ydorius
19.02.04, 03:27
miłej lektury życzę
m,
.y.
--
Rozprawa
Jakoś, mimo lat, które posiadam w zanadrzu, nigdy nie potrafiłem
nauczyć się podstawowych prawideł rządzących wszechświatem. Nie to, żebym
miał kłopoty z pojęciem podstawowych zasad fizyki, nic z tych rzeczy. Teorię
tego, co należy zrobić, by przeżyć – potrafiłem przyswoić. Jedyne z czym
miałem poważniejsze problemy to z zaimplementowaniem teorii na potrzeby
rzeczywistości obserwowalnej.
Toteż wezwanie do sądu na rozprawę przyjąłem ze smutkiem, ale i ze
zrozumieniem. Kiedy pół roku temu po raz wtóry włamałem się do skrzynki z
licznikami i na dziko przyłączyłem sobie prąd (odłączony dzień wcześniej za
niepłacenie rachunków), mogłem przewidzieć, że występek ten nie pozostanie
bez kary. Wezwanie na rozprawę, na której prawnik Stoenu miał zrobić ze mnie
krwawą miazgę było tylko logicznym uzupełnieniem zajść sprzed miesiąca.
Nie mając zbyt wiele na swój obronę ("wysoki sądzie, musiałem
przecież jakoś słuchać swoich płyt", było uzasadnieniem tyleż finezyjnym co
kretyńskim, z czego doskonale zdawałem sobie sprawę) postanowiłem uciec się
do argumentów absurdalnych. Na rozprawie stawiłem się z teczką pełną
gazetowych wycinków, świstków oraz wydruków internetowych.
Prawnik Stoenu nazwał mnie szkodnikiem, pasażerem na gapę, bezkarnym
huncwotem (naprawdę tak powiedział! Myślałem, że to słowo wyszło już z
użycia), który za nic ma obowiązujące w tym kraju prawa oraz (tu spojrzał na
mnie z pogardą przemieszaną z litością) zwykłą ludzką przyzwoitość. Mówił
jeszcze potem o paragrafach i ustawach, ale mój umysł nie był w stanie tego
ogarnąć. Ocknąłem się dopiero gdy sędzia się zapytał, czy mam coś na swoja
obronę.
Miałem. Wygłosiłem płomienną przemowę, nie najeżoną co prawda
paragrafami i (proszę wybaczyć) ustępami, ale za to na wskroś prawdziwą.
Podniosłem kwestię łapówkarstwa w kraju, tego, że NIK dopatrzył się w
procedurze sprzedaży Stoenu nieprawidłowości, że Trybunał Konstytucyjny
orzekł, że sprzedaż ta była zagrożeniem istotnych interesów państwa. Pytałem
retorycznie kto za to wziął pieniądze, kto tak naprawdę jest szkodnikiem,
komu należałoby wymierzyć sprawiedliwość… Gdy skończyłem, byłem z siebie
naprawdę dumny. Z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku obywatelskiego
nieposłuszeństwa poszedłem do domu, by w jego zaciszu dalej spokojnie kraść
prąd.
Drugi list przyszedł niespodziewanie szybko – rozprawa, na której
miałem usłyszeć jaki jest werdykt sądu miała się odbyć wkrótce.
Poszedłem, z tą samą teczką pod pachą (w razie jakbym musiał, co
podejrzewałem, powtórzyć główne tezy swego miażdżącego wywodu). Sala, tak jak
poprzednio, była prawie pusta. Tylko trójka sędziów, ja i prawnicza pijawka.
Sędzia uśmiechnął się krzywo i powiedział, że sąd jest pod wrażeniem
mojej obrony i że w związku z tym ustalił wyrok. Potem powiedział tak: "sąd
uważa, że kara nie powinna być jedynie nauczką dla tego, kto bezpośrednio
zawinił. Powinna pełnić pewną rolę wychowawczą dla wszystkich. Wskazać, że
pewne działania nie mogą ujść bezkarnie, że ramię sprawiedliwości jest może i
powolne, ale nieubłagane. Oskarżony podniósł kwestię wciąż jeszcze
nieuregulowanych rachunków tych, którzy trzymają stery państwa. Sąd przyznaje
oskarżonemu rację i wymierza oskarżonemu karę w wysokości 10 lat więzienia i
stu tysięcy złotych grzywny. Niech to będzie nauczką dla tych wszystkich,
którzy myślą, że są zupełnie bezkarni".
Odsiedziałem już siedem lat. Mam bliżej niż dalej. I w zasadzie nie
ma dnia, bym nie myślał obie, że moja argumentacja wtedy, na rozprawie...
Myślę, że naprawdę była kretyńska...
© ydorius 19’II’2004
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.