bialamorwa
27.03.12, 13:16
Zrobiłam sobie piekło z życia, godząc się na wspólne mieszkanie z synem i synową. Nie było to moim marzeniem, ale rodzina tak wsiadła na nas, że ulegliśmy z mężem. Mieszkamy w domu jednorodzinnym i młodzi wprowadzili sie na poddasze. Niestety nie jest ono oddzielnym mieszkaniem z oddzielnym wejściem, to po prostu trzy pokoje, do których się wchodzi po schodach na środku salonu. Kuchnia jest na dole, wspólna. Na gorze jest łazienka. Młodzi zajęli dwa pokoje, a trzeci jest wspólny i jest tam telewizor i biblioteka.
Młodzi mieszkają już 5 lat, mają trzyletnie dziecko. Oboje pracują, a wnukiem zajmuję się ja, babcia na emeryturze. Jestem zmęczona, bo moje zajmowanie się dzieckiem to praca na okrągło, po 14 godzin dziennie, światek, piątek i niedziela. Mały jest do mnie przyzwyczajony i nawet jak mama i tata są w domu, to i tak chce "do baby". Jego rodzice sprowadzają go na dół, a ja nie mam serca go odesłać. Rano, gdy się tylko przebudzi, o szóstej rano, pędzi do mojej sypialni. Nawet w niedzielę. Cóż robić, wstaję, a jego rodzice śpią do dziewiątej.
Obiady dla wszystkich też ja gotuję, no bo "siedzę" w domu. Sprzątanie też ja. Synowa ogranicza sie do odkurzenia dwóch pokoi, które zajmują. Górną łazienkę, holl i trzeci pokój na górze też muszę ogarnąć, bo brudem by zarosło. Z tej łazienki czasem korzysta też mąż, gdy czyta w bibliotece, więc chyba z tego powodu synowa jej nie sprzata. W tym trzecim pokoju młodzi przyjmuja swoich gości, ale decydujące jest to, że mąż tam czasem czyta, więc.... Po holu chodzimy, więc brudzimy....i sprzatamy. Parter to oczywistość, bo tam mieszkamy z mężem, no i kuchnia. Ja sprzatam, bo ja brudzę, oni tylko jedzą. Schody, ganek, podwórko to nasza sprawa, męża i moja, no bo to NASZ dom. Jak zimą napadało śniegu i trzeba było odśniezyć drogę dojazdową, nie wytrzymałam i zwróciłam uwagę synowi, ze nie wypada, żeby się stary ojciec mordował, gdy młody facet jest w domu. Obraza była, że hej.
Zanim sie syn ożenił, mieszkał razem z nami i łożył na swoje utrzymanie. Dokładał się do rachunków i nie trzeba było mu przypominać o odsnieżaniu czy sprzątaniu podwórka. Teraz zachowuje sie jak gość hotelowy, dokładnie tak samo jak jego żona. Nawet sobie taka zawieszkę hotelową wieszają na klamce "nie przeszkadzać".
Mam dość tej wspólnoty, bo to praca ponad moje siły. Mam 63 lata i prawdę mówiąc wychowuję małe dziecko, sprzątam cały dom (z wyjatkiem ich dwóch pokoi), gotuję posilki dla pięciu osób, robię zakupy. Młodzi bardzo rzadko coś kupią do lodówki. Rachunki za prąd i wodę to tez nasz problem, no bo oni się dorabiają. Opał także. Palenie w piecu też my, bo kotłownia jest na dole, więc nam "poręczniej". Jedynie przy rąbaniu drewna syn pomaga. To jest praca na dwa dni w roku. Ale żeby przywiózł taczkami drewno do kotłowni to już nie moge się doprosić, zwykle sama to robię.
Synowa trzyma się na uboczu, tak jakby jej nie było. Nie pomaga wogóle, nie pyta, nie komentuje. Tylko oczy podnosi do góry, gdy czegoś chcę od syna, np. żeby mi przesunął ciężką kanapę w bibliotece, bo chcę kurz wymieść i umyć podłogę. Mam wrażenie, że traktuje każdą moją prośbę jak atak na ich integralność i wtrącanie się.
To wszystko wyglada tak, jakby mieli do nas pretensje, że mieszkają w naszym domu. Prawdą jest, że pare razy napomknęłam, że powinni się trochę włączyć w utrzymanie domu, ale od razu był krzyk, że są na dorobku i odkładają pieniądze na swoje mieszkanie. No dobrze, ale czy "odkładają" też siły potrzebne do sprzatania kuchni czy łazienki?
Pomału wzbiera w nas złość, bo prawde mówiąc żyją sobie bardzo wygodnie. Życie ich prawie nie kosztuje. Wikt i opierunek zapewniają rodzice. Dzieckiem zajmuję się ja, nie musza płacić opiekunce. Mogą pracować i nie martwić się o nic, tylko spokojnie odkładać pieniądze. Mało jeszcze? Wypadałoby chyba troche pomóc, a nie czekać aż ojciec przekopie się przez zaspy, a matka przytarga taczki z drewnem, czy worek z ziemniakami? Że ojciec naprawi światło na korytarzu, a matka opiekując się maluchem wymyje wszystkie okna w domu i toaletę, z której korzystają?
Tym wspólnym mieszkaniem narobiłam sobie mnóstwo pracy i dodatkowych wydatków. A w zamian mamy niezadowolenie. Bardzo żałujemy, że się na to zgodziliśmy. I powiem wszystkim teściom - nie idźcie tą drogą! Dziś wolałabym wspomóc mlodych finansowo, żeby coś sobie wynajęli, bo nawet opiekując się wnuczkiem, miałabym wolne popołudnia, nie mówiąc już o tym, ze sprzątałabym raz w tygodniu, a nie codziennie. Tez pewnie byłabym złą teściową, ale przynajmniej nie zmęczoną. Teraz jestem zła, wykończona i coraz bliższa zrobienia potężnej awantury, po której spakują walizki. Nie wiem czy doczekam aż zbiorą całą kwotę na mieszkanie. Nie chcą brać kredytu w banku, bo odsetki, więc jeszcze ze dwa lata tej mordęgi nas czeka, tak syn mówi.