Cześć wszystkim!
Na ostatniej wizycie prawie 2 m-ce temu, lekarz namawiał mnie na szpital. Chodzi o dobranie leków. Powiedziałam, że się nie wybieram i do szpitala pójdę tylko jak mnie zawiezie karetka. A że nie przytrafiają mi się "przygody" wymagające interwencji pogotowia, to mnie w najbliższym czasie nie odwiezie. Jestem od prawie roku na lamotryginie, wenlafaksynie i hydroxyzynie. Przez kilka miesięcy było spoko, byłam bardzo zadowolona, że wreszcie zestaw jest trafiony w dziesiątkę. Wcześniej zamiast hydroxyzyny próbowałam kwetiapiny- spałam jak zabita, a mam pod opieką dzieci, więc lekarz kazał mi ją odstawić. Po kwetiapinie dał mi risperidon. Na risperidonie chodziłam wściekła jak osa i miałam paskudne uczucie spowolnienia. Wtedy spróbowałam hydroxyzyny i było super. Aż byłam zaskoczona. Ale od paru miesięcy jestem rozdrażniona, sama nie wiem czego chcę, wydzieram się o byle co, szukam zaczepki, małżeństwo mi się wali. W czerwcu pod wpływem emocji złożyłam pozew o rozwód, potem go wycofałam, po 2 miesiącach znowu chciałam go złożyć. Zresztą mam już napisany nowy- stworzony przed tygodniem

Mam takie huśtawki, że sama ze sobą zwariuję, nie mówiąc o mężu i dzieciach. Wczoraj mąż powiedział, żebym zgodziła się na szpital. Leczenie mi ustawią i przy okazji odpocznę (opieka nad dziećmi w wieku od 5 do 14 lat i zajmowanie się domem, zakupami, sprawami szkoły, sprawami ciuchowymi dzieci etc są w 90% na mojej głowie, więc to o odpoczynku rzeczywiście niegłupie. Choć wolałabym Majorkę...

)
Mój stan jest w tej chwili niestabilny. Raz tak- raz siak. Deprechy nie mam. Chwilowe dołki ewentualnie, zresztą z całą pewnością związane z pogodą.
Ale sytuacja wygląda na przykład tak:
9.10- od rana dostaję kopa; gadam jak najęta, odczuwam potrzebę rozmowy z innymi ludźmi, łatwo nawiązuję z nimi kontakt, mam tysiąc myśli na minutę. Męczy mnie to, bo nie mogę się wyciszyć. Jestem spontaniczna i ogólnie mega zadowolona. Jestem drażliwa i kłótliwa, działam chaotycznie, mam zdecydowanie podwyższone libido.
Potem jest kilka dni spokoju. Cztery dni później psuje się pogoda i jestem rozdrażniona tak, że prawie agresywna.
Przez kilka kolejnych dni jest w miarę ok, bez większych odchyłów.
I nagle...
22.10- rano dowiedziałam się o czymś bardzo niefajnym dotyczącym męża. Powinnam się wściec i rzeczywiście się wściekłam. Pół dnia chodziłam roztrzęsiona. W nocy ściągnęłam sobie aplikację z czatem i siedziałam na czacie erotycznym do 2:00 pisząc z facetami, choć nie robię takich rzeczy od dawna. Kiedyś bywało.
23.10- porozmawiałam z mężem poważnie, dogadaliśmy się. Postanowiliśmy przejść jakoś przez tę trudną sytuację. No i zaczęło się. Nabrałam ogromnej ochoty na seks, praktycznie się na męża rzuciłam. Dostałam wielkiego napędu. Gadulec, ogólne pobudzenie i nakręcenie, wszystko robiłam w mega tempie. Trwało to kilka godzin.
24.10- wciąż byłam podkręcona, choć nieco mniej niż poprzedniego dnia. Tak jakby powoli to ze mnie schodziło do końca. Byłam drażliwa.
Dodam tylko, że tego ostatniego dnia byłam tydzień przed okresem, a rozdrażnienie zawsze towarzyszy mi przed okresem.
Teraz pytanko- na Wasze oko- iść do szpitala, czy próbować w warunkach domowych dobierać leki i dawki?
I druga rzecz- jak wygląda taki pobyt na oddziale psychiatrycznym? Przyznam, że nie chcę tam iść, bo po pierwsze nie wiem co mnie tam czeka i się obawiam, a po drugie nie mam czasu. Mam dzieci, muszę się zajmować dziećmi i innymi sprawami, mąż non stop pracuje.
Ale wracając do oddziału- czy da się umrzeć z nudów, albo zwariować jeszcze bardziej, co można mieć, a czego nie można, czy chodzi się w normalnym ubraniu, ile trwa najkrócej taka hospitalizacja. Boję się, że jeżeli bym poszła na oddział, to po tygodniu lub dwóch wypisałabym się na własne żądanie, bo po prostu płakałabym w poduchę za dziećmi i wariowałabym z bezczynności. Jestem aktywna, ciągle gdzieś łażę, jak dzieci są w szkole, to sama, jak nie są w szkole, to z dziećmi. I nagle z dnia na dzień musiałabym usiąść na tyłku na kilka tygodni... Pamiętam jak pod koniec ciąży trafiłam do szpitala i leżałam niecałe 2 tygodnie. W domu było dwoje starszych dzieci. Pierwszy tydzień był w porządku, bo miałam na sali towarzycho, z którym można było konie kraść. Nie nudziłyśmy się ani trochę. Wyspałam się, odprężyłam i zyskałam wspaniałą koleżankę na długie lata. Ale jak te dziewczyny wyszły i przyszły dwie babki, które się nie odzywały prawie wcale i nie bardzo szło się z nimi porozumieć, to zaczęłam płakać po nocach. Wytrzymałam chyba z 5 dni i się wypisałam. Boję się, że na oddziale złapię prawdziwego doła.