edi681
27.06.10, 04:14
Sytuacja jest taka: mój 1,5 letni związek własnie dogorywa. To był
niełatwy związek, z trochę dziwnym człowiekiem, huśtawki emocjonalne
itp. - generalnie temat na oddzielny wątek. Jest mi ciężko, miewam
napady panicznego lęku, zaburzenia snu... Niedawno poznałam w klubie
muzycznym gościa. Przystojny, uroczy uśmiech, delikatny,
kulturalny...Pomyślałam sobie: ooo, to może będzie TO, nareszcie mam
farta! Niestety...na drugim spotkaniu przyznał się, że jest żonaty.
Dla mnie to oznaczało koniec. On tłumaczył się, że nie szuka wrażeń,
że sam nie wie, jak znalazł odwagę, by mnie zagadnąć, że tak bardzo
mu się spodobałam. Od lat tkwi w nieudanym małżeństwie z powodu
kilkuletniego syna, którego bardzo kocha. Że poświęcił swe szczęście
osobiste w imię tego dziecka. Jest mną zafascynowany. Widzę, że nie
jest to typ lowelasa i podrywacza, ma w sobie jakąś szczerość. Ja
nie zamierzam jednak pakować się w aferę z żonatym gościem, wiem
czym to się kończy i dziękuję.
ALE! on nalega na spotkanie, pisze długie i b.miłe smsy, dzwoni...
Nie jest nachalny, raczej uparty. A ja... w złej kondycji
psychicznej. Potrzebuję odbudować swoje poczucie wartości,
potrzebuję komplementów, potrzebuję zapełnić czymś czas, zeby nie
myśleć! Oboje wiemy, że związku z tego nie będzie, nie ma też mowy o
seksie, ja powiedziałam jasno, co o tym myślę. Może jednak los mi go
zesłał, żeby zmniejszyć mój ból rozstania z partnerem? Nie zamierzam
mu się zwierzać, myślałam raczej o niezobowiązującym flircie,
zapełniaczu czasu po pracy. Skoro on szuka mojego towarzystwa, a ja
mogę skorzystać odrywając się od ponurych myśli, grzać się w ogniu
jego komplementów, widzieć zachwyt w jego oczach? Wyjść na piwo, na
obiad, na spacer w towarzystwie miłego, przystojnego faceta, który
jest całkowitym przeciwieństwem mojego byłego... Zaznaczam, że nie
robię mu nadziei, on zna moje zdanie nt. "związków" z żonatymi.
Jestem też raczej pewna, że nie zakocham się w nim, mam uraz z
przeszłości i aktualnie przjaciółkę cierpiącą w relacji z żonatym.
Mam go potraktować jako rodzaj terapii? Czy ryzyko wpakowania się w
jezcze gorsze tarapaty jest zbyt duże?