grzego-rz366
06.10.08, 01:34
Brak seksu w małżeństwie...widzę, że przypadków tego typu poza moim jest sporo. Ale wcale mi to nie poprawia nastroju...
Pobraliśmy się 11 lat temu, zaraz po studiach. Znaliśmy się od samego początku studiów.
Od samego początku małżeństwa było raczej bez szaleństw. Wszystko regularnie, raczej rzadziej niż częściej...Oprawa nie do końca mi odpowiadająca: kolacja, potem kąpiel (osobno), potem niezbyt urozmaicony sex i spać.
Moje potrzeby nie były raczej zaspokojone, ale niewiele mogłem zrobić. Zwłaszcza brakowało mi w tym wszystkim spontaniczności...Dodatkowo ona od początku zapowiedziała, że na pewne rzeczy nie mogę raczej liczyć, mogę sobie je wybić z głowy. Niw będę tu pisał o czym mowa, bo pewnie można się domyśleć...Z mojej strony było wręcz przeciwnie, byłem gotów wiele zrobić i robiłem, aby ona była usatysfakcjonowana. Myślałem, że z czasem to w jakiś sposób doceni i otworzy się nieco...
Potem urodziły się nasze dzieci. Mamy cudowne dzieciaki.
Zawsze dużo pracowałem...Może jakąś część energii, która we mnie pozostawała w ten sposób wyładowywałem...Oczywiście byłem z tego powodu tym złym...
Któregoś dnia w firmie, w której pracowałem podjęła pracę pewna kobieta. Trochę się znaliśmy wcześniej. Nie ma to w sumie znaczenia. Fakty są takie, że lubiliśmy pogadać, pożartować. Nic więcej...Ja miałem żonę i dzieci, ona męża i dwóch synów.
Pojawiały się w moim małżeństwie kryzysy, mniejsze, większe. W pewnym momencie zaczęliśmy wspominać o rozwodzie...
Nikomu się z tego nie zwierzałem...Ale może było po mnie widać...
Z kobietą, o której wcześniej pisałem rozmawialiśmy o różnych rzeczach, w pewnym momencie zauważyłem, że flirtujemy...Z początku delikatnie, ale zaczynały padać coraz odważniejsze stwierdzenia i propozycje, niby to żartem...
Pewnego dnia poprosiła mnie o poważną rozmowę poza firmą. W trakcie tej rozmowy zwierzyła mi się, że jej życie rodzinne to ruina. Mąż alkoholik (znałem go ale nie miałem o tym bladego pojęcia), jej plany życiowe stały się mrzonkami, właśnie przez jego uzależnienie, obojętność w stosunku do niej i dzieci. Opowiadała mi to płacząc...
Potem sprawy potoczyły się szybko. Miałem romans w pracy. Po jakimś czasie wszyscy dookoła już wiedzieli. Było po nas widać.
Ona postanowiła definitywnie rozwieść się ze swoim mężem i jakieś plany wiązała ze mną. Ja chyba do końca nie byłem zdecydowany na ten krok, ale gdy żona się dowiedziała przy kolejnej kłótni co jest grane, musiałem wynieść się z domu. Jakiś czas mieszkałem w firmie śpiąc w biurze, trochę u rodziców, którzy strasznie to wszystko przeżyli. W sumie to nie ma się co dziwić ani jej ani im.
W ciągu kilku miesięcy życie mi runęło, choć nie jestem przekonany że z mojej winy. Napewno nie tylko z mojej.
Najbardziej było mi żal dzieci. Miałem prawo przyjeżdżać do nich co dwa dni na 1-2 godziny. Ryczałem jak gówniarz po wyjściu z mieszkania. Naprawdę kocham moje dzieci i bolało mnie, że muszą to przeżywać.
Po jakimś czasie, mniej więcej 2 miesiącach postanowiłem jednak, że nie mogę tego zrobić. Mimo, że w ...no właśnie jak nazwać ją, kobietę, z którą miałem romans...kochance, dziewczynie, nieważne zresztą. Mimo, że miałem w niej jakieś oparcie, ona liczyła też, że coś z tego będzie, zresztą pewne rzeczy wyglądały znacznie lepiej niż moim małżeństwie. Miałem wrażenie, że się dobrze rozumiemy, potrafiliśmy w przeciwieństwie do mojego małżeństwa okazywać sobie czułość, mówić w twarz o tym co jest i nie jest ok. Nie muszę chyba wspominać, że w łóżku też było conajmniej inaczej. Ona była gotowa na wszystko, była spontaniczna...co tu dużo mówić.
Mimo wszystko zerwałem z nią. Zwolniłem się pracy. Wyjechałem z miasta. Dość daleko. Całkiem się od niej odciąłem. Zaproponowałem żonie, że wrócę, że spróbujemy od nowa, że może to dla nas taki kopniak, kubeł zimnej wody. Nie muszę wspominać, że była mowa tylko o mojej winie. Wcale nie poczuwała się do jakiejkolwiek winy. Nieważne...
Nie mieszkam teraz w domu. Jestem na weekendy. Wszystko sprtawia wrażenie, że powoli wracamy do siebie, jest oczywiście trochę inaczej. Lekki dystans, ale staram się go stopniowo zmniejszać.
Za miesiąc wracam do domu.
Tamta kobieta się rozwiodła...Nie rozmawialiśmy od 10 miesięcy. Próbowała złapać ze mną kontakt, ale jej unikam.
Nie wiem jak będzie dalej. Myślę, że może nam się jeszcze ułożyć. Jest kilka zgrzytów. Największy to znów łóżko. Moja żona nadal wyznaje te same zasady, a w pewnych momentach po prostu czuję się lekceważony. Ona po prostu sprawia wrażenie osoby o prawie żadnych potrzebach w tej dziedzinie. Nie wiem co o tym wszystkim myśleć...Zresztą jakoś chyba to wszystko przeboleję. Nie ja tu się liczę, tylko żeby dzieciaki miały normalny w miarę możliwości dom.