Dodaj do ulubionych

co dalej...

06.10.08, 01:34
Brak seksu w małżeństwie...widzę, że przypadków tego typu poza moim jest sporo. Ale wcale mi to nie poprawia nastroju...
Pobraliśmy się 11 lat temu, zaraz po studiach. Znaliśmy się od samego początku studiów.
Od samego początku małżeństwa było raczej bez szaleństw. Wszystko regularnie, raczej rzadziej niż częściej...Oprawa nie do końca mi odpowiadająca: kolacja, potem kąpiel (osobno), potem niezbyt urozmaicony sex i spać.
Moje potrzeby nie były raczej zaspokojone, ale niewiele mogłem zrobić. Zwłaszcza brakowało mi w tym wszystkim spontaniczności...Dodatkowo ona od początku zapowiedziała, że na pewne rzeczy nie mogę raczej liczyć, mogę sobie je wybić z głowy. Niw będę tu pisał o czym mowa, bo pewnie można się domyśleć...Z mojej strony było wręcz przeciwnie, byłem gotów wiele zrobić i robiłem, aby ona była usatysfakcjonowana. Myślałem, że z czasem to w jakiś sposób doceni i otworzy się nieco...
Potem urodziły się nasze dzieci. Mamy cudowne dzieciaki.
Zawsze dużo pracowałem...Może jakąś część energii, która we mnie pozostawała w ten sposób wyładowywałem...Oczywiście byłem z tego powodu tym złym...
Któregoś dnia w firmie, w której pracowałem podjęła pracę pewna kobieta. Trochę się znaliśmy wcześniej. Nie ma to w sumie znaczenia. Fakty są takie, że lubiliśmy pogadać, pożartować. Nic więcej...Ja miałem żonę i dzieci, ona męża i dwóch synów.
Pojawiały się w moim małżeństwie kryzysy, mniejsze, większe. W pewnym momencie zaczęliśmy wspominać o rozwodzie...
Nikomu się z tego nie zwierzałem...Ale może było po mnie widać...
Z kobietą, o której wcześniej pisałem rozmawialiśmy o różnych rzeczach, w pewnym momencie zauważyłem, że flirtujemy...Z początku delikatnie, ale zaczynały padać coraz odważniejsze stwierdzenia i propozycje, niby to żartem...
Pewnego dnia poprosiła mnie o poważną rozmowę poza firmą. W trakcie tej rozmowy zwierzyła mi się, że jej życie rodzinne to ruina. Mąż alkoholik (znałem go ale nie miałem o tym bladego pojęcia), jej plany życiowe stały się mrzonkami, właśnie przez jego uzależnienie, obojętność w stosunku do niej i dzieci. Opowiadała mi to płacząc...
Potem sprawy potoczyły się szybko. Miałem romans w pracy. Po jakimś czasie wszyscy dookoła już wiedzieli. Było po nas widać.
Ona postanowiła definitywnie rozwieść się ze swoim mężem i jakieś plany wiązała ze mną. Ja chyba do końca nie byłem zdecydowany na ten krok, ale gdy żona się dowiedziała przy kolejnej kłótni co jest grane, musiałem wynieść się z domu. Jakiś czas mieszkałem w firmie śpiąc w biurze, trochę u rodziców, którzy strasznie to wszystko przeżyli. W sumie to nie ma się co dziwić ani jej ani im.
W ciągu kilku miesięcy życie mi runęło, choć nie jestem przekonany że z mojej winy. Napewno nie tylko z mojej.
Najbardziej było mi żal dzieci. Miałem prawo przyjeżdżać do nich co dwa dni na 1-2 godziny. Ryczałem jak gówniarz po wyjściu z mieszkania. Naprawdę kocham moje dzieci i bolało mnie, że muszą to przeżywać.
Po jakimś czasie, mniej więcej 2 miesiącach postanowiłem jednak, że nie mogę tego zrobić. Mimo, że w ...no właśnie jak nazwać ją, kobietę, z którą miałem romans...kochance, dziewczynie, nieważne zresztą. Mimo, że miałem w niej jakieś oparcie, ona liczyła też, że coś z tego będzie, zresztą pewne rzeczy wyglądały znacznie lepiej niż moim małżeństwie. Miałem wrażenie, że się dobrze rozumiemy, potrafiliśmy w przeciwieństwie do mojego małżeństwa okazywać sobie czułość, mówić w twarz o tym co jest i nie jest ok. Nie muszę chyba wspominać, że w łóżku też było conajmniej inaczej. Ona była gotowa na wszystko, była spontaniczna...co tu dużo mówić.
Mimo wszystko zerwałem z nią. Zwolniłem się pracy. Wyjechałem z miasta. Dość daleko. Całkiem się od niej odciąłem. Zaproponowałem żonie, że wrócę, że spróbujemy od nowa, że może to dla nas taki kopniak, kubeł zimnej wody. Nie muszę wspominać, że była mowa tylko o mojej winie. Wcale nie poczuwała się do jakiejkolwiek winy. Nieważne...
Nie mieszkam teraz w domu. Jestem na weekendy. Wszystko sprtawia wrażenie, że powoli wracamy do siebie, jest oczywiście trochę inaczej. Lekki dystans, ale staram się go stopniowo zmniejszać.
Za miesiąc wracam do domu.
Tamta kobieta się rozwiodła...Nie rozmawialiśmy od 10 miesięcy. Próbowała złapać ze mną kontakt, ale jej unikam.
Nie wiem jak będzie dalej. Myślę, że może nam się jeszcze ułożyć. Jest kilka zgrzytów. Największy to znów łóżko. Moja żona nadal wyznaje te same zasady, a w pewnych momentach po prostu czuję się lekceważony. Ona po prostu sprawia wrażenie osoby o prawie żadnych potrzebach w tej dziedzinie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć...Zresztą jakoś chyba to wszystko przeboleję. Nie ja tu się liczę, tylko żeby dzieciaki miały normalny w miarę możliwości dom.
Obserwuj wątek
    • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 08:06
      Za miesiąc wracam do domu.

      Myślę, że może nam się jeszcze ułożyć

      Samo się nie ułoży - WY możecie coś ułożyć
      Masz ostatnią prawdopodobnie szansę na zawlecznie żony na terapię
      małżeńską
      jeśli tego nie zrobisz, to moim skromnym zdaniem wrócisz do
      trumniarni
      moim zdaniem powinieneś wrócic do domu po jakims czasie od
      rozpoczęcia terapii jeśli coś drgnie pozytywnie
      inaczej jeszcze bardziej skrzywdzisz dzieci jak się będziesz tak
      miotał bez sensu
      wygląda sorry na kichę
      rzeczywiście tylko Ty odpowiadasz za zdradę :(
      natomiast oboje za kryzys i za to że nic z nim nie zrobiliście
      wcześniej sensownego
      oboje zwalacie z siebie odpowiedzialność - na partnera, na dzieci,
      na bliżej nie określony los - "sie ułoży"
      niestety raczej położycie małżeństwo bez zmian w podejściu
      • glamourous ???? 06.10.08, 11:37

        rumpa napisała:

        > Masz ostatnią prawdopodobnie szansę na zawlecznie żony na terapię
        > małżeńską


        Ale na JAKA terapie???
        Moze po prostu zona ma niskie libido, niewielkie seksualne potrzeby?
        Moze maz jej zwyczajnie nie kreci?
        Po prostu sa niedopasowani, i tyle. Przeciez autor pisze wyraznie,
        ze seksu ZAWSZE bylo malo. I nijako.
        Wiec jaki jest w tym kontekscie sens terapii? Z wrobla sie przeciez
        orla nie zrobi...

        Magiczne slowo "terapia" nie zawsze jest panaceum na wszystkie
        malzenskie problemy...
        • kachna79 Re: ???? 06.10.08, 11:46
          > Ale na JAKA terapie???
          > Moze po prostu zona ma niskie libido, niewielkie seksualne
          potrzeby?
          > Moze maz jej zwyczajnie nie kreci?

          Terapia małżeńska nie zawsze oznacza naprawianie jedynie sfery
          seksualnej. Co więcej małżeństwo to nie tylko seks! W tych ludziach
          jest wiele żalu, zranienie po zdradzie i naprawdę trudno będzie im
          zacząć życie od nowa bez pomocy kogoś, kto wskaże od czego zacząć
          naprawę zwiazku.
          • glamourous Re: ???? 06.10.08, 12:06
            No, ale skoro ich malzenstwo rozbilo sie o seks, ktory jest ich
            achillesowa pieta - goracemu panu zalezy, zimnej pani ani troche -
            to JAK to pogodzic? Albo kobiecina bedzie do konca zycia udawac i
            starac sie "dla meza", albo on zagryzie zeby i bedzie zyl z
            poczuciem niespelnienia. Myslisz ze cos takiego da sie pogodzic,
            zalagodzic terapia? Nawet jezeli terapia odrobine zaleczy stare rany
            (nie do konca w to wierze) to przeciez podstawowy problem zawsze
            BEDZIE ISTNIAL...
            • kachna79 Re: ???? 06.10.08, 12:10
              > No, ale skoro ich malzenstwo rozbilo sie o seks

              Ja nie odniosłam wrażenia, że to seks był przyczyną rozpadu związku.
              Z tego co autor pisze to żona od poczatku nie była wulkanem seksu i
              mimo to zdecydował się na małżeństwo.
              • stinefraexeter Re: ???? 06.10.08, 12:24
                kachna79 napisała:


                >
                > Ja nie odniosłam wrażenia, że to seks był przyczyną rozpadu związku.
                > Z tego co autor pisze to żona od poczatku nie była wulkanem seksu i
                > mimo to zdecydował się na małżeństwo.

                To czemu autor rozwodzi sie wylacznie na temat braku fantazji seksualnej u malzonki?

                Zadalam juz nizej pytanie, czy i jakie byly inne przyczyny kryzysu. Jak na razie
                grzegorz koncentruje sie wylacznie na tym, ze przez tyle lat meczyl sie w lozku
                z malo temperamentna zona.

                Masz racje, ze terapia bylaby dobrym rozwiazaniem, ale jedynie w przypadku, gdy
                autor zaakceptuje fakt, ze seks zawsze bedzie taki jaki byl, a mimo to postanowi
                zostac z zona i walczyc o zwiazek.

                • kachna79 Re: ???? 06.10.08, 12:36
                  Mamy tylko strzępki informacji. Narzekanie na temperament żony może
                  być próbą wytłumaczenia się z romansu. Myślę, że problemy z seksem
                  po prostu łatwo nazwać, a inne zaszłości czają się pod skórą.
                  Oczywiście jeśli mamy tu do czynienia z drastyczną różnicą
                  temperamentów to jedyne wyjście to spotkanie się w pół drogi czyli
                  kompromis.

                  > Masz racje, ze terapia bylaby dobrym rozwiazaniem, ale jedynie w
                  przypadku, gdy
                  > autor zaakceptuje fakt, ze seks zawsze bedzie taki jaki byl, a
                  mimo to postanow
                  > i
                  > zostac z zona i walczyc o zwiazek.

                  I tu chyba dochodzimy do sedna jeśli Grzegorz chce wrócić do żony to
                  musi być świadomy, że trzeba będzie dać coś z siebie (powalczyć - m.
                  in. o odbudowanie zaufania) i zdecydować się na kompromisy.
                  • songo3000 Re: ???? 06.10.08, 20:18
                    Byleby ten 'kompromis' nie oznaczał, że żonka się łaskawie zgodzi na dalszą parodię małżeństwa a mężulo ma zagryźć zęby i 'sobie to wytłumaczyć'.
                    Osobiście zgadzam się z Glam, tu nie widać szans na 'spotkanie się w pół drogi'. Babeczka jest jak jest a on poszedł na ten układ.
              • glamourous Re: ???? 06.10.08, 12:26

                kachna79 napisała:

                > Ja nie odniosłam wrażenia, że to seks był przyczyną rozpadu
                związku.


                Ja z kolei wrecz przeciwnie - jak najbardziej odnioslam wrazenie ze
                to seks byl glowna przyczyna rozczarowania malzenstwem watkodawcy i
                to braki na tym polu wywolaly ogolne zmeczenie zwiazkiem oraz
                popchnely go w rezultacie do nawiazania romansu.

                Przynajmniej tak to przedstawia autor, cytuję :
                "Moje potrzeby nie były raczej zaspokojone, ale niewiele mogłem
                zrobić. Zwłaszcza brakowało mi w tym wszystkim
                spontaniczności...Dodatkowo ona od początku zapowiedziała, że na
                pewne rzeczy nie mogę raczej liczyć, mogę sobie je wybić z głowy."

                Ogolnie widac, ze w calym poscie autor glownie skarzy sie na
                nieudany malzenski seks, takze na brak czulosci.


                > żona od poczatku nie była wulkanem seksu i
                > mimo to zdecydował się na małżeństwo.


                A to akurat bardzo typowe, ze sie zdecydowal - myslal pewnie ze
                jakos to bedzie, ze sie ulozy... Coz, jak widac chocby na podstawie
                chocby lektury tego forum, podjecie decyzji o malzenstwie POMIMO
                seksualnego niedpasowania i niedoborow nie wyklucza niestety
                pozniejszego narastajacego z biegiem lat rozczarowania ta sfera
                malzenskiego zycia. Nie da sie przeciez sobie powiedziec "trudno,
                skoro widzialy galy co braly, to teraz uspie moje libido i zagryze
                zęby na reszte zycia" :-/
            • zyg_zyg_zyg Re: ???? 06.10.08, 12:14
              Wynikiem terapii może być również uświadomienie sobie, że nie da się
              żyć we dwoje. Mój znajomy i jego żona zostali "ostrzeżeni" przez
              prowadzącego ich psychologa, że i tak się mogą skończyć ich sesje.
              • kachna79 Re: ???? 06.10.08, 12:39
                W najgorszym razie terapia może pomóc im rostać się (o ironio) z
                godnością i pozostać w na tyle dobrych stosunkach, by nie krzywdzić
                dzieci.
            • rumpa Re: ???? 06.10.08, 12:58
              Glam, ale po pierwsze - jak napisały osoby pode mną, nie koniecznie
              terapia musi sie kończyć "żyli długo i szczęśliwie" razem, może być
              osobno, po drugie - często jest tak że ogólne niezadowolenie z życia
              kończy się pretensjami seksualnymi, bo to najłatwiej, zaznaczam że
              gościu się z babką ożenił po sprawdzeniu co bierze.Oczywiście
              facetowi najłatwiej udawać niezaspokojonego ogiera - bo przeważnie
              wgląd w siebie ma na minimalnym poziomie.
              Po trzecie - celem małżeństwa nie jest stworzenie sobie li tylko
              erotycznego raju, są i inne ważne rzeczy, często ważniejsze niż
              odlotowe przeżycia, a z biegiem lat powiedziałabym coraz ważniejsze.
              I tych chyba tutaj brakuje i tutaj terapia może pomóc.

              • glamourous Re: ???? 06.10.08, 14:58
                rumpa napisała:


                > terapia musi sie kończyć "żyli długo i szczęśliwie" razem, może
                być
                > osobno, po drugie -często jest tak że ogólne niezadowolenie z
                życia
                > kończy się pretensjami seksualnymi, bo to najłatwiej,


                Zgadzam sie, aczkolwiek potrafie sobie doskonale wyobrazic, ze
                zmeczenie malzenstwem moze narosnac wylacznie na bazie lozkowej
                frustracji, zwlaszcza u ludzi ktorzy z racji sporego temperamentu
                przywiazuja do niego duza wage. Seks to bardzo silne spoiwo - jezeli
                jest niesatysfakcjonujacy, rozluznia sie wiez i niezadowolenie z
                biegiem czasu prawie zawsze rozlewa sie na inne aspekty malzenskiego
                zycia. Bardzo typowy zreszta schemat. Sama go ostatnio dodswiadczam.


                > Po trzecie - celem małżeństwa nie jest stworzenie sobie li tylko
                > erotycznego raju, są i inne ważne rzeczy, często ważniejsze niż
                > odlotowe przeżycia, a z biegiem lat powiedziałabym coraz
                ważniejsze.

                Pewnie, tylko ze tak sie zazwyczaj dzieje, ze im dalej w las, tym
                dotkliwiej odczuwamy te braki. Efekt kumulacji. Syndrom zamykajacych
                sie drzwi. Na poczatku latwiej nam przymknac oko, bo wierzymy
                ze "jakos sie ulozy". Potem - z biegiem lat oraz coraz
                widoczniejszym brakiem postepow - nadzieje na pozytywna zmiane nas
                opuszczaja i zostaje tylko gola narastajaca frustracja, ze "z nia/z
                nim juz mnie nic nie czeka" A stad tylko krok do zdrady. Wiem z
                autopsji.
                • rumpa Re: ???? 06.10.08, 16:58
                  Pewnie, tylko ze tak sie zazwyczaj dzieje, ze im dalej w las, tym
                  > dotkliwiej odczuwamy te braki. Efekt kumulacji. Syndrom
                  zamykajacych
                  > sie drzwi. Na poczatku latwiej nam przymknac oko, bo wierzymy
                  > ze "jakos sie ulozy". Potem - z biegiem lat oraz coraz
                  > widoczniejszym brakiem postepow - nadzieje na pozytywna zmiane nas
                  > opuszczaja i zostaje tylko gola narastajaca frustracja, ze "z
                  nia/z
                  > nim juz mnie nic nie czeka" A stad tylko krok do zdrady. Wiem z
                  > autopsji.

                  hmmm


                  efekt kumulacji - właśnie o to chodzi - żeby jej nie było żeby
                  załatwiać na bieżąco
                  łatwo zrzucać na seks i inne problemy, bo one , zwłaszcza
                  niezałatwione, przemilczane , pogarszają relacje a wiec i życie
                  seksualne.
                  No i myślenie idzie prosto - winien jest seks
                  a niekoniecznie

                  Zgadzam sie, aczkolwiek potrafie sobie doskonale wyobrazic, ze
                  > zmeczenie malzenstwem moze narosnac wylacznie na bazie lozkowej
                  > frustracji, zwlaszcza u ludzi ktorzy z racji sporego temperamentu
                  > przywiazuja do niego duza wage

                  zmęczenie może narosnąć na każdej podstawie - na przykład żona może
                  się zmęczyć mężem który woli być nauczycielem i nie zarabia kokosów,
                  człowiek z garbem może się też nim zmęczyć i spojrzeniami innych
                  ludzi a pewnien znany mi pan bardzo się zmęczył faktem posiadania
                  chorego dziecka
                  osobiście bardzo mnie męczą własne dzieci :) ale żywiec jest po 8zł
                  za kg i mi się nie zwróci wkład własny więc je trzymam
                  frustracje pojawiają się tam gdzie jest myslenie - mnie się należy i
                  niby dlaczego mam z czegoś rezygnować
                  no czasem tak wychodzi że nie możemy mieć wszystkiego i trzeba
                  wybierać
                  dla jednych to naturalne, innych frustruje - zwłaszcza jeśli z racji
                  urody, osobowości, inteligencji nie mieli zbyt wielu okazji do
                  ćwiczenia pokory wobec własnych ograniczeń :))) lub przeciwnie -
                  ciągle musieli iść na zgniłe kompromisy aby w ogóle być akceptowanym
                  próbują wtedy nie wybrać i uniknąć konsekwencji, a w środku rośnie
                  gula i pretensja do osoby stawiającej ich w takiej niemiłej sytuacji
                  :))) po cichutku oczywiście i dyskretnie

                  Potem - z biegiem lat oraz coraz
                  > widoczniejszym brakiem postepow - nadzieje na pozytywna zmiane

                  no własnie - tak jest jak się unika wyboru i wzięcia za niego
                  odpowiedzialności.
                  co innego gdy zakładasz że - zmiany "pozytywnej" nie będzie, że
                  akceptujesz sytuację taką jaka jest
                  nie jest to łatwe, przerabiałam na innym tle , raczej przerabiam
                  mnie pomaga świadomość procesu, tego co się dzieje w głowie


          • stinefraexeter Re: ???? 06.10.08, 12:09
            kachna79 napisała:
            >
            > Terapia małżeńska nie zawsze oznacza naprawianie jedynie sfery
            > seksualnej. Co więcej małżeństwo to nie tylko seks! W tych ludziach
            > jest wiele żalu, zranienie po zdradzie i naprawdę trudno będzie im
            > zacząć życie od nowa bez pomocy kogoś, kto wskaże od czego zacząć
            > naprawę zwiazku.

            To wszystko prawda, ale, wnioskujac ze slow grzegorza, wszystko (badz prawie
            wszystko) rozbija sie o niedopasowanie seksualne. Zal po zdradzie, bol, brak
            zaufania - jasne, mozna starac sie naprawic zwiazek, ale w zasadzie po co? Nie
            wiem, czego oczekuje autor watku. Ze malzonka nagle przeobrazi sie w kochanke z
            jego snow? A moze ze przymknie oko na jego okazjonalne romanse, w czasie ktorych
            bedzie mogl zrealizowac swoje fantazje? Bo na razie rozpisywal sie tylko o
            problemach z seksem. A akurat w tej kwestii nie ma co "kurowac". Zona zawsze
            miala takie a nie inne potrzeby i to nie ona ma problem, a maz, ktory po 11
            latach jakos nie moze sie z tym pogodzic.
            • izabelek27 Re: ???? 06.10.08, 12:55
              to niekoniecznie musi byc tak, że zona ma małe potrzeby. Sama jestem zoną, która
              ma zal do meża o wiele spraw, troszke rozgoryczoną, rozczarowaną a mimo to mam
              fantazje erotyczne i potrzeby. Jednak na mysl o seksie z meżem robi mi się.....
              Chodzi o to ze u kobiet bardzo często ochota na seks występuje wtedy gdy partner
              zbudowal u niej zaufanie, gdy zona go szanuje i podziwia. Jeśli tego nie ma to
              seksu tez nei będzie i koniec. Tak jest w moim przypadku i tak moze być u zony
              bohatera wątku. Ona nei musi byc oziębla moze byc rozczarowana i sflustrowana
              niestety
              • songo3000 Re: ???? 06.10.08, 20:25
                Znaczy, że jest rozczarowana i sfrustrowana od początku związku. To po kiego grzyba wychodziła za niego???
    • kachna79 Re: co dalej... 06.10.08, 08:11
      Zawsze trzymam mocno kciuki za małżeństwa, które chcą się dogadać,
      ale jakoś w Twoim przypadku trudno mi wyobrazić sobie szczęśliwe
      zakończenie. Zdecydowałeś się wrócić do żony, ale ciągle nie
      potrafisz jej wybaczyć. Nie jesteś gotowy żeby rzeczywiście zacząć
      od nowa. Domyślam się, że Twoja żona też nie wyraża takiej
      gotowości. Dopóki będziecie pielęgnować wzajemne poczucie krzywdy i
      braku zrozumienie nic dobrego z waszego zejścia sie nie wyniknie.
      Obawiam się, że budowanie związku jedynie by dzieci miały dom to za
      mało. I szczerze mówiąc: w tej atmosferze trudno o normalny dom dla
      dzieci. Stworzycie jedynie pozory dla rodziny i sąsiadów, bo dzieci
      fałsz wyczuwają szybko.
      Powinniście skupić się nie na tym co doprowadziło do Waszego
      rozstania, ale raczej na tym co Was łączy. Spróbuj przypomnieć sobie
      żonę jako kobietę, którą wybrałeś, która jest dobrą matką Twoich
      dzieci. Na pewno ma więcej zalet:)
      Co do kochanki: tu sprawa jest jasna (sam ją zostawiłeś czyli jej
      nie kochasz) - chyba, że dalej będziesz wzdychał do miłych chwil z
      nią spędzonych.
      Z całego serca życzę Wam powodzenia. Mam nadzieję, że będziecie
      szczęśliwi.
      • anula36 Re: co dalej... 06.10.08, 08:42
        tez mi sie wydaje ze ludzie sfrustrowani, pelni zalu, wzajemnych pretensji i niespelnienia daja kiepski przyklad swoim dzieciom - chcialbys zeby powielily twoj przyklad??? Zeby postepowaly tak jak wy?
        Warto pomyslec o terapii malzenskiej,nim sie znow zasklepicie w tej niestrawnej malzenskiej konserwie.
    • stinefraexeter Re: co dalej... 06.10.08, 10:07
      Czegos nie rozumiem. Kryzys nastapil przede wszystkim dlatego, ze twoje potrzeby
      lozkowe nie byly zaspokojone, czy tez byly tez inne powody, o ktorych nie
      wspominasz?

      Bo wiesz, wniosek z twojego postu jest nastepujacy: ozenilem sie z kobieta, z
      ktora seks nigdy nie byl satysfakcjonujacy i przez 11 lat jakos meczylem sie ze
      swoja frustracja. Hmm, akurat w twoim przypadku nie ma mowy o naglej zmianie w
      partnerce w tych sprawach. Zawsze taka byla, milosci francuskiej nigdy nie
      lubila. Sam sobie taka wybrales, wiec jakie sa podstawy do uzalania sie nad
      soba? Bo w tekscie jest tylko o seksie..
      • driadea Re: co dalej... 06.10.08, 10:17
        I co będzie dalej..?
        Kolejne romanse, zdrady, rozwody, powroty i tak do usranej śmierci... No bo
        przecież nie zrezygnujesz z udanego seksu tylko dlatego, że twoja żona z niego
        rezygnuje, prawda..? Dla dzieci czasem lepiej, jak żyją w zdrowej, rozbitej
        rodzinie...
    • krzysztof-lis Re: co dalej... 06.10.08, 10:52
      > Nie wiem jak będzie dalej.

      To jest akurat proste. Będzie jeszcze gorzej, niż wcześniej.
      • manahmanah77 Re: co dalej... 06.10.08, 11:59
        Przykro mi, ale muszę się zgodzić z przedmówcami.

        Może to dlatego, że nie opisałeś całej sytuacji, a jedynie "wybrane fragmenty",
        ale mam wrażenie, że nic z tego nie będzie. Lepiej dla Was wszystkich będzie
        chyba, jeśli zamieszkacie osobno i będziesz obecny w życiu dzieci jako tato po
        rozwodzie z mamą. O ile na tyle jesteście w stanie się z żoną dogadać, bo jeśli
        ma to się skończyć "walką na dzieci" to lepiej nie, ale wtedy jedyne co mogę
        powiedzieć, to że będziesz się męczył.

        Nie widzę możliwości, żebyście wypracowali łóżkowy kompromis, tym bardziej, że
        dochodzi jeszcze obciążenie całą tą traumą jaką opisałeś.

        Ale tak czy owak, trzymaj się i powodzenia.
        • selfmademan Re: co dalej... 06.10.08, 14:09
          Nie wiemm jak inni, ale ja widzę zupełnie inną motywację autora do
          powrotu na łono rodziny - DZIECI.
          I tu widzę pewną szansę na jakieś ułożenie się całości - jeżeli
          głownym motywatorem nie będzie poziom realizacji potrzeb łóżkowych
          jej/jego ( bo tu nie ma co liczyć moim zdaniemm na jakiekolwiek
          rychłe zmiany bez przejścia obojga przez terapię małżeńską )- tylko
          rodzina jako taka.
          Cytować autora oraz najsensowniejszyh uwag/rad (rumpa - wyrazy
          szacunku, podzielam Twoje zdanie w niemal całej roziągłości)nie
          będę - mam nadzieję, że na bazie wszystkiego co oboje wspólnie
          przejdą i przeżyją uda im się także ułożyć wiele spraw na nowo.
          Może także te kwestie łóżkzowe zakończą się jakimś kompromisem
          akcpeptowalnym i "zjadliwym" dla obui stron. Trzymam kciuki.
      • markos28mr Re: co dalej... 08.10.08, 21:50
        Bravo Krzysztof, wyrwałeś mi to z ust. Podziwiam Cię i mam prawie
        zawsze takie zdanie jak Ty. Wszyscy rozpisują się co zrobić i
        zastanawiają się jak będzie, a Ty odpowidziałeś im jak będzie w
        jednym zdaniu. Ja również uważam, że może być tylko gorzej i tak
        będzie. Pozdrowienia Marko

    • kropeczka-b Re: co dalej... 06.10.08, 13:53
      grzego-rz366 napisał:

      >Nie ja tu się liczę, tylko żeby dzieciaki miały normalny w miarę
      możliwości dom.

      Zastanawiam się, czemu stale pokutuje przekonanie, że lepszy zimny
      dom, bez okazywania sobie uczuc, bez wzajemnego zaspakajania
      potrzeb, rodzice sa nieszczęśliwy, poswięcaja się dla dobra dzieci a
      tak naprawdę robię im jeszcze większą krzywdę.

      Życzę naprawy małżeństwa, choc wiem, że to tylko rozciaganie w
      czasie marnowania sobie wzajemnie życia i dzieciom też. To moje
      zdanie, i lubię się w takich przypadkach mylić, ale nie często mi
      sie to zdarza:-((...
      Powodzenia
      • glamourous Re: co dalej... 06.10.08, 14:35

        kropeczka-b napisała:


        > Zastanawiam się, czemu stale pokutuje przekonanie, że lepszy zimny
        > dom, bez okazywania sobie uczuc, bez wzajemnego zaspakajania
        > potrzeb, rodzice sa nieszczęśliwy, poswięcaja się dla dobra dzieci
        a
        > tak naprawdę robię im jeszcze większą krzywdę.



        A ja doskonale rozumiem takie podejscie do sprawy. Wiem, ze dla
        dobra i potrzeb dzieci potrafilabym zrezygnowalac z wielu
        egoistycznych odruchow. Miedzy innymi z "odejde bo ich tata nie
        zaspokaja mnie seksualnie" ;-) Poszukalabym chyba raczej innego
        rozwiazania ;-) Kwestia filozofii zyciowej. Bo z ta "straszna
        krzywda" rzekomo robiona dzieciom to chyba lekka przesada. Pamietam,
        ze w dziecinstwie bardzo balam sie rozwodu rodzicow. Obserwowalam
        kolezanki wychowywane w rodzinach rozbitych i bardzo im wspolczulam.
        Tak naprawde dzieci potrzebuja spokojnego, stabilnego domu z
        obojgiem rodzicow i nie bardzo je koniec koncow interesuje czy
        rodzice sa ze soba szczesliwi w lozku. Wiec jesli
        ta "nieszczesliwosc" rodzicow nie polega na ciaglych awanturach,
        krzykach, darciu kotow, czy zimnej zapieklej zlosci, to wydaje mi
        sie, ze z punktu widzenia dzieci dom z obojgiem rodzicow jest tak
        czy inaczej lepszym rozwiazaniem niz "dochodzacy super-tata", za
        ktorym sie ciagle teskni i ktorego na codzien po prostu BRAK. Z
        punktu widzenia faceta, ktory jednoczesnie chcialby miec fajne zycie
        seksualne i zarazem uczestniczyc na codzien w zyciu dzieci, to tez
        jest niezly dylemat. Tak, ze to nie jest takie proste : odejsc i
        rozgrzeszyc wlasny egoizm "nierobieniem dzieciom krzywdy".

        Przy czym, podkreslam raz jeszcze - wszystko to pod warunkiem, ze
        bycie razem "dla dzieci" nie jest jednym wielkim pasmem awantur i
        scysji miedzy rodzicami. Jezeli jest az tak koszmarnie zle, ze
        patrnerzy nie moga wprost na siebie patrzec, wtedy nie ma sensu z
        zycia rodzinnego robic tragikomedii - i faktycznie lepiej jak
        najszybciej sie rozstac.
        • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 14:37
          popieram
          • songo3000 Re: co dalej... 06.10.08, 20:35
            Nie popieram. Taktujecie dzieci jako niedowidzących i niedosłyszących szczeniaczków. Rodzice nie muszą wyczyniać karczemnych awantur. Wystarczy, że nie okazują sobie uczuć - czyli lodówa. Połowa moich rówieśników wyrosła w takich domach, przeważająca większość z nich miała problemy uczuciami, empatią i związkami. Sorry, została skrzywdzona.
            • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 20:49
              nie musi być lodówa - może byc życzliwość i dorosłe zrozumienie faktu
              że coś się skończyło
              w tym może pomóc terapia
            • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 10:48

              songo3000 napisał:

              > Rodzice nie muszą wyczyniać karczemnych awantur. Wystarczy, że
              nie okazują sobie uczuć - czyli lodówa. Połowa moich rówieśników
              wyrosła w takich domach, przeważająca większość z nich miała
              problemy uczuciami, empatią i związkami. Sorry, została skrzywdzona.


              Ale JAKA lodowa? Prosze przyznac sie bez bicia, kto z nas, pokolenia
              dzisiejszych 30+latkow zostal wychowany w domu gdzie rodzice buchali
              wzajemna namietnoscia, jedli sobie z przyslowiowych dzióbkow,
              calowali sie po katach i oblapywali przy dzieciach??? Mysle ze nikt,
              bo taka byla KIEDYS koncepcja malzenskiej moralnosci : "Jozek, nie
              przy dzieciach". Ja w kazdym razie w takim domu zostalam wychowana,
              wiekszosc moich znajomych tez - czesto bywalam u roznych kolezanek,
              wiec widzialam jak wygladalo codzienne zycie par malzenskich poznego
              PRLu. Rodzice to byli przede wszystkim rodzice, byli razem, ale zyli
              jakby obok siebie : wychowywali nas, ale nie okazywali sobie na
              codzien uczuc, czulosci, buziaki zachowujac dla potomstwa. Nikt z
              nas - dzieciakow - nie zastanawial sie co oni porabiaja wieczorami w
              lozku ani czy sie NAPRAWDE kochaja, czy tylko udaja.

              I problemow emocjonalnych z tego tytulu nigdy nie mialam, z seksem
              rowniez nie, potrafie rowniez jakos budowac zdrowe, normalne zwiazki.

              Wiec nie gadajcie mi tutaj ze wychowanie w PRLowskiej koncepcji
              rodziny czyli "zycie obok siebie i minimum okazywanej na zewnatrz
              malzenskiej czulosci" zaowocowalo samymi emocjonalnymi kalekami. Bo
              widzialam na wlasne oczy, ze o wiele bardziej nieszczesliwe byly
              dzieci rozwodnikow, teskniace za normalna rodzina i
              pytajace "dlaczego tata mieszka z pania Basia a nie z nami?".

              Nikt mnie nie przekona, ze dla dziecka wazniejsze sa precyzyjne
              pomiary uczuc miedzy rodzicami, niz ukochany tata W DOMU NA CODZIEN,
              ktory przytuli, opowie bajke na dobranoc, pomoze odrobic lekcje i po
              prostu JEST.

              I nie mowie tu oczywiscie o jakiejs patologicznej, nabrzmialej
              nienawiscia i krzywda lodowie, ale o tym co napisala powyzej rumpa -
              o codziennym normalnym i zgodnym zyciu - jako kompromisie dla dobra
              dzieci.
              • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 13:24
                >
                > Ale JAKA lodowa? Prosze przyznac sie bez bicia, kto z nas,
                pokolenia
                > dzisiejszych 30+latkow zostal wychowany w domu gdzie rodzice
                buchali
                > wzajemna namietnoscia, jedli sobie z przyslowiowych dzióbkow,
                > calowali sie po katach i oblapywali przy dzieciach??? Mysle ze
                nikt,
                > bo taka byla KIEDYS koncepcja malzenskiej moralnosci : "Jozek, nie
                > przy dzieciach". Ja w kazdym razie w takim domu zostalam
                wychowana,
                > wiekszosc moich znajomych tez - czesto bywalam u roznych
                kolezanek,
                > wiec widzialam jak wygladalo codzienne zycie par malzenskich
                poznego
                > PRLu

                Hmmm, chyba masz jakieś kompletnie odmienne od moich spostrzeżenia
                na temat pożycia par późnego PRLu. Może to kwestia srodowiska, a
                może spostrzegawczości. Ja znałam trochę par rodzicielskich tegoż
                okresu, z których ciepło i namiętność buchały. Co oczywiście nei
                było tożsame z ryćkaniem się przy dzieciach, czy nachalnym
                obłapianiem. To były subtelne, ale mocno wyczuwalne dla
                zainteresowanych obserwatorów sygnały. Sama poza tym jestem małżonką
                z małżeństwa zawartego właśnie w późnym PRLu. Jak dla mnie
                mitologizujesz ten okres i ludzi wówczas żyjących. I może nei
                dostrzegasz różnicy między dyskretnych stylem bycia czujacych do
                siebie co najmniej sympatię małżonków, a autentycznym chłodem między
                ludźmi, którzy ledwie się tolerują. To pierwsze jest jak najbardziej
                spoko dla dzieciaków, to drugie nie.
            • kropeczka-b Re: co dalej... 07.10.08, 14:24
              songo3000 napisał:

              > Nie popieram. Taktujecie dzieci jako niedowidzących i
              niedosłyszących szczeniac
              > zków. Rodzice nie muszą wyczyniać karczemnych awantur. Wystarczy,
              że nie okazuj
              > ą sobie uczuć - czyli lodówa. Połowa moich rówieśników wyrosła w
              takich domach,
              > przeważająca większość z nich miała problemy uczuciami, empatią i
              związkami. Sorry, została skrzywdzona.

              Ja też siebie popieram:-)
              Przerobiłam bycie w małżeństwie dla dzieci, ale mam nadzieję, że w
              porę się obudziłam.
              Dzieci od nas uczą się sposobów okazywania uczuć, partnerstwa,
              sposobów na załatwianie problemów. Nie uważam, że ciche dni, zero
              kontaktów fizycznych-zwykłe przytulenie, pocałunek, wiecznie
              skwaszone miny do siebie, brak respektowania potrzeb „bliskiej”
              osobie itd.to dobro dziecka. Tatuś się poświęcał …ale chodził na
              dziwki. Mamusia się poświęcała …jest zgorzkniała i wiecznie zmęczona-
              idealni rodzice, że do serca przyłóż. Ty syneczku tez będziesz
              zapiepszał cały dzień, by tylko nie być a domu. A ty córeczko
              będziesz wiecznie zaciskać zęby i płakać po kątach. Takie jest
              życie, tego was nauczyliśmy. Dzieciom mówi się jedno-szanuj
              drugiego człowieka, mów prawdę, postępuj uczciwie a sami maja to
              serdecznie w d..e. Lepsza patologia niż rozstanie…
              Można być oddzielnie i nadal być dobrymi rodzicami. Pokazać na
              sobie, że trzeba walczyć i dbać o swoje marzenia, pragnienia, o
              realizowanie siebie …Jak się jest samemu szczęśliwym, można tym
              szczęściem obdarować innych.
        • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 11:50
          glamourous napisała:
          > Przy czym, podkreslam raz jeszcze - wszystko to pod warunkiem, ze
          > bycie razem "dla dzieci" nie jest jednym wielkim pasmem awantur i
          > scysji miedzy rodzicami. Jezeli jest az tak koszmarnie zle, ze
          > patrnerzy nie moga wprost na siebie patrzec, wtedy nie ma sensu z
          > zycia rodzinnego robic tragikomedii - i faktycznie lepiej jak
          > najszybciej sie rozstac.

          Tyle, że niestety takie przypadki to 99%.

          --
          Hobby czy uzależnienie?
    • mujer_bonita Nóż się w kieszeni otwiera ;) 06.10.08, 15:38
      grzego-rz366 napisał:
      > Od samego początku małżeństwa było raczej bez szaleństw. Wszystko
      regularnie, r
      > aczej rzadziej niż częściej...Oprawa nie do końca mi
      odpowiadająca: kolacja, po
      > tem kąpiel (osobno), potem niezbyt urozmaicony sex i spać.
      (...)
      > Dodatkowo ona od początku zapo
      > wiedziała, że na pewne rzeczy nie mogę raczej liczyć, mogę sobie
      je wybić z głowy
      (...)
      > Zaproponowałem żonie, że wrócę, że spróbuje
      > my od nowa, że może to dla nas taki kopniak, kubeł zimnej wody.
      Nie muszę wspom
      > inać, że była mowa tylko o mojej winie. Wcale nie poczuwała się do
      jakiejkolwie
      > k winy. Nieważne...
      (...)
      > Moja żona nadal wyznaje te same zasady, a w p
      > ewnych momentach po prostu czuję się lekceważony. Ona po prostu
      sprawia wrażeni
      > e osoby o prawie żadnych potrzebach w tej dziedzinie.

      A powiedzenie WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY to szanowny Pan zna??

      Ożeniłeś się z kobietą o niskich potrzebach seksualnych. Wiedziałeś
      o tym. I co? Żona ma się czuś winna temu, że jest taka a nie inna??

      Parafrazując 'Szanowni forumowicze. Ożeniłem się z brunetką. Ona od
      początku była brunetką i zapowiedziała, że nie zmieni koloru włosów.
      A ja wolę blondynki. Zdradziłem ją z blondynką ale postanowiłem
      wrócić z uwagi na dzieci. Po powrocie nic się nie zmieniło. Moja
      żona nadal jest brunetką. Co więcej - nie czuje się w ogóle winna.
      Nie wiem co dalej!'

      I jeszcze jedno - czy naprawdę oczekiwałeś, że po zdradzie żona
      przyjmie Cię z otwartymi ramionami i będzie starała się zmienić,
      zaspokojać Twoje zachcianki bo Jaśnie Pan zdecydował się wrócić do
      domu?

      Sory za ostry ton wypowiedzi ale należy Ci się chyba kubeł zimnej
      wody na łeb!

      --
      Hobby czy uzależnienie?
      • anula36 Re: Nóż się w kieszeni otwiera ;) 06.10.08, 15:51
        o terapii myslalm w kontekscie,ze moze zona sobie wreszcie uswiadomi,
        ze czas zaczac nowe lepsze zycie;)
      • songo3000 Re: Nóż się w kieszeni otwiera ;) 06.10.08, 20:36
        Jak nigdy zgadzam się w Bonitką, co samo w sobie jest faktem godnym odnotowania :DDD
        • mujer_bonita Re: Nóż się w kieszeni otwiera ;) 06.10.08, 22:48
          songo3000 napisał:
          > Jak nigdy zgadzam się w Bonitką, co samo w sobie jest faktem
          godnym odnotowania
          > :DDD

          Zostało odnotowane ;)

          --
          Hobby czy uzależnienie?
    • kaachna1 Re: co dalej... 06.10.08, 16:59
      Zanim podejmiesz jakąkolwiek decyzję proponuję spotkać się z żoną i porozmawiać
      z nią jak widzi waszą wspólną przyszłość tzn.czy pozwoli ci wrócić tylko ze
      względu na dzieci i finanse,czy chce żebyś wrócił do niej i chce z tobą zbudować
      lepszy związek,jeśli będzie się upierała i powie,że w sprawach łóżkowych nie
      możesz liczyć na poprawę to odradzam ci powrót do domu bo z tego nic nie
      będzie,natomiast jeśli żona wykaże chęci naprawy relacji między wami to
      uważam,że powinniście skorzystać z pomocy terapeuty
    • grzego-rz366 Re: co dalej... 06.10.08, 19:44
      Chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłem...Moja wina, bo rzeczywiście napisałem
      tylko o tym jednym aspekcie naszego wspólnego życia. A przecież rzeczywiście nie
      jest to istota małżeństwa. Fakt, że zawsze mnie to frustrowało. Tu muszę się też
      do czegoś przyznać. Wielu po tym stwierdzi, że ciężki ze mnie frajer, ale z
      szacunku do jej poglądów nie nalegałem zbyt mocno na jakieś "docieranie" się
      przed ślubem. Nawet razem nie mieszkaliśmy, choć spędzaliśmy razem bardzo dużo
      czasu. Tutaj akurat zawiniło jej wychowanie, konkretnie wpływ matki z wyjątkowo
      matriarchalnie zorganizowanej rodziny.
      Zawsze się różniliśmy w wielu sprawach, ale ja wychodziłem z założenia, że nie
      jest tak, że małżeństwo to związek ludzi o podobnych zainteresowaniach i
      poglądach. Jak w życiu...różnorodność jest ciekawsza.
      Było tak kiedyś, na długo przed ślubem, że stwierdziłem, iż nic raczej z tego
      nie będzie. Nawet się na jakiś czas rozstaliśmy. Jednakże chyba zaczęło mi jej
      wtedy brakować, zresztą ona okazywała to bardzo mocno. I znowu zaczęliśmy się
      spotykać.
      Sporo nas różniło. Ona pochodzi, jak już wspomniałem z rodziny, gdzie matka
      rządziła wszystkimi, a ojciec niewiele miał do powiedzenia. Nigdzie sama nie
      wyjeżdżała, wszędzie bywała z rodzicami albo u rodziny, która w ich przypadku
      tworzy mocno powiązany klan.
      Ja wręcz przeciwnie. Zawsze miałem dużo swobody, połowę młodości przesiedziałem
      w górach i innych miejscach z dala od rodziców i rodziny, za to z przyjaciółmi.
      Może to powoduje, że jestem od niej znacznie bardziej spontaniczny, nie za
      bardzo zważam na konwenanse i nie przejmuję się tym, co sobie inni pomyślą o
      moich pomysłach.
      Ciągle próbowałem, z pewnymi sukcesami, "zarażać" ją takim podejściem. I miałem
      wrażenie, że to się jej podoba.
      Niestety rodzina ciągle pilnowała, aby nic nie uszło ich uwadze, codzienne
      telefony, konsultacje z matką w ważnych sprawach.
      Naprawdę chciałbym, abyśmy mieli jak najwięcej wspólnych zainteresowań.
      Nakłaniałem ją, abyśmy bywali u znajomych, często gdzieś wyjeżdżali, bywali w
      kinie, czasem obejrzeli jakiś film razem. Najczęściej bez skutku, bo musiała
      jechać do mamy, bo już się umówiła.
      Powiecie może, że coś ze mną nie tak, ale ciągle wierzyłem, że wystarczy wyrwać
      ją z otoczenia i będzie mogła pokazać jaka może być, bo widziałem, jak się
      męczy, kiedy moi, nasi znajomi rozmawiali o różnych rzeczach, muzyce, filmach,
      wyjazdach czymkolwiek, a ona stała zmieszana i spoglądała tylko na mnie nie
      wiedząc co powiedzieć.
      Widziałem, jak się z tym męczy i wiedziałem, że mogę to zmienić. I próbowałem. I
      ciągle odbijałem się o jakąś niewidzialną barierę. Choć wiele też się udało.
      Pamiętam wiele sytuacji, kiedy prosiła mnie, abym jej coś doradził np na
      zakupach, w których jej chętnie towarzyszyłem. Doradzałem, choć nie jestem
      jakimś znawcą. Muszę przyznać, że miałem spory wpływ na jej obecny wizerunek.
      Może ktoś mnie posądzić o to, że próbuję ją dopasować do swoich wyobrażeń, ale
      kiedy widzę, jak śmieje się patrząc na swoje dawne zdjęcia i przypominam ją
      sobie unikającą towarzystwa, i widzę jak teraz jest zupełnie inną osobą bez
      kompleksów z tego choćby powodu, to wiem, że to miało sens. Tylko wystarczyło
      trochę się postarać.
      Zawsze, przez całe nasze wspólne życie miałem wrażenie, że jest w niej jakiś
      potencjał, tylko trzeba wyrwać ją z toksycznych moim zdaniem klimatów.
      Jedno w naszym małżeństwie było naprawdę bolesne. Nie rozmawialiśmy o
      problemach. Kiedy się pojawiały tarcia, nie próbowaliśmy ich rozwiązywać, tylko
      zamiataliśmy pod dywan. I pewnie to był błąd. Z całą pewnością...
      Może w pewnym momencie zabrakło mi zapału, może się wypaliłem.
      Do tego jeszcze to, o czym pisałem w pierwszym wpisie.
      Z jej strony rzadko wypływały jakiekolwiek inicjatywy. Przeważnie liczyła, że ja
      coś zrobię, a ona się na to zgodzi lub nie...
      Brakowało nawet w naszym życiu takiego codziennego okazywania sobie
      czułości...Czasami, kiedy ją przytulałem i próbowałem całować, ona klepała mnie
      delikatnie po plecach ze słowami: dobrze już dobrze, muszę zrobić to albo to...
      Może to co piszę jest trochę nieskładne, ale dawno nie rozmawiałem i nie pisałem
      o takich rzeczach.
      Jeszcze jedno...W pewnym momencie zaproponowałem terapię małżeńską. Nie zgodziła
      się...Stwierdziła, że takie rzeczy załatwia się w domu...
      Może niepotrzebnie wypisuję te wszystkie rzeczy...
      Zresztą może wiele rzeczy wydawało mi innymi niż są naprawdę...
      Pozdrawiam...
      • krzysztof-lis Re: co dalej... 06.10.08, 19:55
        > Zawsze się różniliśmy w wielu sprawach, ale ja wychodziłem z
        > założenia, że nie jest tak, że małżeństwo to związek ludzi o
        > podobnych zainteresowaniach i poglądach. Jak w życiu...
        > różnorodność jest ciekawsza.

        I widać, że to był błąd.

        > Może niepotrzebnie wypisuję te wszystkie rzeczy...

        Część rzeczywiście niepotrzebnie, ale:

        > W pewnym momencie zaproponowałem terapię małżeńską. Nie
        > zgodziła się...Stwierdziła, że takie rzeczy załatwia się
        > w domu...

        to jest akurat bardzo ważne.

        Nie ma powodu do niej wracać, bo lepiej nie będzie. Czy sądzisz, że teraz będzie
        chciała pójść do specjalisty po poradę?

        Powtarzam to, co napisałem na początku: związek dalszy nie ma sensu.

        Nie jest głupotą popełniać błędy, za to głupotą jest dalsze w nich trwanie.
        • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 20:17
          a ja uważam że bardzo potrzebnie
          cudowny wyłom w nieskomplikowanych jak działanie pompy umysłach
          młodych mężczyzn :) takie wyjatki napawają nadzieją
      • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 20:12
        W pewnym momencie zaproponowałem terapię małżeńską. Nie zgodził
        > a
        > się...Stwierdziła, że takie rzeczy załatwia się w domu...
        > Może niepotrzebnie wypisuję te wszystkie rzeczy...

        Bardzo potrzebnie

        Stwierdziła, że takie rzeczy załatwia się w domu...

        ale się nie dało, a gabinet terapeutyczny nie jest wyposażony w
        megafony

        zdaniem klimatów.
        > Jedno w naszym małżeństwie było naprawdę bolesne. Nie
        rozmawialiśmy o
        > problemach. Kiedy się pojawiały tarcia, nie próbowaliśmy ich
        rozwiązywać, tylko
        > zamiataliśmy pod dywan. I pewnie to był błąd. Z całą pewnością...

        bez tego w ogóle nie ma małżeństwa więc nawet trudno to nazwać
        błędem - to był samobój
        może jej to powiedz
        i powiedz że terapia uczy jak o problemach rozmawiać, aby nie ranić
        się i je rozwiązywać

        rodzinka koszmar, sama z podobnej pochodzę ale ja za wszelką cenę
        chcę się uwolnić
        Stwierdzam ponownie - dopóki tam nie mieszkasz, nie wróciłeś w te
        zatęchłe pielesze, masz kartę przetargową - wrócisz ale tylko i
        wyłącznie pod warunkiem rozpoczęcia terapii.I wygladaj serio i
        zacięto - że chcesz żebyście byli razem, ale to jest warunek nie do
        obejścia.I że Ci przykro że dałeś d...z tą zdradą.

        Inaczej, chłopie, to nie ma sensu, naprawdę.
        Trzymam kciuki
        i jak Ci sie uda ja tam zawlec, to się pochwal, bo bedzie czym,
        niezależnie od ostatecznego wyniku
      • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 21:41
        grzego-rz366 napisał:
        > Chyba niezbyt precyzyjnie się wyraziłem...Moja wina, bo
        rzeczywiście napisałem
        > tylko o tym jednym aspekcie naszego wspólnego życia. A przecież
        rzeczywiście nie
        > jest to istota małżeństwa.

        Prawda. Jednak po przeczytaniu dalszej części nadal twierdzę -
        WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY.

        Wychodzi na to, że czujesz się lepszy od żony. Uważasz, że Ty i
        Twoje wychowanie jest lepsze? Ona 'musi' się dostosować? Może
        odpowiada jej bycie szarą myszką?

        > Powiecie może, że coś ze mną nie tak, ale ciągle wierzyłem, że
        wystarczy wyrwać
        > ją z otoczenia i będzie mogła pokazać jaka może być, bo widziałem,
        jak się
        > męczy, kiedy moi, nasi znajomi rozmawiali o różnych rzeczach,
        muzyce, filmach,
        > wyjazdach czymkolwiek, a ona stała zmieszana i spoglądała tylko na
        mnie nie
        > wiedząc co powiedzieć.
        > Widziałem, jak się z tym męczy i wiedziałem, że mogę to zmienić.

        A czy ONA chciała to zmienić? Czy to, że męczyła się przy Twoich
        znajomych automatycznie oznacza, że musiała się 'rozwijać' żeby im
        dorównać? Może właśnie dlatego woli swoją rodzinę i swoje otoczenie -
        bo w nim czuje się dobrze taką jaką jest?

        > Może ktoś mnie posądzić o to, że próbuję ją dopasować do swoich
        wyobrażeń, ale
        > kiedy widzę, jak śmieje się patrząc na swoje dawne zdjęcia i
        przypominam ją
        > sobie unikającą towarzystwa, i widzę jak teraz jest zupełnie inną
        osobą bez
        > kompleksów z tego choćby powodu, to wiem, że to miało sens. Tylko
        wystarczyło
        > trochę się postarać.
        > Zawsze, przez całe nasze wspólne życie miałem wrażenie, że jest w
        niej jakiś
        > potencjał, tylko trzeba wyrwać ją z toksycznych moim zdaniem
        klimatów.

        I tu wychodzi to o czym mówiłam. Wychowanie Twojej żony uważasz za
        złe i toksyczne. Czujesz się lepszy. A jej prawdopodobnie pasuje.
        Może nie wszystko - zmieniła to co JEJ się nie podobało. JEJ nie
        Tobie.

        Wygląda jakbyś widział w żonie dziecko, a Twoja misja życiowa miała
        polegać na jego wychowaniu według Twojej koncepcji.

        --
        Hobby czy uzależnienie?
        • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 22:13
          I tu wychodzi to o czym mówiłam. Wychowanie Twojej żony uważasz za
          > złe i toksyczne. Czujesz się lepszy. A jej prawdopodobnie pasuje.
          > Może nie wszystko - zmieniła to co JEJ się nie podobało. JEJ nie
          > Tobie.

          to fakt że facet czuje się lepszy itd i chyba się zagalopował
          albo raczej nie miał konkretnej wiedzy jak przeprowadzić swój wielki
          plan
          co nie zmienia faktu że jest to wychowanie złe i toksyczne
          tego typu ludzie ciągle coś mają ze światem, czegoś sie boją i
          wracaja do znajomego błotka
          jak to ujął mój mąż, który sam walczy z naleciałosciami rodzinnymi,
          jak se tak długo w tym błocie poleżysz, to nawet nie czujesz że
          smierdzi, dopiero jak się poruszysz i te gazy pójdą ...
          co nie zmienia faktu że :
          - obiektywnie smierdzisz
          - odkrycie tego jest tak przerażające że większość ludzi woli się
          smrodku kisić
          - masz pełne i niezbywalne prawo do leżenia w syfie :)))
          • stinefraexeter Re: co dalej... 06.10.08, 22:18
            rumpa napisała:


            > co nie zmienia faktu że jest to wychowanie złe i toksyczne
            > tego typu ludzie ciągle coś mają ze światem, czegoś sie boją i
            > wracaja do znajomego błotka

            a ja bym nie przesadzala z tym ocenianiem. Niemal kazdy z nas ma o cos zal do
            swoich rodzicow, ale bardzo nie w porzadku jest ocenianie wychowania
            partnera/partnerki jako gorszego, bo czemu wychowanie grzegorza mialoby byc lepsze?
            latwiej oceniaz z zewnatrz, moze zona ma inne zdanie nt temat.
            besides, rozumiem ze jest cos zlego w zbytnim uleganiu konwenansom. Ale co jest
            zlego w nielubieniu eksperymentow w lozku? bo ot tego sie watek zaczal.
            • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 22:31
              stinefraexeter napisała:
              > a ja bym nie przesadzala z tym ocenianiem. Niemal kazdy z nas ma o
              cos zal do
              > swoich rodzicow, ale bardzo nie w porzadku jest ocenianie
              wychowania
              > partnera/partnerki jako gorszego, bo czemu wychowanie grzegorza
              mialoby byc lep
              > sze?

              Właśnie - mamy tu relację bardzo jednostronnie negatywną. Z punktu
              widzenia autora wątku wychowanie żony jest 'winne' temu, że ona nie
              jest taka jak on chciałby, żeby była. I tylko to czyni
              je 'toksycznym'.

              --
              Hobby czy uzależnienie?
              • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:06
                żartujecie?
                chyba że to normalna kolej rzeczy że najważniejszą osoba w życiu
                młodej kobiety jest = mamusia
                niestety jest to uważane za chore co najmniej od czasów Chrystusa
                :)))
                libido można mieć małe ale mieć i luz do całej sytuacji
                itd
                sorry ale naprawdę widać czy ktoś się czuje dobrze w swojej skórze
                czy nie
                a co do żalu o cos do rodziców - problem w tym że ci wyjatkowo
                toksyczni odnoszą niesamowity sukces - ich dzieci nie mają do nich
                żalu - są chodzącymi dziwolagami emocjonalnymi ale uważają że mieli
                super rodziny
                paradoksalnie, żal do rodziców o coś jest dowodem na jakieś
                minimalne zdrowie emocjonalne

                Czasami, kiedy ją przytulałem i próbowałem całować, ona klepała mnie
                delikatnie po plecach ze słowami: dobrze już dobrze, muszę zrobić to
                albo to...
                Najczęściej bez skutku, bo musiała
                jechać do mamy, bo już się umówiła.
                Niestety rodzina ciągle pilnowała, aby nic nie uszło ich uwadze,
                codzienne
                telefony, konsultacje z matką w ważnych sprawach.

                to ma być zdrowe?
                dziewczyny nie przesadzajcie z poprawnością polityczną
                choć zgadzam się że facetowi zabrakło wiedzy i wyczucia

                Z punktu
                > widzenia autora wątku wychowanie żony jest 'winne' temu, że ona
                nie
                > jest taka jak on chciałby, żeby była. I tylko to czyni
                > je 'toksycznym'.

                oj chyba nie tylko to :)))
                w skrócie - najwyższym autorytetem jest mamusia a produkt owej
                mamusi czuje się jak odpał wśród ludzi - taaaa, rzeczywiscie jest to
                fantastyczne przygotowanie do życia i dowód na zdrowie umysłowe i
                emocjonalne
                i ta panna wcale nie musi być oziebła - ale skoro króluje mamusia -
                to nie ma miejsca dla innej kobiety i tyle

                • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 23:22
                  rumpa napisała:
                  > codzienne
                  > telefony, konsultacje z matką w ważnych sprawach.
                  >
                  > to ma być zdrowe?

                  Coż, ja też z matką bardzo często się konsultuję. Zdarza się nam
                  rozmawiać codziennie. Nie widzę w tym nic złego. Mam z nią
                  rewelacyjny kontakt.

                  Nie mówię, że żona autora wątku była w 100% zdrowo wychowana. Jednak
                  zwróć uwagę, że przeszkadzają mu aspekty które u niego były inne. On
                  miał luźne kontakty z rodzicami (sam pisze 'połowę młodości
                  przesiedziałem w górach i innych miejscach z dala od rodziców i
                  rodziny') więc DLA NIEGO odseparowanie od rodziny jest dobre a
                  bliskie kontakty (jakie ma jego żona) są złe.

                  On ocenia w kategoriach 'moje dobre', 'jej złe'. A wszystko przecież
                  ma swoje dobre i złe strony.

                  --
                  Hobby czy uzależnienie?
                  • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:38

                    > On ocenia w kategoriach 'moje dobre', 'jej złe'. A wszystko
                    przecież
                    > ma swoje dobre i złe strony.
                    >
                    i tak i nie
                    rzeczywiscie ma facet taką tendencję
                    ale - rozmawiamy tu o konkretnych rzeczach które ich różnią i są
                    powodem niesnasek - więc nic dziwnego że może powstać takie wrażenie
                    że on uważa że co jej - to złe.
                    ale może być to tylko wrażenie spowodowane "wąskością" poruszanych
                    zagadnień :)

                    hihihi
                    Coż, ja też z matką bardzo często się konsultuję. Zdarza się nam
                    > rozmawiać codziennie. Nie widzę w tym nic złego. Mam z nią
                    > rewelacyjny kontakt.

                    no i ok pod warunkiem że zdanie matki nie jest nagminnie ważniejsze
                    niż zdanie męża
                    ja mam fatalny kontakt z moją matką i najlepiej się czuję od niej
                    oddalona o 1000km więc mogę nie być obiektywna

                    a
                    > bliskie kontakty (jakie ma jego żona) są złe.
                    >
                    ale one przecież nie były złe ot tak z powietrza - z tego co ja
                    zrozumiałam, działały fatalnie na córkę, jego żonę i dlatego były
                    złe.

                    (sam pisze 'połowę młodości
                    > przesiedziałem w górach i innych miejscach z dala od rodziców i
                    > rodziny

                    no i niestety z moich doswiadczeń wynika że taka jest naturalna
                    kolej rzeczy a jesli do niej nie dochodzi to prędzej czy później
                    wychodzą na jaw inne problemy spowodowne brakiem przecięcia pepowiny
                    ale oczywiscie to moje jednostkowe doswiadczenia :)))

                    • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 23:50
                      rumpa napisała:
                      > ale one przecież nie były złe ot tak z powietrza - z tego co ja
                      > zrozumiałam, działały fatalnie na córkę, jego żonę i dlatego były
                      > złe.

                      Ja wiele złego w nich nie odczytałam oprócz tego, że autorowi wątku
                      zupełnie takie relacje z rodziną nie odpowiadały.

                      > no i niestety z moich doswiadczeń wynika że taka jest naturalna
                      > kolej rzeczy a jesli do niej nie dochodzi to prędzej czy później
                      > wychodzą na jaw inne problemy spowodowne brakiem przecięcia
                      pepowiny
                      > ale oczywiscie to moje jednostkowe doswiadczenia :)))

                      No widzisz - różne doświadczenia, różne poglądy. Miałaś złe relacje
                      z matką i czujesz się najlepiej z dala od niej więc jesteś
                      zwolenniczką separacji. Ja miałam doświadczenia mieszane ale wiem,
                      że moja matka jest taką osobą na którą zawsze mogę liczyć (ZAWSZE) w
                      przeciwieństwie do reszty świata - separacja jest więc niewskazana ;)

                      --
                      Hobby czy uzależnienie?
                      • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 01:37
                        ja na moją matkę też mogę liczyc - na pewno zasłoni mnie przed
                        plutonem egzekucyjnym
                        niestety zatruje życie w bardziej przyziemnych okolicznościach :(
                        z których przeważnie składa się egzystencja :)


                • stinefraexeter Re: co dalej... 06.10.08, 23:28
                  ja nie twierdze, ze wychowanie jego zony i jej rodzina nie mialy na nia
                  toksycznego wplywu. Jednak znam tylko wersje meza, ktory w ogole z zony malo
                  jest zadowolony i wszystko zwala na jej mamusie-tyrana. Moze ma racje, ale w
                  zasadzie co z tego? Czy mozna uszczesliwiac dorosla osobe na sile? Nawet jesli
                  zona jest w toksycznej relacji z matka, to czy jako dorosla osoba sama nie
                  powinna decydowac o sobie? Niektorzy lubia pozostawac w takich relacjach. Jesli
                  rodzina zone krzywdzi, to w zasadzie to zony sprawa. To ze byc moze jest w
                  "toksycznym" zwiazku z rodzina nie uprawnia nikogo do decydowania o tym, co jest
                  dla niej lepsze. Ona jest przeciez dorosla. To juz nie jest zagubiona
                  nastolatka. Po tylu latach propagandy meza na pewno przynajmniej w czesci zdaje
                  sobie sprawe z charakteru swoich relacji z rodzina.
                  • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:42
                    To juz nie jest zagubiona
                    > nastolatka.

                    chyba jest :)))

                    a tak poważnie, to oczywiscie masz rację z wkurzonym Pygmalionem
                    i dlatego uważam że jedyną szansą jest terapia
                    jesli nie, to lepiej pakować manatki i nie bawić się we wracanie do
                    rodziny
                    facet ma dobre chęci ale piekło itd - musi sie dużooooo nauczyc
                  • aandzia43 Re: co dalej... 06.10.08, 23:49
                    Czy mozna uszczesliwiac dorosla osobe na sile? Nawet jesli
                    > zona jest w toksycznej relacji z matka, to czy jako dorosla osoba sama nie
                    > powinna decydowac o sobie? Niektorzy lubia pozostawac w takich relacjach. Jesli
                    > rodzina zone krzywdzi, to w zasadzie to zony sprawa.

                    Jeśli niektórzy lubią pozostawać w takich relacjach, to niech przyjmą do
                    wiadomości, że nie mają co liczyć na normalnie funkcjonujący związek i
                    normalnego zadowolonego partnera.
                    Jeśli rodzina krzywdzi żonę naszego wątkotwórcy, to nie jest sprawa żony. To
                    jest sprawa jej, męza i ich dzieci.
                    • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 23:51
                      aandzia43 napisała:
                      > Jeśli rodzina krzywdzi żonę naszego wątkotwórcy, to nie jest
                      sprawa żony. To
                      > jest sprawa jej, męza i ich dzieci.

                      Kluczem jest tu słowo JEŚLI.

                      --
                      Hobby czy uzależnienie?
                      • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:55
                        no ja postawię piwo że tak
                        opisy brzmią znajomo :(
                  • druginudziarz Re: co dalej... 07.10.08, 01:13
                    stinefraexeter napisała:

                    > ja nie twierdze, ze wychowanie jego zony i jej rodzina nie mialy na nia
                    > toksycznego wplywu. Jednak znam tylko wersje meza, ktory w ogole z zony malo
                    > jest zadowolony i wszystko zwala na jej mamusie-tyrana. Moze ma racje, ale w
                    > zasadzie co z tego? Czy mozna uszczesliwiac dorosla osobe na sile? Nawet jesli
                    > zona jest w toksycznej relacji z matka, to czy jako dorosla osoba sama nie
                    > powinna decydowac o sobie? Niektorzy lubia pozostawac w takich relacjach. Jesli
                    > rodzina zone krzywdzi, to w zasadzie to zony sprawa. To ze byc

                    To nie jest tylko "zony sprawa". Jeśli charakter tych relacji rzutuje negatywnie
                    na relacje wewnątrz małżeństwa (i np. jeszcze na dzieci) to tę relację należy
                    dla dobra małżeństwa zmienić. Wchodząc w związek małżeński ślubujesz stworzyć
                    relację trwałą, i jeśli mamy jakieś balasty z wcześniejszego życia to należałoby
                    je odpowiednio zmodyfikować.
      • kaachna1 Re: co dalej... 06.10.08, 21:58
        Zastanawiam się po co właściwie chcesz wrócić do żony skoro od początku nie
        spełniała twoich oczekiwań i to jak widać nie tylko w łóżku,czy zadałeś sobie
        kiedyś pytanie czy żona z tobą jest szczęśliwa? Z tego co piszesz nigdy nie
        akceptowałeś żony takiej,jaką była,chciałeś żeby była inna,żeby się zmieniała
        dla ciebie,według mnie wasze małżeństwo od początku skazane było na
        niepowodzenie i nie wiem czy jest jeszcze co ratować i czy żona tego chce
        • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 11:04
          kaachna1 napisała:

          > Zastanawiam się po co właściwie chcesz wrócić do żony skoro od
          początku nie
          > spełniała twoich oczekiwań i to jak widać nie tylko w łóżku,czy
          zadałeś sobie
          > kiedyś pytanie czy żona z tobą jest szczęśliwa?


          Przeciez napisal wyraznie : chce wrocic dla dzieci. Bo je kocha i
          chce uczestniczyc w ich codziennym zyciu. Bo w jego
          przypadku "rodzina" to nie tylko "zona". I chlubny to wyjatek, ze
          facet nie mysli tylko srodkowa czescia ciala na popularnej w
          dzisiejszych czasach zasadzie "cos mi nie pasi - to sie zmywam",
          tylko stara sie zyc odpowiedzialnie. Niestety, dzis czesto zapomina
          sie o tym, ze kiedy sa dzieci, zwiazek nie funkcjonuje juz tylko na
          plaszczyznie maz - zona, czyli ze poza stwierdzeniem "zona nie
          spelnia moich oczekiwan w tej czy w innej dziedzinie" istnieje
          jeszcze cala relacja ojciec - dzieci. Z ktorej nasz autor nie chce
          jak widac rezygnowac.
          • kaachna1 Re: co dalej... 07.10.08, 14:44
            glamourous napisała:


            > Przeciez napisal wyraznie : chce wrocic dla dzieci. Bo je kocha i
            > chce uczestniczyc w ich codziennym zyciu. Bo w jego
            > przypadku "rodzina" to nie tylko "zona". I chlubny to wyjatek, ze
            > facet nie mysli tylko srodkowa czescia ciala na popularnej w
            > dzisiejszych czasach zasadzie "cos mi nie pasi - to sie zmywam",
            > tylko stara sie zyc odpowiedzialnie. Niestety, dzis czesto zapomina
            > sie o tym, ze kiedy sa dzieci, zwiazek nie funkcjonuje juz tylko na
            > plaszczyznie maz - zona, czyli ze poza stwierdzeniem "zona nie
            > spelnia moich oczekiwan w tej czy w innej dziedzinie" istnieje
            > jeszcze cala relacja ojciec - dzieci. Z ktorej nasz autor nie chce
            > jak widac rezygnowac.

            Z tego co wiem glamourous nie masz jeszcze dzieci i uwierz mi,że przez to,że
            tatuś teraz wróci ze względu na nie,a mimo to nie ułoży mu się z mamą,będą mogły
            czuć się winne całej tej sytuacji,kiedyś mogą się dowiedzieć,że rodzice byli ze
            sobą nieszczęśliwi przez nich,nie wiem ile dzieci mają lat,ale obawiałabym się
            tego powrotu ojca,bo co będzie jeśli on stwierdzi po jakimś czasie z żoną,że to
            jednak nie ma sensu?będzie się tak wyprowadzał i wprowadzał co chwilę?czy
            uważasz,że to zdrowe dla dzieci?przez coś takiego cały czas będą czujne,będą
            obserwowały rodziców i będą żyły w stresie, kiedy rodzice się pokłócą,że tatuś
            znów się wyprowadzi,zresztą psychologiem nie jestem i nie chcę się w niego
            bawić,ale fundowanie dzieciom takiej huśtawki moim zdaniem może wyrządzić więcej
            szkód niż rozstanie się i pogodzenie się z taką sytuacją.Sama mam dwoje
            dzieci,wiem,że potrzebują obojga rodziców,ale przecież nic nie stoi na
            przeszkodzie aby tatuś codziennie ich widywał,to,że będą udawać rodzinę wcale
            nie oznacza najlepszego rozwiązania,jeżeli coś go jeszcze łączy z żoną,jeżeli
            jest szansa dla nich to powinni walczyć,ale jeśli to nie ma sensu to właśnie dla
            dobra dzieci powinni się rozejść.Owszem może być tak,że po jakimś czasie zacznie
            im się układać bo w życiu różnie bywa,gorzej jak oboje lub ojciec zacznie
            prowadzić podwójne życie,a potem jak wiadomo brnie się w to coraz bardziej i
            trudno się wycofać.Oczywiście życzę im jak najlepiej bardzo bym chciała żeby coś
            z tego wyszło bo dla mnie rodzina jest najważniejsza,ale byłam kiedyś w takiej
            sytuacji,że chcieliśmy się z mężem rozejść bo ciągle się kłóciliśmy i nie
            mogliśmy się dogadać i stwierdziliśmy,że dla dzieci będzie lepiej kiedy
            zamieszkamy osobno,na szczęście nam się udało jakoś pokonać ten kryzys,ale zdaję
            sobie sprawę,że czasami nie ma szans
            • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 16:19
              będzie się tak wyprowadzał i wprowadzał co chwilę?czy
              > uważasz,że to zdrowe dla dzieci

              dlatego tatuś winien się udać do fachowca żeby właśnie takich
              numerów nie robić

              ale byłam kiedyś w takiej
              > sytuacji,że chcieliśmy się z mężem rozejść bo ciągle się
              kłóciliśmy i nie
              > mogliśmy się dogadać i stwierdziliśmy,że dla dzieci będzie lepiej
              kiedy
              > zamieszkamy osobno,na szczęście nam się udało jakoś pokonać ten
              kryzys,ale zdaj
              > ę
              > sobie sprawę,że czasami nie ma szans


              rozumiem że się udało i życzę szczęścia
              ile znasz par, które miały kryzys i zamiast drzeć koty przez
              miesiące aż sie wzajemnie przekonają że to drugie to menda i porażka
              życiowa, poszło szukać pomocy?
              Ile?
              Bo ja nie znam więcej niż dwie
              pozostali woleli zdradzać, kłamać, drzeć twarz, obrażać się i
              cierpieć, rozwalić dom dzieciom,
              ale pójść na terapię?
              nigdy
              bo oni są tacy wyjatkowi (przeważnie problemy były banalne do bólu ,
              aż się ziewać chciało) i im to nic nie pomoże
              a zresztą to zawsze to drugie było winne i ono powinno się leczyć :(
              tylko dzieci szkoda
              • kaachna1 Re: co dalej... 07.10.08, 20:10
                rumpa napisała:
                > rozumiem że się udało i życzę szczęścia
                > ile znasz par, które miały kryzys i zamiast drzeć koty przez
                > miesiące aż sie wzajemnie przekonają że to drugie to menda i porażka
                > życiowa, poszło szukać pomocy?
                > Ile?
                > Bo ja nie znam więcej niż dwie
                > pozostali woleli zdradzać, kłamać, drzeć twarz, obrażać się i
                > cierpieć, rozwalić dom dzieciom,
                > ale pójść na terapię?
                > nigdy
                > bo oni są tacy wyjatkowi (przeważnie problemy były banalne do bólu ,
                > aż się ziewać chciało) i im to nic nie pomoże
                > a zresztą to zawsze to drugie było winne i ono powinno się leczyć :(
                > tylko dzieci szkoda

                rumpa nie wiem czy uważnie przeczytałaś mój post,ale ja wcale nie namawiam
                faceta żeby wrócił do żony ze względu na dzieci i też uważam,że powinni
                skorzystać z pomocy fachowca o ile sami widzą w tym sens i są gotowi na zmiany
                • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 20:22
                  wwiem, wiem,ale ja tak sobie napisałam bo czasem jak tu ludzię piszą,
                  jak widzę jak rozpadają sie małżeństwa, to nie rozumiem - dlaczego nie
                  szukają pomocy ludzi którzy całymi latami uczą sie pomagać w takich
                  sytuacjach ?

                  pytanie nieco retoryczne może
      • stinefraexeter Re: co dalej... 06.10.08, 22:10
        Wszystko co napisales jest wazne, bo pozwala lepiej zrozumiec twoje uczucia i
        cala sytuacje. I wcale nie jest takie chaotyczne.

        Ale wiesz, musze sie po czesci zgodzic z mujer bonita. Tez odnosze wrazenie, ze
        od samego poczatku znajomosci "urabiales" nieco malzonke. Rozumiem, ze chciales
        jej pomoc i na pewno w pewnych kwestiach ona tego potrzebowala, ale mimo to
        ogolne wrazenie jest takie, ze przez te wszystkie lata usilnie starales sie
        przerobic ja na swoja wymarzona kobiete: bardziej otwarta w zyciu, bardziej
        otwarta w seksie, mniej uzalezniona od konwenansow.

        Jestem w stanie zrozumiec, ze te 11 lat temu wierzyles, ze ci sie uda. To
        naturalne przekonanie. Ale teraz, po tych wszystkich latach i twojej zdradzie,
        czy wciaz wierzysz, ze jestes w stanie zmienic swoja zone (i to nie tylko
        zmienic ot tak, ale zmienic w pasujacy tobie sposob)? I czy ona jest gotowa i
        chetna zmienic sie po to, by zaspokoic twoje wyobrazenia? dla mnie brzmi to malo
        obiecujaco. nie mozna ot tak zmienic osoby, ktora ZAWSZE byla taka a nie inna.

        I jeszcze jedno: nie wiem, jaka ona jest, ale gdyby moj maz zdradzil mnie, a
        potem stwierdzil, ze wroci pod warunkiem, ze zmienie to i tamto w swoim
        charakterze oraz ze zaczne lubic milosc francuska, to chyba by mnie cos trafilo.
        • anula36 Re: co dalej... 06.10.08, 22:58
          nie ma to jak luzackie wychowanie ktore pozwala afiszowac sie z kochanka wszem i wobec( czym oczywiscie absolutnie nie upokarzasz zony), a potem kapnac ja w dupke jak sie znudzi i pedem do pognebionej zonki i do znanego ciepelka, gdzie mozna sobie porzadzic i starac sie nie trzeba.
          Twoje dzieci tez uczysz takiej "odpowiedzialnosci" za drugiego czlowieka?
          • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:21
            to jedna i niezaprzeczlna prawda
            druga jest taka - nie ma to jak latanie do mamusi, omawianie z nia
            każdej decyzji, pozwalanie na wpierdzielanie się rodziny w
            małżeństwo, i odmawianie najprostszych czułosci - jak przytulanie
            miłość francuską bym zrozumiała, sama jej nie trawię, ale babka
            która nie daje sie przytulić bo musi gary myć? ( w domyśle, rzecz
            jasna)
            a gdzie odpowiedzialność mamusi?
            bo z gachem nie latała po ulicy? to chyba niewielkie poswięcenie
            jesli o nią chodzi
            na terapię nie chciała iść - co być może bylo by z jej strony
            ekwiwalentem jego zrezygnowania z romansu

            potwierdza sie moja teoria - w małżeństwie obie strony przeważnie
            siebie warte :)

            • mujer_bonita Re: co dalej... 06.10.08, 23:29
              Rumpa - PRZESADASZ!

              > i odmawianie najprostszych czułosci - jak przytulanie
              Autor napisał, że CZASAMI się to zdarzało.

              > na terapię nie chciała iść - co być może bylo by z jej strony
              > ekwiwalentem jego zrezygnowania z romansu

              No to teraz zwaliłaś mnie z nóg! Ona ma włożyć wysiłek żeby on
              zrezygował z romansu!? Czy ja to dobrze zrozumiałam!? Biedaczek tak
              się poświęcił rezygnując z romansu że ona mogłaby też coś w to
              włożyć!? Normalnie odpadam!

              --
              Hobby czy uzależnienie?
              • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 00:01
                >
                > No to teraz zwaliłaś mnie z nóg! Ona ma włożyć wysiłek żeby on
                > zrezygował z romansu!? Czy ja to dobrze zrozumiałam!? Biedaczek tak
                > się poświęcił rezygnując z romansu że ona mogłaby też coś w to
                > włożyć!? Normalnie odpadam!

                No, mogłaby włożyć coś w to, czyli w próby porozumienia się, zrozumienia siebie,
                swojego małżeństwa i w próby rozwiązania całej tej sprawy. Jakie by to
                rozwiązanie nie było. Samo się nei zrobi. SAMO to będzie tak, jak było do tej
                pory. Czy się rozstaną, czy nie, bez bolesnego ruszania głową zostaną skłócenia
                i pełni pretensji do siebie. Razem czy osobno, na zawsze pełni jadu. Żeby to
                zmienic i, chocaiżby rozstać się po ludzku, niezbędny jest wysiłek obu stron.
                Strony pokrzywdzonej też
                • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:05
                  aandzia43 napisała:
                  > Razem czy osobno, na zawsze pełni jadu. Żeby to
                  > zmienic i, chocaiżby rozstać się po ludzku, niezbędny jest wysiłek
                  obu stron.
                  > Strony pokrzywdzonej też

                  Oczywiście, że wysiłek obu stron jest ważny. Pokrzywdzonej może
                  nawet ważniejszy bo wybaczyć jest niełatwo.

                  Stanowczo jednak sprzeciwiam się temu co postuluje Rumpa - że ona ma
                  obowiązek włożyć wysiłek dlatego, że on już włożył wysiłek w
                  zakończenie romansu, czyli czegoś czego zrobić nie powinien i czym
                  ją skrzywdził!

                  --
                  Hobby czy uzależnienie?
                  • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 00:18
                    Stanowczo jednak sprzeciwiam się temu co postuluje Rumpa - że ona ma
                    > obowiązek włożyć wysiłek dlatego, że on już włożył wysiłek w
                    > zakończenie romansu, czyli czegoś czego zrobić nie powinien i czym
                    > ją skrzywdził!
                    >

                    PROTESTUJĘ!!!!
                    nic takiego nie postuluję
                    ona nie ma żadnego obowiazku
                    i na pewno nie dlatego że on włożył wysiłek i zakonczył romans
                    zresztą nie jest do końca powiedziane kiedy chciał tej terapii ,
                    przed czy po romansie

                    ona mogła to zrobić i nie zrobiła
                    ot i tyle
                    • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:27
                      rumpa napisała:
                      > PROTESTUJĘ!!!!
                      > nic takiego nie postuluję

                      Nie postulujesz? To nie Ty napisałaś:
                      > na terapię nie chciała iść - co być może bylo by z jej strony
                      > ekwiwalentem jego zrezygnowania z romansu

                      Postawiłaś znak równości (przybliżenia) między jego wysiłkiem ze
                      zrezygnowania z romansu (czego nie powinien nigdy zaczynać) z jej
                      wysiłkiem pójścia na terapię! Dla mnie to jakaś paranoja!

                      --
                      Hobby czy uzależnienie?
                      • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 00:35
                        dlaczego paranoja?
                        dla niej rezygnacja z seksu to żaden wysiłek

                        ja nie łączę tego bezposrednio - coś za coś

                        ale dla róxnych osób róxne rzeczy wymagają przełamania się

                        i chodziło mi o rezygnację z romansu - w znaczeniu - zanim do niego
                        doszło, powstrzymanie się, i chyba tu jest całe nieporozumienie
                        Zdaje się uważasz że ja uważam że ona pójdzie na terapie to on
                        przestanie bzykać?

                        eee, nie


                        • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:52
                          rumpa napisała:
                          > i chodziło mi o rezygnację z romansu - w znaczeniu - zanim do
                          niego
                          > doszło, powstrzymanie się, i chyba tu jest całe nieporozumienie
                          > Zdaje się uważasz że ja uważam że ona pójdzie na terapie to on
                          > przestanie bzykać?

                          Uważam, że autor wątku już na etapie przedmałżeńskim miał jasno
                          określone na co może a na co nie może liczyć, nie tylko w seksie.
                          Zgodził się na to naiwnie sądząc, że później się zmieni. Potem
                          stwierdził, że tak się jednak nie da (słusznie skąd inąd) i
                          zaproponował terapię w celu zmiany stanu rzeczy. Żona na terapię się
                          nie zgodziła (dlaczego miałaby iść zmieniać siebie, skoro od
                          początku było wiadomo jaka jest?).

                          Poza tym zauważ, że nie zawsze terapia jest konieczna. Cytat z
                          autora:
                          'Jedno w naszym małżeństwie było naprawdę bolesne. Nie rozmawialiśmy
                          o
                          problemach. Kiedy się pojawiały tarcia, nie próbowaliśmy ich
                          rozwiązywać, tylko
                          zamiataliśmy pod dywan. I pewnie to był błąd. Z całą pewnością...'

                          Na terapię jest czas jak normalna komunikacja między małżonkami
                          siada. Tu normalnej komunikacji nie było WCALE.


                          --
                          Hobby czy uzależnienie?
                          • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 00:59
                            > Na terapię jest czas jak normalna komunikacja między małżonkami
                            > siada. Tu normalnej komunikacji nie było WCALE.

                            ...co jest świetnym (i wystarczającym) powodem, by w celu wypracowania tej
                            nieistniejącej do tej pory komunikacji, na tę terapię się udać.
                            • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 01:09
                              otóż to!
                              jak komus zależy

                              i skąd ten pomysł zmiany siebie w czasie terapii?
                              ja tam jeszcze nie widziałam żeby ktos się zmienił w czasie terapii
                              a jednak ... jest inaczej
                              ta sama osoba
                              jak nie ta sama
                            • druginudziarz Re: co dalej... 07.10.08, 01:26
                              aandzia43 napisała:

                              > > Na terapię jest czas jak normalna komunikacja między małżonkami
                              > > siada. Tu normalnej komunikacji nie było WCALE.
                              >
                              > ...co jest świetnym (i wystarczającym) powodem, by w celu wypracowania tej
                              > nieistniejącej do tej pory komunikacji, na tę terapię się udać.
                              >

                              Nic by z tego i o tak nie było, bo mama/teściowa i tak by zakazała. A zięć by
                              usłyszał by sam się leczył
                              A teraz wydaje mi się, że już jest pozamiatane, teraz jest tym złym czarnym
                              ludem, bez prawa głosu. Teściowa będzie wykorzystywać każdą okazję by mu dopiec.
                              Wytrzyma? jak długo?
              • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 00:11
                teraz Ty przesadziłas
                gdzie ja napisałam że ona ma wkładać wysiłek żeby on zrezygnował z
                romansu? źle zrozumiałas ale jest późno :)

                ona miała włoxyć wysiłek w ratowanie małżeństwa, facet proszący na
                terapie to kuriozum na skalę światową, oni generalnie wolą se cos
                poderwac niż pracować nad związkiem

                i nie ironizuj bo to wyglada na solidarność jajników

                Biedaczek tak
                > się poświęcił rezygnując z romansu że ona mogłaby też coś w to
                > włożyć!? Normalnie odpadam!

                źle się dzieje
                facet sugeruje terapię
                babka każe mu spadać
                w eleganckiej formie i podniosłej ( coś jak uczenie dzieci żeby
                nigdy nie powiedziały że to tatuś je po pijaku obił do kości bo
                takie rzeczy to się załatwia w rodzinie - a propos słyszałaś aby
                kiedykolwiek cokolwiek tak załatwiono?) ale jednak spadać
                nie chce się wysilać i naruszać status quo

                nie jest w porzadku i tyle

                a że ona nie ma romansu - powtarzam - z jej strony to żaden wyczyn,
                nie dlatego że jest kobietą czy co tylko dlatego że nie ma ochoty
                jak wiesz Kosciół bardzo potepiał tych co se ucinali dla zachowania
                cnoty - nie uważał już tego za osiagnięcie

                z jego strony odmówienie sobie seksu - jest wysiłkiem i tyle

                Brakowało nawet w naszym życiu takiego codziennego okazywania sobie
                czułości...Czasami, kiedy ją przytulałem i próbowałem całować, ona
                klepała mnie
                delikatnie po plecach ze słowami: dobrze już dobrze, muszę zrobić to
                albo to..

                powiedz mi jak często musiałabyś zostać spławiona żeby to
                zapamietać?
                bo ja własnie zaczęłam wysilać pamięć i ni czorta se nie moge takich
                akcji ze strony męża FACETA przypomieć
                a raczej jestem mimoza pod tym względem :)
                • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:23
                  rumpa napisała:
                  > teraz Ty przesadziłas
                  > gdzie ja napisałam że ona ma wkładać wysiłek żeby on zrezygnował z
                  > romansu? źle zrozumiałas ale jest późno :)

                  Czyżby?

                  > a że ona nie ma romansu - powtarzam - z jej strony to żaden
                  wyczyn,
                  > nie dlatego że jest kobietą czy co tylko dlatego że nie ma ochoty
                  > z jego strony odmówienie sobie seksu - jest wysiłkiem i tyle

                  Jest wysiłkiem na który się ZGODZIŁ! Widziały gały co brały! Teraz
                  mu się zmieniło - nie zgadza się i ona ma się dostosować?? Ba! Ma
                  być wdzięczna, że on jej da szansę się dostosować!?!?!?

                  --
                  Hobby czy uzależnienie?
                  • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 00:39
                    godził sie na marny seks
                    ale nie wszechobecną mamusię, brak czułosci i generalne pokazywanie mu
                    że jest na drugim miejscu

                    przecie ja nie mówię że ma się dostosować!
                    odkąd efektem terapii jest dostosowanie sie do kogoś?
                    ale mogłaby troche pogadać o małżeństwie jesli druga strona PROSI!
                    • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:48
                      rumpa napisała:
                      > godził sie na marny seks
                      > ale nie wszechobecną mamusię, brak czułosci i generalne
                      pokazywanie mu
                      > że jest na drugim miejscu

                      Sory ale znał doskonale sytuację (CAŁĄ) przed ślubiem. Pisał nawet,
                      że w pewnym momencie się rozstali.

                      > przecie ja nie mówię że ma się dostosować!
                      > odkąd efektem terapii jest dostosowanie sie do kogoś?
                      > ale mogłaby troche pogadać o małżeństwie jesli druga strona PROSI!

                      Prawda - ale terapia tu miałaby na celu zmianę tego co JEMU nie
                      pasuje, tego o czym wiedział i tego kim ona jest. Ona nie musiała
                      się na to godzić.

                      Jestem wielką zwolenniczką terapi ale jakby facet zaproponował mi ją
                      w celu zmiany tego o czym wiedział (np. moich relacji z matką) bo
                      jednak mu przeszkadzają to nie mógłby liczyć na moją wyrozumiałość w
                      temacie.
                      • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 01:30
                        estem wielką zwolenniczką terapi ale jakby facet zaproponował mi ją
                        > w celu zmiany tego o czym wiedział (np. moich relacji z matką)

                        hihihi sorry

                        wiesz jesli mój facet powiedziałby mi że czuje sie na drugim miejscu
                        i malo ważny to jednak jednak - ja bym sie zastanowiła czy nie ma
                        czegos na rzeczy
                        wolałabym pewnie to przedyskutowac właśnie w obecnosci fachowca i
                        osoby bezstronnej żeby raz na zawsze wyjasnic sprawę.

                        Prawda - ale terapia tu miałaby na celu zmianę tego co JEMU nie
                        > pasuje, tego o czym wiedział i tego kim ona jest. Ona nie musiała
                        > się na to godzić.

                        oczywiscie że nie musiała sie zgadzać na zmiany ani nawet na słowo
                        od osoby niezależnej
                        mogła zamieść pod dywan, stwierdzić, że ma to gdzieś i ma być tak
                        jak jest
                        zrobiła to
                        i dołożyła kolejną cegiełkę do muru.


                        • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 10:27
                          rumpa napisała:
                          > wolałabym pewnie to przedyskutowac właśnie w obecnosci fachowca i
                          > osoby bezstronnej żeby raz na zawsze wyjasnic sprawę.

                          Sprawa dla mnie jasna - widziały gały co brały!

                          > i dołożyła kolejną cegiełkę do muru.

                          Nie! Pokazała mur, który istniał od początku istnienia tego związku.
                          Mur, który on od początku widział i naiwanie sądził, że uda się go
                          zburzyć.

                          --
                          Hobby czy uzależnienie?
                          • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 13:07
                            mur był
                            on próbował go rozbierać
                            ona też częściowo

                            cegły można też wyjmować
                            wiem bo rozwalałam ścianę w mieszkaniu
                            i staram się to robić na codzień z moim mężem
                            bo oboje mamy pod ręką stos cegieł i świerzutką zaprawę :( niestety
            • stinefraexeter Re: co dalej... 06.10.08, 23:32
              rumpa napisała:

              > to jedna i niezaprzeczlna prawda
              > druga jest taka - nie ma to jak latanie do mamusi, omawianie z nia
              > każdej decyzji, pozwalanie na wpierdzielanie się rodziny w
              > małżeństwo, i odmawianie najprostszych czułosci - jak przytulanie
              > miłość francuską bym zrozumiała, sama jej nie trawię, ale babka
              > która nie daje sie przytulić bo musi gary myć? ( w domyśle, rzecz
              > jasna)
              > a gdzie odpowiedzialność mamusi?
              > bo z gachem nie latała po ulicy? to chyba niewielkie poswięcenie
              > jesli o nią chodzi

              nie za bardzo rozumiem, skad wniosek ze jej niechec do odwzajemnienie pocalunkow
              jest bezposrednim skutkiem toksycznych relacji z matka...

              > na terapię nie chciała iść - co być może bylo by z jej strony
              > ekwiwalentem jego zrezygnowania z romansu
              >
              tego juz w ogole nie rozumiem. Co ma jedno wspolnego z drugim?
              • rumpa Re: co dalej... 06.10.08, 23:53
                na terapię nie chciała iść - co być może bylo by z jej strony
                > > ekwiwalentem jego zrezygnowania z romansu
                > >
                > tego juz w ogole nie rozumiem. Co ma jedno wspolnego z drugim?

                ma tyle wspólnego że chodzi o rezygnację z łatwizny i utartych
                ścieżek na rzecz wspólnego dobra

                dla niej brak kochanka nie jest poswieceniem
                dla niego rezygnacja z seksu - jest

                dla niej pójscie na terapię byłoby wysiłkiem
                dla niego zresztą też - choć pewnie mniejszym z początku
                za to potem by dostał po odwłoku, to pewne :)

                ot i tyle
                mogła chociaż spróbować skoro ją prosił
                ale ponieważ dla niej nie był to taki problem - to go olała
                mamrocząc cos o załatwianiu spraw w rodzinie - co oznacząło ni mniej
                ni więcej że nic się nie zmieni bo przecież to własnie w rodzinie
                doszło do takiej porażki

                nie za bardzo rozumiem, skad wniosek ze jej niechec do
                odwzajemnienie pocalunko
                > w
                > jest bezposrednim skutkiem toksycznych relacji z matka...
                >

                może być to osobne i oddzielne
                ale smutne doswiadczenie uczy że takie mamusie nienawidzą jak
                córeczki stają się kobietami i robią co mogą aby to rozwalic na
                wstępie bo jedynymi kobietami maja prawo być ONE
                stad niechęc do bliskości może być jak najbardziej racjonalnym
                skutkiem :(
                • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:01
                  rumpa napisała:
                  > ma tyle wspólnego że chodzi o rezygnację z łatwizny i utartych
                  > ścieżek na rzecz wspólnego dobra
                  > dla niej brak kochanka nie jest poswieceniem
                  > dla niego rezygnacja z seksu - jest
                  >
                  > dla niej pójscie na terapię byłoby wysiłkiem
                  > dla niego zresztą też - choć pewnie mniejszym z początku
                  > za to potem by dostał po odwłoku, to pewne :)
                  >
                  > ot i tyle
                  > mogła chociaż spróbować skoro ją prosił
                  > ale ponieważ dla niej nie był to taki problem - to go olała


                  Rumpa - zagalopowałaś się i to ostro!!

                  Pomyśl co piszesz. Żona autora wątku od początku stawiała sprawę
                  seksu jasno. JASNO. Nie było wersji demo! On się na to godził. Potem
                  stwierdził, że jednak nie i znalazł sobie kochankę. I co?? Ona ma
                  się poświęcić bo jemu teraz nie odpowiada coś na co się
                  ZGODZIŁ !?!?!?! PARANOJA!

                  W sumie to niezły patent! Jak chcesz coś na partnerze wymuścić -
                  znajdź sobie kochanka! Jak się wyda to powiedz, że poświęceniem
                  będzie z niego zrezygnować więc dla ratowania związku partner też
                  musi coś poświęcić! Szantaż doskonały!

                  --
                  Hobby czy uzależnienie?
                  • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 00:11
                    Nasz autor:
                    Jeszcze jedno...W pewnym momencie zaproponowałem terapię małżeńską. Nie zgodziła
                    się...Stwierdziła, że takie rzeczy załatwia się w domu...

                    Ale nigdzie nei napisał, że ta terapia miała dotyczyć tylko kwestii seksu. Mogło
                    chodzić o kwestie poważniejsze niż tylko ten nieszczęsny brak lodzika,
                    zastrzeżony przez nią na początku związku. Mogła spróbować, dla dobra wszystkich
                    zainteresowanych.
                  • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 00:30
                    wiesz, ja nie mogę uwierzyć że TY naprawdę uważasz że chodzilo tylko
                    o seks!!!!
                    przecież facet opisuje jakąś parodię małżeństwa z wszechobecną
                    mamusią, babką skapiacą zwykłych czułosci, a nie problem z lodzikiem
                    !!!!
                    w takim otoczeniu to najlepszy oral by nie pomógł :)))
                    jak by miał problem z lodzikiem to by se do burdelu chodził albo
                    koleżanka w pracy by mu zrobiła raz czy drugi.
                    Zwiazek mu sie sypał, również z powodu jego misjonarskich zapędów, i
                    chciał terapii - dla małżeństwa , rodziny , dzieci i ich samych
                    A ona NIE! BO NIE!

                    Ona ma
                    > się poświęcić bo jemu teraz nie odpowiada coś na co się
                    > ZGODZIŁ !?!

                    przepraszam ja czegoś nie rozumiem
                    terapia to takie poświecenie? chyba własnego ego! nie mówimy o jej
                    błogosławieństwie dla niewinnych igraszek męża! co do których nie
                    mamy pewności czy w danym momencie JUŻ doszło...
                    wymanewrować się próbowała z odpowiedzialnosci i tyle


                    • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 00:37
                      rumpa napisała:
                      > wiesz, ja nie mogę uwierzyć że TY naprawdę uważasz że chodzilo
                      tylko
                      > o seks!!!!

                      Nie musisz wierzyć bo ja tak nie sądzę. Głównym problemem w tym
                      małżeństwie jest odwieczna wiara 'po ślubie się zmieni'. W tym
                      przypadku wiara autora 'wychowam żonę'.

                      > przecież facet opisuje jakąś parodię małżeństwa z wszechobecną
                      > mamusią, babką skapiacą zwykłych czułosci, a nie problem z
                      lodzikiem
                      > !!!!

                      A to już Twoja interpretacja przez pryzmat własnych doświadczeń
                      rodzinnych. Nie wiem skąd Ci się wzieło 'skąpienie czułości'.
                      Powtarzasz to po raz któryś a nie znajduje to pokrycia w słowach
                      autora wątku.

                      > przepraszam ja czegoś nie rozumiem
                      > terapia to takie poświecenie? chyba własnego ego! nie mówimy o jej
                      > błogosławieństwie dla niewinnych igraszek męża! co do których nie
                      > mamy pewności czy w danym momencie JUŻ doszło...
                      > wymanewrować się próbowała z odpowiedzialnosci i tyle

                      Dla niektórych ludzi terapia jest poświęceniem. Szczególnie jak ma
                      być ona nastawiona na zmianę ich samych. Szczególnie jeżeli ma
                      zmienić układ, który im odpowiada i na który druga strona się
                      zgodziła (i nie mówię tylko o seksie).

                      --
                      Hobby czy uzależnienie?
                      • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 00:54
                        > Dla niektórych ludzi terapia jest poświęceniem. Szczególnie jak ma
                        > być ona nastawiona na zmianę ich samych. Szczególnie jeżeli ma
                        > zmienić układ, który im odpowiada i na który druga strona się
                        > zgodziła (i nie mówię tylko o seksie).

                        Układ na przestrzeni lat ewoluuje. Przynajmniej powinien. Ludzie też.
                        Przynajmniej powinni. Jeśli nie, to są zamrożonymi w dziecięctwie dziwadłami.
                        Upieranie się przy takim stanie rzeczy to idiotyzm. Zmienianie "samych siebie",
                        czyli ewolucja, to cnota.
                        Gdyby poszła na tę nieszczęsną terapię, to przecież nie po to, by zmienić się w
                        kobietę z marzeń męża, tylko żeby ruszyć do przodu w ogóle. Co by się z tego
                        wyłoniło, to już inna sprawa.

                        Wiesz, ja po dwudziestu latach związku nie powołuję się w sytuacji, gdy mąż ma o
                        coś do mnie pretensje na to, że jak się ze mną żenił, to mu to akurat nie
                        przeszkadzało. Przeciez wtedy byłam siksą, teraz jestem dojrzała kobietą i
                        czegoś więcej się ode mnie wymaga, nie? To jakaś dziecinada. Chyba sama nie
                        wierzysz w to, co piszesz.
                        • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 10:32
                          aandzia43 napisała:
                          > Wiesz, ja po dwudziestu latach związku nie powołuję się w
                          sytuacji, gdy mąż ma o
                          > coś do mnie pretensje na to, że jak się ze mną żenił, to mu to
                          akurat nie
                          > przeszkadzało. Przeciez wtedy byłam siksą, teraz jestem dojrzała
                          kobietą i
                          > czegoś więcej się ode mnie wymaga, nie? To jakaś dziecinada. Chyba
                          sama nie
                          > wierzysz w to, co piszesz.

                          Oczywiście, że wierzę! Jak ktoś się żeni z grubaską, która od
                          początku jasno stawia sprawę, że nie schudnie to czy po 20 latach ma
                          prawo domagać się, żeby schudła bo teraz mu to przeszkadza? NIE MA!

                          Oczywiście ludzie się zmieniają. To naturalne. Jedne zmiany nam
                          odpowiadają inne nie. Ale NIE WSZYSTKO da się w sobie zmienić i nie
                          wszystko chcemy zmienić. I nie musimy tylko dlatego, że okazuje się,
                          że partnerowi jednak to przeszkadza.

                          --
                          Hobby czy uzależnienie?
                      • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 01:05
                        Dla niektórych ludzi terapia jest poświęceniem. Szczególnie jak ma
                        > być ona nastawiona na zmianę ich samych. Szczególnie jeżeli ma
                        > zmienić układ, który im odpowiada i na który druga strona się
                        > zgodziła (i nie mówię tylko o seksie).

                        strona zgodziła sie na seks a nie na układ bo układu dopiero sie
                        tworzył - układ wyewoluował w stronę która dla jednej z osób w
                        małżeństwie była ok, dla drugiej - wręcz przeciwnie.
                        Druga strona o tym mowi - ta pierwsza olewa bo Jej to odpowiada.
                        Czy mi się wydaje czy raczej to marnie swiadczy o zaangażowaniu tej
                        drugiej strony i odpowiedzialnosci za zwiazek?

                        A to już Twoja interpretacja przez pryzmat własnych doświadczeń
                        > rodzinnych. Nie wiem skąd Ci się wzieło 'skąpienie czułości'.
                        > Powtarzasz to po raz któryś a nie znajduje to pokrycia w słowach
                        > autora wątku.

                        powtarzam pytanie - ile razy trzeba Cie spławić przytulankowo żebyś
                        to zapamietała? To przecież facet - z natury rzeczy mniej przylepny.
                        Ja jestem babka i nie pamietam nic takiego z 14 lat pożycia.

                        Widzisz, równie dobrze ja moge powiedzieć że Ty interpretujesz przez
                        pryzmat Swoich - hmmm, telefony do Mamy codziennie? może faktycznie
                        to taka fantastyczna babka, a może nie i bronisz własnej sprawy :)
                        Co do mojej matki, to sama osobiscie wywaliłam ją z domu jak zaczęła
                        mi się wpychać w moje małżeństwo i nigdy bym nie pozwoliła na chocby
                        cień watpliwości, kto jest Number 1, z kim omawiam problemy i
                        ustalam priorytety. I mój mąż nie ma takich wątpliwości - jestem Ja
                        i ON, moja matka gdzieś tam istnieje, ale bez żadnej mocy
                        ingerowania w zwiazek - podobnie jak jego matka.

                        Głównym problemem w tym
                        > małżeństwie jest odwieczna wiara 'po ślubie się zmieni'. W tym
                        > przypadku wiara autora 'wychowam żonę'.

                        w to wierzą wszyscy lub prawie wszyscy przynajmniej przed 30 tką :)
                        no dobrze, część wierzy że sie nic nie zmieni, co jest tak samo
                        dojrzałe i realne :))))
                        gorzej jak się zmienia - na gorzej :)
                        głównym problemem w tym związku jest brak komunikacji i otwartości
                        na siebie - to słynne zamiatanie pod dywan,
                        I dlatego nic nie wychodzi.Nawet rozstanie...
                        • stinefraexeter Re: co dalej... 07.10.08, 10:10
                          Rozumiem, ze czlowiek i zwiazki ewoluuja przez lata.
                          Rozumiem, ze obie strony musza pracowac nad zwiazkiem.
                          To wszystko jest oczywiste.

                          Jedyna roznica jest taka, ze w tym przypadku od samego poczatku zona mezowi pod
                          wieloma wzgledami nie pasowala. Zdawal sobie sprawe z toksycznych wplywow
                          rodziny (jezeli one sa naprawde toksyczne, a nie po prostu inne), a mimo to
                          zdecydowal sie na malzenstwo i przez te wszystkie lata niczym bledny rycerz
                          prowadzil krucjate na rzecz uratowania zony od mamy smoczycy. A potem ma
                          pretensje, ze zona tej pomocy nie chce. Moze wcale nie chciala byc ratowana?

                          Ja wciaz uwazam, ze toksyczne zwiazki rodzinne to sprawa konkretnej,
                          zaangazowanej w nie bezposrednio osoby. Maz/zona ponosza tego konsekwencje
                          zazwyczaj (bo nie zawsze rzecz jasna) w wyniku wlasnych wyborow. Ile to historii
                          na forum o narzeczonym/mezu, ktory nie odcial przyslowiowej pepowiny z rodzina?
                          90 % odpowiedzi brzmi: czeka cie ciezka walka i najprawdopodobniej w ogole sie
                          nie uda. Podobnie jest w tym przypadu. Autor widzial wszystko doskonale przed
                          slubem, wzial zone taka jaka byla.

                          Zona odrzucila terapie i to byl rzeczywiscie blad, bo mogla sobie uswiadomic
                          wiele rzeczy, ale w zasadzie, z jej punktu widzenia, po co w ogole terapia?
                          Jesli udany zwiazek ma polegac na tym, ze ona ma sie stac mniej uzalezniona od
                          rodziny, bardziej otwarta, mniej zniewolona konwenansami i w ogole wpasowac sie
                          w oczekiwania meza, to ten zwiazek jest bez sensu i obawiam sie, ze terapia
                          moglaby raczej byc poczatkiem konca malzenstwa.

                          Czy zona to przeczuwala, czy tez po prostu jest z tych osob, ktore wola problemy
                          zamiatac pod dywan, nie wiadomo. Zloszcza nas takie osoby, ale w zasadzie: czy
                          taka reakcja byla dla autora watku zaskoczeniem?

                          Ja mam wrazenie, ze z grzegorza wychodzi wlasnie zlosc niespelnionego Pigmaliona
                          (hehe, fajne okreslenie) na zone, ktora nijak nie chce sie poddac jego obrobce i
                          ktory uswiadomil sobie, ze lata pracy nie przyniosly rezultatu. Swoja droga, czy
                          to przypadek, ze wspanialy i wyzwolony autor wybral sobie szara, nieoczytana
                          dziewczyne z prostej rodziny? Pigmalion nie wybiera przeciez ukonczonego dziela
                          sztuki, on kocha tworzenie i wladze, jaka plynie z jego pozycji tworcy.

                          Ostatnie slowo co do dzieci: ja wciaz uwazam, ze moze byloby dla mnie lepiej,
                          gdyby moi rodzice nie byli razem. Czy rodzice sa w stanie ukrywac wzajemne
                          pretensje i zale przed dziecmi? Nie wiem. Moi nie umieli i te cale napiecie
                          wisialo w powietrzu, doprowadzajac do tego, ze wolalam przebywac poza domem lub
                          z kazdym z rodzicow osobno.
                          • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 10:50
                            stinefraexeter napisała:
                            > Ja mam wrazenie, ze z grzegorza wychodzi wlasnie zlosc
                            niespelnionego Pigmaliona
                            > (hehe, fajne okreslenie) na zone, ktora nijak nie chce sie poddac
                            jego obrobce i
                            > ktory uswiadomil sobie, ze lata pracy nie przyniosly rezultatu.

                            Coś w tym jest :) Autor ma chyba pretensje, że rodzinie żony się
                            udało a jemu nie ;)

                            > Ostatnie slowo co do dzieci: ja wciaz uwazam, ze moze byloby dla
                            mnie lepiej,
                            > gdyby moi rodzice nie byli razem. Czy rodzice sa w stanie ukrywac
                            wzajemne
                            > pretensje i zale przed dziecmi? Nie wiem. Moi nie umieli i te cale
                            napiecie
                            > wisialo w powietrzu, doprowadzajac do tego, ze wolalam przebywac
                            poza domem lub
                            > z kazdym z rodzicow osobno.

                            Nie znam ani jednego przypadku dobrego 'układu' dla dzieci. One nie
                            są ślepe. Nie da się grać w domu 24h/dobę. Po prostu nie da się.
                            Zawsze powtarzam, że lepiej jest pochodzić z rozbitego domu niż w
                            nim żyć!

                            --
                            Hobby czy uzależnienie?
                            • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 11:29
                              mujer_bonita napisała:


                              > Nie znam ani jednego przypadku dobrego 'układu' dla dzieci. One
                              nie
                              > są ślepe. Nie da się grać w domu 24h/dobę. Po prostu nie da się.
                              > Zawsze powtarzam, że lepiej jest pochodzić z rozbitego domu niż w
                              > nim żyć!


                              Ja jestem takim przykladem. Moj ojciec, gdy doroslam, wyznal mi, ze
                              gdyby nie dzieci, to urwalby sie z niekoniecznie satysfakcjonujacego
                              zwiazku, bo ozenil sie zbyt mlodo (niekoniecznie dokonujac
                              przemyslanego wyboru partnerki ;-) i generalnie nie tak sobie swoje
                              zycie wyobrazal ;-)

                              Powiedzial jednak, ze kochal nas (dzieci) tak mocno, ze zdusil w
                              sobie chec odejscia w zarodku i byl z mama dla nas. I dla niego bylo
                              to normalne, a nie chore.

                              Ale kiedys ludzie mieli cos, co ja nazywam "pelnowymiarowym
                              poczuciem odpowiedzialnosci". Czyli nie dochodzacy, a na boku
                              zakladajacy nowa rodzine super-tatus - tylko raczej ponoszenie
                              konsekwencji swoich wyborow. A ja dzieki takiemu podejsciu ojca
                              mialam fajna rodzine, w ktorej moze rodzice moze nie palali do
                              siebie namietnoscia (zdarzaly sie rowniez awantury i takie tam, a
                              owszem) ale ukochany ojciec BYL w moim zyciu, wychowal mnie,
                              uksztaltowal mnie i nauczyl wielu rzeczy. I podziwiam go za to, ze
                              nie poszedl na latwizne.

                              Jeszcze raz powtarzam to co napisalam powyzej : z autopsji wiem, ze -
                              nie liczac patologii oczywiscie - dla dzieci istotniejszy jest
                              stabilny dom z obojgiem w miare poprawnie zyjacych rodzicow, a nie
                              pomiary ich malzenskich uczuc.
                              • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 11:44
                                glamourous napisała:
                                > Jeszcze raz powtarzam to co napisalam powyzej : z autopsji wiem,
                                ze -
                                > nie liczac patologii oczywiscie - dla dzieci istotniejszy jest
                                > stabilny dom z obojgiem w miare poprawnie zyjacych rodzicow, a nie
                                > pomiary ich malzenskich uczuc.

                                Zgadzam się. Z tym, że dobry dom to dla mnie nie 'w miarę poprawnie
                                żyjący rodzice'. Dla Twojego ojca najwyraźniej problemy małżeńskie
                                nie były aż tak nie do pokonania. Niestety - takie przypadki
                                zdarzają się niezwykle żadko. Zwykle kończy się na emocjonalnej
                                lodówce lub piekielnych awanturach.

                                Dla dzieci można pokonać problemy w związku ale nie żyć w fikcji.
                                Ostatnio dylemat taki miała moja kuzynka i jak sama stwierdziła -
                                cokolwiek zrobi dzieci zawsze o coś będą mogły mieć pretensje - że
                                się rozwiodła lub nie. Obie sytuacje będą miały plusy i minusy.
                                Wybrała rozwód. Teraz dzieci mają dwoje szczęśliwych rodziców osobno
                                i krzywda im się nie dzieje. Owszem - momentami jest ciężko
                                (logistycznie) ale dają radę a dzieciaki mają dwa spokojne domy.

                                I jeszcze jedno - rozwód bierze się z małżonkiem/ą nie z dziećmi o
                                czym niestety wiele osób zapomina!

                                --
                                Hobby czy uzależnienie?
                                • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 12:36
                                  mujer_bonita napisała:


                                  > a dzieciaki mają dwa spokojne domy.


                                  Kluczem do calej sprawy jest tutaj przymotnik "SPOKOJNE". Tak,
                                  SPOKOJNY i stabilny dom, tego dzieci potrzebuja najbardziej.
                                  Niekoniecznie wiec potrzebuja wielkiej milosci rodzicow do siebie
                                  (zreszta umowmy sie, po X latach nawet najwieksza harlequinowa
                                  milosc zostaje przekuta na rodzinna codziennosc bez specjalnych
                                  fajerwerkow), ale zyczliwych, poprawnych stosunkow. Moim sie udalo,
                                  ale tylko dlatego ze nie nakrecali sie na siebie negatywnie, nie
                                  pielegnowali poczucia niespelnienia. Ot, takie pokolenie - zero
                                  konsumpcjonizmu wlasnego, zero postaw roszczeniowych oraz poczucie
                                  ze "tak trzeba" silniejsze niz chec dokopania partnerowi. Spolka
                                  rodzinna jakos sie krecila, pomimo braku wielkiej milosci i
                                  idealnego dopasowania charakterow. Czulam sie bezpieczna. Mysle
                                  dzis, ze gdyby ojciec odszedl i ukladal sobie dalej zycie z jakas
                                  nieznajoma pania Jadzia, i widywal sie ze mna tylko w weekendy (przy
                                  asyscie Jadzi ;-) moje dziecinstwo byloby pewnie nieco bardziej
                                  skomplikowane i przypuszczam ze mialabym dzisiaj juz jako kobieta
                                  jakies niedobory emocjonalne na tle ojca.

                                  Ale moze to subiektywne odczucie. W koncu nie powinnam mierzyc
                                  ogolnego zjawiska wlasna miarka - moj casus nie jest wszak jakims
                                  przypadkiem uniwersalnym. Nie powinnam tez gdybac, bo dzieci sie jak
                                  wiadomo latwo dostosowuja do sytuacji. A kazde ma inna wrazliwosc.
                                  • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 13:04
                                    właśnie Glam, trafiłaś w sedno
                                    Twoi rodzice byli dojrzali i się nie nakręcali, przyjmowali że druga
                                    osoba może mieć swoje racje i niekoniecznie chce im dokopać z
                                    zasady.

                                    Sa ludzie którzy tak nie potrafią
                                    mogą się nauczyć i nie rozwalać domu, tylko trzeba wyjść poza czubek
                                    własnego nosa
                                    oni nie chcą
                                    po czym w kolejnym związku - jak minie upojenie i się okaże , że
                                    jest tak samo jak w poprzednim - są zmuszeni, bo lata lecą , trochę
                                    im wstyd , że narobili zamieszania z wielką miłością a tu takie samo
                                    piwo, czasem wreszcie jakaś klapka w głowie się otwiera i zaczynają
                                    coś rozumieć - i robią z usmiechem na ustach te wszystkie rzeczy od
                                    których dostawali piany na twarzy 10 laty wcześniej.
                                    albo nie robią i siedzą wkurzeni że im się nie wiedzie
                                    albo zmieniają partnera znowu i znowu i znowu


                                  • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 13:05
                                    Ot, takie pokolenie - zero
                                    > konsumpcjonizmu wlasnego, zero postaw roszczeniowych oraz poczucie
                                    > ze "tak trzeba" silniejsze niz chec dokopania partnerowi. Spolka
                                    > rodzinna jakos sie krecila, pomimo braku wielkiej milosci i
                                    > idealnego dopasowania charakterow.

                                    Nie wydaje mi się, by była to cecha pokolenia. Z tego samego
                                    pokolenia większość mocno niezgranych par zafundowała swoim dzieciom
                                    niezły meksyk zamist stabilnego domu rodzinnego. Myśle, ze twoi
                                    rodzice nie byli sfrustrowani rozbieżnością między oczekiwaniami
                                    względem siebie a rzeczywistością w sposbó straszliwy. Stopień ich
                                    frustracji, poczucia nieszczęścia nie był powalający. Gdyby taki
                                    był, nie miałabyś szczęśliwego domu. A poa tym każdemu z nas coś się
                                    nie spełniło, coś nie tak poszło w związku. Normalka. Nie ma ludzi
                                    uszczęśliwionych małżonkiem do końca. Twój tata nie jest tu żadnym
                                    wyjątkiem. On maił szczęście nei byc bardzo nieszczęśliwym.
                                    • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 14:57
                                      aandzia43 napisała:


                                      Myśle, ze twoi
                                      > rodzice nie byli sfrustrowani rozbieżnością między oczekiwaniami
                                      > względem siebie a rzeczywistością w sposbó straszliwy. Stopień ich
                                      > frustracji, poczucia nieszczęścia nie był powalający.


                                      Byla (miedzy innymi) spora roznica intelektualna - ojciec
                                      wszechstronny erudyta i mama nauczycielka bez wiekszej tzw.
                                      refleksji ;-) Byla tez - jak wynika z relacji obojga - spora roznica
                                      temperamentow, seksualnosci. Wypisz wymaluj sytuacja jak u naszego
                                      bohatera ;-)
                                      Dzisiaj, w tej naszej konsumpcyjnej rzeczywistosci i powszechnym
                                      parciu zeby wszystko w zyciu "gralo" na najwyzszej strunie tylko te
                                      dwie rozbieznosci spokojnie posluzylyby jako pretekst do rozstania.
                                      Wyzalania sie na tutejszym forum. Odejscia w imie wlasnego
                                      szczescia. Nawiazaniu romansu rozwalajacego rodzine. Stwierdzenia ze
                                      nie pasujemy do siebie wiec "nie krzywdzmy dzieci". Moi rodzice
                                      jednak poradzili sobie - bez terapii, bez zmieniania sie na sile.
                                      Bez walki i bez szarpaniny.

                                      Mysle, ze cokolwiek by nie mowic kiedys ludzie bardziej akceptowali
                                      innosc partnera. Nie bylo takiego parcia na "idealne dopasowanie
                                      malzonkow pod kazdym wzgledem" jak teraz. Kwitl socjalizm. Nie bylo
                                      zewnetrznego ani wewnetrznego przymusu zeby wszystko w zyciu
                                      bylo "zajebiste", seksuolodzy nie gadali tyle o jednoczesnych
                                      orgazmach, a psycholodzy o samorealizacji. I tu jest cale sedno
                                      sprawy.

                                      I doprecyzuje, zebym nie wyszla tu na jakas lanserke cierpienia w
                                      milczeniu oraz udupiania sie w nieszczesliwym malzenstwie. Moje
                                      zdanie jest takie - wszelkich ciec powinno sie dokonywac dopoki para
                                      nie ma dzieci : droga wolna. Osobiscie wykopalam juz ze swojego
                                      zycia roznych facetow z powodu takiego czy innego niedopasowania.
                                      Wykopalabym rowniez i mojego aktualnego, gdybym czula sie z nim
                                      autentycznie nieszczesliwa. Poki co nie mam z nim dzieci, wiec hit
                                      the road, Jack. Jednak kiedy ewentualnie dzieci juz sie pojawia,
                                      wtedy bede w stanie zrobic wiele, zeby utrzymac ten zwiazek i nie
                                      burzyc dzieciakom status quo (o ile bedzie poprawne). Taki juz mam
                                      instynkt gniazdowy. Nawet za cene ograniczenia wlasnych potrzeb czy
                                      egoistycznych odruchow.

                                      PS. Calkowicie zgadzam sie z tym co o oczko wyzej napisala Rumpa.
                                      Nadmierny idealizm tez nie jest najlepszym sposobem na zycie.
                                      • aandzia43 Re: co dalej... 07.10.08, 22:32
                                        > Dzisiaj, w tej naszej konsumpcyjnej rzeczywistosci i powszechnym
                                        > parciu zeby wszystko w zyciu "gralo" na najwyzszej strunie tylko te
                                        > dwie rozbieznosci spokojnie posluzylyby jako pretekst do rozstania.
                                        > Wyzalania sie na tutejszym forum.

                                        Mam wrażenie, że chodzi bardziej nie o to, by grało na najwyższej strunie, tylko
                                        zeby niedobory trochę mniej bolały i niszczyły.

                                        > Mysle, ze cokolwiek by nie mowic kiedys ludzie bardziej akceptowali
                                        > innosc partnera.

                                        Coś mi się wydaje (i przypomina), ze to nie była szlachetna akceptacja, tylko
                                        niezauważanie nie tylko odmienności partnera, ale i jego samego w ogóle.

                                        Jednak kiedy ewentualnie dzieci juz sie pojawia,
                                        > wtedy bede w stanie zrobic wiele, zeby utrzymac ten zwiazek i nie
                                        > burzyc dzieciakom status quo (o ile bedzie poprawne). Taki juz mam
                                        > instynkt gniazdowy. Nawet za cene ograniczenia wlasnych potrzeb czy
                                        > egoistycznych odruchow.

                                        Mam dokładnie tak samo. Przepraktykowane. Z naciskiem na WIELE. Ale nie
                                        WSZYSTKO. Ale to WIELE zbliża się do WSZYSTKO dla każdego w innym momencie. I z
                                        boku patrząc można się mocno zdziwić: to cię boli, tego nie możesz znieść? No
                                        wiesz, ja na twoim miejscu, moja ciocia na twoim miejscu....

                                        >
                                        > PS. Calkowicie zgadzam sie z tym co o oczko wyzej napisala Rumpa.
                                        > Nadmierny idealizm tez nie jest najlepszym sposobem na zycie.

                                        Zgadzam się też:-)
                        • mujer_bonita Re: co dalej... 07.10.08, 10:44
                          rumpa napisała:
                          > strona zgodziła sie na seks a nie na układ bo układu dopiero sie
                          > tworzył - układ wyewoluował w stronę która dla jednej z osób w
                          > małżeństwie była ok, dla drugiej - wręcz przeciwnie.

                          Rumpa - ja mam wrażenie, że Ty przeczytałaś nie ten wątek! Autor
                          dokładnie zdawał sobie sprawę z CAŁOŚCI nie tylko seksu! Wyraźnie
                          napisał, że na pewnym etapie wręcz się rozstali bo różnice wydały
                          się nie do pogodzenia! Nic nie WYEWOLUOWAŁO - wręcz przeciwnie -
                          autor miał nadzieję, że coś zmieni a wszystko zostało takie jak
                          było! Zawierając małżeństwo zawarł UKŁAD na całość, którą ZNAŁ!

                          > powtarzam pytanie - ile razy trzeba Cie spławić przytulankowo
                          żebyś
                          > to zapamietała?

                          RAZ! I godząc się na związek z osobą oschłą w okazywaniu uczuć nie
                          mogłabym liczyć na wybuchy czułości! Widziały gały co brały! Nie
                          każdy okazuje uczucia przez nieustanne przytulanie. I nie ma w tym
                          nic złego!

                          > Widzisz, równie dobrze ja moge powiedzieć że Ty interpretujesz
                          przez
                          > pryzmat Swoich - hmmm, telefony do Mamy codziennie? może
                          faktycznie
                          > to taka fantastyczna babka, a może nie i bronisz własnej sprawy :)

                          Oczywiście, że interpretuję przez pryzmat własnych doświadczeń. Moje
                          są mieszane - i dobre i złe. Dlatego nie uważam tak jak Ty, że
                          bliski kontakt z rodziną jest z założenia zły a matkę trzeba wysłać
                          1000 km od siebie!

                          --
                          Hobby czy uzależnienie?
                          • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 12:55
                            no dobrze, znał od poczatku choć nie mieszkali razem itd
                            mnie też się wydawało że znam i wiem, ale mimo to udało mi się
                            przeoczyć parę fantastycznych min, które po dziś dzień chyba nie są
                            tak do końca rozbrojone :(
                            a mój związek był omawiany z psychologiem - tylko ja przeoczyłam
                            temat do omawiania :))) tak się zastanawiam - pomyłka kontrolowana?
                            bo chyba spakowałabym zabawki
                            znał duże fragmenty ale to nie to samo co życie pod jednym dachem
                            ona TEŻ
                            podjęli duże ryzyko - OBOJE - mimo zgrzytów
                            i od tej pory są oboje za ten związek odpowiedzialni, oboje się
                            starają i oboje wychodzą sobie na przeciw - w tym rzecz że jej się
                            podobało trochę, zmieniała tylko to co jej wadziło, a generalnie
                            faceta ma gdzieś - a on mógł odnieść wrażenie że ona z nim buduje
                            związek, gdy tak naprawdę ona tylko sobie mościła gniazdko.
                            gadka szmatka - widziały gały co brały - jej gały też widziały, na
                            tej zasadzie.
                            mogą załatwić sprawę - świadomie - na tak - jesteśmy dalej i
                            pracujemy nad sobą albo na nie - nie jesteśmy dalej ale próbujemy
                            oczyścić atmosferę żeby nie narobić dzieciom kole uszu
                            to próbuje zrobić ten nieszczęsny facet - i dlatego mu napisałam
                            żeby chociaż sam poszedł na terapię i zrozumiał, między innymi
                            dlaczego żona nie chce i jak mimo to zrobić coś z sensem
                            a żona taaaaak ma prawo niechcieć
                            i zasłaniać sie całe życie - widziały gały co brały
                            i omawiać z mamusią
                            a ja mam prawo mieć takie zdanie jakie mam na temat jej wkładu w
                            rozwalenie tego związku

                            nie uważam żeby bliski kontak z rodziną był założenia zły ale fakt
                            jest faktem że parę małżeństw już poleciało bo mąż i żona sprawy
                            małżeńskie omawiali z mamusiami które nie za bardzo mają co robić z
                            wolnym czasem i sa pełne dobrych chęci.
                            No i rzecz jasna wysłałam siebie te 1000 km a nie moją matkę :)
                            teraz planuję kolejne 6 000 :)



                            zrozum , ja wiem że ona ma prawo lać na wszystko i zamiatać pod
                            dywan, on ma prawo do głupich ruchów w poczuciu beznadziei
                            on ma prawo czuć sie tym tu wstaw odpowiednie
                            ona ma prawo czuć się cieżko urażona że mąż ją przerabia

                            zgrzyt zgrzyt zgrzyt

                            i dlatego napisałam że bez terapii nie ma sensu nic próbować z
                            powrotem.
                            koniec kropka
                            to może dodam jeszcze raz:
                            niezależnie czy żona chce czy nie, nasz Pygmalion sam powinien udać
                            się do psychoterapeuty, bo na razie kroi się kicha pod tytułem - dla
                            dobra dzieci :(
                            co ciekawe, to dobro dzieci mogłoby im wyjść, gdyby się dogadali, że
                            może zachowywali się durnie, ale chcieli dobrze, starali się, i
                            spróbowali jakoś się nawzajem zrozumieć i odsłonić, niekoniecznie od
                            razu kochać i mieć sex, po prostu potraktować się jak życzliwi
                            ludzie po przejściach, bez naprawiania i napinania.
                            jestem kurna romantyczką pełną wiary w ludzi :(


                          • bi_chetny @mujer_bonita 08.10.08, 10:58
                            czytam twoje wpisy i oczom nie wierzę. jak można mysleć w ten sposób ? zmieniamy
                            sie całe życie i tak naprawdę właśnie to że ktoś w związku się zmienia powoduje
                            że zaczyna się kryzys. Ja długo prosiłem o to żebyśmy z żoną poszli na terapię -
                            dla niej wszystko było ok więc powiedziała że nie pójdzie, bo jest zupełnie
                            normalna i normalnie reaguje - chociaż nie okazywała mi czułości, odsuwała się
                            ode mnie. jak myślisz, jak długo można znosić coś takiego ? Wtedy kochanka,
                            która pojawiła się nie dlatego że jej szukamy, ale dlatego że czujemy się
                            niekochani. Mówienie że widziały gały itd. jest częściowo uprawnione, tyle że
                            facet na początku pewnie myślał że to nie są aż tak istotne aspekty. okazały się
                            kluczowe.
                            Napisałaś, że gdyby twój mąż powiedział ci że coś mu przeszkadza w twoim
                            podejściu do związku, to byś go wywaliła. gratuluję podejścia.

                            Terapia jest potrzebna i nie jest żadnym kosztem, tylko próbą zrozumienia co
                            jest nie tak, czy chcemy to zmieniać i jak się za to zabrać. Nikt nie powinien
                            mówić "nie" w takiej sytuacji, bo to poważny sygnał że dzieje się coś bardzo
                            niedobrego.
                            • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 08.10.08, 11:28
                              Bi_chętny – nie zrozumiałeś. Nie o to mi chodziło.

                              Wchodząc w związek wiążemy się z CAŁOŚCIĄ człowieka takim, jaki on
                              jest. Pewne rzeczy się zmieniają inne nie. Pewne rzeczy mogą się
                              zmienić inne nie. Uważam, że nieuczciwym jest żądanie od drugiej
                              osoby zmian w zakresie, który był wiadomy od samego początku i druga
                              strona jasno określiła.

                              Przykład. Kobieta o małym biuście wiąże się z facetem o
                              skłonnościach do biuściastych. Ona zapowiada że nigdy nie podda się
                              operacji. On ma wątpliwości, ale w końcu stwierdza, że nie jest to
                              dla niego takie ważne a może kiedyś uda się ją przekonać. Pytanie -
                              czy po paru latach ma prawo żądać od żony operacji? Względnie
                              terapii w celu np. przekonania jej do operacji bo jego potrzeby są
                              niezaspokojone?

                              Przykład 2: Katoliczka wiąże się z ateistą. Wiara jest dla niej
                              ważna i zapowiada, że będzie się stosować do jej zasad (np. NPR).
                              Facet waha się, ale w końcu decyduje się na małżeństwo. I pytanie
                              jak wyżej - czy po paru latach ma prawo żądać od żony złamania jej
                              zasad bo np. ma za mało seksu? Względnie terapii w celu np.
                              przekonania jej do innych metod antykoncepcji bo jego potrzeby są
                              niezaspokojone?

                              W takich przypadkach mówię stanowczo NIE! Widziały gały co brały.
                              Pewnych rzeczy w człowieku NIE DA się zmienić. I należy żyć zgodnie
                              z zasadą ‘Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego
                              zmienić nie jestem w stanie Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić
                              mogę I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego’.


                              > dla niej wszystko było ok więc powiedziała że nie pójdzie, bo jest
                              zupełnie
                              > normalna i normalnie reaguje - chociaż nie okazywała mi czułości,
                              odsuwała się
                              > ode mnie. jak myślisz, jak długo można znosić coś takiego ?

                              Jeżeli była taka od samego początku i wiedziałeś o takim zachowaniu
                              to sory - WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY. W przypadku lepszej wersji demo
                              owszem - jest to zmiana nie fair w stosunku do drugiej strony.
                              Terapia i naprawianie wręcz obowiązkowe.

                              > facet na początku pewnie myślał że to nie są aż tak istotne
                              aspekty. okazały się
                              > kluczowe.

                              Dokładnie to napisałam - myślał ‘że uda mi się żonę się zmienić’ co
                              było oczywistym absurdem. Popełnił błąd. Dlaczego żona ma teraz
                              obowiązek zmienić się bo on jednak chce czegoś innego? Nie ma
                              obowiązku. Może ale nie musi!

                              > Napisałaś, że gdyby twój mąż powiedział ci że coś mu przeszkadza w
                              twoim
                              > podejściu do związku, to byś go wywaliła. gratuluję podejścia

                              Tego nie napisałam. Jeżeli nagle zaczęło by mu przeszkadzać coś, co
                              jest dla mnie WAŻNE i o czym wiedział od początku (u mnie nie ma
                              wersji demo) i akceptował stan faktyczny to nie odczuwałabym
                              obowiązku zmieniana się bo on tego chce.
                              • krzysztof-lis Re: @mujer_bonita 09.10.08, 12:47
                                > Pytanie - czy po paru latach ma prawo żądać od żony operacji?

                                Ma takie samo prawo żądać tej operacji, jak ona ma prawo żądać zmiany jego
                                skłonności.
                                • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 09.10.08, 13:02
                                  krzysztof-lis napisał:
                                  > Ma takie samo prawo żądać tej operacji, jak ona ma prawo żądać
                                  zmiany jego
                                  > skłonności.

                                  Ona przecież NIE ŻĄDA. On sam z nich zrezygnował uznając że 'da
                                  radę'. Idiotyzm, błąd ale JEGO. Czy on może żądać od niej
                                  naprawienia jego błędu?
                                  • krzysztof-lis Re: @mujer_bonita 09.10.08, 13:07
                                    > Ona przecież NIE ŻĄDA. On sam z nich zrezygnował uznając że 'da
                                    > radę'. Idiotyzm, błąd ale JEGO.

                                    A czymże jest odmówienie współpracy (terapii), jeśli nie żądaniem: "ja się
                                    zmieniać nie zamierzam, więc musisz się dostosować".

                                    Błąd wspólny, choć upierasz się, że tylko jego.
                            • aandzia43 Re: @mujer_bonita 08.10.08, 11:52
                              >zmieniamy
                              > sie całe życie i tak naprawdę właśnie to że ktoś w związku się
                              zmienia powoduje
                              > że zaczyna się kryzys.

                              Własnie. Nie ma to jak pielęgnowanie stojącej wody i bijącego z niej
                              swojskiego smrodku.


                              > Terapia jest potrzebna i nie jest żadnym kosztem, tylko próbą
                              zrozumienia co
                              > jest nie tak, czy chcemy to zmieniać i jak się za to zabrać. Nikt
                              nie powinien
                              > mówić "nie" w takiej sytuacji, bo to poważny sygnał że dzieje się
                              coś bardzo
                              > niedobrego.

                              Jeśli ktoś odmawia partnerowi pójscia razem do psychologa, to dla
                              mnie znak, że ma coś na uszami i gówno go obchodzi związek. Że
                              odczuwa wielki lęk przed zmianą, nieznanym, cierpi bez wątpienia,
                              ale partnera ma tak naprawdę w d. Bo przecież, jesli pretensje
                              wnioskodawcy w kwestii tarapii są tylko głupimi roszczenaimi, to
                              wychodzi to juz zazwyczaj na pierwszej wizycie. Nie ma się co
                              obawiać, że się w tym straszliwym miejscu zostanie zmanipulowanym
                              przez chcącego nas ukrzywdzić partenera i jego poplecznika -
                              psychologa.
                              • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 08.10.08, 12:15
                                aandzia43 napisała:
                                > Własnie. Nie ma to jak pielęgnowanie stojącej wody i bijącego z
                                niej
                                > swojskiego smrodku.

                                A co w przypadku, kiedy ta 'stojąca woda' to dla jedej strony
                                smrodek a dla drugiej rzecz ważna (np. religia)? Spuścić w kiblu bo
                                strona, której śmierdzi stwierdziła, że jednak nie wytrzyma smrodku
                                który czuła od początku?
                                • aandzia43 Re: @mujer_bonita 08.10.08, 12:27
                                  >
                                  > A co w przypadku, kiedy ta 'stojąca woda' to dla jedej strony
                                  > smrodek a dla drugiej rzecz ważna (np. religia)? Spuścić w kiblu
                                  bo
                                  > strona, której śmierdzi stwierdziła, że jednak nie wytrzyma
                                  smrodku
                                  > który czuła od początku?

                                  Hmmm, chyba powinnam się obrazic, że zaliczyłaś mnie do osób
                                  skłonnych uczucia religijne uznać za smrodek;-D
                                  • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 08.10.08, 12:31
                                    aandzia43 napisała:
                                    > Hmmm, chyba powinnam się obrazic, że zaliczyłaś mnie do osób
                                    > skłonnych uczucia religijne uznać za smrodek;-D


                                    Ależ wcale Cię do takich nie zaliczyłam ;) Miał to być po prostu
                                    przykład kwesti w której nie da się w zasadzie iść na kompromis i
                                    należy ustalić coś na samym początku. Jak nie odpowiada to się nie
                                    wiązać.
                                    • aandzia43 Re: @mujer_bonita 08.10.08, 12:46
                                      Miał to być po prostu
                                      > przykład kwesti w której nie da się w zasadzie iść na kompromis i
                                      > należy ustalić coś na samym początku. Jak nie odpowiada to się nie
                                      > wiązać.

                                      No to nie trafiony. Światopogląd do światopogląd. Nie terapiuje się
                                      ludzi z ich uczuć religijnych. I nie o kwestiach wiary tu rozmawiamy.
                                      To faktycznie są sprawy, które ustalone na początku nie podlegają
                                      dyskusji. Tak, jak wzrost, kolor oczu i data urodzenia.
                                      Chyba pisaliśmy o różnych ewidentnych niedomogach, które wpływają na
                                      pogorszenie jakości wspólnego życia, a które mogą zostać
                                      wyeliminowane lub przynajmnie stonowane. Ku radości WSZYSTKICH
                                      zainteresowanych.
                                      • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 08.10.08, 12:59
                                        aandzia43 napisała:
                                        > Chyba pisaliśmy o różnych ewidentnych niedomogach, które wpływają
                                        na
                                        > pogorszenie jakości wspólnego życia, a które mogą zostać
                                        > wyeliminowane lub przynajmnie stonowane.

                                        Pozostaje rozróżnienie co jest kwestią ważną a co 'niedomogą'. Dla
                                        każdego będzie to coś innego.

                                        W tym przypadku kwestia seksu została postawiona jasno i wyraźnie na
                                        samym początku. Stosunek małżonki do jej rodziny również był
                                        ewidentny. Autor wątku wiedział na co się decyduje. Wersji demo brak.

                                        Więc o czym dyskutujemy?
                                        • aandzia43 Re: @mujer_bonita 08.10.08, 13:26
                                          > Więc o czym dyskutujemy?

                                          Ano o tym, że normalnie dojrzwający z upływem lat i doświadczeń
                                          ludzie ewoluują. Zmieniają się (z założenia na lepsze).
                                          Dwudziestoletnia dziewuszka na początku swej drogi może sobie być
                                          pod pantoflem mamusi. To jeszcze nie jakaś wielka patologia. Ta sama
                                          dziewuszka po 10 latach i w tym samym miejscu emocjonalnie, czyli w
                                          emocjonalnym skansenie, to patologia. I patologia życia małżeńskeigo
                                          takiej wyrośniętej dziewuszki. Ta sama zasada dotyczy różnych
                                          płaszczyzn życia. Seksualnej też. Upieranie się za wszelką przy
                                          obrazie siebie sprzed lat, to zwykła głupota. Nastomiast oczekiwania
                                          wobec partnera, że będzie dojrzewał są jak najbardziej uzasadnione.
                                          W końcu dojrzewanie to norma, a wszyscy chcielibysmy mieć względnie
                                          normalne życie.

                                          A jak odróżnić roszczenia partnera od jego rozsądnych życzeń? Jak
                                          się samemu nei ma wglądu w siebie i w swój związek, to zawsze można
                                          skorzystać z pomocy bezstronnego fachowca. Żywiołowa niechęć do
                                          takiego rozwiązania (tylko oceny sytuacji, nawet jeszcze nie
                                          terapii) jest sygnałem, ze nie zalezy nam na związku, tylko na
                                          trwaniu w stanie sprzed 10 czy 40 lat. Bo związek też ewoluuje i nie
                                          przetwarzany każdego dnia w nowe, obumiera. Albo JA sprzed ery
                                          przedpotowej, albo związek z zywym człowiekiem - wybór jest jasny.
                                          Jeśli żonie naszego bohatera zależy na swoim bagienku, to
                                          automatycznie nie zależy jej na związku.

                                          Ale to już pisałam ci ja i inni w tym wątku. Więc jeśli obstajesz
                                          przy koncepcji hodowania swoich wad i hodowli martwych układów
                                          międzyludzkich, to ja już nic więcej nie mam do dodania. EOT.
                                          • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 08.10.08, 13:43
                                            aandzia43 napisała:
                                            > Dwudziestoletnia dziewuszka na początku swej drogi może sobie być
                                            > pod pantoflem mamusi.

                                            Trzydziestolatka pod pantoflem mamusi to be a pod pantoflem męża to
                                            OK? Bo głównym zarzutem autora jest to, że żona nie zmieniła się
                                            zgodnie z jego oczekiwaniem.

                                            > Ta sama zasada dotyczy różnych
                                            > płaszczyzn życia. Seksualnej też. Upieranie się za wszelką przy
                                            > obrazie siebie sprzed lat, to zwykła głupota

                                            Super. W takim razie jak kobiecie się odechce seksu po ślubie bo
                                            przecież facet kupił wersję demo i już się starać nie trzeba to
                                            należy fakt zaakceptować bo 'Upieranie się za wszelką przy obrazie
                                            siebie sprzed lat, to zwykła głupota'. Gratuluję pomysłu!

                                            > Jeśli żonie naszego bohatera zależy na swoim bagienku, to
                                            > automatycznie nie zależy jej na związku.

                                            Skoro jej wartości nazywasz bagienkiem to rzeczywiście nie ma
                                            miejsca na dyskusję.

                                            > Ale to już pisałam ci ja i inni w tym wątku. Więc jeśli obstajesz
                                            > przy koncepcji hodowania swoich wad i hodowli martwych układów
                                            > międzyludzkich, to ja już nic więcej nie mam do dodania. EOT.

                                            Jeżeli ktoś uważa to jakim jest partner za WADĘ to po jaką cholerę
                                            się wiąże i po latach chce wysyłać na terapię? EOT.
                                            • woman-in-love do grzegorza 08.10.08, 13:45
                                              Nie czytałam całego wątku, odpowiadam bezposrednio na główny wpis: twoja decyzja
                                              wg mnie jest rejteradą przed nieznanym. Z małżeństwa, jak widac może byc juz
                                              tylko atrapa. I szkoda mi twojej kochanki, która wykazała więcej zdecydowania i
                                              charakteru.
                                            • krzysztof-lis Re: @mujer_bonita 09.10.08, 12:49
                                              > Super. W takim razie jak kobiecie się odechce seksu po ślubie bo
                                              > przecież facet kupił wersję demo i już się starać nie trzeba to
                                              > należy fakt zaakceptować bo 'Upieranie się za wszelką przy obrazie
                                              > siebie sprzed lat, to zwykła głupota'. Gratuluję pomysłu!

                                              Nie odróżniasz naturalnej EWOLUCJI od nagłej zmiany będącej efektem tego, że się
                                              już jakiś cel osiągnęło i dalej nie trzeba się starać?
                                              • mujer_bonita Re: @mujer_bonita 09.10.08, 13:12
                                                krzysztof-lis napisał:
                                                > Nie odróżniasz naturalnej EWOLUCJI od nagłej zmiany będącej
                                                efektem tego, że się
                                                > już jakiś cel osiągnęło i dalej nie trzeba się starać?

                                                W przypadku autora wątku zmiana była jak najbardziej rewolucyjna -
                                                akceptował, akcetował, potem doszedł do wniosku, że akceptować dalej
                                                nie może i znalazł sobie kochankę.
                                                • songo3000 Bonitka jak zwykle 13.10.08, 02:29
                                                  założyła, że to 'ten zły facet' musi się dostosować, bo gały.....

                                                  Że też nikt wcześniej Ci nie zwrócił uwagę na taki drobniutki szczegół, wynikający zresztą z >Twojego< rozumowania.

                                                  Cofając się do chwili "widziały gały co brały", powiedzmy do zawarcia małżeństwa:
                                                  1. facet jest świadomy 'wybrakowania' przyszłej żonusi w sferze łóżkowej i emocjonalnej. Mimo to decyduje się na ślub...
                                                  ...
                                                  ... no i mamy jeszcze punkt 2, o którym Bonitka radośnie 'zapomina'
                                                  2. babeczka jest świadoma 'wygórowanych' łóżkowych potrzeb faceta i jego stosunku do kontaktów z rodziną. Mimo to decyduje się na ślub...

                                                  Zdaje się, że nie mamy jeszcze islamu więc RAZEM i świadomie decydują się na związek. Co pięknie implikuje POWINNOŚĆ WSPÓLNEGO przechodzenia przez jego radości i kłopoty.

                                                  Ty oczywiście przez te wszystkie posty twierdzisz coś zupełnie innego. Stawiasz kobietę na pozycji księżniczki, która łaskawie zgodziła się na przyjęcie pazia na dwór. Jak się paziowi nie podoba to... no cóż, arystokracja nie zajmuje się takimi pierdołami.

                                                  Ot, kolejny kamyczek do Twojej krucjatki.
                                                  • mujer_bonita Re: Bonitka jak zwykle 13.10.08, 12:19
                                                    songo3000 napisał:
                                                    > założyła, że to 'ten zły facet' musi się dostosować, bo gały.....

                                                    Songo - dla mnie czy facet czy kobieta - widziały gały co brały. Tu
                                                    nawet nie widzieć, miały od początku jasno powiedziane.

                                                    > 2. babeczka jest świadoma 'wygórowanych' łóżkowych potrzeb faceta
                                                    i jego stosun
                                                    > ku do kontaktów z rodziną. Mimo to decyduje się na ślub...

                                                    Świadoma tego na początku oświadczyła, że NIE ZAMIERZA spełniać jego
                                                    oczekiwań. Mimo tak jasnej deklaracji on się zdecydował. Warunki
                                                    układu były jasne. On 'miał nadzieję' że mimo tego wszystkiego czego
                                                    był świadomy uda mu się to zmienić WBEW zapowiedziom żony.

                                                    > Ot, kolejny kamyczek do Twojej krucjatki.

                                                    Bzdura w świetle powyższego.

                                                    Oczywiście mogłabym Ci zarzucić to samo - w kwesti wymagań co do
                                                    kobiet one mają się dostosować (patrz wątek autorki ona.imponująca
                                                    odnośnie przytycia - jej zmiana była brakiem szacunku dla partnera,
                                                    nie ma to się decydował więc ona ma schudnąć) natomiast jak facetowi
                                                    coś nie pasuje (nawet jak wyraźnie miał powiedziane, że się nie
                                                    zmieni) to nagle zaczyna istnieć RAZEM i mają powinność WSPÓLNEGO
                                                    przechodzenia przez kłopoty. Ciekawe, że w przypaku wątku
                                                    ona.imponująca w Twoich wypowiedziach ani razu nie pojawiło się to
                                                    WSPÓLNE przeczodzenie przez kłopoty.

                                                    Potrafisz wyjaśnić dalczego?
                                                  • songo3000 Re: Bonitka jak zwykle 14.10.08, 20:16
                                                    mujer_bonita napisała:

                                                    (...)
                                                    "I ślubuje Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską" - tyle mam komentarza do Twoich 'gał'.

                                                    > > Ot, kolejny kamyczek do Twojej krucjatki.
                                                    >
                                                    > Bzdura w świetle powyższego.
                                                    >
                                                    > Oczywiście mogłabym Ci zarzucić to samo - w kwesti wymagań co do
                                                    > kobiet one mają się dostosować (patrz wątek autorki ona.imponująca
                                                    > odnośnie przytycia - jej zmiana była brakiem szacunku dla partnera,
                                                    > nie ma to się decydował więc ona ma schudnąć) natomiast jak facetowi
                                                    > coś nie pasuje (nawet jak wyraźnie miał powiedziane, że się nie
                                                    > zmieni) to nagle zaczyna istnieć RAZEM i mają powinność WSPÓLNEGO
                                                    > przechodzenia przez kłopoty. Ciekawe, że w przypaku wątku
                                                    > ona.imponująca w Twoich wypowiedziach ani razu nie pojawiło się to
                                                    > WSPÓLNE przeczodzenie przez kłopoty.
                                                    >
                                                    > Potrafisz wyjaśnić dalczego?
                                                    Postaraj się trochę lepiej. Świnka się roztyła po ślubie, nie zamierzała tego zmienić i daje tyłka na lewo i prawo. Na forum szukała tylko zapewnienia, że jako wieloryb cały czas będzie się podobać facetom.

                                                    Pokaż mi topic, w którym głaskam po główce niebzykającego, egoistycznego i nieskorego do poprawy związku faceta. Ojejku, niepotrafisz??? Może za bardzo skupiłaś się na pomocy 'uciśnionym' na forum.
                                                  • mujer_bonita Re: Bonitka jak zwykle 14.10.08, 20:25
                                                    songo3000 napisał:
                                                    > "I ślubuje Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską" - tyle mam
                                                    komentarza do
                                                    > Twoich 'gał'.

                                                    No właśnie. Ona uczciwie przedstawiła, czego nie będzie. I tego tego
                                                    trzymała. On wierny nie był.

                                                    > Postaraj się trochę lepiej. Świnka się roztyła po ślubie, nie
                                                    zamierzała tego z
                                                    > mienić i daje tyłka na lewo i prawo. Na forum szukała tylko
                                                    zapewnienia, że jak
                                                    > o wieloryb cały czas będzie się podobać facetom.


                                                    No właśnie. Ona się zmieniła i nie zamierza tego zmienić więc jest
                                                    ZŁA i ma potrzeby męża w dupie. Ma to zmienić bo przecież wieloryb
                                                    się podobać mu nie będzie (nie taekiego brał).

                                                    DLACZEGO w tamtym przypadku nie zająknąłeś się o terapii? Po to żeby
                                                    RAZEM przejść przez 'kłopot' jakim było jej przytycie? Nie było tam
                                                    RAZEM była JEJ wina. Ona przytyła ona ma schudnąć.

                                                    Nie zarzucam Ci męskiego szowinizmu - raczej lekką niekonsekwencję.
    • avide Re: co dalej... 07.10.08, 12:18
      co dalej ... ano bagienko. Sam je sobie w dodatku zafundowałeś.
      Najtrudniej jest odejść. Ty tego dokonałeś, przeszedłeś najtrudniejsze i zamiast mając kobietę przy której podobno byłeś szczęśliwy, powalczyć na nowo o szczęście z kimś innym Ty wracasz na stare śmieci.
      Sorry ale dla mniej jesteś masochistą, lub tchórzem.
      No chyba, że tak naprawdę owa kobieta nie była "TĄ" kobietą i czułeś to tylko nie potrafiłeś tego przed sobą przyznać.

      Jeżeli wróciłeś tylko dla dzieci, jeżeli zostawiłeś tamtą tylko przez dzieci to właśnie unieszczęśliwiłeś jakieś 5 osób naraz włączając ciebie. Zonę, bo z nią nie będziesz szczęśliwy, dzieci bo widząc wsza dramat będą w przyszłości unikać tego schematu jak ognia, będzie to ich lekka traumą, ową kobietę bo kto wie może się w Tobie zakochała, no i na koniec siebie samego.
      Jak dla mnie czysty sado-masochizm

      Ech...
      • rumpa Re: co dalej... 07.10.08, 13:29
        nie masz dzieci Avide
        ja mam
        bylam z rozbitego domu
        był niestrawny nie z powodu że rodzice się nie kochali
        tylko z takiego, że nie UMIELI się kochać, żyć z drugim człowiekiem
        i z sami sobą, co najważniejsze :(
        wtedy nie było gdzie się tego nauczyć
        teraz jest
        bo to jest umiejetność - jak każda inna

        a dla mnie to nie jest sado-masochizm, tylko chęć bycia ojcem blisko
        swoich dzieci
        może kiedyś zrozumiesz
        dla mojego męża to oczywiste i to w nim szanuję
        ojcu, nie facetowi, kóremu się dziecko wymsknęło albo je zrobił bo
        żona chciała, zmienia się optyka
        tylko takich ojców jest mało
        szkoda

        • glamourous Re: co dalej... 07.10.08, 16:15
          Rumpa, bardzo fajnie to wszystko ujelas. Popieram. Tez uwazam ze w
          co najmniej 60% tych roznego rodzaju "niedopasowan" ktore sa
          przyczyna rozbijania rodzin daloby sie wypracowac jakis sensowny
          kompromis. Patologie i przypadki skrajne (typu agresja, alkoholizm,
          kompulsywne dziwkarstwo, kompletne i niereformowalne bezzseksie itp)
          oczywiscie pomijam ;-) Mozna - jesli sie chce - nauczyc sie byc
          razem dla dobra dzieci, nawet jesli nie jest IDEALNIE. Zreszta tak
          naprawde nigdy nie jest. Nie ma co sie ludzic, bo z nastepnym,
          piatym i dziesiatym partnerem - kiedy minie pierwsza hormonalna
          euforia - tez idealnie nie bedzie. Bedzie inaczej, ale z pewnoscia
          nie bedzie to stuprocentowa nirwana.

          > ojcu, nie facetowi, kóremu się dziecko wymsknęło albo je zrobił bo
          > żona chciała, zmienia się optyka
          > tylko takich ojców jest mało
          > szkoda

          Dokladnie tez tak to widze. Ja na przyklad nie potrafilabym byc
          weekendowa matka dla wlasnego dziecka, nie wyobrazam sobie nie
          uczestniczenia w jego zyciu na codzien. Sa tez ojcowie z podobnym
          podejsciem. Ale kazdy ma swoja wrazliwosc, nikogo nie oceniam.
    • blacky80 Re: co dalej... 08.10.08, 17:48
      Chyba się popłaczę, kolejny męczennik co się dla dzieci poświęca. Masz to na co
      godzisz się stary.
    • rumpa Re: co dalej... 08.10.08, 20:08
      nie napadam na nią
      co więcej jestem absolutnie pewna że miała by duuuuuużooooooo do
      powiedzenia o swoim mężu
      i o tym jak się czuła
      no i nadażyła się okazja
      terapia
      a ona nie
      bo nie
      i tyle
      może dlatego że się bała że ją bedą przerabiać od nowa
      a może na złość - nigdy nie mogę ci dogodzić to ...
      może bezmyslne powtarzanie po mamusi
      może mamusia doradziła - w końcu już ten okropny mąż pozbawił ja
      częsciowo ale boleśnie odrobiny władzy rodzicielskiej, co by to było
      gdyby córka wreszcie dorosła - koszmar - nie mówię że to było
      świadome - takie rzeczy gniją pod powierzchnią i na ogół bez własnej
      terapii do tego rodzaju uroczych odkryć na własny temat się nie
      dochodzi
      i po co psuć sobie humor? :))))
      nie wiem
      tak czy inaczej miała szansę próbować się dogadać, wlaczyć o swoje,
      dowiedziać się dlaczego mąż, skoro ją kocha, ciagle ją przerabia,
      wykrzyczeć że ją to rani
      spróbować innej drogi porozumienia bo te dotychczas wykorzystywane
      zawiodły, co tu dużo gadać
      zamiast tego strzeliła focha

      normalny facet
      > z charakterem

      normalny facet żeni się z normalną kobietą
      czyli ta opcja odpada z miejsca :)))
      nienormalna nie wytrzyma z normalnym :)))
    • mujer_bonita Californication - 2x02 - The Great Ashby 11.10.08, 23:16
      ‘He is who he is, Mom. You knew that when you jumped into the car
      with us. If you're worried you made a mistake, that's not his fault.
      You have to love him for who he is. And not his potential.’

      Kto oglądał wie o co chodzi :) Jak widać moje poglądy nie są
      odosobnione.
      • rumpa Re: Californication - 2x02 - The Great Ashby 12.10.08, 18:28
        no i generalnie takie są wyniki dobrze poprowadzonej terapii :))) na
        którą owa pani za chiny ludowe nie chciała sie udać
        bo własnie brak tej umiejetności przysparza najwięcej problemów w
        małżeństwie i właśnie tego trzeba nauczyć - obie strony
        tylko chodzi o to, by była to świadomość a nie poddanie się
        zaprawione goryczą i złoscią
        i żeby zobaczyć osobę, a nie wyobrażenia



        jak dla mnie, jesli jeden człowiek przychodzi do drugiego i mówi że
        mamy problem, jestem nieszczęśliwy, chodź może uda się coś zrobić,
        może ktoś inny zauważy coś co nam umyka itd, a drugi ma do
        powiedzenia tylko tyle - twój problem, mnie jest dobrze, nie
        zawracaj mi głowy - to tak naprawdę mowi - spie...aj

        I co ciekawsze, podobnego zdania jest sąd w czasie rozwodu, o ile
        się nie mylę :)
        wiem bo moja ciotka specjalizuje się w rozwodach i odmowa terapii
        albo mediacji jest liczona baaaardzo na niekorzyść odmawiającego,
        jako dowód złej woli.

        a propos, mój znajomy też miał żonę spędzjącą gros czasu u mamusi -
        no i nawet sąd kościelny nie dał się przekonać, że to normalne i
        widzialy gały co brały i
        małżeństwo zostało uznane za niebyłe z powodu niedojrzałości
        małżonki. Zdaje się było coś o uzasadnionych oczekiwaniach ...

        Tak, Mujer, ona nie musiała się zmieniać
        naprawdę nie musiała isć na terapię,
        nie musiała nawet rozmawiać

        problemem jest że nie chciała
        • mujer_bonita Re: Californication - 2x02 - The Great Ashby 12.10.08, 19:06
          rumpa napisała:
          > problemem jest że nie chciała

          Jassssne!

          Ona nie chciała. A on wcale nie pokochał swoich wyobrażeń o niej,
          wcale nie chciał kogoś innego niż brał za żonę, nie chciał jej
          zmienić pod siebie, nie został na początku ostrzeżony, że nic z tego
          nie będzie i wbrew wszelim znakom na niebie i ziemi nie poślubił
          kobiety, która nie zaspokojała jego potrzeb. Ale wszytko przecież
          pikuś w porównaniu do tego, że ona powiedziała NIE terapi :) Odmowa
          terapi jest winna a nie wybór partnera, z którym życie z góry na tę
          terapię jest skazane. I wszystko jasne :D
          • skazaa Re: Californication - 2x02 - The Great Ashby 13.10.08, 01:35
            A ja Wam powiem, dlaczego nie chciała terapii...I dlaczego on ją
            wziął za żonę POMIMO różnic i braków... BO JĄ KOCHAŁ. Kochał, a
            świat przez różowe okulary wygląda jednak ciut inaczej. A teraz,
            kiedy się wypaliło, jemu przeszkadza, że aż nie do wytrzymania...a
            żona terapii nie chce, bo ta propozycja oznacza dla niej jedno - on
            mnie już nie kocha. Kiedyś kochał i znosił, czyli coś się zmieniło,
            tak? A jesli ona jest wciąż taka sama, to wniosek prosty - zmienił
            się mąż, a raczej jego do niej uczucia. Proste. Odkryty romans
            potwierdził jej przypuszczenia aż nadto dosadnie. Szkoda, że autor
            postu nie wspomniał ani słowem o uczuciach, jakimi darzy/darzył obie
            panie, żonę i kochankę. Bo jak dla mnie to żony nie kocha JUŻ, a tej
            drugiej raczej nie kochał wcale.
            Reasumując - wraca nie wiadomo po co, wygląda to tak, jakby po
            prostu nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Bo stwierdzenie "wracam
            dla dzieci" nie jest równoznaczne z tym, że ma ochotę na budowanie
            od nowa związku. Odszedł od żony, która nie spełniała jego oczekiwań
            i przecież NADAL ich nie spełnia. Mało tego, wraca teraz jako
            zdrajca, który zawiódł jej zaufanie. Kiepska to pozycja wyjściowa,
            by wymagać od niej czegokolwiek...Generalnie - zero szans, jak dla
            mnie.
          • rumpa Re: Californication - 2x02 - The Great Ashby 14.10.08, 19:44
            widzisz Mujer, ja mam w d... winę
            mnie nie o winę chodzi

            mnie chodzi o to żeby było lepiej

            była jakaś szansa
            minimalna zapewne
            tylko po co z niej korzystać jak człowiek ma fantastyczne
            przekonanie że chodzi tylko o to żeby moje było na wierzchu, że Ja
            jestem w porządku, że to nie MOJA wina
            to mi przypomina moją babcię - jej podstawowym problemem w każdej
            sytuacji jest nie rozwiązanie problemu a upewnienie wszystkich że to
            nie jej wina
            a jak się już jej to uda - to hulaj dusza piekła nie ma - od razu te
            wszystkie mądrości się pojawiają - a trzeba było mysleć itd...
            daleko się tak nie zajdzie

            tego mnie nauczyła terapia

            wszystko co piszesz o tym małżeństwie to prawda - dla obu stron,
            dodam
            ale jednak je zawarli
            może miało szanse może nie
            ale jesli nie miało, to nie z powodu różnic między nimi, tylko ich
            stosunku do tych różnic, który, o dziwo, był identyczny - zamiatanie
            pod dywan
            innymi słowy, załatwiło ich, paradoksalnie, właśnie to co mieli
            wspólnego i w czym idealnie swoje potrzeby zaspokajali :(


            • mujer_bonita Re: Californication - 2x02 - The Great Ashby 14.10.08, 20:08
              rumpa napisała:
              > może miało szanse może nie
              > ale jesli nie miało, to nie z powodu różnic między nimi, tylko ich
              > stosunku do tych różnic, który, o dziwo, był identyczny -
              zamiatanie
              > pod dywan
              > innymi słowy, załatwiło ich, paradoksalnie, właśnie to co mieli
              > wspólnego i w czym idealnie swoje potrzeby zaspokajali :(

              No i właśnie o to mi chodzi. Jasne, że początkowe dopasowanie nie
              jest gwarancją trwałości małżeństwa. Ale budując dom na bagnach
              trzeba się liczyć z problemami. Autor wątku chyba nie wziął tego pod
              uwagę a teraz płacze.

              Nie musieli iść na terapię. Żona stwierdziła coś o 'załatwianiu w
              domu'. Nie załatwili.

              Ja kolesia rozumiem. Miał wielkie nadzieje, zapał. Tylko nic mu to
              nie dało, co żona zapowiadała od początku. Naiwny był i tyle.
              Pokochał POTENCJAŁ nie osobę. Z czasem 'zachęty' stały się zapewne
              wymaganiami, wyrzutami, frustracja rosła.

              Zaproponował terapię - ale PO CO? Po to, żeby zaakceptować żonę czy
              żeby ją zmienić? Mnie z wypowiedzi jasno wynika 'ja jej nie dałem
              zmienić to chciałem wysłać do terapeuty'. Żal do jej rodziny, że oni
              potrafią na nią wpłynąć a on nie?

              Piszesz, że ona mogła iść na terapię a nie musiała nic zmieniać.
              Jasne. Tylko po co taka terapia? On jej chciał żeby ją ZMIENIĆ nie
              po to, żeby coś samemu zrozumieć. Fakt - mogła pójść żeby usłyszał
              od profesjonalisty - 'pan nigdy nie kochał żony tylko to kim według
              pana mogła się stać'. Mogła. Czy coś by to zmieniło?

              Jak według Ciebie miałoby wyglądać ratowanie ich małżeństwa przez
              terapię i BEZ jej zmiany?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka