Hej!! Sledzę forum od momentu pojawienia się na świecie naszego
synka, ale nie mogłam się zebrać, żeby założyć osobny wątek,
dopiero teraz do tego dojrzałam. Jest mi strasznie ciężko. Nasz
Wojtuś urodził się dwa i pół miesiąca temu, po skończonym 28tc na
skutek mojego zatrucia ciążowego. Od początku wiedzieliśmy, ze
będzie bardzo cieżko, malutki był bardzo zainfekowany, lekarze
podejrzewali u mnie nawet zakażenie wewnątrzmaciczne - z infekcjami
walczyliśmy przez 3 tyg. Płuca fatalne, do dzisiaj zresztą, 3 tyg
respiratora, potem cpapp, na którym utknął na póltora miesiąca.
Udało się go z niego zdjąć na 11 dni i znów porót na cpapp.
Z pozytywnych rzeczy mamy brak retinopatii aż do dzisiaj, a Wojtuś
jest już praktycznie w terminie porodu, zdrowe serduszko, ładne
trawienie, wylewy nieduże (I/II stopień) i to, że malutki jest
aktywny i już teraz widać, że ma charakterek
Mimo, że staram sie być silna, jest mi bardzo cieżko. Wojtuś już
dwa razy wracał na cpapp mimo trzykrotnego kursu sterydów. Jest na
tlenie juz dwa i pół mies. Przeraża mnie to jego oddychanie. W
dodatku jutro będzie miał operowaną przepuklinkę, zabieg niby
niegroźny, ale znieczulenie już nie jest takie bezpieczne
Straszliwie za nim tęsknię. Nie jestm z Warszawy, więc nie mogę być
u niego dzień w dzień. Teraz w dodatku szpital jest zamkniety ze
względu na infekcje i odwiedziny są zakazane. Siedzę w domu i
ryczę. Nie mam siły nigdzie wyjść i z nikim gadać. Boję się o
niego, boję się przyszłości i boję się, ze wpadnę w taki dół, że
się z niego nie wygrzebię, a przecież Wojtusia trzeba wychować,
zadbać o to żeby był szczęśliwy i zdrowy. Nie mogę się doczekac,
kiedy będzie z nami, a to wydaje się jeszcze takie odległe. I ta
bezsilność, możemy tylko czekać i modlić się...