Doła złapałam. Zakończyłam dzisiaj terapię na NFZ (nie dostałam się na kolejny rok), w święta szykuje się spotkanie rodzinne na ok. 30 osób, mnie pominięto bom czarna owca. Z chłopem średnio ostatnio się układa, na dodatek zaprosił mamusię na Wigilię, a ja marzyłam żeby zjeść kolację, usiąść pod kocykiem z winkiem w łapie. Nie nadążam ze wszystkim, co się dzieje. Byłabym szczęśliwa gdyby ten cholerny świat się skończył 21.12, nie miałabym ochoty zniknąć i przestać żyć.
Na zewnątrz pięknie się uśmiecham aż mnie twarz boli żeby dziecku nie nie psuć atmosfery, w środku gniję jak jakieś jabłko.