anekra
06.10.04, 20:18
Słuchajcie, ja chyba popadam w paranoję, albo moje -jak mi się wydawało -
bliskie mi koleżanki zwariowały. Jakoś tak wyszło, że na studiach trzymamy
się we trzy. I jakoś tak wyszło, że ja mam więcej znajomych facetów na
wydziale, niż one. Po prostu tak się składa, że częściej ze mną rozmawiają,
mówią cześć i tak dalej, nic wielkiego. W sumie jak mówią właśnie to
nieszczęsne cześć, to ja im odpowiadam (to chyba naturalne), a one milczą jak
grób. Jestem z kimś w stałym związku i nie rozglądam się za nikim. A one są
same i to już od dłuższego czasu... i problem jest taki, że od paru dni dość
złośliwie sobie ze mnie żartują, że a to prowadzący zajęcia zarumienił się,
bo za blisko siedziałam, a to, że nie powinnam się pokazywać publicznie, bo
zaraz "męski ród pada do mych stóp" (cytat!!), a to, że jak odpowiadam na
powitanie kolegi, to że jestem łatwa... Liczę, że są to żarty, ale jakoś...
te żarty są po prostu przykre. Trzeba dodać, że dziewczyny jakoś... no nie
trafiły jeszcze na swojego faceta, a i wygląda, że i wymagania mają wysokie,
bo obie czekają na ideał. A mnie dogryzają na każdym kroku choćby za to, że
znajomy z grupy się do mnie uśmiechnął. Powiedzcie, o co chodzi?? Czy
powiedzenie im, że takie żarty są przykre da efekt, czy też obrażą się
kompletnie??
Pozdrawiam serdecznie :-)