glamourous
21.04.15, 01:44
Od razu zaznaczam, ze Ameryki tym watkiem nie odkryje.
Ale chcialam sobie podywagowac po tym, jak to zostalam przez jednego faceta ostatnio poczestowana tekstem "bo moja bylej to sie ciagle chcialo, a ty to taka raczej niskolibidowa jestes".
Spadlam na to dictum - symbolicznie - z krzesla na ktorym siedzialam, bo stanely mi przed oczami wszystkie moje lata spedzone na tym forum w charakterze niezaspokojonej, wiecznie dyszacej zadza wysokolibidowki. Oraz liczne sceny, kiedy to moj byly ukochany (ten przez ktorego trafilam tutaj wiele lat temu) zalamywal rece nad moja wymagajaca leczenia nimfomania ;)
Nie myslalam, ze przyjdzie taki dzien, kiedy ktos mi zarzuci niskolibidowosc.
Chichot losu, no normalnie ;)
A oto kontekst : po rozstaniu z mezem zdarzylo mi sie kilka luznych, bardzo namietnych zwiazkow, pare z nich bylo nawet rownoleglych :) Niestety, zyciowo zupelnie nie pasowali mi ci faceci. Niedawno zas poznalam wlasnie tego kogos zyciowo pasujacego cudnie - faceta sporo ode mnie starszego, lekko po 50tce, super pod kazdym mozliwym wzgledem. Jesli chodzi o seks, rowniez nienaganny : obiektywnie b. atrakcyjny, rozmiar oraz hydraulika bez zarzutu, zmyslowy, uwielbia sie przytulac, eksperymentowac, jest gotowy na kazde zawolanie. Niestety jednak - wylacznie na SWOJE zawolanie, poniewaz ja jakos niespecjalnie czuje do niego lozkowa miete. Od paru tygodni probuje bezskutecznie cos tam z siebie wykrzesac - w imie tego, ze pozalozkowo ten facet bylby dla mnie partnerem idealnym. Ale jak zonk tak zonk. A raczej jedno wielkie nic z mojej strony i nic na to nie potrafie poradzic. Unikam wiec z nim tego nieszczesnego seksu, oraz wszelkich manifestacji cielesnosci (z pocalunkami wlacznie) jak diabel swieconej wody. Tylko w czasie dni plodnych go do siebie od biedy dopuszczam, bo mi sie jakos tak mechanicznie wtedy chce.
Mysle, ze kluczem jest ta roznica wieku - mam chyba jakas blokade i koniec.
No i tu sie nasuwa konkluzja : nasz stary forumowy podzial na nisko- i wysokolibidowcow oraz nisko- i wysokoerotycznych - takich natural born hot - mozna sobie chyba w buty wsadzic. Wszystko zalezy jednak od partnera i wszystko sie opiera na indywidualnej chemii ad personam. Czyli na tzw. kreceniu. Tak po prostu. Kiedys myslalam, ze jak sie ma wysokie libido to powinno sie chciec nawet kiedy nie czujemy do partnera jakiejs specjalnej chemii. Bo chetny/a, atrakcyjny/a partner/ka w lozku sprawia ze maszynka napedza sie sama - czyjes cieplo, napalenie i atmosfera intymnosci powinny zrobic swoje i wzbudzic w wysokolibidowcu ochote na seks.
A tu niestety, figa z makiem. Mozna kogos bardzo lubic, wrecz uwielbiac, mozna miec ochote na spotkania, mozna go obiektywnie oceniac jako atrakcyjnego, i wreszcie - mozna chciec z nim BYC, bo zyciowo pasuje nam bardzo, ale z chemia i z seksem, pomimo tego wszystkiego, mozna miec spory problem.
Kto wie, czy wiekszosc tych omawianych na forum niedopasowan nie bierze sie wlasnie stad. Ze z jednym partnerem ktos kto obiektywnie lubi seks moze byc totalnie nienasycony, a z drugim srednio zainteresowany.
I kto wie, ile takich zwiazkow mamy w populacji? Ludzi, ktorzy zwiazali sie ze soba na zasadzie bardzo niesymetrycznej chemii : jedno pragnie i pozada, a drugie po prostu jest w zwiazku z innych, pozaseksualnych powodow....
PS. Sorry, krocej nie moglam ;)