŁ. Nie jest to chyba powód, by wyzywać mnie
              od "pustostanów". Nie oceniam człowieka po tym, jakie książki czyta i nikogo
              nie obrażam za to co mu się podoba. Ale zachęcam do dyskusji: ich1@gazeta.pl.
              A "Dobrego" nadal uważam za bełkot, bo nikt mi nie może wytłumaczyć, po co są
              te skoki w czasie.
              • Gość: Grzech Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.zab.citynet.pl / *.citynet.pl 13.09.03, 16:57
                Poczekam na szczegóły "plagiatu", naturalnie.

                Nie chcę tak klarować ad infinitum, ale użycie zwrotu "biologiczny handicap"
                rozumiem jako danie przez naturę możliwości korzystania z takiego oręża
                kobietom, przez co właśnie nastąpiło wyrównanie szans słabszego wobec
                silniejszego.

                Wcale nie chcę, byś uważał Łysiaka za wybitnego pisarza, nie dbam o to. Ja
                oceniam ludzi m.in. po tym, jakie książki czytają, a nawet po tym, czy w ogóle
                czytają książki (mam do tego prawo), ale na ogół nie werbalizuję tego. To, że
                Twój ulubiony pisarz to Flaubert mnie w niczym nie wadzi, jak również zupełnie
                w niczym nie uwiera mnie to, jakie masz mniemanie o twórczości Łysiaka.
                Przeszkodziła mi tylko jedno: pisanie o czymś, czego się nie rozumie, że to
                bełkot oraz późniejsza próba tworzenia fałszywego obrazu języka literackiego
                Łysiaka.

                Jeśli ja nie zrozumiem drobnego fragmentu "Pani Bovary" Flauberta, to nie rzucę
                gołosłownie, że jego dzieło to bełkot.

                Nie chciałem Cię obrazić - przepraszam. Na pewno nie cjciałem i nie obraziłem
                Cię za to, co Tobie się podoba - tu naprawdę nie rozumiem Twej wypowiedzi.
                Tak jak Ty napisałeś o kimś, że jego książka to bełkot, tak i ja miałem prawo
                napisać, cytuję: Wiem, że nie każdy musi upijać się boską prozą Łysiaka, ale
                puste hasło, że to "bełkot" obraża inteligencję dziesiątek tysięcy jego
                wiernych miłośników (nie mówiąc o tysiącach innych czytających tylko niektóre
                Jego hity) i obnaża "pustostan" miotacza kalumnii. Koniec cytatu. Tobie wolno
                kogoś obrażać, a mnie nie wolno tego nazwać po imieniu?!

                Na pewno nie zgodzę się na insynuacje co do języka przekazu Łysiaka -
                mianowicie takie, że jest naszpikowany wulgaryzmami - to właśnie chciałeś
                udowodnić chlastając dwie stronice Jego książki i wyrzucając z nich te zdania,
                w których takich słów nie było, nie mówiąc o tym, że taką wygodną selekcją
                pozbawiłeś ten fragment książki sensu. Już też to wyjaśniałem: język,
                jakim "operują" na co dzień "chirurdzy" z szybkostrzelnymi spluwami to forma,
                najemnicy nie mówią jęykiem arystokratów grających w golfa lub polo, lecz
                potocznym, rynsztokowym. To, że inni autorzy tego gatunku nie używają
                przekleństw, nie znaczy, że nie padają one w takim środowisku.

                Poza tym Łysiak wcale nie pretendował do podium, na którym stoi Forsyth, bo On
                i tak już stoi, i to na kilku naraz. Wilk dał tylko próbkę swych możliwości w
                tym gatunku, ot co. Jeśli dałeś "próbkę" języka Łysiaka, to była to próbka,
                która miała potwierdzić tylko Twoją obraną z góry tezę (dlaczego nie dałeś
                przykładów języka Łysiaka z "Francuskiej ścieżki", "Wysp
                zaczarowanych", "MW", "Wysp bezludnych", "Milczących psów", "Fletu z
                mandragory", "Szuańskiej ballady"?).

                Nie odważyłbym się nawet porównać twórczości Mistrza Łysiaka z Grocholą. Jedną
                z podstawowych różnic to ta, że nakład "Konkwisty" był taki duży bez udziału
                mediów; nikt nie wciskał publice, że coś jest m o d n e, że mają to k u p i ć
                (nieważne czy przeczytają, ale mają nabyć, bo "niemanie" czegoś takiego jest
                be).

                150.000 nakładu "Konkwisty" podałem, by pokazać, że Łysiak nawet w takim
                gatunku bił rekordy popularności w Polsce. Nie napisałem, że wysokość nakładu
                równa się wybitna literatura, nie jestem głupcem. Wtedy musielibyśmy uznać
                wielkość największych myślicieli XX w.: Dżugaszwilego, Chruszczowa, Breżniewa.

                "Konkwista" z pewnością nie pretenduje do miana literatury wybitnej, to
                znakomita rozrywka okraszona świetnymi dialogami, z nieodłącznym poczuciem
                humoru i erudycją, wieloma błyskotliwymi spostrzeżeniami o ludzkiej naturze i
                rzeczywistości geopolitycznej (theatrum mundi od kulis). Do
                kategorii "wybitność" i znacznie wyższych wystartowały inne Jego książki i na
                razie utrzymują bardzo wysokie lokaty w wyścigu, w którym nie ma mety.

                Jeśli naprawdę chcesz spróbować pojąć kilka fragmentów "Dobrego" dot. "wstawek"
                z innym czasem akcji, to na stronie www.lysiak.chrzanik.com. w forum pod
                tematem "Temat!" jest kilka wypowiedzi Jego fanów w tejże materii. Jest to
                również temat, który mnie frapuje.

                Grzegorz Hajduk
                • Gość: ich1 Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.ists.pl / *.ists.pl 14.09.03, 18:49
                  Możemy sobie o tym "handicapem" dykutować do woli, ale zwracam uwagę na jedno:
                  napisałeś, że handicap to to samo co for i odesłałeś mnie do słownika wyrazów
                  obcych. Pytam więc: te wyrazy to synonimy, czy wręcz przeciwnie?
                  Napisałem, że Dobry to bełkot i nadal to podtrzymuję, nie dlatego, że tego nie
                  rozumiem, tylko dlatego, że ta książka to groch z kapustą, w dodatku
                  niechlujnie napisany. Na marginesie: zupełnie mnie rozśmieszyła opowieść o
                  warszawskich gangsterach, którzy byli pod wrażeniem "kminy". Trzeba być bardzo
                  naiwnym, żeby wierzyć w takie bajki.
                  Co do fragmentu Konkwisty, to chodziło mi nie tylko o język ( w którym - mam
                  wrażenie - Łysiak ostanio się lubuje), tylko o jego stosunek do kobiet. Wydaje
                  mi się, że w pełni podziela poglądy Casablanki na temat owego "biologicznego
                  handicapu". Jeżeli tak jest - to mogę mu ( i jego żonie) tylko współczuć.
                  Komentować tego i tak nie ma sensu.
                  Sama Konkwista jest zresztą powieścią bardzo słabiutką. Pomijam już to,że z
                  Forsytha zrzyna bez najmniejszych oporów. Całość jest przykładem na to jak
                  Waldek sobie politykę międzynarodową wyobraża. Najśmeszniejszy jest wątek
                  irlandzkiego terrorysty, który idzie na układy z Brytyjczykami - jest to
                  pomysł obrażający inteligencję każdego, kto przeczytał więcej niż jeden
                  sensowny kryminał. Zabawny jest też jeden malutki błąd, który świadczy o
                  poziomie wiedzy Łysiaka na tematy, o których pisze. Lord Benton wspomina na
                  początku, że listopad to w Wlk. Brytanii "miesiąc wyborczy". To oczywista
                  bzdura, bo w tym kraju nie ma stałej daty wyborów - odbywają się wtedy, gdy
                  jest to najwygodniejsze dla akurat rządzącej partii (ale nie rzadziej niż 5
                  lat). To drobiazg, ale jeżeli ktoś chce napisać książkę o "rzeczywistości
                  geopolitycznej", to powinien mieć o takich kwestiach pojęcie (chociaż blade).
                  I jeszcze jedna kwestia: dialogi w książkach Łysiaka są dla mnie tak
                  drewniane, że można nimi w piecu palić. Ale to oczywiście kwestia gustu,
                  Poozdrawiam.
                  PS. do plagiatu wrócę za kilka dni
      • Gość: Grzech Re: A GDZIE ŁYSIAK !?! IP: *.zab.citynet.pl / *.citynet.pl 13.09.03, 17:50
        Ten drugi adres jest już nieaktualny. Obecnie jedna z najlepszych stron
        poświęcona Mistrzowi Łysiakowi jest pod: www.wyspywirtualne.webpark.pl
        Grzech Hajduk

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka