wont2
19.11.17, 16:18
Siema szwagry i szwagierki!
Jak pisałem wcześniej, lecę w grudniu na urlop na Phuket do Tajlandii. Na miejscu będę od 8 do 31 grudnia. Cel główny wyjazdu to sporty wodne i tajskie masaże ale postanowiłem przy okazji sprawdzić czy uda mi się poznać normalną tajską dziewczynę i ją przelecieć. Co to znaczy normalna, w tym kontekście? Normalna - czyli taka, która nie zarabia ani nie dorabia tyłkiem. Z tego co wyczytałem na blogu stickmana (najlepsze chyba kompendium wiedzy o Tajlandii, kulturze, zwyczajach, kobietach etc, pisane rękami setek expatów) - takiej naprawdę klasycznej dobrej Tajki, z naprawdę dobrej rodziny, nie da się wyrwać i wyruchać w ciągu trzech tygodni (a nawet trzech miesięcy). W związku z tym, na potrzeby eksperymentu socjologicznego, "normalna Tajka" oznaczać będzie Tajkę, która da mi tyłka za darmo (nie liczę kasy na randki oczywiście, ale założenie eksperymentu jest takie, że będę starać się zapraszać je w tanie miejsca i imponować nie kasą tylko urokiem osobistym he he). Jasne, nie możemy wykluczyć, a nawet jest to bardzo prawdopodobne, że ktoś kto zdecyduje się dać mi tyłka za darmo, zrobi to tylko dlatego żeby mnie rozkochać, związać ze sobą, mając na uwadze długoterminowy zwrot z inwestycji (no, ale po pierwsze nie siedzimy nikomu w głowie, a po drugie czym to się różni od naszego kręgu kulturowego?).
W związku z tym, w celu realizacji eksperymentu naukowego, założyłem sobie konto na tajskim portalu randkowym, wykupiłem miesięczny abonament i wrzuciłem w piątek wieczorem zdjęcia.
Wcześniej, po założeniu podstawowej wersji konta, bez wykupionego pakietu i bez zdjęć otrzymywałem jakieś generowane przez boty spamy od zainteresowanych mną "lasek", mających na celu skłonić mnie do wykupienia abonamentu - pomijam je w dalszych rozważaniach.
Moje konto - w celach eksperymentu napisałem wyraźnie, że szukam normalnej tajskiej dziewczyny, że nie jestem zainteresowany "bargirls etc" a jako cel zaznaczyłem wyłącznie "friendship" (nie zaznaczałem innych opcji typu romance, marriage). Wrzuciłem kilka zdjęć, w tym jedno z psami a drugie w garniaku (chodziło mi o stworzenie wrażenia, razem z opisem, że jestem poważnym, ciepłym facetem i w ten sposób chciałem się odróżnić od innych farangów-dziwkarzy). Aha, i napisałem, że wolę dziewczyny 30+ albo 40+, co też mnie odróżnia od moich białoskórych kolegów.
Po niecałych 48h od wykupienia abonamentu, wrzucenia zdjęć i założeniu prawdziwego konta dostałem chyba z czterdzieści wiadomości, serduszek etc od zainteresowanych mną lasek. Jest to fajne bo człowiek czuje się jak kobieta na polskim portalu randkowym, na pewno poprawia to samopoczucie. Oczywiście, zdecydowana większość albo, najprawdopodobniej, wszystkie te damy, które wysłały maile czy serduszka zainteresowane są moim portfelem a nie mną, jako mną, więc nie ma się co podniecać. Niemniej, taka sytuacja stwarza poczucie obfitości, o którym rozmawialiśmy na forum i w związku z tym odpisujesz tym, które ci się po prostu podobają a resztę zlewasz bez żadnego wytłumaczenia czy czegokolwiek.
Niestety, wszystkie laski, z wyjątkiem jednej, które wyraziły zainteresowanie moją osobą są albo z Bangkoku albo z innych części Tajlandii. W związku z tym, dla zabawy, z dwoma sobie chwile popisałem, bo i fajnie wyglądały i pisały jakimś w miarę zrozumiałym angielskim (bardzo słabo z tym jest w Tajlandii niestety) i jedna z nich zaproponowała, żebym w drodze na Phuket zatrzymał się w Bangkoku i z nią spotkał. No niestety, bilet mam kupiony bezpośrednio na Phuket, więc może za rok. W każdym razie, pełna kultura, luz, emotkowe uśmiechy, ha ha, te sprawy. Bez spinu dupy i obrażania się albo totalnego desinteressement w postaci ignora, bo w sumie za co.
Wracając do samego Phuketu i tamtejszych lasek, to jest dużo gorzej. Wysłałem "serduszka" czyli znak zainteresowania, tak w celach eksperymentalnych (bo nie wiedziałem co im napisać takie chujowe miały te swoje opisy i trudno było o cokolwiek zahaczyć), może dziesięciu dziewczynom. Żadna z nich, póki co, nie odwzajemniła. Trzem wysłałem wiadomości - żadna z nich, póki co, nie odpisała. W związku z tym, jeśli chodzi o dziewczyny z Phuketu to korespondowałem tylko z jedną (Nikki), z którą umówiłem się na spotkanie. Niestety, są zakurwiste czerwone flagi. Mianowicie: laska ma 26 lat, wysłała mi serduszko przed wrzuceniem przeze mnie zdjęć, w korespondencji wyszło, że już nie pracuje jako chef w restauracji (naprawdę porządna restauracja - z jej zdjęć wynikało, że tam pracuje) tylko "sama zarabia na siebie" (I work for myself), cokolwiek to znaczy. Na zdjęciach wygląda wyjątkowo niewinnie ale w Tajlandii nic nie jest takie na co wygląda. W każdym razie - podejrzewam, że dorabia albo szuka długoterminowego sponsora, ale co mi szkodzi się spotkać, zjeść coś razem (skoro pracowała w tajskiej restauracji to może być niezłym przewodnikiem jeśli chodzi o przyjemności podniebienia) a jak zechce kasy za seks to zawsze mogę odmówić albo zapłacić. Nikt mi siłą nie wyciągnie pieniędzy z portfela ;)
To tyle na razie. Będę w miarę możliwości zdawać wam relację z przebiegu eksperymentu.