Dodaj do ulubionych

Prośba o komentarz

05.11.07, 11:53
Ew. Marka 5,1 – 20
Uzdrowienie opętanego
1 Przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. 2 Ledwie wysiadł z
łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha
nieczystego. 3 Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już
nikt związać. 4 Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy; ale łańcuchy
kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. 5 Wciąż dniem i nocą
krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach. 6 Skoro z daleka ujrzał
Jezusa przybiegł, oddał Mu pokłon 7 i krzyczał wniebogłosy: "Czego chcesz ode
mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!".
8 Powiedział mu bowiem: "Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka". 9 I
zapytał go: "Jak ci na imię?" Odpowiedział Mu: "Na imię mi "Legion", bo nas
jest wielu". 10 I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy.
11 A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. 12 Prosili Go więc: "Poślij
nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli". 13 I pozwolił im. Tak duchy
nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem
po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze. 14 Pasterze zaś uciekli
i rozpowiedzieli to w mieście i po zagrodach, a ludzie wyszli zobaczyć, co się
stało. 15 Gdy przyszli do Jezusa, ujrzeli opętanego, który miał w sobie
"legion", jak siedział ubrany i przy zdrowych zmysłach. Strach ich ogarnął. 16
A ci, którzy widzieli, opowiedzieli im, co się stało z opętanym, a także o
świniach. 17 Wtedy zaczęli Go prosić, żeby odszedł z ich granic.
18 Gdy wsiadł do łodzi, prosił Go opętany, żeby mógł zostać przy Nim. 19 Ale
nie zgodził się na to, tylko rzekł do niego: "Wracaj do domu, do swoich, i
opowiadaj im wszystko, co Pan ci uczynił i jak ulitował się nad tobą". 20
Poszedł więc i zaczął rozgłaszać w Dekapolu wszystko, co Jezus z nim uczynił,
a wszyscy się dziwili.

Czy mogę prosić o komentarz?
Interesuje mnie zwłaszcza dlaczego spełnione zostało życzenie duchów i weszły
one w /dwutysięczne!/ stado świń.
Jaki sens mała śmierć wielkiego stada zwierząt, czy w ten sposób unicestwione
zostały złe duchy?
Obserwuj wątek
    • avchdega-27 Gorsząca śmierć świń? (1) 07.11.07, 13:50
      fleuret napisała:

      Ew. Marka 5,1 – 20
      Uzdrowienie opętanego (...)

      > Czy mogę prosić o komentarz?

      > Interesuje mnie zwłaszcza dlaczego spełnione zostało życzenie duchów i weszły
      one w /dwutysięczne!/ stado świń.

      > Jaki sens mała śmierć wielkiego stada zwierząt, czy w ten sposób
      unicestwionezostały złe duchy?

      Zastanowienie się nad egzegezą tego zdarzenia wydaje mi się z wszechmiar
      pożyteczne, jako że należy ono do tych tzw. „kontrowersyjnych” i nie tylko Ty,
      ale wielu innych czytelników Pisma św., „łamie sobie na nim zęby”. Dlatego
      omówię nieco szczegółowiej całą perykopę, i tylko przy okazji odpowiem na
      postawione przez Ciebie powyżej pytania, zgoda?

      Dla porządku czuję się w obowiązku napisać kilka słów odnośnie oficjalnej
      katolickiej wykładni, zawartej we wspomianym już przeze mnie w innym miejscu
      Katolickim Komentarzu Biblijnym. Nie będę przepisywał wszystkiego słowo w słowo,
      bo wpis byłby za długi, a poza tym taka bardzo szczegółowa analiza (z podaniem
      nazwisk poszczególnych badaczy, tytułami ich prac itd.) wcale nie jest nam
      tutaj aż tak bardzo potrzebna. Kto mi nie wierzy, ma możliwość sprawdzenia
      podanych przeze mnie danych osobiście, biorąc po prostu do ręki Komentarz:)

      Zacznijmy może od tego, że zdania egzegetów już nawet co do autentyczności
      samego zdarzenia są podzielone; niektórzy z nich poddają je w wątpliwość,
      motywując to bardzo typowym charakterem opowieści, jako opisu niezwykle w tym
      czasie popularnych praktyk egzorcystycznych, wzbogaconych jedynie przez
      natchnionego Autora barwnymi „jezusowymi” szczegółami.

      Mogło się to odbyć w ten sposób, że św. Marek przy okazji zbierania materiału
      usłyszał opowieść, której przebieg „pasował” mu do JEGO koncepcji postaci Pana
      Jezusa, jako tajemniczego, pełnego mocy Mesjasza, Uzdrowiciela i Egzorcysty,
      postępującego często niezrozumiale, więc włączył ją do SWOJEJ Ewangelii, nie
      troszcząc się o nieistotną – jego zdaniem – jej tzw. historyczną prawdziwość.
      Pozostali dwaj synoptycy natomiast, przejęli perykopę bardzo wiernie od św.
      Marka do swoich własnych ewangelii – poza może dwójką opętanych, występujących u
      św. Mateusza.

      W tym miejscu pozwolę sobie na małą, osobistą uwagę, którą rozwinę następnie w
      dalszej części analizy, gdy napiszę jak ja odbieram przekaz tej perykopy, a
      mianowicie, że przyzwyczajony do niezwykłej skrupulatności w dobieraniu
      materiału przez obecnych kronikarzy i historyków, czytelnik współczesny, ma
      problemy z takim „wzbogacaniem” przekazu ewangelicznego przez dodawanie niezbyt
      dokładnie sprawdzonych, czasem tylko zasłyszanych, choć pasujących do koncepcji
      własnego ewangelicznago przekazu, poszczególnych opowieści, a często nawet się
      tymi praktykami gorszy.

      Nie należy jednakże zapominać, że ewangeliści historykami i kronikarzami NIE
      BYLI, a już na pewno nie we obecnym tych profesji znaczeniu. Rozumowali też
      zupełnie innymi kategoriami; nie widzieli więc niczego nagannego w pisaniu
      rzeczy, które ich zdaniem w czasie ziemskiej działalności Pana Jezusa MOGŁY mieć
      miejsce i w których autentyczność sami wierzyli; co więcej, także NIKT z
      współczesnych im ludzi, łącznie z żyjącymi jeszcze Apostołami, nie brał im tego
      za złe i się tym nie gorszył. Dlatego chociaż to, co powyżej napisałem,
      „podważa” niejako autentyczność ewangelicznego przekazu, zwłaszcza w oczach
      ludzi niewierzących i wrogich chrześcijaństwu (dla których tego typu
      „manipulacje” automatycznie stawiają pod znakiem zapytania wiarygodność i sens
      całej Dobrej Nowiny – vide admiros), człowiek wierzący postrzega całą sprawę
      zgoła inaczej, bo WIE, że ewangelie pisane były coprawda przez starożytnych
      ludzi, o niezwykle organiczonych możliwościach i z zupełnie innym podejściem do
      „spisywania dziejów” niż dzisiejsi kronikarze i sprawozdawcy, ale że byli oni
      też inspirowani łaską Ducha św. i WSZYSTKO, co zostało nam przez nich przekazane
      MUSI mieć głęboki, religijny sens, bez względu na metody jakim się oni
      posługiwali.

      Jak już powiedziałem, rozwinę tą myśl w końcowej części mojej analizy.

      Wróćmy może jednakże do oficjalnej egzegezy omawianej perykopy.

      Obok badaczy wątpiących w autentyczność udziału Pana Jezusa w opisanym
      wydarzeniu mamy także i takich, którzy jej absolutnie nie podważają, motywując
      ją niezwykłą drobiazgowością samego opisu (możliwego jedynie na podstawie
      przekazu autentycznych świadków), a także... kontrowersyjnością zachowania
      samego Pana Jezusa, uwiarygadniającą autentyczność wydarzenia. To tylko pozorny
      paradoks, który wyjaśnić można prościej w ten sposób, że jeśli natchniony autor
      zdawał sobie sprawę z faktu, że opowieść stawia Pana Jezusa w „nieciekawym”,
      kontrowersyjnym, „niezrozumiałym” świetle, a MIMO TO włączył ją do redagowanej
      prze siebie ewangelii, to MUSI ona być prawdziwa.

      Ciekawe, że akurat ten argument bywa często stosowany przez „stronę przeciwną”,
      a mianowicie przez egzegetów poddających w wątpliwość autentyczność wielu
      ewangelicznych opisów, właśnie dlatego, że są „niejezusowe”, nie pasujące do
      „oficjalnego” obrazu Syna Bożego, a więc prawdopodobnie dodane zostały „później”
      dla doraźnych, często uwarunkowanych charakterem adresatów poszczególnych
      ewangelii celów...

      • avchdega-27 Gorsząca śmierć świń? (2) 07.11.07, 13:53
        To tyle tytułem wstępu.

        Załóżmy jednakże – jako pobożni katolicy – niepodważalną autentyczność zdarzenia
        i spróbujmy je nieco dokładniej przeanalizować.

        Zaraz na samym początku nasuwa się pytanie, CO takiego razi nas w tym opisie,
        dlaczego akurat on wzbudza kontrowersje, jest takim ewangelicznym „zgrzytem”,
        frapuje często nawet bardzo głęboko wierzących ludzi?

        Otóż w CAŁEJ Dobrej Nowinie są tylko dwa znaki-cuda Pana Jezusa, którym
        towarzyszy destrukcja, zniszczenie, a mianowicie omawiana już przeze mnie
        wcześniej historia z uschniętym drzewem figowymi i opowieść, która jest
        przedmiotem niniejszej analizy.

        Coprawda historia wypędzenia demonów ma wiele aspektów pozytywnych (których w
        dosłownym, niealegorycznym odbiorze historii o uschnięciu drzewa figowego jakby
        brakowało), ot, chociażby fakt wyzwolenia opętanego, jego uzdrowienia i
        przywrócenia go nękanej dotychczas społeczności, ale jakby rzcz nie oceniać,
        pozostają, niestety te niezwykle nam „przeszkadzające”, nieszczęsne, zatopione w
        jeziorze świnie:), które przecież spowodowały konkretne straty materialne i były
        przyczyną nieprzyjęcia, (odrzucenia) Pana Jezusa przez Gadareńczyków.

        Świnia jak wiadomo była dla żydow (i jest!) zwierzęciem nieczystym, a więc
        zdarzenie to musiało mieć miejsce POZA terenami zamieszkałymi przez Synów
        Izraela, czyli „za granicą”, a konkretnie u bliżej nan niezannych Gadareńczyków.
        Żydzi świn nie hodowali i nie przedstawiały one dla nich ŻADNEJ wratości, więc
        ich śmierć (podobnie zresztą jak uschnięcie „zwyklej” figi!) w oczach ówczesnych
        żydow nie tylko nie była czymś nagannym, ale mogła być postrzegana nawet jako
        „dobrodziejstwo” w sensie zapobieżenia poźniejszego spożycia ich „nieczytego”
        męsa przez tych „nieuświadomionych” cudzoziemców! O tym również nie powinniśmy
        zapominać, oceniając „zagadkową” śmierć stada, bo akurat ten historyczny
        szczegół jest dość ważny w zrozumieniu, dlaczego św. Marek nie uznał zdarzenia
        za „naganne” i bez żadnych objekcji włączył je do swojej ewangelii.

        Tak więc co dla nas ludzi współczesnych wygląda na bezsensowne zniszczenie, dla
        św. Marka i adresatów jego przekazu, czyli jerozolimskich chrześcijan-żydów,
        bardzo długo jeszcze przestrzegających również prawa mojżeszowego, wcale nie
        musiało być czymś gorszącym, a wrecz przeciwnie, mogło być odbierane jako
        poboczny coprawda, ale za to na wskroś POZYTYWNY efekt zwycięskiej walki Pana
        Jezusa z diabłem.

        Jeszcze o jednym bardzo ważnym szczególe nie należy zapominać, a mianowicie, że
        z żadnego zdania perykopy (i to u wszystkich trzech synoptyków!) nie wynika,
        iżby to Pan Jezus „zapędził” świnie do jeziora; one mogły tam wpaść zupełnie
        SAMODZIELNIE, pod wpływem szleńczego, demonicznego opętania! Interpretacja idąca
        w kierunku rzekomego „przechytrzenia” demonów przez Pana Jezusa, który najpierw
        pozwala im wniknąć w stado świń, a następnie niszczy je w jeziorze, nie ma zatem
        żadnego treściowego uzasadnienia („zadbał” o to z pewnością Duch święty!) i
        postrzegana może być jedynie jako daleko idąca spekulacja.

        Dlaczego zdemaskowane demony (legion!) wybrały stado świn w sytuacji przymusu
        opuszczenia ciała opętanego?

        Otóż zgodnie z utartymi w tamytych czasach wierzeniami, demony NIE MIAŁY OCHOTY
        powrotu do piekieł i próbowały tak długo, jak tylko było to możliwe pozostawać
        na ziemi. Ich przymusowe zejście do piekieł utożsamiane było przez ówczesnych
        żydow jako PORAŻKA, jako zapędzenie ich do miejsca, w którym nie były one już
        niebezpieczne, nie zagrażały bezpośrednio człowiekowi. I to właśnie dlatego
        wypędzone z opętanego człowieka demony „tonąc, chwyciły się brzytwy” i błagały
        Pana Jezusa o pozwolenie wniknięcia w stado świń – z żałosnym, jak się później
        okazało, skutkiem:)

        Tak więc, żeby już bardzo konkretnie odpowiedzieć na Twoje drugie pytanie,
        śmierć bezwartościowych dla chrześcijańskiego żyda św. Marka świń, była w jakimś
        sensie KONIECZNA (a także zupełnie nienaganna i zrozumiała!) dla CAŁKOWITEGO
        pokonania tamtych, konkretnych demonów, do skazania ich na „niegroźną” dla
        żyjących ludzi „otchłań”. Wymóg śmierci opętanego stada ma charakter symbolu,
        podobnie jak dla współczesnego, oglądającego horror widza symbolem ostatecznej
        klęski „ożywionego” zombie jest jego końcowa „pulweryzacja” i bezpowrotne
        zniknięcie:)

        W Ewangeli w/g św. Mateusza jest pewna dość ważna perykopa, w której Pan Jezus
        bardzo dokładnie opisuje CO może się stać, gdy demony na rozkaz egzorcysty
        opuszczają coprawda ciało opętanego człowieka, ale tułają się „po okolicy”
        próbując za wszelką cenę pozostać na ziemi.

        Oto ten fragment:

        „Kiedy duch nieczysty wyjdzie z człowieka, krąży po miejscach bezwodnych i szuka
        odpoczynku. A gdy go nie znajduje, mówi sobie: Wrócę do tego domu, z którego
        wyszedłem. I przybywając tam, znajduje wszystko wolne, umocnione i
        uporządkowane. Odchodzi więc, aby wziąć ze sobą siedmiu innych duchów, gorszych
        od siebie. Przychodzą tam i zamieszkują. I to, co spotka człowieka na końcu,
        jest gorsze od tego, co było na początku.” (Mt 12, 43-45)

        cdn.
        • avchdega-27 Re: Gorsząca śmierć świń? (3) 07.11.07, 13:55
          Oczywiście pomijając już – że się tak wyrażę – historyczne, czy też zwyczajowe
          praktyki ówczesnych egzorcystów (a więc i Pana Jezusa), można by w tym miejscu
          zapytać czy te wszystkie szczególiki i „wymagania” licują z Jego wszechmocą, czy
          nie byłby On w stanie wybrać jakieś prostsze, ale równie skuteczne rozwiązanie.
          Także i takie rozumowanie nie jest zupełnie poprawne, bo zgodnie z teologią
          chrześcijańską ostateczne pokonanie szatana PRZEZ PANA JEZUSA dokonało się
          dopiero na krzyżu i w czasach Jego ziemskiej działalności szatan był dla Niego
          jeszcze „dość trudnym” przeciwnikiem, pozwalającym sobie nawet na bezczelne
          kuszenie.

          Można się z tym zgadzać lub nie – przekaz ewangeliczny jest tutaj jednoznaczny.

          Na koniec powrócę do obiecanej, bardzo osobistej interpretacji omawianej perykopy.

          Otóż ja nigdy nie gorszę się „trudnymi” urywkami Dobrej Nowiny, ale zwracam się
          w takich wypadkach pezpośrednio do Ducha św., prosząc o dar zrozumienia, CO
          TAKIEGO Bóg chce mi w danym fragmencie przekazać. Wiem przecież, że On mówi
          tylko wtedy, gdy chcemy Go wysłuchać, a milczy, kiedy powodowani własną pychą i
          zarozumialstwem, sami, BEZ Jego wskazówek imputujemy Jego Słowu takie czy inne
          znaczenie. Kiedy w sposób niegodny i bluźnierczy „czepiamy” się „denerwujących”
          nas szczegółów...

          Tak więc mnie osobiście nie interesują szczegóły, czy też historyczność
          przekazu, a już na pewno nie jego „autentyczność”, którą osobiście NIGDY nie
          poddaję pod wątpliwość, ale ukryta pod starożytnym opisem głębia boskiej treści
          i wnioski jakie po jej zrozumieniu powinienem dla siebie wyciągnąć.

          Wracając do omawianej perykomy, dla mnie o wiele ważniejszym od sposobu w jakim
          do pokonania demonów doszło i takiego czy innego przebiegu jezusowego
          egzorcyzmu, jest fakt ostatecznego POKONANIA DEMONÓW i wyzwolenia od nich
          opętanego człowieka. Wierzę, że było ono skuteczne i jestem pewien, że odbyło
          się z MIŁOŚCI Pana Jezusa do tego biedaka, bez oglądania się na jego
          niebezpieczną agresję, na bluźnierstwa i opentańcze czyny, którymi z dużym
          prawdopodobieństwem terroryzował, nękał i obrażał własną społeczność. W/g mnie
          moc Pana Jezusa objawiła się właśnie w odważnym zajęciu się tym niebezpiecznym
          dla otoczenia człowiekiem, na wyzwoleniu go z szatańskich więzów i przywróceniu
          go Bogu i jego własnej społeczności.

          Takie uświadomienie sobie znaczenia tamtych wydarzeń, bez gorszenia się mniej
          istotnymi detalami, pozwala mi nawet inaczej spojrzeć na obecne czasy, w którch
          NA PEWNO nie brakuje jeszcze tragiczniej opętanych i agresywnych,
          terroryzujących ludzkość, wrogów Pana Boga.

          Wychodzi na to, że mając po naszej stronie Bożego Opiekuna nie tylko wcale nie
          musimy się ich bać, ale że powinniśmy i my zbliżać się do nich – podobnie jak On
          – z miłością i zrozumieniem, zdając sobie sprawę KTO tak właściwie jest motorem
          ich agresywnego, destruktywnego działania i że absolutnie PEWNA jest jego
          ostateczna przegrana.

          Pan Jezus nie odrzuca nikogo, On jest w stanie dać sobie radę z każdym,
          zanieczyszczającym wnętrze opętanego człowieka, demonem, więc gdybyśmy nawet w
          ferworze tej uwieńczonej końcowym, radosnym zwycięstwem walki Dobra ze złem,
          mieli jako postronni obserwatorzy stracić kilka „naszych”, niezbyt wartościowych
          „świń”, czyż wypada nam reagować w sposób w jaki zareagowali niedoceniający
          uleczenie niebezpiecznego dla nich, opętanego terrorysty, niewdzięczni Gadareńczycy?

          Pozdrawiam

          • avchdega-27 Gorsząca śmierć świń? - doprecyzowanie 07.11.07, 17:54
            W drodze z pracy do domu przyszło mi na myśl jeszcze jedno doprecywanie moich
            przydługachnych „wywodów“, którym chciałbym się z Tobą podzielć.

            Chodzi mi o te nieszczęsne „dwa tysiące“ świń.
            Tak przy okazji: sam fakt, że w moim tekście piszę o „tysiącu“, a nie o „dwóch
            tysiącach“ swiadczy o tym, jak mało ważny jest dla mnie osobiście i ten
            „szczegół“ biblijnego przekazu.

            Otóż moim zdaniem użytego przez ewangelistę określenia nie należy rozumieć
            kwantytatywnie, tzn. jako mniej lub bardziej dokładnej liczny, bo niby KTO miał
            policzyć te świnie i dlaczego miałoby ich być „około dwa tysiące“, a nie dwa
            tysiące pięćset, czy dwa tysiące dziewięćset cztery?

            „Około dwóch tysięcy“ użyte zostało tutaj w znaczeniu: „bardzo duże, liczne
            stado“, które w rzeczywistości mogło składać się z zaledwie kilkudziesięciu
            sztuk; podobnie jak mówimy czasem my, o wiele dokładniejsi w rachunkowych
            szacunkach ludzie epoki maszyn liczących i komputerów, używając konkretnych
            liczebników dla określenia dużych ilości (np. w stwierdzeniu, że w jakimś wiecu
            wzięły udział „tysiące“ uczestników, podczas kiedy w rzeczywistości było ich
            zaledwie kilkaset). Mówiąc „tysiące“ nie mamy przecież na myśli dość
            precyzyjnego zbioru między dwoma a dziewięcioma tysiącami, ale po prostu bardzo
            dużej ilości zebranych.

            Jest całkiem prawdopodobne, że św. Markowi dlatego zależy na podkreśleniu dużej
            ilości świn, aby – jak to tłumaczyłem w tekście – uwypuklić pozytywny efekt
            uboczny wypędzenia demonów w postaci „samozniszczenia się“ tak dużej ilości
            „nieczystego“ mięsa.

            Pozdrawiam
            • fleuret Re: Gorsząca śmierć świń? - doprecyzowanie 07.11.07, 20:44

              Księgi /Nowy i Stary Testament/ nie uważam za kompozycję ludzkiego umysłu. Nie
              jest to zwykłe dzieło literackie. Jest to myśl Boga schodzącą w zasięg naszych
              możliwości. Wyraża się ona obrazami, ponieważ nie ma innego adekwatnego języka,
              gdy chodzi o oddanie rzeczywistości nadprzyrodzonych. Nie jest to jakaś fikcja,
              projekcja czy intuicja, lecz Objawienie we właściwej formie.
              Dlatego też to, co zdaje się dla naszego umysłu: destrukcją, w zamyśle bożym
              wcale tym być nie musi.
              Kolejna kwestia: czy czytać komentarze biblijne? Pewnie warto, ale nie robię
              tego. Podoba mi się sposób, w jaki Żydzi czytają Słowo Boże. Wprawdzie dla
              chrześcijanina moment Wcielenia – ‘unieważnia’ w pewnym sensie sacrum, bo
              przecież można już trzymać Boga za rękę, ciągnąć za płaszcz czy wbić w Jego
              ciało gwoździe, ale może warto czytać Księgę jak Żyd, dla którego Biblia jest
              pierwszą wersją Eucharystii, czyli słowo Boże jest pokarmem?
              Chrześcijanie nie powinni poprzez ‘tłumaczenie’ Słowa Bożego starać się czynić
              swoją religię akceptowalną dla ateistów, czy innego gatunku krytyków „niech nie
              wyłażą ze skóry, by to osiągnąć, pozbawiając ją tego wszystkiego, co przynosiło
              radość sercu” , jak pisze Frossard.
              Dlaczego zatem poprosiłam o komentarz? Bo wciąż popełniam ten sam stary błąd:
              chcę sobie wytłumaczyć :), chcę widzieć wszystko uporządkowane wg kategorii
              rozumu. No i ciekawa jestem jak z problemem figi i wieprzy radzą sobie inni :)
              Swego czasu, /na całkiem innym forum/, moja przyjaciółka rzuciła powyższe
              kwestie do rozważenia. Prawie nikt nie podjął tematu, a mnie on nadal nurtował.
              Dotąd sobie z nimi słabo radzę...
              W sprawie wieprzy przyszła mi do głowy taka myśl:
              Złych duchów był ‘legion’, czyli wielka ilość. W jednym człowieku ‘umiejscowiła
              się’ więc wielka moc złego, zdolna opanować (jak sie później okazało) mnóstwo
              innych istot żywych Rozmiar spustoszenia, jakie uczyniły złe duchy wśród świń,
              miał być może pokazać i uświadomić ludziom do czego zdolny jest Zły. Rodzaj
              ostrzeżenia, nauki? Bo ‘legion’ ‘targający’ jednym człowiekiem co najwyżej
              odstręczał tylko innych od niego. Tak naprawdę nikt z obserwatorów nie miał
              wyobrażenia o rozmiarze siły Złego i jej skutkach.

              Było mi miło przeczytać Twój bardzo rzetelny komentarz. Dziękuję za pomoc :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka