sabrilla
20.04.11, 23:14
Tkwiłam sobie dzisiaj w korku i słuchałam radia. Korek należał do gatunku potężnych więc była okazja wsłuchania się w radiowe dyskusje. Na którejś ze stacji miała miejsce rozmowa z panią, która opowiadała o zbliżającym się Kongresie Kobiet. Rozmowa momentami była ciekawa, a w pewnym momencie pojawiła się dyskusja o żeńskich odpowiednikach rzeczowników-głównie tych oznaczających zawody (ale nie tylko). I OK, do projektantek, lekarek, informatyczek itp. już się przyzwyczailiśmy i spoko, ale szczęka mi lekko opadła na dźwięk słów takich jak: ministra, premierka, prezydentka, naukowczyni czy gościni (żeński odpowiednik gościa). Wszystko ponoć z zgodzie z wymogami języka polskiego. OK, rozumiem to coś w rodzaju walki z dyskryminacją kobiet także w sferze językowej, ale czy to nie jest lekkie przegięcie? Czy naprawdę kobiety będą miały lepiej, bo powie się: nie pani minister tylko ministra, albo nie naukowiec tylko naukowczyni? Czy to nie są potworki językowe w stylu urlopu "tacierzyńskiego" (dla mnie masakra, o wiele lepiej brzmi mi urlop "ojcowski"). Jaki to ma tak naprawdę sens? Co myślicie?
I co jeszcze? Pojawią się inżynierki, weterynarki itp?