zuzanka.pianka
18.04.15, 13:36
Mój facet jest o dekadę starszy niż ja. Ja - późna dwudziestka z dużymi potrzebami łóżkowymi, on - późna trzydziestka. Jest absolutnie cudownym facetem w związku, mamy te same zainteresowania, fantastycznie spędzamy razem czas, on jest cierpliwy, kochany, inteligentny, ma bardzo dobrze poukładane w głowie, jest naprawdę fajnym facetem, nie świrem, nie sknerą, ma dużą wiedzę, czyta książki, nie ma w sobie takiej durnej męskiej rywalizacji o głupoty, ma dobrze ustawiony system wartości. Robimy sobie niespodzianki, ciągle chodzimy na randki, jeździmy na wycieczki, no bajka.
Jedynym problemem jest seks. Ja mam spory temperament, a on hmm... małe możliwości. Czasem w ogóle nie daje rady, czasem daje radę, ale krótko i potem klapa, czasem ledwo jest w stanie dostać wzwód. Nie jest też specjalnie hmm... utalentowany ani obdarzony. Wiem, że trzeba rozmawiać, pokazywać co i jak, ale ja już naprawdę nie mam siły. Jest niedelikatny, nie ma wyczucia, wszystko robi jakby "mechanicznie". No i najgorsze - nigdy jeszcze ze mną nie doszedł, chociaż twierdzi, że mnie kocha i że go straszliwie kręcę a ja wiem, że z reguły działam na facetów i to mocno.
Dla mnie to jest problem. Kocham go, wszystko jest cudownie, jest materiałem na długodystansowego partnera, takiego do założenia rodziny, ale kwestia seksu mnie dobija. Mam wrażenie, że on olewa problem. To znaczy ma taki sposób radzenia sobie z problemem, że podświadomie uważa, że jak nie będzie go dostrzegał to problem zniknie. Wysłałam go do seksuologa (tak, ja jego), diagnoza jest taka, że jest zdrowy, więc problem musi być w psychice. Dostał seksowe pigułki na zachętę, ale korzysta z nich bardzo sporadycznie (trzeba je wziąć na godzinę przed randewu). On powiedział, że problem może być w antykoncepcji, bo były gumki, mniejsza stymulacja, okej, przestawiliśmy się na pigułki. Bez zmian. Wiem, że się masturbuje, próbuje sobie z tym radzić, ale bez sukcesów. Wiem, że jakieś trzy lata przed poznaniem mnie zerwał ze swoją dziewczyną, po niej nie miał już nikogo, one night standy jeśli w ogóle to sporadycznie, nie wiem czy to ma znaczenie dla forumowych diagnostów.
W międzyczasie poznałam świetnego faceta w moim wieku, który dla odmiany kompletnie nie jest materiałem na długodystansowego partnera, ale ma tę iskrę bożą. Zdarzyły się nam nieco bardziej śmiałe wymiany wiadomości i zaczęłam o nim fantazjować. W jakiś sposób mój facet wyczuł co się święci i powiedział mi o tym, że czuje, że moja znajomość z tym drugim nabrała rumieńców. Z jednej strony mi głupio, bo przecież go kocham, z drugiej strony narasta we mnie jakiś bunt - jak można wymagać wierności jak się zlewa tak ważną rzecz w związku jak seks? Na początku byłam naprawdę cierpliwa i delikatna, bo przecież męskie ego, nie wolno krytykować bo się zamknie, i tak dalej. Pytałam co lubi, proponowałam, że oboje przejdziemy się do lekarza, były zabawy, frymuśna bielizna, cuda wianki. Teraz zaczynam być wqrwiona.
Co robić?