lenkaaaa
10.07.05, 21:38
w piatek wyruszylismy z chlopakiem na weekend . pojechalismy rowerami za
miasto do jego kolegi z dawnych czasow. ten bardzio sie ucieszyl, pomogl nam
rozbic namiot i pozwolil nam sie nacieszyc soba do sobotniego porana. potem
zabral nas na cudowna , ogromna plaze z wspaniala woda. ok 14 po poludniu
powiedzial-"ok bawcie sie dobrze, ja lecie sie ożenić". kolega wyszedl z
wody, wpadl do domu , wbil sie w garnitur , popedzil przed oltaz zeby
powiedziec "tak" ukochanej, ok 19.00 pomachal nam na dobranoc , przeniosl ja
przez prog i zniknal spelnic malzenski obowiazek . dzis rano ok 7.00
najspokojniej w swiecie karmil sobie zwierzaki a potem zabral mloda zone nad
wode i razem z nami pluskali sie do wieczora. bylam w szoku ze mozna tak
podejsc do slubu, nie przejmowac sie zadnym weselem, goscmi, tym calym
zamieszaniem. wszyscy byli bardzo zadowoleni. my troszke zdziwieni. potem
pomyslalam ze w sumie bylismy jedynymi goscmi i swiadkami tego wzystkiego .
podoba mi sie takie rozwiazanie.kolega twiedzi ze "nie warto raczyc gosci
sledziem w galarecie a pozniej mieszkac w komorce a tak jest 20 tyś. do
przodu" . Cos w tym jest. co wy o tym myslicie?????????