Dodaj do ulubionych

rak płuc - pytanie

22.01.04, 12:38
pisalam juz na forum zdrowie, ale tam mi nikt nie odpowiada:(
Byc moze ktos tutaj bedzie sie orientowal...
Moja ciocia ma raka pluc. Dzisiaj sie dowiedzialam, ze jest to przypadek
beznadziejny (choc ja w to nie wierze), rozpoznanie choroby:
tupulmdex
Czy ktos sie orientuje w tej lacinskiej nazwie???
Szukalam w necie ale nic nie ma:( Byc moze cos przekrecilam, ale blagam o
pomoc w wyjasnieniu jesli ktos cokolwiek wie na ten temat
Obserwuj wątek
    • Gość: l2m Re: rak płuc - pytanie IP: *.lan / *.imbg.org.ua 22.01.04, 17:22
      To jest skrót. Co to może być to "tu" - nie potrafię od ręki powiedzieć, jak
      przyjdę do domu - spróbuję znaleźć. "Pulm" - to skrót od "pulmonaris"
      czy "pulmis", czyli płuco, a "dex" - od "dextra", czyli prawy.
      Jeśli znajdę, co to jest "tu" - napiszę jutro, ale coś mi się wydaje, że jednak
      źle odczytałaś, bo nie mogę przypomnieć nowotworu, nazwa którego zaczynałaby
      się na tu-. Na samo "t" zaczyna się teratoma oraz teratocarcinoma (czyta się -
      teratokarcynoma).

      Współczuję... :-(((((((((((((
      • gepart_czester Re: rak płuc - pytanie 22.01.04, 17:30
        bardzo ci dziekuje
        juz wiem co to znaczy
        masz racje z prawym i plucem
        na zdrowiu sie dowiedzialam to znaczy guz pluca prawego

        jestem coraz bardziej zalamana
        coraz bardziej do mnie dociera ze to juz koniec
        boze jak to szybko mija
        jestesmy mali rosniemy i nagle ktos bliski odchodzi
        a tobie sie wydaje ze tak nie pownno byc bo wcale ten czas nie mija:((( a
        przeciez moja ciotka to byl okaz zdrowia - to jest wyszczekana ciotka, ktora we
        wszystkim ma racje, ktora sama samochod naprawia, ktroa pomaga innym, ktora
        jest "oschla" ale ma wielkie serce i kocha ludzi i kocha psy i.....
        i jakos rycze i nie moge przestac
        zamoat nie ryczec

        Gość portalu: l2m napisał(a):

        > To jest skrót. Co to może być to "tu" - nie potrafię od ręki powiedzieć, jak
        > przyjdę do domu - spróbuję znaleźć. "Pulm" - to skrót od "pulmonaris"
        > czy "pulmis", czyli płuco, a "dex" - od "dextra", czyli prawy.
        > Jeśli znajdę, co to jest "tu" - napiszę jutro, ale coś mi się wydaje, że
        jednak
        >
        > źle odczytałaś, bo nie mogę przypomnieć nowotworu, nazwa którego zaczynałaby
        > się na tu-. Na samo "t" zaczyna się teratoma oraz teratocarcinoma (czyta się -

        > teratokarcynoma).
        >
        > Współczuję... :-(((((((((((((
        • Gość: l2m Re: rak płuc - pytanie IP: *.lan / *.imbg.org.ua 22.01.04, 19:55
          No tak, racja... tu- - to po prostu tumor, czyli guz, bez żadnych szczegółów...
          a ja się nastawiłam na bardziej detaliczne rozeznanie i nie skojarzyłam...
          Zresztą, teraz to już nie ma znaczenia. :-(((((((((((((

          Nie chcę w Tobie wzbudzać jałowych nadziei, ale jednak cuda się naprawdę
          zdarzają. To, co teraz napiszę, opowiadał pewien lekarz-onkolog o swojej
          pacjentce. Opowiadał nie w mediach, tylko w rozmowie osobistej w gronie naukowo-
          lekarskim.
          Otóż, przyszła do niego starsza już kobieta, po 60-tce. Nie tyle przyszła, ile
          została dowieziona przez synową. Lekarz, po wysłuchaniu, skierował ją na
          prześwietlenie; zdjęcia wykazały ogromny po prostu guz w jamie brzusznej.
          Kobieta dostała niezwłoczne skierowanie na operację. Operował ten sam lekarz;
          po otworzeniu jamy brzusznej zobaczył on, że guz ten już dał ogromną ilość
          przerzutów, w tym na wątrobę. Przerzuty były już duże, wiele z nich było
          widoczne gołym okiem. W tej sytuacji usunięcie guza pierwotnego mogłoby jedynie
          zaszkodzić (bo wywołało by to przyśpieszenie rośnięcia przerzutów), a całej
          masy tych przerzutów po prostu nie dałoby się usunąć. Więc zrezygnowano z
          zabiegu. Onkolodzy nazywają takie sytuacje "otworzyć - popatrzeć - zaszyć".
          Według obowiązujących wtedy norm etyki lekarskiej ani samą pacjentkę, ani jej
          rodzinę nie zawiadomiono o niepomyślnym przebiegu operacji. Lekarz dał jakieś
          zalecenia, witaminy i takie inne, byle co (leczenie pozorowane), bo żadnych
          nadziei w stosunku do zdrowia tej kobiety już nie żywił, i kazał zgłosić się na
          badania po upływie trzech miesięcy. Wiedział dobrze, że ona już się nie zgłosi -
          umrze dużo wcześniej. Jej kartę zdrowia od razu dał do archiwum. Szybko
          zapomniał o tej kobiecie.
          Po upływie trzech miesięcy jednak do jego gabinetu weszła starsza pani i
          zaczęła wylewnie dziękować: "Niechże panu doktorowi nigdy rączki nie zabolą,
          zdrowia panu doktorowi... " itd. Zdziwiony lekarz zapytał, kim ona jest, bo nie
          poznał jej. Ona podała nazwisko i powiedziała: "A pan doktor trzy miesiące temu
          mi kazał się zgłosić". Lekarz osłupiał, bo przypomniał, że to właśnie ta
          beznadziejna pacjentka, którą już uważał za zmarłą. Ponownie skierował ją na
          prześwietlenie. Guza nie było! Skierował na operację diagnostyczną. Sam ją
          przeprowadził. Po nowotworze złościwym z przerzutami nie pozostało ani śladu.

          Oczywiście, takie przypadki są szalenie rzadkie, prawie że nie zdarzające się.
          Jak już powiedziałam, nie chcę Ci czynić jakichś nadziei, które potem okażą się
          jałowe.

          Co się tyczy odejścia... cóż, jak prawie wszyscy dorośli ludzie już pożegnałam
          parę bliskich osób. Wiem, jak to boli, jak wprost nie chce się wierzyć w to, że
          oto odchodzą, nawet jak już o tym się doskonale wie, że to jest kwestia
          miesięcy... tygodni... dni... Współczuję Ci z całego serca. Kilka lat temu na
          moich rękach właściwie zmarła jedna moja babcia - a trzy dni później odeszła
          druga, obie po długiej i ciężkiej chorobie. Pamiętam je nadał, pamiętam nie
          chore, nie znedolężniałe, ale takie, jakie były w zdrowiu - jedna właśnie taka
          energiczna i "wyszczekana", inna - spokojna, sprawiedliwa i silna, i obie
          bardzo dobre i mające czułe piękne duszy. Chcę podzielić się z Tobą czymś, co w
          dużym stopniu pomogło mi się pozbierać po tym. To jest piosenka, a właściwie
          tekst piosenki, w języku rosyjskim - ale da się zrozumieć (chyba jeszcze
          zastałaś obowiązkową naukę rosyjskiego w szkole) - napisaną przez muzyka z
          Peterburgą, Jurija Szewczuka. Otóż:

          На небе - вороны, под небом - монахи,
          И я между ними в расшитой рубахе
          Лежу на просторе, светла и пригожа,
          И солнце взрослее, и ветер моложе.

          Меня отпевали в громадине храма,
          Была я невеста, прекрасная дама,
          Душа моя рядом стояла и пела -
          Но люди, не веря, смотрели на тело...

          Судьба и молитва менялись местами,
          Молчал мой любимый, и крестное знамя
          Лицо его светом едва освещало...
          Простила ему - я ему все прщала.

          Весна, задрожав от прощального звона,
          Стряхнула три капли на лики иконы,
          Что мирно покоилась между руками.
          Ее целовало веселое пламя.

          Свеча догорела, упало кадило,
          Земля, застонав, превращалась в могилу,
          Я бросилась в небо за легкой синицей...
          Теперь я на воле - я белая птица!

          Взлетев, на прощанье кружась над родными,
          Смеялась я, горя их не понимая -
          Мы встретимся ск
          • Gość: l2m przepraszam, nie zmieściło się. Oto końcówka: IP: *.lan / *.imbg.org.ua 22.01.04, 20:01
            Взлетев, на прощанье кружась над родными,
            Смеялась я, горя их не понимая -
            Мы встретимся скоро, но будем иными.
            Есть вечная воля... Зовет меня стая...
            • gepart_czester Re: przepraszam, nie zmieściło się. Oto końcówka: 22.01.04, 22:08
              oj 12m jestes niesamowita:)!
              wiesz z ta piosenka to jak bedziesz miala czas to bede prosila Ci o pomoc bo ja
              nie mam zielonego pojecia o rosyjskim:)
              dziekuje

              Gość portalu: l2m napisał(a):

              > Взлетев, на пр
              > ;ощанье кружа
              > сь над родным
              > и,
              > Смеялась я, го
              > ;ря их не пониl
              > 4;ая -
              > Мы встретимс&
              > #1103; скоро, но буд
              > ;ем иными.
              > Есть вечная в
              > оля... Зовет ме

              > 85;я стая...
          • Gość: A. Sharon Nie wierzę w to, co piszesz. IP: *.poznan.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.04, 21:07
            Mimo iz chcialbym, aby takie rzeczy się zdarzaly i zyczylbym tego wszystkim,
            ktorych dotknie zła choroba. Ale po prostu nie wierzę Ci. Ktoś tu klamie -
            poprzekręcał fakty i tyle. Nie ma takiej mozliwosci, zeby guz nowotworowy w
            jamie brzusznej ustąpił. Złośliwy - były przeciez przerzuty. To jest zupelnie
            niemozliwe. Czy to zostalo gdzies opisane? Jakie bylo faktyczne rozpoznanie
            guza? A moze to w ogole nie był guż tylko przepuklina jakaś? W jakim kraju i w
            jakich latach to się działo?

            A.
            • l2m Wcale Ci się nie dziwię, ... 22.01.04, 21:35
              też bym chyba nie uwierzyła. Ale poprzeć w jakiś udokumentwany sposób,
              niestety, nie mogę.
              Czy zostało opisane - nie wiem. Po prostu nie wiem. Imienia lekarza, niestety,
              nie pamiętam, w ogóle nie mam dobrej pamięći do nazwisk. Dawne dzieje. Działo
              się to w Kijowie, w latach 80, a może nawet 70, w Instytucie onkologii.
              Wymyślić coś takiego i opowiedzieć w tej sytuacji - uwierz mi, nie miałabym
              serca. I tak się zastanawiałam nad celowością poprzedniego postu. Chyba nie
              powinnam była tego pisać. Przepraszam.
              Nie myślę, by lekarz-onkolog, o dużej praktyce, nie odróżnił nowotworu
              złościwego z przerzutami od zwykłej przepukliny, i to pod czas operacji. Ale,
              jak już mówiłam, udowodnić nie mogę nic.
              • Gość: A. Sharon Wybacz - IP: *.konin.cvx.ppp.tpnet.pl 22.01.04, 23:38
                ale to wyjaśnia sprawę, co napisalas. Kijów, etc. Bez urazy. On pewnie widzial
                wszystko w tym brzuchu co chcial zobaczyc. Lata 80-te w medycynie ZSRR!! Toż
                tam zacofanie bylo gorsze niz w Afryce bez wzgledu na to, co oficjalnie
                mowiono. Kazdy kto ma troche pojecia o medycynie i nowotworach wie, ze rozne
                rzeczy mogą się zdarzyć jak Pan Bóg da, ale nie cofnięcie się rozsianych zmian
                w jamie brzusznej z guzem, ktorego nie usunięto. To tyle. Oczywiscie, ze to nie
                Ty wymyslasz. To po prostu ukrainski lekarz bajał i tyle. A nawet jak nie bajał
                to po prostu nie wiedział co widzi pewnie. Moze pijany byl - to przeciez tam
                nagminne bylo i pewnie jest wciaz (bez urazy).

                A.

    • Gość: kalina Re: rak płuc - pytanie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 22.01.04, 20:37
      Współczuję i trzymaj się. Kilka lat temu też miałam podobne przeżycia. Diagnoza-
      rak płuca, przypadek beznadziejny. W rozmowie lekarz dawał cztery miesiące.
      Bali się nawet naświetlać bo guz był zbyt duży.
      Po tych doświadczeniach stwierdziłam, rety jaki człowiek jest kruchy, a
      jednocześnie jaki mocny./////

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka