atlantis75
23.01.04, 12:52
Być czarną owcą w rodzinie. Wczoraj dano mi to do zrozumienia. Jestem czarną owcą, bo
mam swoje zdanie, bo potrafię powiedzieć: "nie", "nie mogę", "nie potrafię", "nie chcę".
Jakie to wszystko cholernie trudne. Moje stosunki z Mamą popsuły się drastycznie na
przestrzeni kilku miesięcy. Proces degradacji zaczął się na pewno wcześniej,
przypuszczam, że mój ślub (sierpień 2003) był początkiem tego wszystkiego.
Matka i córka. Moja Mama była i jest osobą nadopiekuńczą. Kiedyś uważałam to za dobrą
monetę, właściwie wyręczała mnie we wszystkim ("ja to zrobię lepiej", "obiad już podany"),
ale też wiele rzeczy zabraniała (wyjazdów, dyskotek). Otoczyła mnie szczelnym kokonem
swojej miłości. Było mi dobrze, o nic nie musiałam się martwić. W końcu usamodzielniłam
się, przeprowadziłam się do innego miasta (40 km od domu rodzinnego), znalazłam sobie
pracę, poznałam mężczyznę, wyszłam za mąż. Na początku wyjazdu z domu było mi ciężko,
cierpiałam, byłam od Mamy uzależniona. Potem nabrałam dystansu, próbowałam żyć swoim
życiem. Udawało się, ale wciąż byłam na każde zawołanie - wystarczył telefon od Mamy z
wyrzutem, że nie było mnie 2 tyg. w domu i już pędziłam do niej. Przyznawałam jej rację,
pomagałam młodszemu bratu - wszystko to robiłam z wielkiej miłości. Zrobiła dla mnie wiele
dobrego, nigdy tego nie zapomnę. Jestem jej wdzięczna za wychowanie, za wykształcenie,
za miłość rodzicielską.
Tylko dlaczego wciąż nie pozwala mi "odejść"? Dlaczego chce mnie kontrolować, narzucać
swoje zdanie, w pewnym sensie sterować moim życiem? Mam 28 lat i chcę zacząć ŻYĆ
SWOIM ŻYCIEM.
Starzy forumowicze znają moją listopadową historię, gdy Mama skerśliła mnie mojego męża
za to, że odważyliśmy się powiedzieć NIE. Mama, brutalnie rzecz ujmując, wcisnęła nam
brata na 2 miesiące (21-letniego studenta) do naszego mieszkania i potem chciała
przedłużyć jego pobyt u nas. Powiedzieliśmy: "nie, wolelibyśmy mieszkać sami". Raniącym
słowom nie było końca... "ja ci tyle w życiu napomagałam", "jesteś niewdzięczna", "będę się
ciebie wstydzić przed rodziną", "ja bym tak nigdy nie zrobiła".
Ona nie może zrozumieć, że jestem inna, że mam już serdecznie dosyć tego wmuszania we
mnie wszystkiego, że chcę odciąć pępowinę - dlatego, żeby "odejść" i mocniej ją kochać.
Wczorajsza sytaucja. Od ponad trzech miesięcy pracuję po 12 godzin. Nowe projekty,
trzeba wykonać. Czasami padam na twarz ze zmęczenia, ale nie zaniedbuję mojej rodziny.
Odwiedzamy rodziców co 2 tyg. Tymczasem Mama, nazwijmy to wprost, wprosiła się do nas
na wczoraj. Zadzwoniła i powiedziała, że przyjeżdża. Powiedziałam jej, może to spotkanie
przełożymy na przyszły tydzień, bo jestem potwornie zmęczona, w domu będę po 20-tej,
mam nieposprzątane... Przyjeżdża i koniec. Po wyprowadzce od nas mój brat zatrzymał
klucze do naszego mieszkania. Jakoś nie było okazji wspomnieć czegoś na ten temat. A
może nie chciałam zaogniać sytuacji. Wczoraj Mama przyjechała i z moim bratem czekali na
nas w naszym mieszkaniu. Ugotowała obiad, pościeliła nasze małżeńskie łóżko, posprzątała.
Nie prosiłam jej oto, nawet mi głupio. Wróciłam z pracy po 20-tej. Nie miałam przyklejonego
do twarzy uśmiechu, przyznaję, że byłam na nią zła, że przyjechała właśnie dziś. I
usłyszałam: "jak ty przyjmujesz gości", "ja bym nigdy nie zrobiła takiej miny, zawsze się
uśmiechałam", "jak nas nie chcesz to sobie pójdziemy", "nie przesadzaj z tym łóżkiem, w
domu zawsze ci ścieliłam". Aż w końcu: "jesteś dziwna", "twoja bratowa tak się nie
zachowuje", "nie przesadzaj z tym zmęczeniem". Gdy się zdenerwowałam i popłakałam, to
moich uszu dobiegło: "rozluźnij atmosferę, jesteś tu gospodynią".
Nie chodzi o to, że ich nie chcę widzieć w ogóle, ale tego dnia po prostu nie miałam ochoty
na żadne odwiedziny. I to powiedziałam jej przez telefon. Chyba mam do tego prawo? Wg.
niej "dla rodziny zawsze się powinno mieć czas, chociażby człowiek padał na twarz".
Pokłóciłyśmy się. Nie potrafię udawać. Do kłótni wtrącił się mój brat (oczko w głowie Mamy).
Potem wstał i wybiegł. Mama za nim. Przerażona, że do tagiego staniu doprowadziłam
brata. Potem usłyszałam: "idź go pociesz, przytul". Moje uczucia są nieważne. Mama ma do
mnie żal, że odmówiłam tego wspólnego mieszkania bratu i musi dojeżdżać 40 km na
uczelnię. Właściwie nie musi, bo rodzice mają pieniądzę na to, by wynajął sobie stancję, ale
mam warżenie, że chcą coś zademonstrować. Jakie tam wrażenie, przecież wczoraj
usłyszałam: "radzimy sobie bez ciebie". A potem: "ten ślub cię zmienił na gorsze".
Czy jestem niewdzięczną córką? Czy to źle, że chcę żyć po swojemu, że nie chcę by Mama
sprzątała w naszym mieszkaniu? Co mam zrobić? Jak to zrozumieć?
Może macie jakieś doświadczenia. Jak układają się wam stosunki matka-córka?
Post jest długi, za dobrnięcie do końca - dziekuję.
Atlantis