Gość: synowa
IP: *.chello.pl
24.02.04, 11:42
Dawno, dawno temu urodziłam syna. Gdy ukończył 3 lata, a mnie skończył sie
urlop wychowawczy, poprosiłam moja teściową, aby raz w tygodniu pomogła mi
odbierac dziecko z przedszkola ( teściowa była świezo na emeryturze i nie
miała niczego do roboty, ani zadnych zainteresowań, mieszkała niedaleko).
Odmówia twierdząc, że to moje dziecko i mój problem. Uszanowałam, choc mego
męża brali diabli ( znał swoja matke wówczas lepiej niż ja). Przez 3
szarpalismy się z mężem między przedszkolem a pracą korzystajac z pomocy
moich rodziców i płatnych opiekunek. Minęły lata, syn stał sie coraz
doroslejszy i wymagał mniej opieki ( dziś kończy studia), z babcią
kontaktował się kilka razy w roku - my podobnie - wymienialismy głównie
niewiele znaczące uwagi. Babcia nie interesowała się osiagnięciami wnuka ani
niczym innym. Kilka tygodni temu teściowa powaznie zachorowała. Byliśmy w
szpitalu, rozmawialismy z lekarzami, ale gdy trzeba było zabrać ja do domu
oboje z mężem odmówilismy. Zbyt dobrze pamietam jej słowa, że opieka nad
dzieckiem jest tylko i wyłącznie nasza sprawą. Teściowa ma emeryturę, duże
mieszkanie, oszczędności i prawo do pełnego nimi gospodarowania. Czuje się do
głębi obrażona, gdy zaproponowałam, aby w zamian za mieszkanie zapisane w
testamencie wzięła kogos pod swój dach kto zapewni jej dozywotnia
opiekę. "Rodzina musi sobie pomagać" - usłyszałam. Kpina.
Nie zaopiekuję sie tesciową, nie chcę żadnego jej majątku, nie czuję sie na
siłach zmieniac jej pampersów, ani patrzeć na nia. Co Wy na to?