1karada
05.11.09, 12:57
Mam przyjaciółke / koleżankę / bardzo bliską mi osobę którą znam od
wczesnego dzieciństwa. Tak się złożyło, ze od ponad czterech lat
jestem z facetem, nazwijmy go X, który był w niej zadurzony, nie
wiem zakochany, a ona traktowała go na zasadzie takiego przyjaciela,
który pójdzie do kina, zawiezie, odwiezie, pójdzie na impreze - dla
niej, zawsze podkreślała, nie był nigdy atrakcyjny fizycznie, nie
doszło miedzy nimi do niczego na płaszczyźnie damsko - męskiej.
Pojawiał sie w jej życiu intensywniej, jak bywała sama, pomiedzy jej
kolejnymi związkami z facetami. On przestał sie z nią spotykac na
jakichkolwiek zasadach na długo zanim zaczął byc ze mną, zaczął
pracowac w innym mieście, potem wrócił do naszego miasta, miał
jakieś dziewczyny, związki. Spotkaliśmy sie kiedys i coś miedzy nami
zaiskrzyło - nigdy sie tego nie spodziewałam. Mamy z X 2-letniego
synka, nie jesteśmy małżeństwem, chociaż mnie zawsze bardzo
zależało, zebyśmy sie pobrali. I teraz moja koleżanka bierze ślub
kościelny i poprosiła X, żeby został jej swiadkiem. I on się
zgodził. Mnie powiedziała, że wtedy X zobaczy jak to fajnie jest
brac ślub, i ożeni się ze mną, a poza tym, dwóch swiadków -
mężczyzn, przynosi szczęście.
Ja się z tym czuje fatalnie i X o tym wie, ale nic nie mówi na ten
temat, raz powiedział, że przecież nie moze odmówic. Nie wie, chyba
o tym wytłumaczeniu, które dała mi nasza :) przyjaciółka. Mam zal do
ich obydwojga. Może na własne życzenie.