ydorius
22.07.02, 12:55
Zainspirowany rozmową z Lyche postanowiłem odkupić swe winy wobec ślimaków.
Odezwa w imieniu ślimaków
Wreszcie nadszedł oczekiwany przeze mnie dzień. Wreszcie, to, co do
tej pory jawiło mi się jako mrzonka i szaleństwo staje się prawdą na mych
oczach. Rozpiera mnie duma, że mój trud nie poszedł na marne. O, jakże się
mylili Ci, którzy spodziewali się, że się szybko poddam! O, jakże szydzę
dziś z tych, którzy szydzili ze mnie, okrutnymi słowy dając mi do
zrozumienia, jak wysoko a raczej jak nisko cenią mą konstytucję psychiczną.
Lecz dziś, dziś plwam na to z wysoka, albowiem dzień zemsty, triumfu
jest bliski.
Ile lat już minęło, odkąd wiedziony instynktem i wspierany przez
fenomeny z całą pewnością pozarozumowego istnienia, rozpocząłem swą misję
ewangelizacyjną? Sam już nie pomnę. Ileż to lat, nachylałem się nad każdym
marnym krzakiem, by nieść tym pogardzanym stworzeniom – ślimakom – dobrą
nowinę? Nie będę małostkowy - trud mój został wszak nagrodzony.
Wspominam jak dziś pierwsze spotkanie – tajne, gdyż wróg nie spał –
u siebie w mieszkaniu, gdzie zgromadziłem siedemnastu pierwszych adeptów.
Wymagało to ogromnego samozaparcia, muszę to szczerze dziś wyznać.
Pokazywałem tablice oznaczające elektroujemność chemiczną, zaznajamiałem ze
światem fraktali, ukazywałem, na ile pozwalała ma skromna wiedza, geniusz
Einsteina. Nie zaniedbałem przy tym i wykształcenia humanistycznego.
Czytałem dzieła Hume’a, Kanta i Schpenhauera. Wprowadzałem w tajniki analizy
wierszy, choć sam, przyznam, nieco pogardzam wiedzą zdolną rozkładać uczucia
na atomy. Uczyłem jak pojmować muzykę elektroniczną, jazzową i rockową.
Zapoznawałem z dziełami Beethovena, Czajkowskiego i Mahlera...
O, było ciężko. Jednak się nie poddawałem. Wiedziałem, ze w końcu...
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Z mych siedemnastu pilnych uczniów szybko zostało tylko dwóch.
Widziałem, jak wywiązała się między nimi rywalizacja. Gdy zaczynałem czytać
im Czarodziejską Górę jeden był na podłodze koło drzwi i chłonął każde moje
słowo, co nie przeszkodziło mu już w drugim rozdziale przesunąć się 27
centymetrów w kierunku drzwi. Drugi w tym czasie pokonał 25 centymetrów, ale
w pionie. Historia Hansa Castorpa dodawała im skrzydeł...
Oczywiście, było dla mnie od początku jasne, że nie mogę poprzestać
na tych dwu uzdolnionych młodzieńcach (zwłaszcza gdy, przyznaję to z bólem,
jakkolwiek nie było w tym mej winy, jeden zginął śmiercią tragiczną pod
kapciem pewnego ranka. Biedny Cezary. Nigdy już nie spotkałem tak lotnego
umysłu). Chodziłem do oceanarium i szeptałem przez szybę do głowonogów (ale
porzuciłem tę linię postępowania. Tylko zwykłe ślimaki wyczuwały o co toczy
się gra!), siedziałem w parku podczas słoty, czytając zebranej wokół
gawiedzi wyjątki z Kapitału Marksa a dla odprężenia Terry’ego Pratchetta! O
naiwny, kto sądzi, że trud mój poszedł na marne! Żadne słowo, żadna fraza
nie została zapomniana. Nauki me, a kimże jestem, skromnym nauczycielem,
ledwie skrybą!, nie poszły w las. W każdym razie nie wszystkie. Tylko
niektóre. Ale i w lesie, i na łąkach, i w parkach narastał bunt. O, nie chcę
przez to powiedzieć, że wszystko to moja zasługa. Gdyby nie niebywała
inteligencja i zdolność elastycznego myślenia u moich podopiecznych (w co
zresztą, nigdy nie wątpiłem) nic by nie nastąpiło...
Jakąż czuję satysfakcję, że jesteśmy w przededniu rewolucji! Może
jeszcze tego nie czujecie, wy, nieczułe istoty, wy, obrzydliwi
szybkobiegacze, niewrażliwi na ślamazarne piękno, ale rewolucja nadchodzi.
Nie będzie ona burzliwa, o nie, ale nadejdzie! Klasa, która dotychczas
skrywała swój potencjał rozwinie skrzydła! Wasz czas jest policzony.
Niech żyje emancypacja ślimaków!
.y.
----------------------------------
What is home without Plumtree's Potted Meat?
Incomplete.