h1gh1and3r
30.06.15, 11:57
Chciałbym wam opowiedzieć trochę przydługą historię, trochę ku przestrodze, trochę dla własnego ukojenia, ale w największym stopniu z czysto psychologicznej ciekawości :)
PROSZĘ O CIERPLIWOŚĆ
(próbowałem to skrócić, ale wszystko wydaje mi się istotne)
Parę miesięcy temu temu przechodziłem przez dość nietypowe (przynajmniej z perspektywy mnie-faceta) rozstanie i zastanawiam się jak wy się na to zapatrujecie.
Nie żeby mnie to teraz jakoś szczególnie bolało, ale chciałbym spróbować rozważyć z wami scenariusz „co by było, gdyby”, aby w przyszłości mieć większe szanse na uniknięcie takich sytuacji.
Byłem w związku z dziewczyną przez rok. Nie był to ani mój najdłuższy, ani najkrótszy związek, ale z pewnością najgorętszy. Bardzo kochałem i byłem kochany, przyjmijmy to za pewnik. Była to pierwsza moja dziewczyna, która w 100% mi się podobało (nie dość, że jest w moim dość specyficznym typie, to jeszcze można obiektywnie stwierdzić, że jest naprawdę ładna), do tego zadziorna, z charakterem, bystra i towarzyska. I przede wszystkim kochana. Nasze charaktery fajnie się uzupełniały, ja jestem człowiekiem spokojnym i zrównoważonym, ona jest typem „szalonym”, chociaż zamkniętym w sobie, niemniej w ważnych kwestiach nasze temperamenty miały sporą część wspólną (zwłaszcza na imprezach i w łóżku). Od pierwszego dnia kiedy się poznaliśmy iskrzyło między nami, kiedy się związaliśmy, uczucie zapłonęło żywym ogniem ;)
Na początku wydawało się, że mamy dużą przeszkodę – ona maturzystka, ja już po studiach i pracujący. Różnica wieku (niby nie kolosalna, ale plasująca nas w nieco innych rzeczywistościach) przez jakiś czas trzymała nas z dala od siebie, bo trudno było sobie to wyobrazić. Jednak gdy w końcu spróbowaliśmy, okazało się, że potrafimy fajnie spędzać ze sobą czas, dobrze nam się ze sobą rozmawia, dobrze się odnajdujemy w takim samym towarzystwie itp.
Na początku wszystko szło idealnie (jak zwykle), ale zaczęły się pojawiać drobne problemy (zresztą pochodzące z zewnątrz), które z czasem urosły do większych rozmiarów. Wydaje mi się, że mieliśmy do czynienia z typowym efektem kuli śnieżnej.
Pierwszym była utrata przeze mnie pracy w piątym miesiącu związku. Nie tyle ją straciłem, co przeprowadzałem kontrolowaną jej zmianę;) Problem w tym, że miało to trwać tylko 2-3 miesiące, a trwało trochę ponad pół roku (i nie było wiadomo kiedy i czy ją dostanę), więc mimo że na początku byłem wyluzowany, z czasem zaczynałem popadać w coraz większy dołek z tego powodu i sprawa ta stopniowo absorbowała coraz więcej moich myśli.
Drugim problemem była pewna awantura, która wybuchła na imprezie między nią, a naszą wspólną koleżanką (akurat z towarzystwa, w którym razem się obracaliśmy i w którym się poznaliśmy). Nie wchodząc w szczegóły, ta druga zachowała się podle, ale moja dziewczyna z kolei zareagowała dziecinnie nawet jak na swój wiek. Obraziła się na nią śmiertelnie i uznała, że z resztą grupy tez nie chce mieć nic wspólnego, bo na pewno są po jej stronie. Ot, głupia, szczeniacka wręcz reakcja, która doprowadziła do tego, że straciliśmy wspólną paczkę (nie byłem w tej kwestii bierny, ale o tym później).
Trzecim i chyba ostatnim problemem była jej praca. W trzecim miesiącu mojego bezrobocia dostała pracę w kawiarni (czym jest zachwycona chyba do teraz), która ma dużą wadę – siedzi się w robocie albo od bardzo wczesnych godzin porannych do popołudnia, albo od popołudnia do północy. Tak samo w weekendy (z tym że trudno brać wtedy wolne). Tak więc nie dość, że doszło do nieprzyjemnej dla mnie sytuacji, w której to moja małolata miała pracę, a ja nie, to jeszcze jej czas stał się ograniczony. Przyjeżdżała do mnie albo zmęczona, albo zaraz musiała iść spać. Praca wygenerowała taki oto problem, że jak do mnie przyjeżdżała i długo nawijała co tam się u niej działo, to nie mogłem w zamian podzielić się swoimi wrażeniami z dnia, bo ich nie miałem (siedziałem w domu, czasem rozsyłałem oferty, więc co miałem powiedzieć ? że zrobiłem sobie kanapkę?). A to ważny aspekt bycia razem. No więc gadała o swoim dniu, gadała (i przysięgam, że nawet z przyjemnością tego słuchałem, bo przynajmniej u niej coś się działo), ale w końcu zaczęła mnie traktować jak dyktafon (złościła się jak zapominałem jaki ma grafik i w zw. z tym pytałem kiedy ma czas, co z czasem eskalowało). Zaczęła się wkurzać, że jej nie słucham i że nic jej nie opowiadam (jak to głupio brzmi!).
No i wszystkie drobiazgi zaczęły narastać. Konflikt między koleżankami zdołałem niby zażegnać, ale moja dziewczyna była już do tego stopnia zrażona, że po prostu godziła się na pojawienie się na tej samej imprezie, ale i tak trzymała się po drugiej stronie mieszkania. Pozostałym dostało się rykoszetem za niewinność tak naprawdę, ale tutaj pewnie sytuacja by się poprawiała, gdyby nie to, że udało się to załatwić dopiero jakieś dwa tygodnie przed rozstaniem.
Moje przeciągające się bezrobocie doprowadziło do tego, że coraz trudniej było mi trzymać formę taką jak na początku. Ciągle mi to siedziało z tyłu głowy, przez co trudno było mi inicjować tematy do rozmów, wychodzenie na miasto z kolei wiązało się z wydatkami, więc też starałem się z tym nie przesadzać (chociaż nie unikałem tego w pełni, bo trochę zaoszczędziłem). Wyjście na zewnątrz ? Nie bardzo, akurat była zima/przedwiośnie, a z niej straszny zmarzluch. Wychodzenie do znajomych też odpadło, bo na jednych się poobrażała, a ci co mieszkali blisko mnie w większości się wyprowadzili (jej znajomi z kolei mieszkają z rodzicami, więc możliwości były ograniczone). Mimo że w każdym tygodniu zaliczam jakieś spotkanie towarzyskie w mojej okolicy, to jej rzadko udawało się w nie trafić (taki niefortunny grafik). W efekcie z miesiąca na miesiąc coraz mniej rozmawialiśmy i coraz mniej wychodziliśmy, ale to był spadek baaardzo powolny i stopniowy. Z tego wszystkiego trochę się jej zaczynało nudzić (bo ile można uprawiać seks i oglądać filmy?) i zaczęło ją irytować, że przyjeżdża do mnie kawałek miasta, żeby w sumie nic nie robić. Najgorsze jest jednak to, że nie bardzo dawała po sobie poznać, że jest niezadowolona (tak naprawdę teraz spekuluję, że tak było), NIGDY o tym ze mną nie porozmawiała (w końcu kiedyś między nami było inaczej, mogła się zainteresować co się stało), rzadko mówiła co chce robić, zero własnej inicjatywy, ograniczała się jedynie do mówienia, czego nie chciała robić z tego, co proponowałem.
Więc nie dawała po sobie poznawać, że jest coś nie tak, jedyne na co się złościła, to na to, że jej nie słucham, co dodatkowo mnie irytowało, bo słuchałem jej jak mało który facet :)
No i nadszedł dzień krytyczny. Te wszystkie problemy się zbierały i zbierały (właściwie wtedy osiągnęły swoje apogeum), a my tego dnia szliśmy na imprezę. Z tym że tego samego dnia w końcu ruszyła sprawa mojej roboty, rano miałem rozmowę kwalifikacyjną. Czułem, że poszła dobrze, ale kontrkandydatów było tylu, że nie mogłem być niczego pewnym.
Więc trochę roztrzęsiony pojechałem prosto z rozmowy kwalifikacyjnej na imprezę, po drodze się spotkaliśmy i poszliśmy na nią razem. Impreza ta była naszą totalną katastrofa jak się później okazało. W stanie, w którym wtedy byłem potrzebowałem trochę czułości i wsparcia (była szansa, że ten ponury okres już się zakończy, ale tylko szansa, więc napięcie większe), ona niestety miała huśtawkę nastrojów (na początku była wredna, potem miła, potem znowu wredna itd.). Jedno co dobre, to to , że wreszcie zaczęliśmy rozmawiać, oboje mieliśmy wrażenia z dnia i znowu zaczęliśmy się dzielić własnym życiem, niestety w trakcie rozmowy znowu wybuchła awantura o to, że jej nie słucham (absurdalna i rozdmuchana, sama potem przyznała, że nie miała racji), co dodatkowo pogroszyło nasze relacje, nie wspominając już o spieprzonym nastroju na przyjęciu. Próbowaliśmy zatańczyć, ale nawet nie byłem w stanie prowadzić, więc nawet to nie wyszło. Na końcu jak wróciliśmy do domu, to nawet seks na zgodę nam nie wyszedł (chyba pierwszy raz, kiedy nam