Gość: tricky
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
18.05.05, 14:49
Bawi mnie to arcypoważne licytowanie się wynikami. I irytuje zarazem.
Wielokrotnie przecież zdarza się tak, że coś, na co bardzo liczymy i jesteśmy
pewni, okazuje się jednak błędem.
Sporadycznie, bo sporadycznie, ale jednak.
A wyników oficjalnych nikt nie zna, więc nie rozumiem jaki cel jest w
podbijaniu własnego ego teoretyczną pewnością.
Pisałam maturę jak większość rocznika 86. Dodam nową maturę. I pomimo wielu
sprzecznych i nieco rozedrganych emocji, staram się patrzyć na to sceptycznie
z nutką optymizmu. Nie poszło mi rewelacyjnie - bardzo się o to martwię. Dużo
w tym mojej winy, dużo czynników pobocznych. Nigdy nie jest przecież czarno na
białym.
Ale wypisywanie szacunkowych liczb, których wynik prawdopodobieństwa na pewno
nie wynosi 1 to mała hipokryzja, dużo ambicji i braku dystansu. To, czy ktos
sie dostanie na wymarzony kierunek nie zależy od jednego wyniku, nawet jesli
relatywnie średniego. Byż moze bedzie tak, że inne przedmioty wyrównają
poziom. Dlatego najgorszym problem nie jest wynik, choć na pewno dużym, ale
pewne kryteria, jakie narzucają uczelnie. Przez totalną nieprzejrzystość chyba
nikt nie potrafi powiedzieć, czy się odstanie czy też i nie. Prawda?
Więc o co Ce Ha?