mazia72
25.03.13, 10:35
Witam. Staram się o pomoc z MOPS-u,dokładnie chodzi mi o obiady w szkole u dzieci. To co teraz przeszłam z ta instytucją to nie jednego by wyprowadziło z równowagi.Mianowicie: jestem na urlopie wychowawczym który przysługuje mi bez dwóch zdań-(dziecko ma 2,5latka).Pani z MOPS-u dzwoni do mnie czy nie mogła bym podjąć pracy a dziecko dać do dziadków-nie ma takiej opcji.W takim razie czy nie mogła bym iść do pracy na same noce, a mąż w nocy jest w domu to dziećmi się zajmie.Kpina. A jak już nic z tego to moze bym przedszkole "załatwiła" ....No myślałam że oszaleje!To nie koniec. Moja najstarsza córka ma 21 lat. Pracuje,wynajmuje mieszkanie z koleżanką-ale kokosów nie ma.Ogólnie dziewczyna chce się usamodzielnić. A tu znów telefon z MOPS-u,że moze córka by mi pomogła...No nie wytrzymałam i powiedziałam co o wszystkim myśle.Na to Pani-że musi mieć adres córki bo trzeba sprawdzić czy w luxusie nie opływa. Pewnie nasunie się myśl że staram się o pomoc a źle mi się nie powodzi. Otóż, ja na wychowawczym-400 zł,rodzinne 280, a zarobki męża to 1500 zł.Opłaty ok 500 zł. A cała rodzina to ja,mąż i dzieci-14 lat,8 lat i malutka.Oczywiście jeszcze najstarsza córka-ale jak pisałam,jest samodzielna.I co sądzicie o tym? Bo moje zdanie jest takie,ze zamiast pomocy dla rodzin które potrzebują takowej, daje się pomoc tym,co przerobią to na "płyny" w jeden dzień.