backtome
28.06.11, 11:10
witajcie,
mam problem i to złożony - i w całej swojej mądrości ( gdzie ona była gdy wchodziłam w związek ?) nie potrafię sobie z nim poradzić ani znaleźć racjonalnego rozwiązania.
mam 43 lata, prawie 2 lata temu wynajęłam w moim domu mieszkanie 39 letniemu samotnemu facetowi. z czasem zbliżyliśmy się do siebie - pomimo wielu różnić, w wykształceniu, zainteresowaniach, statusie finansowym. jak to się stało ? po prostu byłam bardzo długo samotna - kilkanaście lat, przechodziłam bardzo zły okres w moim życiu - deprecha spowodowana utratą pracy, problemami ze zdrowiem ojca, którego jestem jedyną opiekunką. On spodobał mi się ponieważ był bardzo czuły, wyrozumiały i opiekuńczy dla mojego ojca..zaczął mi też pomagać w domu - a że dom duży i dość długo zaniedbywany - ja wcześniej bardzo intensywnie pracowałam osiadłam dopiero gdy rodzice zaczęli mocno chorować i gdy zajęłam się nimi.
i tak od słowa do słowa - zaczęliśmy być ze sobą...
ponieważ na początku układało nam się całkiem nieźle - widziałam perspektywy bycia razem, postanowiliśmy wyremontować jedno z mieszkań w domu na wspólne przyszłe gniazdko.
ja dawałam pieniądze na wszystkie materiały, projektowałam poszczególne wnetrza - on jako, że jest budowlańcem w większości remont ten wykonał.
dzisiaj jest ponad rok naszego związku - on jest bez pracy, pracuje dorywczo, remont nieskończony, ja go utrzymuję, płacę alimenty na jego dwójkę dzieci i po prostu mam tego dosyć.
jak się z czasem okazało ten facet ma niesamowite kompleksy czemu daje wyraz w ciągłych kłótniach i dezawuowaniu mojej osoby - za nic ma moje osiągnięcia życiowe, to że jestem zaradna, że całe życie sama na siebie zarabiałam tyrając ciężko, że zwiedziłam pół swiata bez bojaźni, że wszystko potrafię sama załatwić.
tak naprawdę w niczym nie mogę na niego liczyć - wychodzi rano do pracy, wraca późnym wieczorem, zjada obiad, idzie spać.
nie interesują go rachunki, wydatki, ubrania, jedzenie, samochód, opieka nad ojcem - po prostu nic.
wszystko załatwiam ja, wszystko planuję ja...
mam tego po prostu dosyć...
i tu pojawia się problem - chcę się z nim rozstać ale gdy podejmuję rozmowę na ten temat - on stawia mi dictum - wyprowadzi się gdy zapłacę mu 25 tysięcy za remont mieszkania.
gdybym tylko miała te pieniądze w jednej chwili bym mu je dała byle sie oswobodzić z tego toksycznego związku...
ale nie mam, i nawet prośby o to bym go na przykład spłaciła w ratach nie skutkują...
no i skąd taka suma? dziś mówi 25 tysięcy, jutro powie 50 ?
co dalej robić? nie chcę robić afery z wystawianiem mu rzeczy na ulicę, mieszkam od urodzenia na ulicy gdzie wszyscy się znają, nie chcę być obiektem zbiegowiska i społecznego zainteresowania.
nie ma co, wpakowałam się w straszną sytuację i nie wiem jak teraz z niej wybrnąć - o jakiejkolwiek ugodzie widzę nie ma mowy...
poradźcie dziewczyny co dalej...
bardzo będę wdzięczna za każdy głos w mojej sprawie.
z serdecznymi pozdrowieniami,
bactome