twojabogini
07.08.12, 14:35
Wraca moda na diagnozowanie schorzeń o naturze psychicznej. To tanie i rozwiazuje problem zwany "pacjentem". Dzieci niespokojne dostają ksywkę ADHD (i prochy), dorośli w chu.owej sytuacji życiowej - deprecha (i prochy). Modne jest też stwierdzanie u kobiet depresji poporodowej (i przepisywanie prochów).
To co jest normalną reakcją na trudne warunki życiowe i środowiskowe - stało się chorobą.
Rozumiem, że służba zdrowia niedomaga, i że łatwiej dać gnojowi prochy, żeby przestał zawadzać rodzicom i nauczycielom, zamiast go zdiagnozować. Łatwiej też parę tysięcy młodych matek naładować prochami, w ramach "depresji poporodowej", niż zrobić cokolwiek co przyniesie poprawę jakości ich życia.
Prochy dostawała np. dziewczynka, która jak się okazało, była molestowana przez ojca i dziadka. Ale po co analizować skąd nadaktywność dziecka jak można stwierdzić "ADHD". Prochy dostawała moja znajoma na "deprechę po porodzie", szkoda że nikt jej nie zapytał o warunki życia. Dostała prochy i na prochach w apatii znosiła wszystko, bicie, przemoc, poniżanie. Na szczęście jest już po rozwodzie - i nie potrzebuje już żadnych prochów.
Może jednak należałoby zlikwidować państwową "służbę zdrowia"?